Gołda TENCER: Jidisze Mame

TSF Jazz Radio

Jidisze Mame

Gołda TENCER

Aktorka, pieśniarka i reżyserka teatralna. Dyrektorka warszawskiego Teatru Żydowskiego im. Estery Rachel i Idy Kamińskich. Założycielka i szefowa Fundacji „Shalom” organizującej m.in. Festiwal Kultury Żydowskiej „Warszawa Singera”.

Historia Gołdy Tencer, aktorki, pieśniarki, dyrektor Teatru Żydowskiego im. Estery Rachel i Idy Kamińskich w Warszawie i Centrum Kultury Jidysz, założycielki Fundacji Shalom, to gotowy materiał na film.

Urodzona w powojennej Łodzi, z pamiętania i ratowania kultury oraz tradycji żydowskiej stworzyła swoją życiową misję. Jej dzieciństwo to Szkoła Żydowska im. Icchaka Lejba Pereca, nieobecny wzrok ojca, który wywieziony z warszawskiego getta, przeżył Auschwitz i Mauthausen, wspomnienia matki, która przetrwała wojnę w syberyjskich łagrach, zapachy żydowskich potraw: wątróbki, cebulki czy czulentu, rozmowy w mameluszyn, czyli języku matki – jidysz, kadysz i płacz po milionach zamordowanych Żydów.

W pozornie spokojne życie Gołdy Tencer niespodziewanie wkracza polityka, a za nią marzec 1968 roku. Gołda, jako jedna z nielicznych, zostaje w Polsce, przenosi się do Warszawy, zaczyna pracę w Teatrze Żydowskim, gdzie po wyjeździe wielkiej żydowskiej aktorki Idy Kamińskiej i tysięcy Żydów polskich aktorzy grają przy pustej widowni. Tu zaczyna się jej aktorska kariera, tutaj poznaje miłość życia – aktora i reżysera, dyrektora Teatru Żydowskiego Szymona Szurmieja, tu w końcu zaczyna walczyć o pamięć i szacunek dla kultury żydowskiej.

W życie Gołdy Tencer los wpisuje zwykłych i niezwykłych ludzi, odnalezione przedmioty i fotografie, które, jak miliony pomordowanych, miały zniknąć z powierzchni ziemi, politykę i historię wielu pokoleń polskich Żydów, miesza przeszłość z teraźniejszością, sztukę z rzeczywistością.

Fragment książki “Gołda Tencer. Jidisze Mame” wydanej przez Edipresse Książki.

Ilekroć zamknę oczy i przywołam wspomnienia, widzę niezwykły obrazek. Mam może trzy, może cztery lata, siedzę na wielkim kredensie w kuchni, a wujek Menasze, młodszy brat taty, kręci nad moją głową kogutem. Kogut jest czarny, ma mokre pióra, które wirują w powietrzu, gdy wujek z niespotykaną energią wywija wielkim ptaszyskiem. Mocno ściska kogucie łapy z zakrzywionymi pazurami, a ja oczami wyobraźni widzę, jak kogut wbrew prawom życia i śmierci zmartwychwstaje i z piskiem wylatuje przez otwarte kuchenne okno.

Dużo później dowiedziałam się, co znaczył ten przedziwny rytuał. Rano w wigilię Dnia Sądnego Żyd chwyta koguta za nogi i dokonuje obrządku kapparot, czyli okręcania koguta nad głową. Czyni to trzykrotnie, jednocześnie odmawiając następującą modlitwę: „Kogut idzie na śmierć, a ja na żywot długi i błogosławiony”. Następnie chwyta koguta za głowę i zabija go. To samo może uczynić Żydówka z kurą. Nad dziećmi, by odgonić złe duchy i zapewnić im szczęśliwe życie, koguta lub kurę kręcą starsi. Potem koguta lub kurę zjadają ci, których grzechy na nie przeszły. Czy zjadłam choć kawałek koguta? Nie pamiętam. Ale mimo że cały ten obrazek dziś wydaje mi się nieco groteskowy i mimo że musiałam być wówczas naprawdę przerażona, uważam to za jedno z ciekawszych wspomnień. I jedno z pierwszych.

Pamiętamy zwykle chwile, twarze, strzępki zdań. Czasem smak, czasem zapach, kształt przedmiotów. To wszystko dopiero po latach układa się w historię życia. Moje zaczęło się w Łodzi.

