
Zawirusowany Trybunał
Trybunał Konstytucyjny to zawirusowana instytucja, która zakaża zarówno system ustrojowy Polski, jak i bieżącą politykę. Patrząc z ustrojowej perspektywy, każdorazowe jego działanie przyczynia się do rozkładu państwa, niezależnie od tego, czego dotyczy – pisze Jan ROKITA
.Trybunał Konstytucyjny nie jest niestety martwy, jak sugerują to niektórzy nazbyt idealistyczni analitycy. Można by nawet rzec bez nadmiernej przesady, że gdyby faktycznie był martwy, to Polska miałaby spory kłopot z głowy.
Niestety, Trybunał Konstytucyjny jest nie tylko żywy, ale na dodatek bardzo żywotny, a to za sprawą wybranych doń prawników, którzy są partyjnymi zelotami obu waśniących się w Polsce stron. Zarówno sędzia Święczkowski, jak i sędzia Piotrowska to zaciekli partyjni bojowcy, którzy nie tylko nie mieli, nie mają i nie będą mieć zamiaru sprawdzania na serio, czy jakieś ustawy są zgodne z konstytucją, ale przeciwnie: mieli, mają i będą mieć na celu wyłącznie wykorzystanie swojej trybunalskiej pozycji dla osłabienia wroga politycznego.
To samo, w większym bądź mniejszym stopniu, dotyczy wszystkich pozostałych sędziów, zarówno tych z nadania prawicy i prezydenta Nawrockiego, jak i tych, których nominował Tusk.
W zależności od tego, kto akurat w danej chwili fizycznie zdobędzie sąsiadujący z Kancelarią Premiera budynek przy Alei Szucha, natychmiast przekształci Trybunał w ofensywną broń do niszczenia i osłabiania politycznego wroga. A bój o tę wysuniętą placówkę jest dlatego tak bezpardonowy i zaciekły, że zgromadzony jest w niej arsenał bezcennej broni. I kto ów arsenał posiądzie, będzie mógł unieważniać ustawy stanowione przez rządową większość, grozić delegalizacją przeciwnikom politycznym, a nawet – in extremis – posunąć się do usunięcia z urzędu głowy państwa. A wszystko to pod byle jakim, nawet mocno naciąganym pretekstem.
.Trybunał Konstytucyjny – to zatem zawirusowana instytucja, która zakaża zarówno system ustrojowy Polski, jak i bieżącą politykę. Patrząc z ustrojowej perspektywy, każdorazowe jego działanie przyczynia się do rozkładu państwa, niezależnie od tego, czego dotyczy.
Każde orzeczenie Trybunału wywołuje nieuchronną potrzebę jego podważenia bądź obalenia przez ten obóz, który akurat utracił kontrolę nad gmachem przy Alei Szucha. A ostatnio nawet zarządzenia organizacyjne wydawane przez jedną ekipę skutkują antyzarządzeniami drugiej ekipy, która obwieszcza delegalizację działań swoich wrogów.
Z kolei gdy idzie o bieżącą politykę, samo istnienie Trybunału wywołuje nieustanne akty agresji i bezprawia ze strony przywódców partyjnych, którzy nie są już w stanie, za żadną cenę, pogodzić się z tym, iżby owa placówka miała pozostać w rękach wroga.
Dlatego wojna o Trybunał będzie trwać nieustannie, choć jak w każdej wojnie, będą w niej momenty silnej agresji i pozornego uspokojenia. Tout proportions gardées, to jest trochę tak, jak w Palestynie albo Donbasie: któraś strona może osiągnąć chwilową przewagę, ale zawsze jest to tylko zapowiedź, iż następna faza wojny nastąpi rychło i będzie bardziej brutalna od tego, co było dotychczas.
Osobiście doceniam szlachetność intencji tych liderów politycznych, którzy (tak jak panowie Kosiniak, Hołownia, Bosak, Mentzen czy Morawiecki) chcieliby naprawy Trybunału. Zapewne wszyscy oni myślą w kategoriach państwowych, zakładając, iż skoro istnieje taka instytucja, jak Trybunał Konstytucyjny, to należałoby wziąć do niej ludzi gwarantujących jej w miarę normalne funkcjonowanie. Z takiego myślenia zrodziła się idea tzw. resetu Trybunału, czyli (niezależnie od szczegółowych różnic jej postrzegania) plan, wedle którego obecnych sędziów trzeba en bloc odesłać do domu, a w ich miejsce postawić nowych, lepszych.
.Niestety, każdy tego rodzaju plan jest obarczony fundamentalnym błędem. Prawdziwy kłopot nie tkwi bowiem w tym, że przez jakąś „pomyłkę” czy „nieporozumienie” partie posłały do Trybunału swoich bojowców, a teraz, po przeprowadzeniu resetu, zmądrzeją i wyślą w końcu porządnych państwowców. Nic takiego się nie zdarzy, gdyż logika dzisiejszej polskiej polityki jasno wskazuje, że ani obóz Tuska, ani obóz Nawrockiego nie mogą sobie pozwolić na rezygnację z panowania nad Trybunałem. Powtórzmy z naciskiem: zbyt cenny jest arsenał zbrojnych środków, jakie zgromadzone zostały w tej placówce, aby ktoś dobrowolnie poddał ją politycznemu wrogowi.
Czy coś zatem da się w ogóle zrobić na przyszłość z Trybunałem Konstytucyjnym? Zapewne tak, ale tylko w jeden sposób: cały ten arsenał, o który walczą partie, musiałby pewnego dnia wylecieć w powietrze. Krótko mówiąc: zainfekowany Trybunał łatwiej byłoby zlikwidować, niźli naprawić. Tylko wówczas, gdy ów przedmiot chciwego pożądania ze strony liderów partyjnych przestanie istnieć, będzie można choć trochę obniżyć temperaturę konfliktu. A partie przestaną się tylko wtedy bić, jeśli nie będą się już miały o co bić.
Nigdy natomiast nie będzie kompromisu w sprawie członków Trybunału; tego wydają się nie rozumieć dzisiejsi szlachetni piewcy koncepcji resetu. Nie jest też możliwa żadna przełomowa reforma ustroju tej instytucji, bo wymagałoby to jej rozbrojenia, czyli pozbawienia konstytucyjnych kompetencji.
.Jest natomiast wyobrażalny w dłuższej czasowej perspektywie taki przełom, który skłoniłby obie, wycieńczone walką strony do wykreślenia z konstytucji podrozdziału o Trybunale Konstytucyjnym i uchylenia ustawy, wydanej na podstawie przepisów tego podrozdziału.
Bez kontroli konstytucyjności ustaw daje się żyć, i to całkiem praworządnie, czego najlepszym dowodem jest Królestwo Niderlandów, w którym uznaje się ustawodawczą suwerenność parlamentu. Z kolei arsenał takich nadzwyczajnych środków, jak usuwanie prezydenta z urzędu (bez impeachmentu) czy delegalizacja partii politycznych warto w dzisiejszych okolicznościach usunąć z horyzontu, żeby nikogo na razie nie kusiły.
Sądzę, iż jeśli w hipotetycznej przyszłości Tusk i Nawrocki w ogóle mogliby się, bez uszczerbku dla swych interesów, na coś w tej materii zgodzić, to na zabicie Trybunału Konstytucyjnego zgodzić by im się było najłatwiej.
Jan Rokita





