Kto będzie decydował o granicach debaty publicznej przed wyborami prezydenckimi we Francji w 2027 roku

Spór pomiędzy Arcom a CNews wykracza daleko poza konflikt dotyczący jednej stacji telewizyjnej. W tle pojawia się jedno z najważniejszych pytań nadchodzących wyborów prezydenckich we Francji: kto ma prawo wyznaczać granice debaty publicznej w epoce sztucznej inteligencji, platform cyfrowych i coraz większej polaryzacji politycznej? Od odpowiedzi na to pytanie zależeć może nie tylko przebieg kampanii 2027, ale także przyszły kształt francuskiej demokracji.
Wolność słowa i kontrola informacji. Nowy front kampanii prezydenckiej we Francji
Wybory prezydenckie we Francji w 2027 r. mogą przejść do historii nie tylko jako starcie kandydatów, programów i wizji państwa. Coraz więcej wskazuje na to, że będą również referendum w sprawie granic wolności słowa, roli regulatorów oraz prawa obywateli do uczestniczenia w sporze politycznym bez ingerencji instytucji publicznych.
Na pierwszy rzut oka dyskusja dotyczy jedynie decyzji Arcom, francuskiego regulatora rynku audiowizualnego i cyfrowego, wobec stacji CNews. W rzeczywistości jednak stawką jest znacznie więcej. Toczy się bowiem spór o to, kto ma prawo określać dopuszczalne granice debaty publicznej w demokracji.
Właśnie dlatego opublikowany na łamach „Le Figaro” tekst Maxime’a Saady, prezesa Canal+, należy traktować nie jako zwykłą polemikę medialną, lecz jako jeden z pierwszych manifestów politycznych poprzedzających wybory prezydenckie 2027.
Arcom chce oceniać nie tylko fakty, ale także sposób prowadzenia debaty
Najmocniejszym elementem argumentacji Maxime’a Saady nie jest nawet obrona konkretnej stacji telewizyjnej. Znacznie ważniejsze jest jego twierdzenie, że regulator zaczyna przesuwać granicę swojej działalności z obszaru kontroli formalnej do obszaru kontroli treści.
Saada zwraca uwagę na fragment decyzji Arcom, w którym organ zarzuca CNews powtarzalność krytycznych komentarzy wobec działań rządu. Regulator wskazuje, że „powtarzanie się tych samych komentarzy i opinii” dotyczy przede wszystkim działań władzy wykonawczej ocenianych jako „niewystarczająco stanowcze lub spójne”.
Dla prezesa Canal+ jest to moment przełomowy. Jeżeli bowiem krytyka działań rządu staje się sama w sobie przedmiotem oceny regulatora, pojawia się pytanie, gdzie kończy się nadzór nad pluralizmem, a zaczyna ocena poglądów politycznych. „Tak więc niezależny organ zalicza krytykę władzy do kategorii uchybień” – pisze Saada.
Jeszcze dalej idzie jego kolejne pytanie: jeżeli stacja ma obowiązek przedstawiania opinii przeciwnych, to kto będzie oceniał, czy uczyniła to w stopniu wystarczającym? Odpowiedź jest prosta. Wyłącznie Arcom. To właśnie ten fragment argumentacji może stać się jednym z centralnych tematów kampanii prezydenckiej.
Kiedy regulator zaczyna oceniać poglądy
Przez dziesięciolecia francuski system audiowizualny opierał się na stosunkowo prostym założeniu. Regulator kontroluje przestrzeganie prawa. Sprawdza czas antenowy. Pilnuje zasad pluralizmu. Nadzoruje przestrzeganie procedur.
Saada zauważa, że obecnie pojawia się nowa kategoria. Arcom mówi już nie tylko o czasie antenowym, lecz także o „oczywistym i trwałym braku równowagi”. To właśnie ten termin budzi największe kontrowersje.
