
Dziecko to nie projekt do zoptymalizowania
Celem wychowania nie jest najlepszy uczeń w klasie. Celem jest człowiek: mądry, wolny i odpowiedzialny. Taki, który potrafi pracować, myśleć samodzielnie, kochać, dotrzymać słowa, przeprosić i nie przejść obojętnie obok kogoś słabszego – pisze Sławomir FIDO
.Współcześni rodzice żyją pod presją, jakiej poprzednie pokolenia mogłyby im szczerze współczuć. Znajdują się w stanie ciągłej gotowości i osaczenia. Z jednej strony słyszą, że dziecku trzeba dawać przestrzeń, z drugiej – że nie wolno przeoczyć żadnego sygnału. Rodzinny kalendarz zaczyna przypominać rozkład lotów średniego lotniska. Nie wystarczy już dziecko kochać, nakarmić, wysłać do szkoły i przypilnować zimą czapki. Trzeba jeszcze zatroszczyć się o angielski od przedszkola, kodowanie od drugiej klasy, sport, muzykę, basen, szachy, jazdę konną, kompetencje przyszłości, inteligencję emocjonalną, zajęcia z przedsiębiorczości, a najlepiej jeszcze ćwiczenia z odporności psychicznej – przy takim grafiku bywa rzeczywiście potrzebna.
Internet tę atmosferę jeszcze podgrzewa. Jedno dziecko zdobywa medal, drugie gra koncert, trzecie programuje robota. A nasz nastolatek siedzi i patrzy w sufit. Nietrudno pomyśleć, że coś zaniedbaliśmy. A może po ośmiu lekcjach, teście z matematyki, konflikcie z kolegą i 40 minutach w autobusie ma on prawo przez pół godziny nie rozwijać żadnego swojego potencjału?
Jednym z największych nieporozumień współczesnego wychowania może być przekonanie, że dziecko to projekt do zoptymalizowania. Rodzic staje się kierownikiem procesu „Przyszłość”, szkoła – dostawcą usług, zajęcia dodatkowe – inwestycją, a młody człowiek – portfelem talentów, który należy dobrze zdywersyfikować. Tymczasem dziecko nie jest lokatą o dwudziestoletnim terminie zapadalności. Jest człowiekiem. Ma swój temperament, wrażliwość, tempo rozwoju, zdolności, słabości, dni znakomite i takie, w których sukcesem jest przetrwanie.
Bez fajerwerków
.Najważniejsze rzeczy w wychowaniu są mało widowiskowe. Nikt nie wręcza dyplomu za wspólną kolację, podczas której rodzic naprawdę słuchał, ani certyfikatu za spokojną rozmowę po nieudanym sprawdzianie. A właśnie takie chwile wychowują najmocniej. W wielu domach rozmowa o szkole zaczyna się od pytania: „Jaką dostałeś ocenę?”. Rodzic chce powiedzieć: „Interesuję się tobą”, a dziecko może usłyszeć: „Proszę podać wynik”. Na pytanie: „Jak było?”, pada: „Dobrze”; na: „Co robiliście?” – niezawodne: „Nic”. Tyle że dziecięce „nic” bardzo często znaczy coś: sprawdzian, którego się bało, uwagę nauczyciela, kolegę, który powiedział o jedno zdanie za dużo, albo dziewczynę, która się nie odezwała – co w wieku 15 lat potrafi mieć kolosalne znaczenie.
Warto więc pytać inaczej: „Co było ciekawe?”, „Co było trudne?”, „Kto ci pomógł?”, „Co najbardziej absurdalnego się wydarzyło?”. To ostatnie pytanie bywa skuteczne. Szkoła, podobnie jak dorosłe życie, dostarcza materiału komediowego w ilościach przemysłowych. Jeszcze ważniejsze jest, żeby nie uruchamiać natychmiast rodzinnego sztabu kryzysowego. Dziecko mówi, że pokłóciło się z kolegą, a rodzic już układa strategię negocjacyjną i plan kontaktu z wychowawcą. Jednak czasem wystarczy najpierw: „To musiało być przykre”. Nie każdą przeszkodę trzeba dziecku usunąć. Niektóre trzeba pozwolić mu pokonać.
Mądra miłość
.Rodzic powinien wiedzieć, co dzieje się w szkole. Czym innym jest jednak zainteresowanie, a czym innym całodobowy monitoring e-dziennika. Odpowiedzialność rośnie przez doświadczenie: młody człowiek musi czasem czegoś nie dopilnować, ponieść konsekwencje i spróbować naprawić sytuację. Rodzic, który usuwa każdą przeszkodę, może wychować człowieka przekonanego, że świat ma obowiązek przygotować mu chodnik bez krawężników.
