Jan ROKITA: Krynicki błąd prezesa PiS-u

Krynicki błąd prezesa PiS-u

Photo of Jan ROKITA

Jan ROKITA

Filozof polityki. Absolwent prawa UJ. Działacz opozycji solidarnościowej, poseł na Sejm w latach 1989-2007, były przewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej. Wykładowca akademicki. Autor felietonów "Luksus własnego zdania", które ukazują się w każdą sobotę we "Wszystko co Najważniejsze".

Ryc.: Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

To prawda, że przywódca PiS-u zrobił coś, co zaszkodzi zarówno jemu samemu, jak i kierowanej przezeń partii. Tyle tylko że ani Tusk, ani Czarzasty nie będą mieć z tego żadnych politycznych korzyści – pisze Jan ROKITA

.W Krynicy Jarosław Kaczyński popełnił błąd. Oczywiście powiedział coś całkiem innego niźli to, co teraz „wciskają mu w brzuch” jego polityczni wrogowie. Opowiadając publiczności, zgromadzonej na tegorocznym Krynickim Forum, o tym, jak można by skłonić Europę do zreformowania instytucji unijnych, jako jeden ze sposobów wskazał precedensowe uruchomienie artykułu 50 pierwszego traktatu europejskiego. Czyli notyfikację przez Polskę intencji wycofania się z członkostwa w Unii po to, by rozpocząć przewidzianą traktatem procedurę dwuletnich negocjacji.

Kaczyński wydaje się zakładać, że po takim ruchu przestraszona Komisja Europejska zostałaby zmuszona do istotnych ustępstw wobec polskich żądań reform, a tym samym doszłoby do kompromisu, po którym opuszczenie Unii stałoby się nieaktualne.

Nowość i niezwykłość takiego pomysłu tkwi w tym, że uruchomienie procedury opuszczenia Unii miałoby posłużyć jako narzędzie politycznej presji, a nie jako wynik autentycznej decyzji o polexicie. Mielibyśmy zamarkować zamiar wyjścia i tym sposobem wymusić coś, czego inaczej nie potrafilibyśmy osiągnąć.

.Prawdę mówiąc, trudno orzec, jaka intencja przyświecała prezesowi PiS-u, gdy postanowił publicznie przedłożyć taki awaryjny plan B na przyszłe zreformowanie Unii. Można tu sformułować trzy jako tako dorzeczne hipotezy.

Pierwsza, najbardziej trywialna (prawdziwa polityka często bywa niestety trywialna), zakładałaby, iż prezes PiS-u snuł sobie wobec krynickich słuchaczy opowieść na temat reformowania Unii, więc na myśl przyszła mu również taka niestandardowa metoda „reformatorskiego szantażu” ze strony Polski. Wiemy dobrze, że starsi ludzie dość często zwykli snuć tego rodzaju opowieści, nie bacząc przy tym na wydźwięk i konsekwencje własnych rozważań, a politycy w pewnym wieku nie są wcale wolni od tego rodzaju przypadłości. Całkiem możliwe, że w taki właśnie sposób Jarosław Kaczyński, trochę przypadkowo, zrobił polityczną krzywdę swojej formacji, no i samemu sobie jako przywódcy. Nietrudno było przecież przewidzieć, że na taką gratkę wrogowie PiS-u rzucą się z zaciekłością i fanatyzmem, tym bardziej w czasie, gdy nie tak daleko jest do przyszłorocznych wyborów.

Możliwe jednak również, że Kaczyński jechał do Krynicy z intencją wywołania takiej „polexitowej” afery. Po co miałby to robić? Próbą odpowiedzi jest tu właśnie druga i trzecia hipoteza. Być może na użytek wewnętrzny, gdyż chciał dowieść młodym prawicowym radykałom, coraz bardziej niechętnym trochę wyleniałemu z biegiem lat PiS-owi, że dla niego samego nie ma tematów tabu, a procedura artykułu 50 jest takim samym projektem wartym rozważania, jak każdy inny polityczny projekt. Albo też na użytek zagraniczny, aby dowieść europejskim partnerom Polski, w tym zwłaszcza alt-prawicowym sojusznikom PiS-u, że polska prawica, o ile wygra przyszłoroczne wybory, będzie twarda i zdeterminowana, gdy idzie o plan radykalnej przebudowy Unii. Przyznaję, że obie te hipotezy nie są aż tak bardzo mocne, ale to tylko dlatego, że krynicki projekt Kaczyńskiego z wielką trudnością poddaje się w dzisiejszych okolicznościach jakiejkolwiek racjonalizacji.

