Po warszawskim szczycie NATO nie nastąpi koniec świata

Jamie SHEA

Zastępca Sekretarza Generalnego NATO ds. Nowych Wyzwań związanych z Bezpieczeństwem. W latach 1993-2000 rzecznik NATO. Brytyjski dyplomata i nauczyciel akademicki.

.Woody Allen powiada: „Tak bardzo lubię przyszłość, że chcę w niej spędzić tyle czasu, ile się tylko da”, a Steve Jobs z Apple’a twierdził, że najlepszym sposobem przewidywania przyszłości jest jej kształtowanie. Właśnie o to chodzi! Co zatem NATO powinno zrobić? Jak kształtować przyszłość?

.Oczywiście, rację mają ci, którzy powiadają, że koniec świata nie nastąpi po warszawskim szczycie. I szybko nadejdzie nowy dzień. Chciałbym wiedzieć, co będziemy robić dalej. Skupię się na czterech punktach, które dla mnie mają znaczenie absolutnie podstawowe w kontekście podążania NATO ku przyszłości.

Kluczowy problem, z jakim mamy do czynienia, to szybkie przekształcanie się świata, czego odbiciem jest Plan Działania na rzecz Gotowości (Readinnes Action Plan – RAP), bardzo wysokiej gotowości do rozmieszczania sił wojskowych. A także pozostałe plany. Niestety, stan bezpieczeństwa zmienia się szybciej i w złym kierunku.

Po Warszawie musimy przyspieszyć tempo przekształcania NATO w sposób bardziej zsynchronizowany z tempem przekształcania się naszego otoczenia. Będzie to wymagać więcej środków, więcej energii, więcej kapitału politycznego i więcej uwagi dla tych spraw.

Tymczasem w Europie i do pewnego stopnia w USA ludzie reagują na pogorszenie stanu bezpieczeństwa, odcinając się od sąsiadów i organizacji międzynarodowych. Budując mury. Nie chcąc ponosić odpowiedzialności. Wielkim wyzwaniem dla NATO i do pewnego stopnia dla Unii Europejskiej jest odwrócenie tego zeitgeistu. Obie organizacje powinny być czynnikiem przywrócenia poczucia solidarności, dzielenia ciężarów i wspólnego celu. Będzie to kluczowe wyzwanie.

Przyszłość obrony w Europie Środkowej

.Zasadniczo wyzwaniem po Warszawie będzie utrzymanie przez NATO trwałego wysiłku przez lata i dekady. Nie będzie to łatwe. Jeśli osiągniemy względne odprężenie z Rosją, a przynajmniej stabilizację, pojawią się ludzie, którzy będą mówić, że nie potrzeba już odstraszania.

A cała wartość odstraszania polega na tym, że promuje ono stabilność. Dlatego jesteśmy przygotowani na długie utrzymywanie tego wysiłku. Znów, jak za czasów zimnej wojny, uprawiamy w Europie odstraszanie. Ale mamy na kontynencie tylko 27 tysięcy żołnierzy USA, a mieliśmy ich 326 tysięcy. I 10 dywizji, które jeszcze 25 lat temu skutecznie odstraszały. Teraz mówimy o dwóch amerykańskich ciężkich brygadach w Europie Środkowej. Z wojskowego punktu widzenia wybór jest przejrzysty. Jeśli masz masę, nie musisz wykazywać się dużą aktywnością, ponieważ masa wystarcza do odstraszania. A jeśli nie masz masy, musisz zastąpić ją aktywnością – ćwiczeniami, elastycznością, dosyłaniem posiłków, nieustannym biciem w bębny trwałej aktywności dla demonstrowania woli politycznej i siły wojska.

Jak osiągnąć taki skutek z siłami dziesięciokrotnie mniejszymi? Jak znaleźć zastępstwo dla masy? Jak skłonić Europejczyków do walki o ten cel? Mam na myśli zwiększenie ich armii. Jak dotychczas zgłosili się bowiem tylko Amerykanie. Oddziały ciężkie, wysunięty sprzęt, jednostki bojowe – będą amerykańskie. Wiemy o tym, od kiedy Ashton Carter zapowiedział w Brukseli czterokrotne zwiększenie wydatków w ramach nowej European Reassurance Initiative (ERI), opiewającej na 3,4 miliarda dolarów. Jeśli jednak ma ona spełniać funkcję odstraszania, musi być międzynarodowa.

Potrzeba nam Brytyjczyków, Francuzów, Niemców, Włochów, Polaków i wszystkich innych. Czy Europejczycy opanują sztukę odstraszania?

.Podczas zimnej wojny strategia dosyłania posiłków opierała się na przynależności do państwa dróg, kolei, mostów, portów i przestrzeni powietrznej. Było wiele marnotrawstwa. Do państwa należały rady cywilnego planowania kryzysowego dla szybkiego przekształcenia infrastruktury cywilnej na potrzeby wojska.

