Wojciech SONTAG, Hanna PĘKAŁA: Jazydzi. Milczące ofiary wojny

Jazydzi.
Milczące ofiary wojny

Photo of Wojciech SONTAG

Wojciech SONTAG

Informatyk. Pasjonat pracy z obrazem telewizyjnym i filmowym. Uczestnik projektu STEP-IN w Iraku.

Photo of Hanna PĘKAŁA

Hanna PĘKAŁA

Studentka filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Miłośniczka literatury, folkloru i górskich wędrówek.

zobacz inne teksty Autora

Nie sposób nawet wyobrazić sobie okrucieństwa, jakie dotknęło Jazydów. Dżihadyści stosowali najbardziej bestialskie metody, rozstrzeliwując, paląc i zakopując ludzi żywcem. Wydarzenia w górach Sindżaru stały się bezpośrednią przyczyną dołączenia USA do wojny z ISIS. O Jazydach żyjących na pograniczu Iraku, Iranu, Turcji i Syrii – piszą Wojciech SONTAG i Hanna PĘKAŁA

.Na początek podstawowe fakty. Irak podzielony jest na osiemnaście prowincji nazywanych muhafazami. Trzy północno-wschodnie prowincje tworzą autonomiczny Region Kurdystanu Irackiego. Spór Kurdów i Iraku o te ziemie toczy się od lat 80. Sytuacja zawsze była napięta, ponieważ żyją tam chrześcijanie, muzułmanie oraz Jazydzi. Tych ostatnich jest w Iraku ok. 500 tys. Do sierpnia 2014 roku większość Jazydów żyła w Sindżarze. Po wojnie w 2003 roku i interwencji amerykańskiej Kurdystan został uznany za jednostkę federalną zarówno przez rząd centralny w Iraku, jak i ONZ. Obszar Sindżaru pozostał jednak miejscem spornym.

W konstytucji z 2005 roku zaznaczono, że gdy sytuacja w rejonie się uspokoi, zostanie przeprowadzone referendum, czy ma on ostatecznie należeć do Iraku, czy do Kurdystanu Irackiego.

Co ważne, mimo sporej liczebności Jazydzi są pozbawieni władzy i funkcji politycznych. Dodatkowo w oczach ISIS uchodzą za satanistów, gdyż ich głównym aniołem jest Shaytan, co po arabsku tłumaczy się jako „Szatan”. Gdy ISIS przejmuje kontrolę nad ziemiami zamieszkanymi przez chrześcijan, mają oni do wyboru wygnanie lub płacenie dodatkowego podatku, Jazyda może tylko zmienić wiarę, w przeciwnym razie czeka go rozstrzelanie. Chociaż ich sytuacja była trudna, Jazydzi żyli we względnym spokoju, nie angażując się zbytnio w kwestie polityczne.

Jednak siedem lat temu temu, 3 sierpnia 2014 roku, w Sindżarze rozpoczął się ich trwający dramat. Wraz z wkroczeniem ISIS wojska irackie, stacjonujące wówczas w Sindżarze, zaczęły się wycofywać.

Kiedy Mosul, broniony przez 30 tys. żołnierzy irackiego wojska zawodowego, został podbity prawie bez walki przez ok. 800-1300 milicji ISIS, ludzi ogarnął strach.

Strach zapanował w Sindżarze — wojsko irackie wycofało się, a ich miejsce zajęło wojsko kurdyjskie.

Żołnierze odebrali Jazydom broń, obiecując im bezpieczeństwo. Jazydzi nie chcieli jednak polegać w pełni na muzułmanach, od których często doświadczali prześladowań.

Haydar Shesho, dowódca wojskowy Jazydów, zorganizował 3,5 tysiąca wolontariuszy, z których utworzył bojówkę. Tydzień przed masakrą apelował w Ara News o konieczność ich dozbrojenia, ponieważ sytuacja była bardzo niepokojąca. Jazydzki intelektualista, Salim Rashdani, zwracał uwagę na słabe wsparcie ze strony peszmergów (kurdyjskich żołnierzy). Mimo to Serbest Bapri (dowódca stacjonującej na tamtym terenie 17. dywizji peszmergów) odmówił uzbrojenia bojówki, argumentując, że zostały już podjęte odpowiednie kroki w celu zabezpieczenia Jazydów. Religijna Rada Jazydzka zdecydowała się poprosić bezpośrednio prezydenta Kurdystanu, Masuda Barzaniego, o utworzenie w pełni jazydzkiej jednostki podlegającej peszmergom. Kierownictwo KDP (Demokratycznej Partii Kurdystanu) udaremniło jednak tę próbę i uniemożliwiło radzie osobiste spotkanie z prezydentem. 1047 Jazydów w policji i armii irackiej zwolniło się ze służby, by wolontaryjnie bronić Sindżaru. Wioski jazydzkie, które sąsiadowały bezpośrednio z muzułmańskimi, były chronione przez cały dzień i noc z uwagi na nieustanne zagrożenie.