Jak opowiadała mama: „Gołda urodziła się 2 sierpnia 1949 roku, za dziesięć siódma rano, w domu kobiety, u której wówczas wynajmowaliśmy pokój”. Moje świadome wspomnienia zaczynają się kilka lat później. Mieszkaliśmy już wtedy na ulicy Próchnika 28 i zarówno nasze mieszkanie, jak i podwórko, które należało do kamienicy, były dla mnie całym światem. My, to znaczy mama Sonia Tencer, tata Szmul Tencer, mój młodszy o rok i siedem miesięcy brat Jankiel Tencer, zwany Januszem, i ja, Gołda. Pamiętam każdy pokój, każdy mebel, każdy najdrobniejszy szczegół i element wystroju. Mieszkanie było poniemieckie, mieściło się na drugim piętrze, w amfiladzie, wchodziło się do niego po drewnianych schodach. Klatka była zimna i obdrapana, jakby nikt nigdy nie zrobił w niej remontu. Zresztą sześćdziesiąt lat późnej nadal wygląda tak samo. Nikt nawet nie zamalował napisów na odpadającym tynku. Mieszkanie miało ponad sto metrów, ale i tak przed wojną musiało być dużo większe. Rodzice otrzymali takie w przydziale, bo początkowo zamieszkał z nami brat taty, wujek Menasze, ze swoją żoną, ciocią Malą.

Drzwi do mieszkania były podwójne, domykane żelazną sztabą. Zawsze kiedy kładliśmy się spać, tata pytał: – Gaz zgaszony? Sztaba zamknięta? I dopiero wtedy, gdy wszystko zostało sprawdzone, można było spokojnie wślizgnąć się pod pierzynę i zasnąć. I dlatego, gdy po latach odwiedziłam nasze dawne mieszkanie, a mieszkał tam już inny właściciel, nie wchodząc, choć serdecznie zapraszał, przez wpółotwarte drzwi zapytałam go: – Czy jest jeszcze bojler gazowy? Odparł, że już nie. – A sztaba w drzwiach została? Odparł, że też nie. Pomyślałam więc, że skoro bojlera nie ma i sztaby też nie ma, to i mieszkanie już nie będzie to samo. Zawróciłam i nie weszłam. Mój przyjaciel Ryszard Marek Groński tak skomentował to wydarzenie: – Gołda, zostaw to we wspomnieniach. Więc zostawiłam.

Ale wspomnienia wracają. I bolą. A są silniejsze niż rozsądek. Dlatego kiedy ponownie zamykam oczy, przenoszę się na Próchnika 28, otwieram drzwi, jeszcze te ze sztabą, i wchodzę w długi korytarz. I już znów jestem dzieckiem, i kreślę sobie topografię domu z lat dziecinnych. Po lewej stronie, zaraz przy wejściu, była kuchnia z piecem na węgiel, jaki dziś już można zobaczyć tylko na filmach. Tam stał też stary kredens, na którym, jak podczas słynnego kręcenia kogutem, sadzał mnie wujek. Innym razem posadził mnie na nim z zamiarem potarcia mi oka złotą obrączką, by odpędzić złe duchy. Złe duchy, dybuki i rytuały były chyba jego obsesją, a ja przypadkową „ofiarą” tych obrzędów. Obrączkę położył mi na oko, a ta błyskawicznie zsunęła mi się do buzi. Odruchowo ją połknęłam. Rwetes podniósł się straszny. Mama krzyczała na wujka, wujek krzyczał – nie wiadomo dlaczego – na ciocię Malę, ciocia Mala na tatę, ja krzyczałam ze strachu, ale szczęśliwie obrączkę udało się jakoś wydostać, więc wszyscy odetchnęli z ulgą.

W kuchni stała jeszcze ogromna skrzynia na węgiel, po który, gdy już byliśmy starsi, chodziliśmy z bratem do piwnicy na podwórku. Co piątek ciocia Mala zamykała się w kuchni, stawała przy kufrze, na którym uprzednio zapalała świece, i zanosiła się niewypowiedzianym płaczem. Mówiła, że w ten sposób modli się za tych, których już nie ma. Staraliśmy się wówczas wszyscy chować po kątach, bo to zawodzenie było nie do wytrzymania.

Ciocia Mala była jedyną osobą, której tata pozwalał w domu palić świece. Nie znosił ich widoku i zapachu. Mówił, że świece pali się po śmierci, a w tym domu są żywi. Dalej, za kuchnią, znajdowały się: mały pokój, duży pokój, łazienka i sypialnia rodziców. W małym pokoju na środku stał okrągły stół nakryty długą serwetą. Kiedy już kilka lat później mieliśmy telewizor Rubin, wchodziliśmy z Januszem pod ten stół, by móc oglądać zakazane nam programy. Czy rodzice wiedzieli, że tam jesteśmy? Pewnie tak, ale przymykali oko i zawsze jakoś udawało się nam coś podejrzeć. Pod ścianą stał tapczan, na którym spał Janusz. Ja stacjonowałam w dużym pokoju, w którym były biurko, szafa, łóżko i stół. Któregoś roku, dla fantazji czy mody, wymusiliśmy z bratem na mamie, by pomalowała pokój w łowickie pasy, na które po kilku miesiącach nie mogliśmy już patrzeć.