Prezes Canal+ zwraca uwagę, że nie istnieje żaden precyzyjny próg pozwalający określić, kiedy taka nierównowaga się pojawia. Nie istnieje żadna obiektywna miara. Nie istnieje żaden jasno określony wskaźnik. Istnieje wyłącznie ocena regulatora.
„To już nie jest pomiar. To wyrok” – pisze Saada. To zdanie może stać się jednym z najbardziej cytowanych fragmentów całej debaty. Dotyka bowiem pytania, które wykracza daleko poza świat mediów. Czy bowiem demokracja może funkcjonować wtedy, gdy granice dopuszczalnej debaty są ustalane nie przez obywateli, lecz przez instytucje administracyjne?
Najbardziej kontrowersyjny fragment decyzji Arcom
Jeszcze większe emocje budzi inny fragment decyzji przywołany przez Saadę. Arcom zarzuca stacji, że wiele programów rozpoczyna się od komentarza prowadzącego, który wyznacza później kierunek całej debaty. Regulator uznał, że w wielu przypadkach „opinia wyrażona w tym wstępnym wystąpieniu określała orientację i ogólny ton późniejszej dyskusji”.
Dla Saady jest to dowód, że regulator przestaje oceniać przestrzeganie zasad, a zaczyna ingerować w sam proces redakcyjny. „Regulator wkracza do ramówki, do przebiegu programu, do wewnętrznego procesu pracy redakcji” – pisze.
Według tej logiki problemem nie jest już naruszenie prawa. Problemem staje się sam sposób prowadzenia programu. Dobór tematów. Kolejność pytań. Ton rozmowy. A nawet struktura debaty. Dla szefa Canal+ oraz wielu obserwatorów właśnie tutaj przebiega granica między regulacją a ingerencją.
Kampania 2027 będzie także sporem o wolność słowa
Spór między Arcom a CNews nie jest oderwany od rzeczywistości politycznej. Przeciwnie. Pojawia się w momencie, gdy Francja przygotowuje się do najbardziej nieprzewidywalnych wyborów prezydenckich od dekad.
Jordan Bardella buduje swoją pozycję polityczną między innymi na przekonaniu, że część tematów związanych z imigracją, bezpieczeństwem i tożsamością narodową była przez lata marginalizowana przez francuskie elity. Jordan Bardella czyni z tego wręcz swój sztandar w wystąpieniach publicznych..
Kandydat Republikanów w tych wyborach Bruno Retailleau od miesięcy krytykuje nadmierną władzę instytucji technokratycznych.
Jean-Luc Mélenchon – kandydat skrajnej lewicy – oskarża z kolei wielkie grupy medialne o wpływanie na debatę publiczną.
Gabriel Attal bliski Emmanuelowi Macronowi coraz częściej mówi o walce z dezinformacją i ochronie demokracji przed manipulacją.
Wszyscy uczestnicy wyścigu prezydenckiego dotykają więc tego samego problemu. Nie zgadzają się jedynie co do odpowiedzi.
Od sporu o telewizję do sporu o demokrację
Paradoks polega na tym, że obie strony twierdzą, iż bronią demokracji. Arcom argumentuje, że chroni pluralizm oraz uczciwość debaty publicznej. Maxime Saada odpowiada, że właśnie w imię pluralizmu należy pozostawić mediom większą swobodę.
To dlatego jego tekst opublikowany przez „Le Figaro” wykracza daleko poza obronę jednej stacji telewizyjnej. Jest ostrzeżeniem przed sytuacją, w której instytucje państwowe zaczynają decydować nie tylko o tym, czy debata odbywa się zgodnie z prawem, ale również o tym, jak powinna wyglądać.
A właśnie takie pytania coraz częściej pojawiają się we Francji. Kto ma decydować o granicach dopuszczalnej opinii? Kto określa właściwą równowagę poglądów? Kto ustala, kiedy krytyka staje się nadmierna? I przede wszystkim – kto będzie odpowiadał na te pytania podczas kampanii prezydenckiej 2027?
To właśnie wokół nich może rozegrać się jeden z najważniejszych sporów politycznych nadchodzących miesięcy.
Francja od dawna spiera się o to, kto kontroluje debatę publiczną
Dzisiejszy spór wokół Arcom, CNews i granic wolności słowa nie pojawił się nagle. Jest kolejnym rozdziałem znacznie starszej historii, która towarzyszy francuskiej demokracji od dziesięcioleci.
We Francji pytanie o wolność debaty publicznej niemal zawsze prowadziło do innego pytania: jaka powinna być rola państwa w organizowaniu przestrzeni informacyjnej? To jeden z najbardziej charakterystycznych elementów francuskiej kultury politycznej.
W przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, gdzie wolność słowa bardzo często postrzegana jest jako wartość nadrzędna wobec działań państwa, Francja przez znaczną część swojej współczesnej historii rozwijała model, w którym państwo odgrywało rolę strażnika debaty publicznej.
Źródeł tego podejścia można szukać już w czasach generała Charlesa de Gaulle’a. Po utworzeniu V Republiki państwo zachowało bardzo silny wpływ na radio i telewizję. Przez wiele lat ORTF – Office de Radiodiffusion-Télévision Française – pozostawał nie tylko nadawcą publicznym, ale również instrumentem budowania narodowej narracji. Krytycy zarzucali mu podporządkowanie władzy wykonawczej. Zwolennicy odpowiadali, że gwarantuje spójność państwa oraz odporność na chaos informacyjny.
Ten spór nigdy nie został ostatecznie rozstrzygnięty. Zmieniały się instytucje. Zmieniały się technologie. Zmieniały się media. Nie zmieniało się natomiast pytanie: jak daleko może sięgać państwo w organizowaniu debaty publicznej?
Referendum z 2005 roku było punktem zwrotnym
Wielu francuskich analityków uważa, że przełom nastąpił w 2005 roku podczas referendum dotyczącego Traktatu ustanawiającego Konstytucję dla Europy. Przez wiele miesięcy znaczna część elit politycznych, gospodarczych i medialnych opowiadała się za przyjęciem traktatu. Tymczasem wynik referendum okazał się zupełnie inny. Większość Francuzów zagłosowała przeciwko. Dla wielu obywateli był to pierwszy moment, w którym pojawiło się poczucie głębokiego rozjazdu pomiędzy elitami a społeczeństwem.
To właśnie wtedy zaczęło narastać przekonanie, że istnieją tematy, których część mediów nie chce lub nie potrafi opisywać w sposób odpowiadający nastrojom społecznym.
W kolejnych latach podobne napięcia pojawiały się wokół integracji europejskiej, migracji, bezpieczeństwa, globalizacji oraz islamizmu.
Nieprzypadkowo właśnie te zagadnienia staną się później fundamentem sukcesów politycznych Marine Le Pen, a następnie Jordana Bardelli.
Narodziny mediów kontrsystemowych
Wraz z rozwojem internetu zmieniła się również sama architektura debaty publicznej. Przez większą część XX wieku państwo mogło stosunkowo łatwo oddziaływać na główne kanały komunikacji. Istniało kilka stacji telewizyjnych. Kilka wielkich gazet. Kilka rozgłośni radiowych.
Epoka cyfrowa zakończyła ten model. Pojawiły się media internetowe. Portale społecznościowe. Platformy wideo. Podcasty. Influencerzy. W efekcie coraz większa część debaty zaczęła funkcjonować poza tradycyjnymi strukturami.
CNews stała się jednym z symboli tej transformacji. Dla jednych była dowodem pluralizacji francuskiej przestrzeni medialnej. Dla innych przykładem radykalizacji debaty publicznej.
Jednak niezależnie od ocen politycznych jej sukces pokazał coś jeszcze: znaczna część francuskiego społeczeństwa aktywnie poszukiwała alternatywy wobec dotychczasowego krajobrazu medialnego.
Arkadiusz Jordan
Paryż