Pierwszy atak rozpoczął się o godzinie 2 w nocy 3 sierpnia 2014 r. Jazydzi byli zaopatrzeni tylko w lekką broń. Spodziewali się, że walki zaraz ustaną, jednak ISIS napierało coraz mocniej. Z każdą chwilą wzrastała liczba terrorystów zbierających się na linii frontu, biegnącej wzdłuż drogi między Gir Izer a Baaj. Peszmergowie (o czym Jazydzi nie wiedzieli) zaczęli porzucać swoje stanowiska i odstąpili terrorystom główną drogę — będącą najszybszą, wciąż bezpieczną trasą na północ. W wioskach i miastach wielu sąsiadów muzułmańskich, z którymi Jazydzi żyli w zgodzie przez wiele lat, zakładało stroje ISIS i brało udział w masakrze, otwierając ogień do uciekających cywilów. Po kilku godzinach walk Jazydom zaczęło brakować amunicji. Kilkukrotnie kontaktowali się z 17. dywizją, za każdym razem otrzymując informację, że pomoc jest w drodze i nadejdzie lada chwila. KDP cały czas nalegała, żeby utrzymali pozycje aż do przybycia peszmergów.

Około szóstej – siódmej rano skończyła się Jazydom amunicja. Część z nich zaobserwowała uciekających peszmergów, mimo że w pobliżu nie było terrorystów. Jazydzcy cywile również próbowali uciec, ale zawracano ich na checkpoincie z informacją, że wojska już nadchodzą z pomocą. O dziewiątej rano, próbując wyjechać po raz kolejny, zastali pusty checkpoint. W tym czasie niektóre wioski były już otoczone. W jednej z nich dżihadyści brutalnie wymordowali stu Jazydów, kobiety wywieziono, by przeznaczyć je na niewolnice seksualne, dzieci zabrano w celu wyszkolenia ich na przyszłych terrorystów. W Kojo, gdzie także zostali zawróceni na checkpoincie, terroryści otoczyli wioskę, po czym zamordowali sześciuset mężczyzn, tysiąc kobiet i dzieci trafiło do niewoli. Jedną z porwanych była Nadia Murad, obecnie działaczka społeczna, której udało się uciec w listopadzie 2014 roku. W rzezi zginęło jej sześciu braci oraz matka, zdaniem dżihadystów zbyt stara, by mogła zostać niewolnicą seksualną.

Dopiero o 7.30 Jazydzi z południowej części Sindżaru dostali pierwsze telefony informujące o ucieczce peszmergów. W wiosce Zorava znajdowało się osiem ciężarówek, które wojsko irackie pozostawiło dla jazydzkiej samoobrony. Wśród peszmergów byli też Jazydzi, którzy próbowali nie dopuścić do odwrotu. W chwili, gdy peszmergowie opuszczali Zoravę, kilku Jazydów zablokowało cały konwój, namawiając ich, żeby zawrócili, jednak bez skutku. Poprosili więc, żeby zostawili chociaż ciężarówki z bronią, dzięki którym byliby w stanie odeprzeć atak. Wybuchł spór, podczas którego trzech Jazydów zostało zastrzelonych, jeden został ranny. Mimo że byli świadkowie tej sytuacji, nigdy nie wszczęto żadnego śledztwa.

Gdy sprawa była przesądzona, Jazydzi zaczęli uciekać na północ, w góry Sindżaru — święte góry, które wielokrotnie w przeszłości ratowały ich w niebezpiecznych sytuacjach.

Ci, którzy zdołali dostać się na wschód, do Kurdystanu, mogli czuć się bezpieczni. Łącznie uciekło ponad 300 tysięcy ludzi. W górach schroniło się ok. 50-60 tysięcy. Pozostali znaleźli azyl głównie w Zachu i Irbilu, gdzie od tamtejszych mieszkańców otrzymali pożywienie, wodę, i nocleg.

