Iran. Wybory następcy Chameneia

Wybory następcy Chameneia

Irańskie Zgromadzenie Ekspertów ogłosiło 7 marca 2026 r., że „spotka się w ciągu jednego dnia”, by wybrać nowego przywódcę, który zastąpi ajatollaha Alego Chameneia, zabitego w amerykańsko-izraelskich atakach – podały irańskie media. Jednym z głównych kandydatów ma być jego syn Modżtaba Chamenei.

Wybory następcy Chameneia

.Według powiązanej z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) agencji Fars nowy najwyższy przywódca ma zostać wybrany podczas spotkań wirtualnych, po tym jak oba budynki używane przez zgromadzenie zostały trafione przez izraelskie siły zbrojne.

Zachodnie media przekazywały niepotwierdzone doniesienia, że w zgromadzeniu trwa spór dotyczący planów ogłoszenia nowym najwyższym przywódcą Iranu Modżtaby Chameneia. Według izraelskich służb bezpieczeństwa Modżtaba przeżył atak lotniczy przeprowadzony w mijającym tygodniu, choć miał zostać ranny.

Dowódcy IRGC mają wywierać presję na członków zgromadzenia, by głosowali na Modżtabę, prowadząc wspierającą go kampanię do ostatnich minut przed rozpoczęciem obrad. Modżtaba nie jest szczególnie popularną postacią w Iranie, jednak Korpus Strażników Rewolucji popiera go jako prawą rękę swojego zabitego ojca; miał być również odpowiedzialny za represje wobec osób protestujących przeciwko fałszerstwom podczas wyborów prezydenckich w 2009 r.

Kim jest Modżtaba Chamenei?

.Modżtaba Chamenei nosi średni rangą tytuł duchowny w szyickim islamie – hodżatoleslama, niższy od ajatollaha i wielkiego ajatollaha. Oznacza on uczonego, który nie jest jednak uznawany za najwyższy autorytet w interpretacji prawa religijnego. Przywódca rewolucji islamskiej Ruhollah Chomejni był wielkim ajatollahem, zanim został najwyższym przywódcą Iranu w 1979 r.

Jego następca Ali Chamenei w chwili wyboru miał niższy rangą tytuł hodżatoleslama i z tego powodu w 1989 r. zmieniono konstytucję, obniżając wymagania wobec przywódcy, a Chamenei został później podniesiony do rangi ajatollaha.

„New York Times” podał, powołując się na irańskich urzędników zaznajomionych z rozmowami, że duchowni odpowiedzialni za wybór nowego najwyższego przywódcy mogą dokonać wyboru w ciągu jednego dnia obrad. Według tych źródeł część z nich ma jednak wątpliwości wobec ogłoszenia Modżtaby przywódcą, obawiając się, że zwiększyłoby to ryzyko kolejnych ataków ze strony USA i Izraela. Rzecznik izraelskiej armii gen. Efi Defrin zapowiedział dalsze działania wymierzone w proces powołania – jak to określił – „nowego przywódcy terrorystycznego Iranu”.

Zgodnie z irańską konstytucją obowiązki najwyższego przywódcy – w tym uprawnienia do mianowania i odwoływania dowódców wojskowych oraz do wypowiadania wojny – przejęła tymczasowa rada przywódcza, która ma zarządzać państwem do czasu wyboru jego następcy. W jej skład wchodzą: prezydent Masud Pezeszkian, szef władzy sądowniczej Golamhosejn Mohseni Eżei oraz wysoki rangą duchowny Alireza Arafi. Konstytucja stanowi, że najwyższy przywódca powinien zostać wybrany w ciągu trzech miesięcy.

Łupnąć i skończyć

.Prezydent USA potrzebuje pewności, iż jego rozkaz uderzenia za pomocą potężnych „bunker bustersów” zakończy wojnę prewencyjną wszczętą przez Izrael. W żadnym bowiem razie Donald Trump nie może sobie pozwolić na wojnę z Iranem – pisze Jan ROKITA.

Donald Trump zrobi wiele, ba… niemal wszystko, aby nie musieć uderzyć na Iran. Jego sławne: „I may do it, I may not”, w odpowiedzi na uporczywe pytania ze strony mediów, świadczy o tym dobitnie. To przecież nic innego, jak dobrze nam znana i ulubiona Trumpa metoda nacisku i szantażu, tym razem mająca trzymać w szachu nie tylko spanikowanych perskich mułłów, ale na dobrą sprawę cały świat. Po historii z megacłami, wprowadzanymi dla postrachu i traktowanymi przez Trumpa jako optymalna metoda negocjacji, nauczyliśmy się już, że jeśli Trump mówi, że MOŻE ci zrobić krzywdę, to znaczy, że bardzo nie chce jej zrobić. Bo jak chce ją zrobić naprawdę, to ją po prostu ROBI, bez oglądania się na przeciwności. Tę oczywistą intuicję wspierają wiarygodne przecieki z Waszyngtonu, takie choćby jak ten opublikowany na portalu Axios, któremu anonimowy współpracownik amerykańskiego przywódcy mówi: „Bardzo chcemy być w tej wojnie niepotrzebni, ale prezydent musi mieć pewność, że nie jesteśmy potrzebni”. Dlatego Trump domaga się od armii pewności, że uderzenie amerykańskimi bunker busters w podziemne fabryki broni nuklearnej, położone w pustynnym środkowym Iranie, daje gwarancję militarnego sukcesu.

.Ta pewność to kluczowa sprawa w całej grze. Ameryka w żadnym razie nie może sobie pozwolić na uwikłanie się w dłuższą i nierozstrzygalną wojnę z Persami. Coś takiego byłoby w dzisiejszych okolicznościach nieszczęściem politycznym dla kraju, a dla samego Trumpa – polityczną katastrofą. Po Iraku i Afganistanie, gdzie USA bezsensownie próbowały siłą zaprowadzić liberalne rządy, prawa kobiet, swobodę aborcji i jeszcze kilka równie nonsensownych rzeczy, Ameryka musi odreagować te własne dziwaczne eksperymenty, podejmowane wcześniej bez sukcesu. Pod tym względem Trump (skądinąd podobnie jak niegdyś Nixon) trafnie i precyzyjnie zdefiniował współczesne interesy swojego kraju. To Amerykanie nie chcą dziś żadnej nowej wojny, a ostatnie badania opinii pokazują, że owa niechęć panuje ponad partyjnymi podziałami i dotyczy zarówno elity społecznej, jak i prostych ludzi z amerykańskiego interioru. I Amerykanie, nie chcąc wojny, intuicyjnie pojmują to, czego dziś potrzebuje Ameryka.

PAP/MJ

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 7 marca 2026