
Dlaczego katolicy czują się politycznie bezdomni
Obrona życia i szacunek dla godności kobiety należą do tej samej chrześcijańskiej odpowiedzialności. Katolicy, którzy szukają politycznej reprezentacji łączącej te zobowiązania, często czują się bezdomni. Odpowiedzią powinny być wierność sumieniu, roztropność i konkretna pomoc rodzinom – pisze ks. prof. Dariusz RAŚ
.Debata o aborcji wróciła w Polsce w najgorszej możliwej formie. Znowu mamy zwarcie, a nie rozmowę. 20 października A.D. 2026 Sejm uchwalił nowelizację Kodeksu karnego, która przewiduje częściową dekryminalizację aborcji za zgodą kobiety. Projekt przeszedł dzięki wsparciu części posłów klubu PSL. Prezydent Karol Nawrocki najpewniej ustawę zawetuje, więc prawo się nie zmieni. Zmieniło się jednak coś ważniejszego. Wielu katolików znów poczuło dyskomfort bezdomności politycznej.
Dzień po głosowaniu Tomasz Terlikowski napisał na łamach „Rzeczpospolitej” tekst pt. Aborcyjny błąd ludowców. Publicysta nie ukrywa, że był i jest przeciwnikiem aborcji oraz zwolennikiem jej prawnych ograniczeń. Zauważa, że dekryminalizacja w praktyce oznacza legalizację, bo tam, gdzie nie ma konsekwencji, nie ma realnie działającego prawa. Najcenniejsza jest jednak jego analiza polityczna. Ludowcy nie zdobędą wyborców lewicy obyczajowej, a ryzykują utratę zaangażowanych, umiarkowanie konserwatywnych katolików. Z drugiej strony formacje populistyczne nie są dla umiarkowanych rozsądnym rozwiązaniem, gdy chodzi o inne ustawy. Tak rodzi się ich bezdomność polityczna. Według publicysty ryzyko dotyczy nawet przyszłości koalicji, której siłą była różnorodność światopoglądowa. To ona pozwalała głosować na rządzących także ludziom, dla których obrona życia jest sprawą kluczową dla sumienia.
Po zastanowieniu trzeba przyznać, że hipoteza o politycznie bezdomnych chrześcijanach potwierdza się historycznie. Co więcej: taka sytuacja jest aksjomatem. Bóg bowiem nie ma partii na ziemi. Świat ziemski jest pomostem, paschą i pielgrzymką do Niego. Ta diagnoza ogólna to jednak dopiero początek.
Sumienie katolika i granice politycznego kompromisu
Zacznijmy od tego, co jest niezmienne w nauczaniu Kościoła: ochrona życia. W roku 1995 po Chrystusie Jan Paweł II sięgnął w encyklice Evangelium vitae, tekście dziś już klasycznym, po język, którego papieże używają rzadko, bo angażuje on pełnię ich urzędu. „Mocą władzy, którą Chrystus udzielił Piotrowi i jego Następcom, w komunii z Biskupami Kościoła Katolickiego (…) deklaruję, że bezpośrednia aborcja, to znaczy zamierzona jako cel czy jako środek, jest zawsze poważnym nieładem moralnym, jako świadome zabójstwo niewinnej istoty ludzkiej” (EV 62).
W tej samej encyklice, kilka numerów dalej, papież dodaje, że ustawy dopuszczające bezpośrednie zabójstwo niewinnych „zaprzeczają równości wszystkich wobec prawa” (EV 72). Katolikowi nie wolno ich popierać ani w głosowaniu, ani w kształtowaniu opinii publicznej (EV 73). Leon XIV przypomniał w środowej katechezie 21 października br., za Soborem Watykańskim II, że życie trzeba chronić „z największą troską od samego poczęcia”.