Oczywiście na podłogach były dywany. Oczywiście, bo mama twierdziła, że gdy nie ma dywanów, nie ma domu.

Kiedy do mnie czy Janusza przychodzili koledzy, mogliśmy siedzieć w dużym pokoju i robić, co się nam żywnie podobało. Głównie głośno rozmawiać i słuchać płyt z żydowską muzyką, i nie tylko, ze stojącego na biurku adapteru. Te płyty z żydowską muzyką tata kupił kiedyś w znajdującej się nieopodal Łodzi Wiśniowej Górze. Było letnie sobotnie popołudnie, pojechaliśmy odpocząć na łonie natury. W pewnym momencie tata usłyszał dochodzące z pobliskiego targu znajome chyba dla siebie dźwięki. Dziś wiem, że była to Mein Jidische Mame, jedna z najpiękniejszych i najbardziej wzruszających żydowskich pieśni. Podeszliśmy bliżej i na małym straganie odkryliśmy prawie pięćdziesiąt płyt gramofonowych z żydowską muzyką. Tata nie namyślał się długo. Szybko wyciągnął pieniądze z portfela i kupił wszystkie płyty. I tak żydowskie pieśni, wspomniana Mein Jidische Mame, Szejn Mejdele czy Papirosn, towarzyszyły całemu mojemu dzieciństwu, bo adapter grał bez przerwy, a gdy płyta się kończyła, ten, kto był akurat najbliżej, podskakiwał i włączał kolejną.

Z dużego pokoju przechodziło się do sypialni rodziców, w której stały dwa ogromne łóżka, a na nich jakaś przedziwna drewniana konstrukcja – dzięki niej łóżka były zasłane równiutko, jak pod linijkę. Nigdy później już nie widziałam niczego podobnego, ale te wykrochmalone poszwy na poduszki i pierzyny oraz kapa bez najmniejszej choćby fałdki dodawały sypialni niezwykłej powagi. W sypialni był dzwonek i pamiętam, że jako dzieci uwielbialiśmy nim dzwonić tylko po to, by odezwał się ktoś, kto akurat był w kuchni. Nad łóżkami wisiał obraz, fioletowo-beżowy bez w wiklinowym koszu. Malarz nieznany. Choć w dzieciństwie szczerze nie cierpiałam tego malowidła, wydawało mi się bez wyrazu, dziś wisi ono nad moim łóżkiem i nie wyobrażam sobie, że mogłoby go tam nie być. Przez pewien czas w sypialni rodziców stało i moje dziecięce łóżeczko, a nad nim wisiał obraz z siedzącymi na drągu kolorowymi papugami z długimi ogonami. Jedna miała czerwone upierzenie, druga – niebiesko-żółte. Obie sprawiały dość upiorne wrażenie i często się zastanawiałam, czy będąc małą dziewczynką, nie bałam się tych okropnych papug. Cokolwiek sobie myślałam, kiedy urodził się mój syn Dawid, bez wahania powiesiłam papugi nad jego łóżeczkiem. Co myślał Dawid? Nie wiem. W sypialni stał jeszcze piec kaflowy z pięknymi, zdobionymi drzwiczkami. Do dziś żałuję, że ich nie wzięłam, kiedy się już wyprowadzaliśmy z Próchnika. Byliśmy jedyną w kamienicy rodziną, która miała własną ubikację i łazienkę. Łazienka była długa i ciemna, rodzice sami ją wygospodarowali z przeznaczonej do czego innego części mieszkania.