Był upalny sierpień, temperatura w górach w ciągu dnia przekraczała 40 stopni, brakowało cienia. Uciekali, łapiąc to, co mieli pod ręką. Nie było mowy o zapasach żywności czy wody. Wojska amerykańskie zrzucały zaopatrzenie, ale większość skrzynek się roztrzaskiwała. Do większości potrzebujących ta pomoc w ogóle nie dotarła. Wielu Jazydów, głównie dzieci i starcy, zmarło z wycieńczenia. Góry zostały otoczone przez ISIS. Jedyną drogę, którą można było przejechać samochodami, Jazydzi zablokowali, budując zaporę, bronioną przez żołnierzy. ISIS próbowało sforsować ją samochodami z materiałami wybuchowymi, a także bombardowaniami, ale nie udało im się to — góry Sindżaru nigdy nie zostały zdobyte.

Trzech moich przyjaciół, których poznałem podczas pobytu w Iraku, opowiadało o tym, co się działo. Czworo ludzi z ich wioski postanowiło nie uciekać. Wszystkim dżihadyści obcięli głowy. Wody było tak mało, że pili ją z zakrętek od butelek. Jeden z mężczyzn wspominał, że uciekali w 22 osoby jednym jeepem z wioski. Gdy już przebywali w górach, podszedł do nich mężczyzna z sześcioma ranami postrzałowymi. W czasie rozstrzeliwania (taki los spotykał tych, którzy nie chcieli zmienić wiary) upadł razem ze wszystkimi, jednak kiedy terroryści odeszli, ostatkiem sił udało mu się wyczołgać. Drugi z przyjaciół podzielił się historią swojej kuzynki, pojmanej do niewoli razem z resztą kobiet. Dżihadyści wieźli je w samochodzie — dwóch terrorystów i trzy niewolnice. Nagle dziewczyna szarpnęła kierownicę, powodując wypadek. Zginęła na miejscu, jednak dwóm pozostałym kobietom udało się uciec.

Vian Dakhil, jedyna jazydzka posłanka w 328-osobowym irackim parlamencie, wielokrotnie apelowała o pomoc dla swoich współbraci. W przejmujący sposób błagała o zwrócenie uwagi na ludobójstwo.

Podczas swojego wystąpienia Vian Dakhil nie potrafiła powstrzymać łez, przejęta biernością i brakiem poważnego potraktowania sytuacji przez pozostałych posłów. Ostatecznie sama postanowiła zorganizować pomoc — helikopter, który przenosił Jazydów z gór w bezpieczne miejsce. Niestety miał miejsce wypadek — przeciążony helikopter rozbił się, pilot zginął na miejscu.

Po siedmiu dniach prezydent Obama ogłosił decyzję o bombardowaniu Iraku, aby zapobiec ludobójstwu. Dopiero w dniach 10-11 sierpnia kurdyjscy partyzanci z Ludowych Oddziałów Samoobrony (YPG — wojska Kurdystanu Syryjskiego) otworzyli oblężonym drogę do Syrii. Kurdystan Iracki do końca nie podejmował żadnej próby pomocy uwięzionym w górach.

Jazydzki malarz, Ammar Salim Khidhir, stworzył serię obrazów przedstawiających zapłakane twarze kobiet, makabryczne sceny morderstw. Chciał w ten sposób udokumentować masakrę i pokazać światu ogrom tragedii, jakiej doświadczyli Jazydzi.

Ich sytuacja wciąż jest trudna. Tysiące kobiet i dzieci przebywa w niewoli. Te, którym udało się wrócić, muszą być pod stałą opieką, by nie popełniły samobójstwa. Ogromna liczba osób zmaga się z depresją. Nie sposób nawet wyobrazić sobie okrucieństwa, jakie dotknęło Jazydów. Dżihadyści stosowali najbardziej bestialskie metody, rozstrzeliwując, paląc i zakopując ludzi żywcem. 200 młodych kobiet popełniło samobójstwo w górach Sindżaru tylko dlatego, żeby nie dostać się do niewoli ISIS. W ciągu tych ośmiu dni 300 dzieci urodziło się przedwcześnie. Po tych zdarzeniach Jazydzi zaczęli golić brody, by odróżniać się od dżihadystów.

.Jazydzi boją się wracać, nie mają nawet do czego. W ostatnim czasie wiele jazydzkich dzieci otrzymuje imię Bewar, co oznacza „bez domu”. Wydarzenia w górach Sindżaru stały się bezpośrednią przyczyną dołączenia USA do wojny z ISIS.

Wojciech Sontag
Hanna Pękała

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 15 września 2017
Fot.Jazzmany/Shutterstock