Trolle, agenci wpływu i pożyteczni idioci

Maria PRZEŁOMIEC

Była korespondentka sekcji polskiej BBC. Specjalizuje się w tematyce związanej z krajami byłego ZSRR. Od lutego 2007 w TVP Info prowadzi program Studio Wschód. Absolwentka historii na UJ.

Rosyjska wojna informacyjna trwa i rozwija się w najlepsze. Zachód wciąż nie potrafi się jej skutecznie przeciwstawić. Triumfy święcą także działania pośrednie polegające na wykorzystywaniu agentów wpływu, „pożytecznych idiotów” oraz na trollingu osób zajmujących się wschodem. Propagandowe wrzutki, tworzenie “patriotycznych” portali, agentura wpływu w sieciach społecznościowych to już codzienność. Zachodowi wypowiedziano wojnę propagandową. Wiemy, jak się bronić?


Tekst dostępny jedynie w wariancie PREMIUM. Aby założyć Konto PREMIUM - [TUTAJ]. Obecnie Konto PREMIUM jest kontem BEZPŁATNYM.

Jeśli posiadasz już konto PREMIUM, zaloguj się.

Rosyjska wojna informacyjna przeciwko Zachodowi jest faktem. Jej początki sięgają XVI wieku, kiedy to Iwan IV Groźny zalecił swym dyplomatom, by na zachodnich dworach rozdawali broszurkę udowadniającą, że bitwę pod Orszą, w 1514 roku, wygrały nie wojska polsko-litewskie, ale Iwan III Srogi. Wtedy chodziło o stworzenie wspólnej antyjagiellońskiej koalicji, która ostatecznie nie doszła do skutku. Czasy się zmieniły, metody pozostały podobne, wzbogacone tylko o nowoczesne środki przekazu.

.Najbardziej widoczny jej przejaw to propagandowe działania Kremla, które można określić mianem otwartej ofensywy. Jej „bronią”, są telewizja Russia Today, mająca redakcje językowe (angielską, francuską, niemiecką, hiszpańską i arabską) oraz portal internetowy i rozgłośnia radiowa Sputnik, obecna w kilkudziesięciu krajach świata, w tym w Polsce.

Media te propagują oficjalną politykę Kremla i rosyjski obraz świata, często przy pomocy dziennikarzy z krajów do których skierowany jest przekaz. Trudno powiedzieć czy rosyjskim władzom zwracają się ogromne nakłady, jakie pochłaniają Russia Today oraz Sputnik, ale przynajmniej w Polsce ich „zasięg rażenia” wydaje się znikomy.

Bardziej niebezpieczne są działania pośrednie, polegające na wykorzystywaniu agentów wpływu, „pożytecznych idiotów” oraz na trollingu czyli internetowych komentarzach, umieszczanych na blogach osób zajmujących się wschodem. Te metody są zdecydowanie skuteczniejsze, niż kremlowskie media, bo ich propagandowy wydźwięk mniej rzuca się w oczy. I trudniej udowodnić powiązania z rosyjskim mocodawcą.

Dobór gości

.I tak, z rosyjskimi wrzutkami propagandowymi mamy do czynienia w mediach elektronicznych. Są one najczęściej efektem nie tyle świadomego działania dziennikarzy, co rezultatem ich braku wiedzy, zarówno jeżeli idzie o sprawy o które pytają, jak i o dobór gości.

Świetnym tego przykładem może być wywiad, jakiego na początku ukraińskiego konfliktu udzieliła jednemu telewizyjnych kanałów informacyjnych założycielka i skarbnik Stowarzyszenia Współpracy Polska-Rosja, a jednocześnie przewodnicząca Ligi Kobiet Polskich. Pani ta poproszona o skomentowanie międzynarodowej sytuacji, najpierw wyraziła oburzenie, że ranni Ukraińcy „setkami” leczeni są w polskich szpitalach (naprawdę było ich 65) podczas, gdy Polacy miesiącami muszą czekać na miejsce. Później oznajmiła, że polscy przedsiębiorcy masowo przenoszą się do Czech, gdyż jako czescy biznesmeni są lepiej traktowani przez Rosję (nie słyszałam o takim wypadku). A na koniec zaapelowała, by politycy w Warszawie przestali narażać się Moskwie, bo to się nie opłaca. Prowadząca wywiad dziennikarka, nie dość, że nie skorygowała fałszywych informacji, to jeszcze przyłączyła do apelu. Nie dlatego, że była rosyjskim agentem wpływu. Po prostu ani ona, ani nikt z obecnych w studio, nie przygotował się do rozmowy.

