Krym nigdy nie przejdzie pod władanie Rosji [MSZ Ukrainy]

Ukraina nigdy nie uzna rosyjskiej okupacji Krymu i będzie dążyć do przywrócenia swojej integralności terytorialnej wszystkimi dostępnymi sposobami – oświadczyło Ministerstwo Spraw Zagranicznych w Kijowie w dniu 16 marca 2026 r., w 12. rocznicę aneksji tego terytorium.
Krym nigdy nie przejdzie pod władanie Rosji
.„Dwanaście lat temu, 16 marca 2014 r., Rosja zorganizowała w Autonomicznej Republice Krymu i w Sewastopolu pozorowane i nielegalne »referendum« pod lufami rosyjskich żołnierzy. Kilka dni później wykorzystano je do stworzenia pozorów podstaw prawnych dla aneksji” – podkreślono w komunikacie. MSZ Ukrainy uznało, że okupacja Krymu jest rażącym naruszeniem suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy oraz fundamentalnych zasad prawa międzynarodowego.
„Próba aneksji Krymu została potępiona przez szeroki konsensus państw członkowskich ONZ w szeregu rezolucji Zgromadzenia Ogólnego. Nikt na świecie, poza kilkoma sprzymierzonymi z Moskwą »reżimami-pariasami«, nie uznaje rosyjskiej aneksji półwyspu” – zaznaczono. Ukraińska dyplomacja przypomniała, że wraz z rosyjską okupacją na Krymie pojawiły się represje i poważne naruszenia praw człowieka.
Krym stał się terytorium bezprawia
.„Rosja przekształciła Krym w terytorium bezprawia, gdzie ludzi zastrasza się, prześladuje i wtrąca do więzień wyłącznie za język, którym mówią, poglądy, których się trzymają, czy wiarę, którą wyznają” – napisano w oświadczeniu. Władze rosyjskie zakazały działalności Medżlisu narodu Tatarów krymskich oraz siłą doprowadziły do zakończenia działalność Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej – podkreślono.
„Świat musi wyciągnąć wnioski z krymskiej lekcji: brak odpowiedniej reakcji na bezczelne naruszenie prawa międzynarodowego jedynie zachęca agresora do dalszych zbrodni. Dziś, gdy Moskwa kontynuuje agresję i dopuszcza się kolejnych okrucieństw, nie może być mowy o jakimkolwiek łagodzeniu ograniczeń — wszystkie formy nacisku na Kreml muszą zostać wzmocnione” – oświadczyła ukraińska dyplomacja.
„To, co zostało skradzione, nigdy nie przynosi szczęścia; prędzej czy później będzie musiało zostać zwrócone. Historia pokazuje, że narody, które nie godzą się z kradzieżą swoich terytoriów, pewnego dnia na pewno je odzyskają. Krym to Ukraina. Na pewno powróci do swojej ukraińskiej ojczystej przystani” – podsumowało MSZ w Kijowie.
Amerykańska beztroska zwiększyła ryzyko wojny na Ukrainie
.Nieudolna dyplomacja administracji George’a W. Busha na szczycie NATO w 2008 roku stworzyła idealne warunki dla katastrofy – pisze Edward LUCAS
Każdy, kto kiedykolwiek zaglądał do typowej amerykańskiej restauracji, wie, że apetyt Amerykanów jest na ogół większy niż pojemność ich żołądków. Dlatego, choć porcje są tam ogromne, sporo jedzenia ląduje w koszu lub w pojemnikach do zabrania na wynos.
Tak samo jest w przypadku amerykańskiej polityki zagranicznej. Po przejrzeniu menu zamawia się talerz pełen efektownych dań: trwałą geopolityczną zmianę z przystawką w postaci praw człowieka. Tyle że wiele z tego zostaje nietknięte. Tak było w Afganistanie, tak było w Iraku i, niestety, tak może być również w Iranie.
Podobny schemat rządzi europejskim bezpieczeństwem. Amerykańscy decydenci przez lata pragnęli coraz większego sojuszu pod przewodnictwem USA, ale nie byli skłonni do podjęcia działań niezbędnych do osiągnięcia tego celu, a mianowicie obrony tych, którzy chcieli do takiego sojuszu przystąpić. Dziś płacą za to Ukraińcy. Wkrótce zapłacą też inni mieszkańcy Europy.
W 2008 roku podczas szczytu w Bukareszcie administracja Busha z beztroską lansowała członkostwo Ukrainy i Gruzji w NATO. Był to projekt z gatunku tych, które wymagają ciężkiej pracy i politycznej determinacji. Większość dużych, bogatych państw europejskich – przede wszystkim Francja i Niemcy – była tym planom przeciwna, ponieważ mogły one rozdrażnić Rosję. Lecz te obawy nie powinny były przeważyć szali. To od Ukrainy zależy, czy chce zostać członkiem sojuszu, a od NATO – czy chce mieć Ukrainę w swoich szeregach. Rosja nie powinna mieć w tej kwestii prawa weta, rzeczywistego czy dorozumianego.
Należało wykazać się raczej podejściem praktycznym, łączącym ostrożność z determinacją, tak jak we wcześniejszych przypadkach poszerzania sojuszu. Stany Zjednoczone powinny były zakomunikować Rosji, że chętnie podejmą rozmowy na temat kontroli zbrojeń, broni atomowej oraz innych kwestii związanych ze stabilnością i bezpieczeństwem, jednocześnie dając jasno do zrozumienia, że są większe i bogatsze i tak czy inaczej dopną swego. Europejczykom zaś powinny były zawczasu powiedzieć: „Jesteśmy waszym hegemonem bezpieczeństwa. To ważne w dłuższej perspektywie, dlatego nie opóźniajcie tej sprawy i nie wdawajcie się w sprzeczki”.
Tymczasem rząd Busha stracił zainteresowanie tematem. W ostatniej chwili wywrócono na lewą stronę zasadę polityki zagranicznej Theodore’a Roosevelta: krzyczano głośno, ale bez wizji istotnych konsekwencji. Źle przygotowane i działające bez przekonania Stany Zjednoczone nie potrafiły pociągnąć za sobą kluczowych europejskich sojuszników. Ukraina musiała zadowolić się obietnicą przyszłego członkostwa (co podziałało na Rosję jak płachta na byka), za którą nie stał jednak żaden konkretny plan (co dało Rosji zielone światło do podjęcia „działań zapobiegawczych”).
.Zachód zlekceważył wówczas liczne, złowieszcze sygnały płynące z Rosji i brnął dalej w śmiertelną mieszankę ambicji i niezdecydowania. W 2014 roku, podczas rewolucji na Majdanie, nasi przywódcy dodawali otuchy Ukraińcom opowiadającym się za prozachodnim kursem. Symboliczne wsparcie przychodzi nam nader łatwo. Tak samo jak uparte ignorowanie trudności w nadziei, że same znikną.
PAP/Jarosław Junko/MJ