Mieliśmy rezerwy paliwa, żywności i wody, mieliśmy plany masowej ewakuacji ludzi i ofiar na wypadek konfliktu. To wszystko minęło. Teraz NATO w 90 procentach posługuje się sektorem prywatnym. W tej części świata 75 procent wsparcia logistycznego w kraju goszczącym będzie się odbywać poprzez sektor prywatny, do którego należą przedsiębiorstwa świadczące usługi. Prywatni przewoźnicy będą nam wozić czołgi i armaty. Czy to zagraża bezpieczeństwu? Nie. Sektor prywatny zawsze rozgląda się za zyskiem, więc nie będzie rozrzutności.

.Wielkie wyzwanie, przed jakim stoimy w obliczu aktywności Państwa Islamskiego, to stworzenie cywilno-wojskowej infrastruktury planowania, tak by mogły być dostarczane posiłki. Kolejna sprawa to fakt, że Rosjanie nie będą stać w miejscu. Nie będą czekać, aż się przystosujemy. Będą myśleć, jak przechytrzyć NATO. Tak jak my myślimy, jak przechytrzyć ich ataki hybrydowe czy konwencjonalne. To będzie stała praca nad osiągnięciem postępu.

Następny punkt: strategia innowacji. Jesteśmy teraz zagrożeni utratą przewagi technologicznej, która zawsze była kluczem do bezpieczeństwa NATO. Międzynarodowy Instytut Badań Strategicznych (IISS) w opublikowanym niedawno Military Balance 2016 pisze całkiem przekonująco, że świat wydaje na zbrojenia więcej niż my. Azja wydała w 2015 roku 100 miliardów dolarów więcej niż Europa. Paradoks polega na tym, że Europa wydawała na zbrojenia więcej w czasie odprężenia po 1989 roku niż w dwa lata od najazdu Rosji na Krym.

Teraz jest łatwiej i szybciej, zwłaszcza w świecie wysokich technologii, gdzie przedsiębiorstwa technologiczne stają się, pod względem możliwości, równie ważne, co fabryki zbrojeniowe – osiągając wysoki poziom dużo szybciej niż w przeszłości. Powiedzmy sobie uczciwie, NATO już w przeszłości natrafiało na trudności w zwalczaniu względnie prymitywnego wroga, jak to było w Afganistanie z talibami albo w Serbii, w czasie kosowskiej kampanii powietrznej w 1999 roku. A będziemy mieć do czynienia z coraz lepiej zorganizowanym i wyrafinowanym wrogiem, posługującym się wysokimi technologiami. I dlatego bardzo potrzeba nam w NATO strategii innowacji.

.Musimy być w coraz większym stopniu organizacją naukową i technologiczną. Ten aspekt działania powinien być dużo bardziej powiązany z prowadzeniem polityki i podejmowaniem decyzji niż dziś. To niedopuszczalne, by zaspokojenie rudymentarnych wymogów na tym polu zabierało nam co najmniej cztery lata. Mamy jedenaście różnych szczebli zamówień! Zabrało nam lata zanim opanowaliśmy podstawy obrony cybernetycznej. Doczekaliśmy się jej dopiero teraz. W tej dziedzinie musimy iść naprzód dużo szybciej.

Musimy rozmawiać nie tylko o zwiększeniu wydatków na obronę. Trzeba nam dużo lepszego wyczucia, na co mamy te pieniądze wydać. Weźmy te 20 procent, które mamy wydać na modernizację. Nie chodzi o nowe błyskotliwe technologie, ale o jak najlepsze wykorzystanie technologii, którą mamy.

Sukces NATO, zwłaszcza w środowisku, gdzie ma być nas mało, musi być wzorowany na sukcesie Heinza Guderiana z jego czołgami w czasie II wojny światowej. Francuzi w 1940 roku mieli tyle samo czołgów, co Niemcy. Prawdopodobnie francuskie czołgi były nawet lepsze. Ale Guderian pracował dzień po dniu nad ludźmi, sposobem działania, taktyką, organizacją, technologią i dowodzeniem. Eksperymentował, by uzyskać synergię niezbędną do wypracowania wzorca skutecznej walki. I w rezultacie był dużo sprawniejszy. Właśnie dzięki lepszej integracji aktywów. W takim kierunku musimy zmierzać. Dobrym przykładem były manewry Trident Juncture jesienią 2015 roku w rejonie Morza Śródziemnego, w których wzięło udział 36 tysięcy żołnierzy.

Strategia bliskowschodnia

.Bliski Wschód to Bałkany XXI wieku. Inaczej mówiąc, jest to obszar, który musimy ustabilizować. W przeciwnym razie sprowadzimy na świat pożogę. Jestem o tym przekonany. Sytuacja na Bliskim Wschodzie nigdy nie była tak zła, jak dziś. Prawdopodobnie od najazdu mongolskiego w XIII wieku. Mamy do czynienia z dużymi wojnami w czterech krajach regionu. A w kilku innych, jak u naszego sojusznika Turcji, wojny o niskim natężeniu.