Do podobnych sytuacji dochodzi także w reportażach. W telewizji publicznej widziałam dwa tego typu materiały. Jeden z Ukrainy, drugi z Litwy. Oba, z powodu słabej orientacji autora, wyglądały, jakby były robione na zamówienie Russia Today. Pierwszy ostro krytykował prezydenta Poroszenkę (częściowo słusznie), nie próbując jednak poprosić o wyjaśnienia kogokolwiek ze strony ukraińskiego prezydenta. Drugi, poświęcony sytuacji litewskich Polaków, jednoznacznie całą winą za konflikt obarczał stronę litewską. W jednym i drugim przypadku wyglądało tak, jakby autor dysponujący wyrywkowymi informacjami, jechał robić materiał z gotową już tezą, pod którą przygotowywał reportaże, nie starając się poznać racji drugiej strony. Jest to błąd warsztatowy, który w sytuacji wojny propagandowej, działa na korzyść strony przeciwnej.

Brak kompetencji wielu telewizyjnych dziennikarzy nie jest niczym nowym, ale w obecnym stanie rzeczy taki „wpadki” nie powinny się zdarzać. Zdecydowanie większą winę niż żurnaliści ponoszą jednak szefowie mediów, zwłaszcza publicznej telewizji. W efekcie, widz ma niewielkie szanse na dowiedzenie się, co tak naprawdę dzieje się za wschodnią granicą Polski i o co w tym wszystkim chodzi. Więcej informacji o strategicznie ważnych dla naszego kraju spraw znajdzie w tematycznych, a więc trudniej dostępnych, kanałach stacji komercyjnych, jak choćby TVN 24 Biznes i Świat.

W warunkach wojny

.Zdecydowanie lepiej wygląda sytuacja w prasie. Niestety, jest to medium o najmniejszym zasięgu. Polacy coraz rzadziej sięgają do gazet, a strony internetowe najczęściej są płatne. A szkoda, gdyż właśnie tam można znaleźć obiektywne i kompetentne wyjaśnienia. Mam na myśli zarówno prasę codzienną, jak i tygodniki (przynajmniej te najbardziej znane), niezależnie od ich opcji. Z jednym, dla mnie niezbyt zrozumiałym, wyjątkiem tygodnika DoRzeczy, w którym często można znaleźć teksty, z punktu widzenia wojny informacyjnej, kontrowersyjne.

Stały felietonista gazety, Waldemar Łysiak, pisząc o Ukrainie często, najłagodniej mówiąc, mija się z prawdą. Nie chodzi nawet o przedstawianie naszego sąsiada, jako kraju upadłego i bandyckiego, ale o takie rodzynki, jak twierdzenia, że wspieranie separatystów przez Rosjan to wymysł kijowskiej propagandy czy dowodzenie, iż ukraińskie bataliony noszą nazwy współpracujących z Niemcami ukraińskich oddziałów z II wojny. Łysiak świadomym trollem nie jest, ale jego enuncjacje świetnie wpisują się w rosyjską propagandę, tym bardziej, że nie są prostowane.

W komentarzach dotyczących Ukrainy DoRzeczy drukuje cykliczne artykuły autorstwa pracowników prorosyjskiego portalu Kresy.pl. Są to zarówno teksy redaktora naczelnego portalu Tomasza Kwaśnickiego, wzywającego by Polska sprzedała Rosji swą neutralność w ukraińskim konflikcie czy Karola Kazimierczaka dowodzącego, iż Warszawa twardo powinna stawiać warunki Wilnu, wspierając polską mniejszość pod egidą pana Tomaszewskiego, bo Litwa nie ma dla Polski żadnego znaczenia.

Co prawda, w kolejnych numerach tygodnika pojawiają się głosy polemiczne, ale to w najlepszym razie oznacza, że szefowie pisma zakładają, iż czytelnik kontrowersyjnych komentarzy, na pewno kupi następny numer pisma, by wyrobić sobie właściwą opinię. Taka postawa może być zrozumiała w normalnym świecie, ale nie w warunkach toczącej się wojny informacyjnej.

Worek trolli

.Powiedzmy, że nie usatysfakcjonowany mediami elektronicznymi i prasą człowiek, sięga do Internetu. To naturalne źródło wiedzy, tyle tylko, że jest to worek do którego każdy wrzuca co chce. I tu działania rosyjskiego trollingu widać najlepiej.