Jeśli prezes PiS-u chciał czegoś dowieść młodym i radykalnym polskim prawicowcom, to nie dowiódł jednak niczego. Ci, którzy odeszli od PiS-u z powodu młodości i radykalizmu, nie wrócą doń dopóty, dopóki mają bardziej odpowiadające im i bardziej spójne ideowo mniejsze formacje, w rodzaju Konfederacji albo Korony. Owszem, mogliby wrócić, jeśli owe formacje poniosłyby spektakularne klęski wyborcze albo rozpadły się same z siebie.

Jeśli zaś Kaczyński chciał wywołać jakieś wrażenie poza Polską, zwłaszcza na europejskiej prawicy, to tym bardziej go nie wywołał.

Wszystkie istotne partie europejskiej alt-prawicy porzuciły bowiem właśnie wszelkie dywagacje na temat wyjścia ich krajów z Unii, gdyż odkryły, że podnoszenie tego rodzaju planu, nawet jako awaryjnego planu B, skazuje na polityczną marginalizację. Prawica, która we współczesnej Europie aspiruje na serio do rządzenia, a nie tylko do głoszenia radykalnej ideologii, wie już dobrze, że debatowanie nad planem „exitu” odsłania brak sprawczości. Kto jest na prawicy silny, nie wspomina nawet o żadnym „exicie”.

.Charakterystyczna jest tu postawa takich istotnych formacji alt-prawicowych, jak niemiecka AfD, niderlandzka Partia Wolności czy francuskie Zjednoczenie Narodowe. Ich przywódcy mają najzupełniej realne szanse na rządy w swoich krajach, wiedzą zatem, że nie mogą się już angażować w projekty traktowane przez większość opinii publicznej jako sekciarskie. Stąd przemiana w kwestii członkostwa w Unii, jaką przebyły Alice Weidel i Marine Le Pen albo też Geert Wilders.

Kto zatem w dzisiejszej Europie obstaje przy przełamywaniu tabu i planach opuszczenia Unii albo co najmniej ogłaszania referendów na temat członkostwa? Z mojego zaktualizowanego sprawdzenia wynikałoby, że najsilniejsze trzy partie w całej Unii, które dopuszczają dziś taki plan, to węgierski Ruch Naszej Ojczyzny (4 proc. w wyborach), bułgarskie Odrodzenie (również 4 proc.) i najsilniejsza w tym gronie czeska partia Wolność i Demokracja Bezpośrednia (9 proc. w wyborach).

Widać, że dywagacje o „exitach” są dziś zarezerwowane dla grup nieposiadających politycznej sprawczości. W demokratycznej polityce – niestety – towarzystwo, w jakim się występuje, ma spore znaczenie. Dlatego krynicka opowieść Kaczyńskiego o okolicznościach potencjalnego uruchomienia artykułu 50 skazuje PiS na autodegradację.

To wszystko – oczywiście – nie zmienia tego prostego faktu, że fala zaciekłości i fanatyzmu, jaka wylewa się na całą polską prawicę po Krynicy, budzić musi głęboki niesmak. Dotyczy to zwłaszcza premiera Donalda Tuska i marszałka Włodzimierza Czarzastego, licytujących się, który lepiej potrafi ośmieszyć Kaczyńskiego i postraszyć Polaków hipotetycznymi przyszłymi rządami prawicy. Można odnieść wrażenie, że krynicka opowieść prezesa PiS-u wydała im się jakąś całkiem nieoczekiwaną okazją wzmocnienia ich partii, o ile tylko znajdą jeszcze bardziej zgryźliwy i szyderczy sposób potraktowania nie tylko Kaczyńskiego, ale i całej prawicy. Wszystko wskazuje jednak na to, że ich entuzjastyczne rachuby w tym przypadku są dość naiwne.

.To prawda, że przywódca PiS-u zrobił coś, co zaszkodzi zarówno jemu samemu, jak i kierowanej przezeń partii. Tyle tylko że ani Tusk, ani Czarzasty nie będą mieć z tego żadnych politycznych korzyści. Ci bowiem spośród dotychczasowych stronników PiS-u, którzy uwierzą Kaczyńskiemu, że artykuł 50 jest dobrym narzędziem presji na Unię, odejdą gdzieś bardziej na prawo, bo tylko tam znajdą pewność swoich racji. Ci zaś, których rządowa propaganda faktycznie wystraszy „exitowym” scenariuszem prezesa PiS-u, zasilą zapewne Rozwój Plus Mateusza Morawieckiego. Tym bardziej że spośród wszystkich tych, którzy krytycznie podeszli do krynickiej opowieści prezesa PiS-u, tylko Morawiecki zrobił to spokojnie, bez szyderstw, strachów i wyzwisk. Dlatego zaciekłość i fanatyzm Tuska i Czarzastego są w takim samym stopniu politycznie nieopłacalne, jak „exitowe” dywagacje Kaczyńskiego podczas krynickiego forum.

Jan Rokita

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 30 października 2026