W Europie mamy do czynienia z rozlewaniem się zjawisk, ale to jest dobre. Przykład Polski, kraju zintegrowanego, nowoczesnego, rozlewa się na Ukrainę, w produktywny sposób promując demokrację. Przeciwieństwem jest Bliski Wschód. Wszystkie stabilne kraje, jak Jordania, Liban, Tunezja, są szybko destabilizowane przez sąsiadów. Nie możemy tylko patrzeć. Musimy wypracować holistyczne podejście.

Wojny domowe trwają długo. Wojna domowa w Afganistanie toczy się od 37 lat. W Kongu trwała 22 lata, a w Peru – 36 lat.

Od 1995 roku 40 procent wojen domowych ustało na skutek różnego rodzaju interwencji z zewnątrz. Nie twierdzę, że mamy powrócić do Iraku, Afganistanu, by interweniować politycznie czy finansowo. To niemożliwe. Wiemy o tym. Musimy mieć w NATO więcej dialogu transatlantyckiego.

Musimy wymyślić, jak przyczynić się długoterminowo do stabilizacji regionu, zanim on zdestabilizuje nas. Jako minimum musimy mieć więcej lotnictwa i doradców, więcej dzielenia się informacją i logistycznego wsparcia. Budowanie zdolności obronnych musi wyglądać mniej jako aranżacje partnerskie, a bardziej jak faktyczna operacja wojskowa, z rozmieszczeniem dowództw NATO i sił. Jak to dzieje się teraz w Afganistanie.

Musimy także wypracować lepsze stosunki z ONZ, Unią Afrykańską, Ligą Arabską i Unią Europejską. Zwłaszcza w rejonie Morzą Śródziemnego, gdzie kluczową do odegrania rolę mają siły morskie. Nie wykluczałbym rozmieszczania sił pokojowych NATO. Nie w dającej się przewidzieć przyszłości, ale gdy już uda nam się wprowadzić zawieszenia broni, działające formy dzielenia się władzą, federalizm i uregulowania polityczne.

Południe jest globalnym zagrożeniem dla nas wszystkich. Nie można mówić o Południu jak o sprawie regionalnej czy problemie dla sojuszników w rejonie Morza Śródziemnego.

Tak samo, jak nie można mówić o Wschodzie jako o sprawie regionalnej czy o Rosji, która stanowi niewielkie wyzwanie dla kilku sojuszników w małej części na północy Europy. Południe i Wschód to wyzwania globalne. Mam nadzieję, że pierwszym, co wykona szczyt w Warszawie, będzie pogrzebanie tej dychotomii Południa i Wschodu, na ich ograniczonym obszarze i niezależnych od siebie. Mówimy o wyzwaniu, które dotyczy każdego sojusznika jednakowo.

Powrót do inwestycji militarnych

.Musimy wrócić do czołgów, samolotów i rakiet. To także powrót do większej liczby generałów i manewrów. Wraz z tym pojawia się jednak zagrożenie utraty zdolności do działania politycznego. Im więcej jest bowiem broni ofensywnej, im więcej wielkich ćwiczeń wojskowych, tym bardziej trzeba to równoważyć kontrolą zbrojeń, normami i standardami. NATO nie ma interesu żyć w świecie większego militarnego wymuszania oraz rosnącej anarchii politycznej i prawnej.

Podczas zimnej wojny potrafiliśmy działać na dwóch frontach: inwestycji militarnych, ale sprzężonych z partnerstwem i porozumieniami o kontroli zbrojeń. Mieliśmy wielu chętnych partnerów: Australię, Nową Zelandię, Japonię, Szwecję, Finlandię. Chcieli z nami współpracować w tym szczególnym obszarze. Po Warszawie musimy włączyć Rosję, przynajmniej na polu budowy środków zaufania, dla uniknięcia groźnych incydentów.

.Po Warszawie musimy nie tylko rozwijać twardą siłę, ale mieć pewność, że ta twarda siła jest umocowana w sile miękkiej, w środowisku prawowitości. To bowiem skupi po naszej stronie społeczność międzynarodową. Szczyt w Warszawie musi pokazać światu, że bez Sojuszu nie da się rozwiązywać problemów. Sojusz jednak musi zyskiwać na sile nawet szybciej niż to działo się od czasu Krymu.

Zrzut ekranu 2016-06-09 (godz. 11.01.48)Jamie Shea

Tekst pochodzi z wyd.5 (1/2016) Niezależnego Magazynu Strategicznego PARABELLUM. Promocyjne egzemplarze dla Czytelników #KontoPREMIUM[LINK]. Zainteresowanych prosimy o zgłoszenie: redakcja@wszystkoconajwazniejsze.pl z podaniem identyfikatora/loginu #KontoPREMIUM.

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Chcę otrzymywać powiadomienia o najnowszych tekstach.

Autorzy wszyscy autorzy

A B C D E F G H I J K L M N O P R S T U W Y Z
Przejdź do paska narzędzi