Pierwsza to grupa klasycznych trolli czyli osób zajmujących się „hejtowaniem” poświęconych polityce wschodniej portali takich jak Biznesalert czy Studio Wschód. Celem ataków tej grupy są także blogi pojedynczych osób zajmujących się polityką wschodnią bądź zaangażowanych w pomoc Ukrainie. Internetowe groźby dostawała poseł Małgorzata Gosiewska czy dziennikarz Dawid Wildstein. Nie ustają internetowe ataki na blogera Marcina Reya, uznawanego za osobę związaną z grupą zwalczającą w Internecie działania środowisk proputinowskich.

Cechą charakterystyczna tego typu trolli jest ukrywanie się pod cudzym, często obco brzmiącym (angielskim, rosyjskim czy nawet arabskim) nazwiskiem, co niezbyt koresponduje z robionymi poprawną polszczyzną wpisami (inna spraw, że nieraz mało cenzuralnymi). Ich strona internetowa zwykle jest niedawno założona, bez zdjęcia lub z ewidentnie fałszywym zdjęciem profilowym. Nie musi to jednak być regułą. Trafiają się bowiem trolle „zasłużone” z bogatą historią internetową.

Ta kategoria trolli używana jest również do atakowania publikowanych w Internecie artykułów poczytnych gazet. W Polsce zjawisko nie jest tak masowe, ale niemieccy koledzy skarżą się, że po ukazania się niektórych artykułów zalewani są internetowym „shitstorm”. Ich zdaniem ma to skłonić wydawców do rezygnacji z tematów niewygodnych dla Kremla. To, że celem jest właśnie prasa niemiecka wynika najprawdopodobniej z faktu, że na polskiej opinii publicznej rosyjskim władzom zależy o wiele mniej.

Anonimowi twórcy

.Pierwszą grupę portali tworzą ewidentnie prorosyjskie, typu Polacy za Donbasem, Wileńska Republika Ludowa, Lwowska Republika Ludowa czy Grodzieńska Republika Ludowa. Są do siebie bliźniaczo podobne. Odwołują się do polskiej przeszłości kresów, uczuć patriotycznych, dumy z dawnych zwycięstw, apelują o wprowadzenie na Wileńszczyznę czy do Lwowa polskich wojsk. Ich cechą charakterystyczną jest dwujęzyczność. Prócz polskiej, mają rosyjską wersję językową. Twórcy oczywiście pozostają anonimowi.

Druga kategoria to portale, których autorzy nie ukrywają nazwisk. One również odwołują się do polskiego patriotyzmu, wzywają do walki o konserwatywne wartości i religię. Stanowczo krytykują „banderowską” Ukrainę i litewski nacjonalizm. Chwalą broniącego tradycyjnych, chrześcijańskich wartości Władimira Putina i wspierają Aleksandra Łukaszenkę. Autorzy artykułów wzywają polskie władze do rozliczenia zbrodni wołyńskiej oraz twardej obrony litewskich Polaków.

Ta kategoria jest dosyć pojemna. Można do niej zaliczyć zarówno portale jednoznacznie prokremlowskie, typu Geopolityka.org Mateusza Piskorskiego, konserwatyzm.pl, myślpolska.pl, Neon24.pl (portal założony przez biznesmena w przeszłości związanego z wojskowymi służbami informacyjnymi) czy kresy.pl.

Kresy.pl [nie mylić z Kresy24.pl – przyp.red.WcN] zaczynały kilka lat temu jako niezły portal informacyjny, zajmujący się polityką wschodnią i byłym ZSRR. Stopniowo jednak stawał się coraz bardziej nacjonalistyczno-prorosyjski. Portal atakuje nie tylko ukraińskie i litewskie władze, ale także choćby szefową telewizji Biełsat Agnieszkę Romaszewską-Guzy czy wspomnianego blogera Marcina Reya. Na uwagę zasługuje fakt, że jednym ze sponsorów kresy.pl jest właściciel browaru Ciechan, poseł na Sejm z ramienia partii Kukiz’15, Marek Jakubiak.

Patriotyczne gruszki

.Przy okazji warto zwrócić uwagę na powstały stosunkowo niedawno portal facebookowy Powiernictwa Kresowego, związany z organizacją Powiernictwo Kresowe, założoną przez bliskiego współpracownika jednego z liderów prorosyjskiej lewicowej partii Zmiana Mateusza Piskorskiego i Konrada Rękasa. Powiernictwo ma się zajmować sprawą odszkodowań za mienie pozostawione na terytorium Ukrainy po II wojnie. Rękas zapowiada zgłaszanie żądań o zwrot mienia lub rekompensatę za nie w sądach europejskich. Zapewnia, iż w związku z podpisaniem przez Ukrainę umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską, Kijów będzie musiał odszkodowania wypłacić. Mimo, że jest to kompletna bzdura, bo odszkodowania za mienie zabużańskie wypłaca polski rząd, sprawę nagłośniły rosyjskie media, budząc zaniepokojenie nie tylko w Ukrainie, ale także Litwie i Białorusi. Facebookowa strona Powiernictwa Kresowego, podobnie jak cytujące ją rosyjskie media, obiecuje potomkom kresowiaków gruszki na wierzbie. I oczywiście pełna jest narodowo-patriotycznej retoryki.

Pewien problem jest także z portalami prawicowymi o bardziej umiarkowanymi charakterze. Nie są one prorosyjskie, ale często w sprawach wschodnich zgadzają się z rosyjska retoryką. Przykładem może być prawy.pl, któremu często udzielają wywiadów konserwatywni politycy. Wywiady te są potem chętnie cytowane przez rosyjskie media. Tak było z rozmową z profesorem Janem Żarynem, który dla prawy.pl mówił o znaczeniu Lwowa dla polskiej kultury. W samej wypowiedzi nie było nic specjalnie kontrowersyjnego, ale media przedstawiły ją jako dowodzenie, że „Lwów jest polski”.

Więcej ostrożności, powinny wykazywać także znane portale informacyjne typu WP.pl, Interia.pl czy Onet.pl. Najpopularniejszym z nich jest, należący do niemieckiej spółki axel Springer, Onet. I to właśnie on najczęściej cytuje kontrowersyjne wypowiedzi ludzi działających oficjalnie, ale mających specyficzne poglądy, jak profesor Stanisław Bieleń czy ksiądz Isakowicz-Zaleski. Bieleń w Onecie oskarżał Polaków o rusofobię i po zajęciu Krymu, nawoływał do dialogu z Rosją. Z kolei Isakowicz-Zaleski w Onecie twardo krytykuje Ukrainę i żąda by polskie władze nie miały nic wspólnego z ukraińskim, „banderowskim” rządem.

Rosyjska wojna informacyjna trwa i obejmuje zdecydowanie więcej dziedzin. Na razie Zachód nie potrafi się jej skutecznie przeciwstawić. Szczególnie na terytoriach byłego ZSRR, a więc także państw wchodzących w skład UE, jak kraje bałtyckie. Jeszcze w 2012 roku, czyli po ponownym dojściu Władimira Putnia do władzy, grupa polskich dziennikarzy stworzyła projekt internetowej dwujęzycznej (angielski i rosyjski) telewizji informacyjnej dla Europy Wschodniej. Niestety, nie spotkał się on z zainteresowaniem polskich ani europejskich władz. Dziś, w zasadzie wszyscy są zgodni, że należałoby stworzyć medium dostarczające na terytorium byłego Związku Sowieckiego niezależne informacje. Rosyjskojęzyczną telewizję stworzyła Estonia. W Unii Europejskiej powoli wykluwa się podobna inicjatywa pod egidą Brytyjczyków. No cóż, lepiej późno niż wcale.Zrzut ekranu 2016-03-03 (godz. 21.39.38)

Maria Przełomiec
Tekst pochodzi z wyd.4 Niezależnego Magazynu Strategicznego PARABELLUM. Promocyjne egzemplarze limitowanego wydania wysyłamy pocztą dla Czytelników #KontoPREMIUM [LINK]. Zainteresowanych prosimy o zgłoszenie: redakcja@wszystkoconajwazniejsze.pl z podaniem adresu pocztowego oraz identyfikatora/loginu #KontoPREMIUM.

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Chcę otrzymywać powiadomienia o najnowszych tekstach.

  • Marek

    I to jest często clou problemu: “Prowadząca wywiad dziennikarka, nie dość, że nie skorygowała fałszywych informacji, to jeszcze przyłączyła do apelu. Nie dlatego, że była rosyjskim agentem wpływu. Po prostu ani ona, ani nikt z obecnych w studio, nie przygotował się do rozmowy.”

  • Marcin Lachowski

    Temat rosyjskiej agentury wpływu od paru lat zaczyna się przebijać do świadomości nie tylko w Polsce, ale i na Zachodzie. Temat islamskiej agentury wpływu dopiero musi się przebić. Afera z finansowaniem amerykańskich polityków przez bogate satrapie Zatoki Perskiej może być tego początkiem.

Autorzy wszyscy autorzy

A B C D E F G H I J K L M N O P R S T U W Y Z
Przejdź do paska narzędzi