Michał KOBOSKO: No i co teraz z tą Ameryką?

No i co teraz z tą Ameryką?

Photo of Michał KOBOSKO

Michał KOBOSKO

Szef polskiego oddziału waszyngtońskiego think-thanku Atlantic Council. W latach 2012-13 redaktor naczelny tygodnika "Wprost". Wcześniej dziennikarz finansowy "Gazety Wyborczej", z-ca red. naczelnego "Pulsu Biznesu". Od 2005 r. kierował polską edycją "Forbes", od 2006 r. red. naczelny "Newsweek Polska", od 2009 r. red. naczelny "Dziennika Gazety Prawnej".

Ryc.: Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Musimy szukać bezpośrednich relacji z nową administracją, zaprosić prezydenta Trumpa, wiceprezydenta Pence’a, do Polski. Budować sojusz z innymi krajami regionu, od Bałtyku, przez Adriatyk, po Morze Czarne. Przekonywać o konieczności utrzymania i wzmacniania amerykańskiej obecności wojskowej w Europie Środkowo-Wschodniej – wylicza w swojej analizie, pisanej tuż po zaprzysiężeniu prezydenta Donalda Trumpa, Michał KOBOSKO.

.Donald Trump, 45. prezydent Stanów Zjednoczonych, rozpoczął urzędowanie. I rozpoczął je w takim stylu, w jakim rozpoczynał i prowadził swoją całą, tyleż kontrowersyjną, co skuteczną kampanię wyborczą. Dziś już nie gdybamy, nie zastanawiamy się, co by było — znamy pierwsze realne ruchy prezydenta Trumpa, podpisane dokumenty, wygłoszone mowy, udostępnione zarysy programu. Reakcje na to wielkie nowe otwarcie są trojakie.

W pierwszej grupie są ci, którzy witają Trumpa owacyjnie. Teraz wreszcie w Waszyngtonie białe będzie białe, a czarne — czarne. Znikną półcienie, niedopowiedzenia czy wahania. Krok robiony w przód będzie krokiem pełnym, wojskowym — a nie drobieniem w miejscu. Jest teraz jasne, że dla Ameryki liczy się Ameryka, a nie jakieś globalne układy sił, traktaty pokojowe czy handlowe. Cała reszta świata będzie mieć znaczenie w takim stopniu, w jakim będzie chciała postępować zgodnie z interesem Stanów Zjednoczonych. Gdy interesy okażą się sprzeczne, reakcja ma być zdecydowana i asertywna, niezależnie od tego, czy po drugiej stronie będzie Mexico City, Teheran, Berlin, Pekin czy Moskwa.

Wielu słuchaczom spodobało się, że prezydent chce patriotyzmu gospodarczego: więcej miejsc pracy dla Amerykanów, więcej inwestycji koncernów u siebie, zamiast w odległych zakątkach globu. Trump chce mocno obniżyć podatki od firm. Zdjąć z gospodarki ciężar zajmowania się globalnym ociepleniem. Zalać świat tanią ropą i gazem z łupków. Wzmocnić system obronny i dofinansować armię.

Prezydent mówi twarde „nie” uchodźcom i imigrantom ekonomicznym, islamskim fundamentalistom, ale i zagranicznym firmom czy krajom zbyt mało łożącym na obronę. Już wcześniej skrytykował funkcjonowanie Unii Europejskiej i zbyt silną jego zdaniem rolę Niemiec. Wreszcie powiedział „nie” establishmentowi i salonowi — byłym prezydentom, członkom Kongresu, lobbystom. Wystarczy więc, zakładają sympatycy, przedstawić mu dziś atrakcyjną ofertę, dobry deal do zrobienia na szybko — a Trump stanie się tak pewnym sojusznikiem, jakim nie był żaden jego poprzednik.

Druga grupa odbiorców przywitała pierwsze występy Trumpa z pewnym napięciem, ale też z nadzieją. Treść przemowy inauguracyjnej ich zmartwiła, nie tego oczekiwali. Na pewno spodziewali się więcej akcentów łączących, koncyliacyjnych. Jednak te pojawiły się już chwilę później w trakcie lanczu na Kapitolu. Tam Trump mówił inaczej. A nawet — cuda, cuda — ukłonił się nisko i z szacunkiem małżeństwu Clintonów.

Nawet jeśli prezydent mówi na starcie rzeczy niepokojące — to tylko mówi, rzeczywistość będzie inna. Jest nowy, nie zna mechanizmów władzy, bo w niej nie uczestniczył. Tu negocjacje trwają dużo dłużej niż w biznesie, istnieją systemowe bezpieczniki, które ojcowie założyciele wbudowali w konstytucję. Trump nie może ot tak sobie zmieniać polityki zagranicznej i strategii działania w kluczowych sprawach wewnętrznych, bo ma nad sobą Kongres. A obok siebie ma rząd złożony z sekretarzy, którzy w trakcie przesłuchań wielokrotnie dystansowali się od tez przyszłego szefa.

W tej wizji Ameryka nie będzie wydalać żadnych „gastarbeiterów”, bo zbyt ucierpiałyby na tym amerykańskie firmy produkcyjne i usługowe. USA nie wycofają się z obecności w świecie, także nie-militarnej — bo to zaszkodziłoby ich własnym interesom. Ameryka będzie, i owszem, bardziej skoncentrowana na sobie, ale nie zapomni o NATO, tak jak o innych strategicznych sojusznikach, jak Japonia, Tajwan czy Korea Południowa. Waszyngton będzie grał dyplomatycznie i gospodarczo w trójkącie z Pekinem i Moskwą — ale nie zawiąże żadnego trwałego sojuszu, który byłby wymierzony w „tego trzeciego”.

Jest wreszcie trzecia grupa odbiorców, która 20 stycznia 2017 roku naprawdę się przestraszyła. Nie tego, że zostanie „oderwana od żłobu”, ale głównie tego, że zaczyna się okres ogromnej niepewności. Prezydent jako biznesmen kierował się często emocjami i własnym ego — krytycy nie wierzą, by jako najważniejszy urzędnik świata nagle zmienił charakter. Możliwe są więc nagłe i burzliwe korekty kursu, egzotyczne sojusze, deale robione dla PR-owskiego sukcesu, których skutki w dłuższej perspektywie mogą być opłakane. Trump przekona się, że nic nie będzie się działo tak szybko, jakby chciał — co go zirytuje i skłoni do szybkich zmian decyzji, ludzi, taktyki.

Gospodarka amerykańska jest zrośnięta z globalną siecią dostawców i producentów. Przecięcie tych więzi dałoby skutki przeciwne do założeń Trumpa. Ceny produktów i usług (własnych i z importu) w Ameryce mocno wzrosną, miejsc pracy realnie nie przybędzie, a presja na podwyżki stanie się dla elektoratu Trumpa tematem wiodącym. W tej wizji prezydent może dogadać się z Moskwą przeciw Pekinowi albo odwrotnie — a każdy scenariusz grozi wielką wojną. Wejdzie w zwarcie z krajami arabskimi i OPEC, popychając Izrael do konfrontacji. Trump wspomoże Putina w rozmontowaniu Unii Europejskiej i nasz kontynent powróci, po kilkudziesięciu latach przerwy, do fazy eskalacji konfliktów narodowych i lokalnych. Nie będzie już wówczas NATO takiego, jakie dziś znamy i jakie mogłoby powstrzymać lokalnych agresorów.

.Nawet bardzo zgrubna analiza wskazuje, że zdecydowanie większa część światowej populacji należy dziś do grup drugiej i trzeciej: przywitała pierwsze ruchy Trumpa z lekkim napięciem lub z realną trwogą. Tylko od prezydenta i jego ekipy zależy, czy w kolejnych tygodniach i miesiącach te pierwsze reakcje zostaną utrwalone.

Co w tej sytuacji może i powinna czynić Polska? Nie jesteśmy i nie będziemy celem pierwszych kontaktów dla nowej administracji waszyngtońskiej. Tym bardziej więc powinniśmy być obecni i aktywni. Szukać możliwości nawiązania bezpośrednich relacji z nową administracją, wzmacniać przekaz dotyczący naszej pozycji i istniejących realnych zagrożeń. Zaprosić prezydenta Trumpa, wiceprezydenta Pence’a, sekretarza stanu Tillersona, sekretarza obrony Mattisa do odwiedzenia Polski. Budować sojusz z innymi krajami regionu, od Bałtyku, przez Adriatyk, po Morze Czarne, w ramach konceptu Trójmorza. Przekonywać o konieczności utrzymania i wzmacniania amerykańskiej obecności wojskowej w Europie Środkowo-Wschodniej. Zarazem jednak musimy brać pod uwagę, że Ameryka może rzeczywiście stracić wiele z dzisiejszego zainteresowania Europą i pójść na pewien deal z Rosją. Dlatego musimy być aktywnie zaangażowani w sprawy europejskie i w reformę konstrukcji wspólnotowej. Dzisiejsze osłabienie spójności europejskiej to realny problem, ale i historyczna szansa. Właśnie teraz, pierwszy raz od naszego wstąpienia do UE w 2004 roku, możemy odegrać prawdziwie aktywną, wręcz kluczową rolę w kształtowaniu „Unii po Unii”.

Prawda jest taka, że to my najbardziej ze wszystkich 28 członków Unii odczulibyśmy negatywne skutki jej ewentualnego rozpadu. Zatem na nasze stałe geostrategiczne pytanie, czy lepiej kochać mamę, czy tatę, musimy jeszcze aktywniej i skuteczniej niż dotąd poszukiwać zdrowego środka.

Michał Kobosko

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 21 stycznia 2017