W środku stały wanna, bojler i – z czasem – pralka. W wannie zwykle pływał karp, więc po latach zastanawialiśmy się z bratem, gdzie my się w ogóle kąpaliśmy. Zwłaszcza że gdy jeden karp znikał, przerobiony potem przez mamę na karpia po żydowsku, w wannie natychmiast pływał kolejny. Pralki zażyczyła sobie mama. – Szlamek – prosiła ojca. – Kupmy pralkę! Wyobraź sobie, że ona sama pierze! A gdy już pralka pojawiła się w domu, a mama nadal narzekała na nadmiar obowiązków, tata drwił bezlitośnie: – Sonia! Przecież mówiłaś, że pralka sama pierze. I co? Pralka zresztą, zgodnie z prawdą, jedynie bywała w użytku, bo kiedy mój brat nieco podrósł i zainteresował się fotografią, na pralce właśnie urządził sobie laboratorium do wywoływania zdjęć. I tak w wannie pływał karp, a w łazience stacjonował Janusz. I za nic nie można się było do niej dobić. Mama, choć nie pracowała, codziennie rano, prócz sobót i niedziel, na kilka godzin odprowadzała nas do swojej mamy, babci Rudy. Babcia mieszkała nieopodal Próchnika, w kamienicy przy Jaracza 6. Wchodziło się w podwórze, potem po drewnianych schodach na pierwsze piętro, gdzie po lewej stronie było mikroskopijne mieszkanie babci. To był jeden pokój, bez toalety. Na środku stało duże łóżko, pod ścianą był zlew, a na małej szafce stała miska. I był jeszcze parapet, ulubione miejsce mojego dzieciństwa, gdzie mogłam siedzieć godzinami i bawić się lalką albo w dom. Babcia zbierała guziki i zamykała je w szklanym słoju. Miała też jeden, jedyny stołek, w który Janusz wbijał gwoździe. W pewnym momencie gwoździ było tyle, że stołek iskrzył się jak tron fakira.

U babci najważniejsze były zabawa i jedzenie. Do dzisiaj pamiętam ten smak… Kartofle ugniecione ze skwarkami – to smak mojego dzieciństwa. Ale jakie to były skwarki? Jak smażone? Czym doprawione? Mój brat Janusz twierdzi, że jemu udało się odnaleźć ten smak. Wcale nie wiem, czy mu wierzę.

Kartofle według pomysłu babci robiłam tysiące razy i nigdy nie udało mi się uzyskać dokładnie tego samego smaku i zapachu. Ciągle szukam. Jak wielu zresztą smaków, zapachów, ludzi, fotografii, rzeczy i faktów.

Z babcią mieszkał nasz przyszywany dziadek, Lejzor Sobocki. Mąż babci, a ojciec mamy zmarł na Syberii, o czym dowiedziałam się długo później. „Dziadek” ubóstwiał swoje „wnuki”. Był rosły i silny, oboje nas z Januszem podnosił jednocześnie, mnie na jednym, Janusza na drugim ręku. Byliśmy zdziwieni, że tak potrafi. Poza tym pięknie śpiewał i często popijał nalewkę z jagód, którą babcia pędziła w wielkim zielonym gąsiorze. Te wspomnienia są jak za mgłą, ale zapach mieszkania babci pamiętam do dziś. Babcia zresztą kilka lat później wyjechała do Izraela i dnie spędzane w jej miniaturowym pokoiku szybko stały się wspomnieniem. Tak jak drewniana balia z korkiem, w której kąpała mnie Zosia. Zosia przez pewien czas mieszkała u nas i pomagała mamie w prowadzeniu domu. Tak jak koszmarna lalka, moja pierwsza, którą się nakręcało, a ona na czworaka chodziła po podłodze. Ten zmechanizowany potwór, kościotrup, na którym jakby przypadkiem zawieszono sukienkę, był najbrzydszą lalką, jaką kiedykolwiek widziałam. Nawet nie dało się jej przebrać; patrzyłam tylko obojętnym wzrokiem, jak pełza po podłodze.

Lalka zginęła gdzieś w odmętach historii i szybko zastąpiła ją piękna lala z porcelany, którą mogłam przebierać i w którą mogłam się wpatrywać godzinami. Jak przez mgłę pamiętam wielkie radio z oczkiem. Oczko się paliło, a ja się zastanawiałam, co też może być w środku, że zielone światełko nieustannie się żarzy. Dotykałam paluszkiem, ale światełko wciąż było. A potem mama czy tata robili „pstryk”, wyłączali radio. Światełko powolutku gasło, a ja wpadałam w ryk. Zabawa się kończyła. Małe dziecko w swojej głowie analizuje świat, uczy się wszystkiego od początku, każda rzecz jest dla niego nowa. Może dlatego nad wieloma się nie zastanawia. Za to ja się zastanawiam teraz, kiedy się zorientowałam, że w moim normalnym przecież domu czegoś brakuje.

Gołda Tencer
Fragment książki “Jidisze Mame” Gołdy Tencer i Katarzyny Przybyszewskiej-Ortonowskiej, wyd. Edipresse Książki. POLECAMY! [LINK].

Pierwszy raz na Wszystko Co Najważniejsze?

Aby nie ominąć istotnych tekstów, raz w tygodniu w niedzielę rano wysyłamy newsletter. Zapraszamy do zapisania się:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam