Dlaczego rewolucja islamska w Iranie zwyciężyła?

Rewolucja islamska obchodzi w dniu 11 lutego 2026 r. 47. rocznicę. W 1979 roku cieszyła się masowym poparciem, obiecując sprawiedliwość społeczną i zerwanie z zależnością od Zachodu. Dziś, zwłaszcza w warunkach pogłębiającego się kryzysu gospodarczego, tamto społeczne poparcie wyraźnie osłabło.

Dlaczego rewolucja islamska w Iranie zwyciężyła?

.W debacie publicznej często zestawia się zdjęcia z Iranu sprzed 1979 roku – pokazujące kobiety bez chust i w krótkich spódniczkach – porównując je do współczesnych restrykcji obyczajowych. Fotografie te przedstawiają jednak głównie mieszkanki dużych miast i z liberalnych środowisk, podczas gdy większość irańskiego społeczeństwa była przed rewolucją biedna i silnie religijna.

Rewolucja islamska cieszyła się masowym poparciem Irańczyków, ponieważ łączyła bardzo różne środowiska wspólnym celem: obaleniem szacha Mohammada Rezy Pahlawiego. To właśnie sprzeciw wobec monarchii – postrzeganej jako skorumpowana, zależna od Zachodu i represyjna – stał się wspólnym mianownikiem dla islamistów, szeroko pojętej lewicy, inteligencji miejskiej oraz ubogich warstw społecznych. Ten szeroki front sprawił, że mobilizacja osiągnęła skalę rzadko spotykaną w historii.

Źródła negatywnego sentymentu wobec monarchii sięgały co najmniej początku lat 50. W Iranie działała wówczas Anglo-Iranian Oil Company (później British Petroleum, BP), kontrolowana przez Wielką Brytanię i zagarniająca zyski z eksploatacji irańskiej ropy. W 1951 roku parlament znacjonalizował przemysł naftowy i powołał na premiera Mohammada Mosaddegha, który stał się symbolem walki o suwerenność gospodarczą.

Irański lud sprzeciwiał się modernizacji kraju

.Szach opuścił kraj, ale już w 1953 roku CIA i brytyjskie służby doprowadziły do obalenia rządu Mosaddegha i przywróciły władzę szacha jako strażnika interesów Zachodu w Zatoce Perskiej. Była to jedna z pierwszych udokumentowanych operacji CIA, prowadzących do zamachu stanu za granicą. Pahlawi rządził następnie przez kolejne 25 lat w sposób autorytarny, opierając się na aparacie bezpieczeństwa Sawak. Prowadził przy tym wystawny styl życia, kontrastujący z ubóstwem znacznej części społeczeństwa. Interwencja Zachodu i trwałe powiązanie monarchii z USA oraz Wielką Brytanią utrwaliły silny antyzachodni sentyment, który stał się jednym z fundamentów rewolucyjnej narracji i pozostaje obecny w irańskim dyskursie do dziś.

Niezadowolenie społeczne miało jednak różne odcienie. Uboższe warstwy sprzeciwiały się korupcji dworu oraz temu, że władza, modernizując kraj, w ich odczuciu, uderzała w tradycję i religię. Z kolei klasa średnia i część elit krytykowały przede wszystkim autorytaryzm, korupcję oraz brutalność służb bezpieczeństwa, a także brak realnej reprezentacji politycznej. Część z nich sprzeciwiała się nie samej modernizacji, lecz jej narzucanemu, niedemokratycznemu charakterowi.

Sytuację tę opisuje Ryszard Kapuściński w książce „Szachinszach”, pokazując narastający u schyłku rządów monarchy gniew społeczny. Przedstawia skalę represji, brutalność Sawaku oraz los przeciwników władzy – więzionych, znikających bez śladu lub zabijanych. To narastające poczucie opresji stało się jednym z czynników, prowadzących do zwycięstwa rewolucji islamskiej.

Ajatollah Chomejni – twórca Islamskiej Republiki Iranu

.Od lat 60. jednym z najostrzejszych krytyków Pahlawiego stał się szyicki duchowny Ruhollah Chomeini. Był on charyzmatycznym mówcą, którego wystąpienia obejmowały szerokie spektrum tematów – od roli islamu w państwie po kwestie społeczne i gospodarcze. Silny był w nich ton antyzachodni, powiązany z argumentem, że zagraniczna ingerencja oraz kontrola nad irańskimi surowcami utrzymują społeczeństwo w biedzie.

Po jego aresztowaniu (w 1963 r.) i późniejszym (1964 r.) wyjeździe na emigrację, którą spędził w Turcji, Iraku i Francji, istotną rolę w rozpowszechnianiu jego przekazu odegrali młodzi, wykształceni irańscy komuniści przebywający w Europie. Represjonowani przez monarchię, nagrywali przemówienia Chomeiniego i przemycali je do Iranu na kasetach magnetofonowych. Nagrania były następnie kopiowane i rozpowszechniane w kraju, gdzie znaczna część społeczeństwa – zwłaszcza poza dużymi miastami – była niepiśmienna, a przekaz w meczetach podlegał kontroli służb. Część świeckiej opozycji liczyła, że ruch religijny uda się wykorzystać do obalenia szacha – nie przewidzieli jednak, że obóz Chomeiniego po zwycięstwie szybko i brutalnie wyeliminuje dawnych sojuszników.

W rewolucję intensywnie zaangażowane były kobiety. Chomeini zachęcał je do udziału w protestach, a hidżab stał się dla wielu symbolem sprzeciwu wobec monarchii i narzucanej westernizacji. W demonstracjach uczestniczyły kobiety z różnych środowisk i z różnych powodów – religijnych, politycznych i społecznych. Rewolucyjny ferment nie spychał ich do sfery prywatnej; przeciwnie, mobilizował do aktywności publicznej. W rezultacie po 1979 roku kobiety w większym stopniu niż wcześniej weszły w obszar instytucji państwowych i życia politycznego, choć w nowych ramach ustrojowych.

W rewolucji islamskiej w Iranie brały udział miliony Irańczyków

.Pod koniec 1978 roku protesty paraliżowały państwo. W dniach 10–11 grudnia na ulice wyszło – według części szacunków – nawet 8–9 mln osób w skali kraju, co czyniło mobilizację bezprecedensową. W połowie stycznia 1979 roku szach opuścił Iran. 1 lutego z Paryża powrócił Chomeini; na lotnisku Mehrabad oraz wzdłuż około 30-kilometrowej trasy jego przejazdu zgromadziły się tłumy – w samej stolicy i okolicach szacowane na 3–6 mln osób.

Do 11 lutego obóz rewolucyjny przejął kontrolę nad kluczowymi instytucjami i formacjami zbrojnymi. W pierwszej dekadzie po zwycięstwie rewolucja cieszyła się znacznym poparciem społecznym. Entuzjazm utrzymywał się, a gdy w 1980 roku Irak pod wodzą Saddama Husajna zaatakował izolowany na arenie międzynarodowej Iran skala konfliktu i liczba ofiar dodatkowo skonsolidowały społeczeństwo wokół państwa.

Jednak od lat 90. system ewoluował w kierunku modelu, w którym jeden z najważniejszych ośrodków realnej władzy, Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC), nie tylko kontroluje aparat przymusu i programy strategiczne – nuklearny oraz rakietowy – ale również rozbudował silną pozycję w gospodarce. Proces prywatyzacji, zamiast zapowiadanej redystrybucji, doprowadził w wielu sektorach do uwłaszczenia elit powiązanych z aparatem bezpieczeństwa i strukturami władzy. W efekcie nierówności społeczne pogłębiły się i stały się trwałym źródłem napięć – widocznych już od końca lat 90. i nasilających się w kolejnych dekadach.

Do pogarszającej się sytuacji gospodarczej w istotnym stopniu przyczyniają się sankcje międzynarodowe, które od kilkunastu lat obciążają irańską gospodarkę. Ich skutki wzmacniają w części Irańczyków utrwalony od dekad antyzachodni sentyment, który pozostaje jednym z filarów systemu i wciąż rezonuje z istotną częścią społeczeństwa.

Krwawo stłumione protesty w Iranie z przełomu 2025 i 2026 r.

Bezpośrednim katalizatorem brutalnie tłumionych protestów, które wybuchły pod koniec grudnia 2025 roku i w których zginęło według różnych źródeł 20-30 tys. osób, stał się kryzys gospodarczy. Dotyka szerokich warstw społeczeństwa – niezależnie od miejsca zamieszkania czy poziomu wykształcenia. Problemy z dostawami prądu, przerwy w funkcjonowaniu infrastruktury i spadek siły nabywczej powodują, że wielu Irańczyków obawia się utraty możliwości zaspokojenia podstawowych potrzeb.

Trudno jednoznacznie ocenić, jak duże poparcie w Iranie utrzymuje teokratyczny model państwa oparty na narzuconej religijności i kontroli obyczajowej. W kraju nie ma możliwości prowadzenia niezależnych i reprezentatywnych badań opinii publicznej, dlatego dane są fragmentaryczne i obarczone dużą niepewnością. Po śmierci Mahsy Amini w 2022 roku – zatrzymanej przez policję obyczajową za nieprawidłowe noszenie chusty – wybuchły największe od lat protesty, jednak również w tamtym przypadku trudno było precyzyjnie określić skalę społecznego poparcia dla demonstrantów.

Kryzys gospodarczy dotyka wszystkich grup społecznych, natomiast kwestie obyczajowe, zwłaszcza związane z prawami kobiet, mobilizują tylko niektóre z nich. Szacunki dotyczące poparcia dla systemu teokratycznego i instytucji takich jak policja obyczajowa są rozbieżne – w obiegu funkcjonują bardzo różne liczby, od około 20 do nawet 60 proc. – lecz brak twardych danych uniemożliwia ich weryfikację. Widoczne są natomiast różnice pokoleniowe i geograficzne: w dużych miastach wiele kobiet nosi chustę w sposób luźniejszy, co bywa interpretowane jako forma dystansu wobec oficjalnej normy, podczas gdy w mniejszych ośrodkach i na wsi częściej spotyka się bardziej tradycyjny ubiór. Pewne jest jedynie to, że w młodym społeczeństwie irańskim model teokratyczny jest coraz częściej przedmiotem kontestacji.

Łupnąć i skończyć

.Prezydent USA potrzebuje pewności, iż jego rozkaz uderzenia za pomocą potężnych „bunker bustersów” zakończy wojnę prewencyjną wszczętą przez Izrael. W żadnym bowiem razie Trump nie może sobie pozwolić na wojnę z Iranem – pisze Jan ROKITA

Donald Trump zrobi wiele, ba… niemal wszystko, aby nie musieć uderzyć na Iran. Jego sławne: „I may do it, I may not”, w odpowiedzi na uporczywe pytania ze strony mediów, świadczy o tym dobitnie. To przecież nic innego, jak dobrze nam znana i ulubiona Trumpa metoda nacisku i szantażu, tym razem mająca trzymać w szachu nie tylko spanikowanych perskich mułłów, ale na dobrą sprawę cały świat. Po historii z megacłami, wprowadzanymi dla postrachu i traktowanymi przez Trumpa jako optymalna metoda negocjacji, nauczyliśmy się już, że jeśli Trump mówi, że MOŻE ci zrobić krzywdę, to znaczy, że bardzo nie chce jej zrobić. Bo jak chce ją zrobić naprawdę, to ją po prostu ROBI, bez oglądania się na przeciwności. Tę oczywistą intuicję wspierają wiarygodne przecieki z Waszyngtonu, takie choćby jak ten opublikowany na portalu Axios, któremu anonimowy współpracownik amerykańskiego przywódcy mówi: „Bardzo chcemy być w tej wojnie niepotrzebni, ale prezydent musi mieć pewność, że nie jesteśmy potrzebni”. Dlatego Trump domaga się od armii pewności, że uderzenie amerykańskimi bunker busters w podziemne fabryki broni nuklearnej, położone w pustynnym środkowym Iranie, daje gwarancję militarnego sukcesu.

Ta pewność to kluczowa sprawa w całej grze. Ameryka w żadnym razie nie może sobie pozwolić na uwikłanie się w dłuższą i nierozstrzygalną wojnę z Persami. Coś takiego byłoby w dzisiejszych okolicznościach nieszczęściem politycznym dla kraju, a dla samego Trumpa – polityczną katastrofą. Po Iraku i Afganistanie, gdzie USA bezsensownie próbowały siłą zaprowadzić liberalne rządy, prawa kobiet, swobodę aborcji i jeszcze kilka równie nonsensownych rzeczy, Ameryka musi odreagować te własne dziwaczne eksperymenty, podejmowane wcześniej bez sukcesu. Pod tym względem Trump (skądinąd podobnie jak niegdyś Nixon) trafnie i precyzyjnie zdefiniował współczesne interesy swojego kraju. To Amerykanie nie chcą dziś żadnej nowej wojny, a ostatnie badania opinii pokazują, że owa niechęć panuje ponad partyjnymi podziałami i dotyczy zarówno elity społecznej, jak i prostych ludzi z amerykańskiego interioru. I Amerykanie, nie chcąc wojny, intuicyjnie pojmują to, czego dziś potrzebuje Ameryka.

Sam Trump ma jednak sytuację jeszcze bardziej skomplikowaną. Przez lata budował swoje zaplecze tak, aby przekonać je do swoich nadzwyczajnych talentów negocjacyjnych, które rzekomo potrafią zastąpić każdą wojnę, a tym samym bez śmierci i bez rosnącego długu publicznego obronić najlepiej amerykańskie interesy. W końcu jeszcze długo przed prezydenturą napisał książkę właśnie o tym, jak należy prowadzić negocjacje. To dzięki temu piętnowaniu wojen Trump osiągnął to, że do jego wielkiego i niejednorodnego ideowo obozu przyłączyli się też skrajni izolacjoniści, naiwnie wierzący w to, że najpotężniejsze mocarstwo świata może prowadzić jakieś idylliczne życie na marginesie wszystkiego, co dzieje się w globalnej polityce. Trump zawsze wiedział, że to nonsens; sam zresztą nie krył nigdy swego imperialnego nastawienia do świata, wedle dość prostej zasady, iż Ameryki ma się słuchać, a jak się nie słucha, to można solidnie oberwać. Tyle że Trump zdawał się do niedawna wierzyć, iż sam strach przed potęgą Ameryki i krzywdą, jaką może ona wyrządzić, komu zechce, w połączeniu z jego talentami do oswajania i schlebiania najrozmaitszym tyranom zrobi swoje i da nadzwyczajne efekty. Ale na Ukrainie już się przekonał, że – niestety – to tak nie działa.

.Współczesna Ameryka jest – można by rzec – „huntingtonowska” albo (jakby może lepiej mówić w Polsce) „konieczniańska”. O wielości cywilizacji czy też Zderzenie cywilizacji – to klasyczne książki, których Trump zapewne nie czytał, ale nie w tym przecież rzecz, bo to logika tych właśnie książek kształtuje jego politykę. Trump jest jak najdalszy od tego, aby komukolwiek w świecie (np. Moskalom albo muzułmanom) narzucać zachodni styl życia albo tym bardziej – uprawiać tam propagandę modnych teraz na Zachodzie, rzekomo zachodnich, wartości. I tak też myśli w zasadzie całe zaplecze trumpistowskiego ruchu MAGA. Tyle tylko że wewnątrz tego ruchu Trump ma, i musiał mieć, fanatyków, którzy nie mają ochoty bawić się w żadne polityczne dystynkcje, tylko po prostu każdą wojnę z udziałem Ameryki pod wodzą Trumpa są skłonni traktować jako zdradę. Po trumpowym „I may do it, I may not” zapanowało tam wielkie i nieprzyjazne dla przywódcy podniecenie, spektakularnie widoczne w sieci. Jak to!? To znów Ameryka ma iść na wojnę, a Trump złamie swoje zobowiązania?

PAP/Joanna Baczała/MJ

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 11 lutego 2026