Korepetycje bywają świetną pomocą, ale czasem dziecko potrzebuje nie korepetytora, lecz snu, wspólnego obiadu albo wolnego popołudnia. Spadek wyników może oznaczać przeciążenie czy problem w klasie. Zanim powstanie arkusz naprawczy, warto zapytać: „Co się dzieje?”. Dziecko potrzebuje granic, obowiązków i konsekwencji. Miłość nie jest pobłażliwością. Miłość mówi: „Jesteś dla mnie ważny, dlatego nie zostawię cię samego z tym, co ci szkodzi”. Pobłażliwość mówi: „Rób, co chcesz, byle przez chwilę było spokojnie”. Druga metoda działa. Zwykle do następnego poranka.
Dziecko musi mieć prawo próbować i poprawiać. Jeśli bez przerwy słyszy: „Stać cię na więcej”, może uznać, że zawsze pozostaje poniżej oczekiwań. Lepiej powiedzieć: „Widzę, ile pracy w to włożyłeś. Zobaczmy, co jeszcze możesz poprawić”. Wymaganie pozostaje. Znika upokorzenie.
Zajęcia praktyczne
.Podobnie jest z wychowaniem w wierze. Nie polega ono na takim budowaniu dziecka, które odpowiednio zachowuje się w kościele, ponieważ „ludzie patrzą”. Jeżeli młody człowiek ma dobrze się prezentować, bo np. rodzice udzielają się w parafii, szybko może uznać, że wiara jest rodzinnym działem public relations. Wiara, która ma przetrwać dorastanie, musi być prawdziwa także podczas zmęczenia, sporów i rozmowy o ludziach, z którymi nam nie po drodze.
Młodzi mają niezwykle czuły detektor fałszu. Jeśli dorosły mówi o szacunku, a przy obiedzie obmawia rodzinę i znajomych, lekcja została przeprowadzona – tylko nie ta, którą planował. Jeśli mówi o prawdzie, a po chwili prosi przez telefon: „Powiedz, że mnie nie ma”, dziecko właśnie uczestniczy w zajęciach praktycznych z etyki sytuacyjnej. Wartości przekazuje się przede wszystkim przykładem życia. Czasem ważniejsze od długiego pouczenia jest krótkie: „Przepraszam, pomyliłem się”. Zadziwiające, jak wiele kosztuje dorosłych i jak wiele może nauczyć dziecko.
Szczególną szkołą wychowania jest rodzina wielodzietna. Oznacza miłość pomnożoną przez kilka osób, ale też pralkę pracującą w systemie, który w przedsiębiorstwie wymagałby zgody inspekcji pracy. Wyjazd na wakacje rozwija logistykę, a pytanie: „Czy wszyscy są?” – nabiera znaczenia niemal metafizycznego. Pod tym chaosem dzieci uczą się jednak, że świat nie krąży wyłącznie wokół nich: trzeba poczekać, podzielić się, czasem zawalczyć o ostatni naleśnik, a kiedy indziej oddać go młodszemu. Szczęście nie zawsze polega na maksymalizowaniu własnej wygody. Czasem ma dźwięk siedmiu osób mówiących jednocześnie.
Czas pod ochroną
.Największym deficytem współczesnych rodzin nie zawsze jest brak czasu. Często jest nim brak decyzji, żeby ten czas przed czymś ochronić. Telefon leżący obok talerza ma zadziwiającą zdolność wygrywania konkurencji z żywym człowiekiem. „Tylko sprawdzę jedną rzecz” – to jedno z najbardziej optymistycznych zdań XXI w. Po 10 minutach rodzic zna pogodę w Lizbonie, wynik meczu i opinię człowieka, którego nigdy nie spotkał, ale nadal nie wie, dlaczego jego dziecko od obiadu milczy.
Potrzeba obecności: spaceru, kilku minut przed snem, wspólnego posiłku. Najlepszą inwestycją rodziców nie jest najdroższa szkoła ani kurs językowy. Jest nią czas połączony z uwagą. Kłopot z tą inwestycją polega na tym, że długo nie przysyła raportów kwartalnych. Nastolatki odpowiadają wzruszeniem ramion. A po latach dorośli pamiętają, kto na nich czekał, kto nie zrobił tragedii z nieudanego egzaminu, kto umiał postawić granicę, przebaczyć i nadal w nich wierzyć.
Wykształcenie może otworzyć przed młodym człowiekiem wiele drzwi. Ale dopiero charakter zdecyduje, co zrobi, gdy przez nie przejdzie. A pierwsze lekcje charakteru – te najważniejsze, bez ocen, świadectw i dyplomów uznania – zaczynają się zawsze w domu.

Sławomir Fido
Tekst pierwotnie ukazał się w 1083 numerze tygodnika ”Idziemy” [LINK].