W tej sprawie nie ma katolicyzmu ze zniżką. Ten sam Leon XIV, wracając z pielgrzymki do Francji, mówił także o czymś innym. Ostrzegał przed łączeniem skrajnie prawicowych poglądów z religijnością i nazwał je nieautentycznym wyrazem chrześcijaństwa. Ewangelia nie mówi o nienawiści i podziale, lecz o zrozumieniu, współczuciu i towarzyszeniu. Obie te ostatnie wypowiedzi papieskie trzeba czytać razem. Kto bowiem bierze tylko jedną, fałszuje obie.
Tu dochodzimy do rozróżnienia, bez którego każdy katolik w polityce szybko się gubi. Prawo państwowe i Ewangelia to dwa dosyć różne porządki. Ewangelia mówi, co jest dobre, co się Bogu podoba, co jest naśladowaniem Jezusa. Prawo stanowione mówi, czego państwo może wymagać od wszystkich obywateli, także od tych, którzy Ewangelii nie przyjmują jako drogowskazu.
Chrześcijanin żyje jakby w obu obozach-porządkach jednocześnie, ale nie wolno mu ich mylić. Jan Paweł II dobrze to rozumiał. W tym samym numerze 73 Evangelium vitae, w którym zakazuje poparcia dla prawa niesprawiedliwego, pisze rzecz, o której często się zapomina. Gdy nie da się uchylić ustawy dopuszczającej aborcję, parlamentarzysta, którego sprzeciw jest jasny i znany wszystkim, „postąpi słusznie, udzielając swego poparcia propozycjom, które mają na celu ograniczenie szkodliwości takiej ustawy”.
To jest nauka o kompromisie. Nie o kompromisie z sumieniem oświeconym Ewangelią, lecz o kompromisie z rzeczywistością. Papież nie każe wybierać między wszystkim a niczym. Każe ratować tyle, ile w danych warunkach da się uratować. Dlatego katolik dąży w życiu politycznym nie do zwarcia, lecz do kompromisu z rzeczywistością. Zwarcie co prawda daje zasięgi i emocje oraz mobilizuje elektoraty. Kompromisy z rzeczywistością ratują konkretne życie. Polska przez wiele lat miała ustawę obowiązującą w porządku prawnym, z której nikt nie był zadowolony. Dawała ona jednak społeczny spokój, którego dziś bardzo brakuje.
Najbardziej wzniosłym źródłem wczesnego chrześcijaństwa, które rozważa położenie ludzi wierzących w świętość życia pośród myślących inaczej, jest List do Diogneta, datowany najczęściej na koniec II wieku po Chrystusie. Nieznany autor opisuje chrześcijan żyjących w pogańskim imperium tego świata. Rzym porzucał niechciane dzieci, prawo na to pozwalało, a obyczaj tego nie potępiał. Chrześcijanie byli mniejszością, bez senatorów, konsulów, prokonsulów, prokuratorów i bez wpływu na stanowienie prawa. Jak się zachowali? Starożytny autor pisze, że chrześcijanie żenili się jak wszyscy i mieli dzieci, ale nie porzucali tych, które się narodziły. Słuchali ustanowionych praw, a własnym życiem przewyższali te prawa. Kochali wszystkich, choć wszyscy ich prześladowali. Mieszkali w państwie, we własnej ojczyźnie, ale jak przybysze. Czym dusza jest w ciele, tym chrześcijanie byli w świecie (List do Diogneta 5 i 6). Nie ma w tym tekście ani słowa wzburzenia czy wezwań do buntu. Jest coś mocniejszego, czyli „inne życie”. Życie według Jezusa. Chrześcijanie nie zaczęli od zmiany praw Rzymu. Zaczęli od tego, że podnosili z ulicy porzucone dzieci. Prawo zmieniło się później.
Między wiarą bezobjawową a podżeganiem
Z tego wynika miara dla katolika aktywnego w polityce. Parlamentarzysta katolik nie może być katolikiem bezobjawowym. Nie wolno mu chować wiary do szuflady na czas głosowania. Jeśli deklaruje sprzeciw wobec aborcji, a głosuje za jej dekryminalizacją, zaprzecza sobie samemu. Parlament nie może nakazać sumieniu, by uznało aborcję za dobro lub za wyraz dobrej woli.
Dobrze pokazał tę granicę własnym życiem Święty Tomasz Morus, polityk i męczennik. W swojej bogatej karierze był m.in. podskarbim, spikerem Izby Gmin i lordem kanclerzem Anglii. Uznawał prawo parlamentu do rozstrzygania np. o następstwie tronu. Odmówił jednak uznania władzy parlamentu i króla nad sumieniem i Kościołem. Zapłacił za to głową 6 lipca 1535 roku. Nie przypadkiem „nasz” Jan Paweł II ogłosił Tomasza Morusa patronem rządzących i polityków 31 października 2000 roku. Morus nie był katolikiem bezobjawowym. Nie był też buntownikiem. Był lojalnym poddanym, który nie oddał królowi tego, co należy do Boga.
Katolik polityk nie może być jednak podżegaczem. Nie wolno mu rozpalać tłumu, który chciałby rzucać benzyną w szpitale. Nie wolno mu niszczyć porządku prawnego, który go wybrał i któremu ślubował wierność. Nie wolno mu wreszcie traktować protestujących kobiet jak wrogów. Istnieje różnica między konserwatywnym a chrześcijańskim modelem podejścia do osoby. Konserwatyzm nierzadko przedstawia kobietę i jej rolę w bardzo infantylny sposób, sprowadzając ją jedynie do roli matki i pani domu. A to obraz nieadekwatny do rzeczywistości. Kobieta jest osobą, a nie frontem ideowej wojny o aborcję. Ona sama i jej sumienie domagają się szacunku, także wtedy, gdy nie zgadzamy się z jej wyborem. Chrześcijanie z zasady bronią życia dziecka, ale nie obronią go, depcząc godność potencjalnej matki. Nie powinni głosować na tych, którzy przemoc słowa zamieniają w program. Nie powinni też głosować na tych, którzy wiarę traktują jak niewygodny obyczaj. Rzadko znajdziemy kandydata, który nie jest ani bezobjawowy, ani podżegaczem, a do tego ma program dla rodzin. Wtedy wybieramy tego, kto ograniczy zło najbardziej. To nie jest cynizm, lecz roztropność. W tym duchu uczy Evangelium vitae.
Obrona życia wymaga konkretnej pomocy rodzinom
Ciągła dyskusja o aborcji niczego nie buduje. Każda kampania wyborcza wraca do tego samego sporu, a każda strona liczy, że spór zmobilizuje jej elektorat. A dzieci od tego nie przybywa. Może spróbować innej drogi. Żłobki zamiast kolejnej debaty. Mieszkania dla młodych małżeństw. Opieka nad dzieckiem z niepełnosprawnością, która nie zostawia rodziców samych po diagnozie. Elastyczna praca dla matek i ojców. Kobieta po urlopie macierzyńskim ma wiedzieć, że nie zostanie w domu sama z dzieckiem. To jest prodemograficzny program pro-life, który być może da się uchwalić bez zwarcia i za którym mogą głosować ludzie z prawa i z lewa.
Chrześcijanie z Listu do Diogneta byli „inni”. My też jesteśmy „inni”. Wierzymy tak w fizykę, jak i w metafizykę, tak w biologię, jak i w teologię. Biologia mówi, kiedy zaczyna się życie człowieka, a teologia mówi, dlaczego jest ono tak wyjątkowe. Nie musimy wybierać. Wierzymy też, że na świecie „ludzi dobrej woli jest więcej”, o czym śpiewał kiedyś Czesław Niemen. I wierzymy w miłość jako dar, o której pokoleniu TikToka śpiewa Sanah.
Ks. Dariusz Raś



