Jordan BARDELLA i polityka po erze wielkich partii. Wybory prezydenckie we Francji w 2027 r.

wybory prezydenckie we Francji w 2027 r

Jordan Bardella jest często przedstawiany jako główny faworyt wyborów prezydenckich we Francji w 2027 roku. Jego rosnąca popularność jest jednak tylko częścią znacznie większej historii. Francja wkracza bowiem w epokę, w której wielkie partie polityczne tracą zdolność organizowania życia publicznego, a ich miejsce zajmują polityczne marki budowane wokół konkretnych osób. Analizy Alberta Zennou z „Le Figaro”, Jérôme’a Fourqueta, prof. Chantal Delsol, Michela Onfraya i Érica Zemmoura publikowane na „Wszystko co Najważniejsze” pozwalają spojrzeć na wybory 2027 roku nie jako na zwykłą rywalizację kandydatów, lecz jako na moment przełomowy dla przyszłości francuskiej demokracji.

Koniec świata „bandy czworga”

Francuska kampania prezydencka 2027 roku rozpoczęła się znacznie wcześniej, niż wskazywałby kalendarz polityczny. Nie rozpoczęła się od oficjalnych deklaracji kandydatów, publikacji programów wyborczych ani wielkich wieców. Jej prawdziwy początek nastąpił w chwili, gdy zaczął rozpadać się świat polityczny, który przez dziesięciolecia wydawał się trwały, stabilny i niemal niezmienny.

Wiele analiz wyborów prezydenckich we Francji koncentruje się na nazwiskach. Marine Le Pen lub Jordan Bardella. Gabriel Attal lub Édouard Philippe. Bruno Retailleau lub Jean-Luc Mélenchon. Tymczasem najważniejsza zmiana zachodząca dziś nad Sekwaną nie dotyczy konkretnych kandydatów. Dotyczy samej struktury francuskiego życia politycznego.

Albert Zennou w opublikowanym na łamach „Le Figaro” tekście „Les partis politiques ne se cachent plus pour mourir” stawia diagnozę, która wykracza daleko poza bieżącą kampanię wyborczą. Jego zdaniem współczesne partie polityczne nie przeżywają chwilowego kryzysu. Znajdują się w procesie historycznego zaniku.

„Partie polityczne już nawet nie kryją się ze swoją śmiercią” – pisze Zennou. I jest to jedno z tych zdań, które na pierwszy rzut oka wydają się przesadzone. W rzeczywistości stanowi ono jedno z najlepszych podsumowań przemian zachodzących dziś nie tylko we Francji, ale w całym świecie zachodnim.

Przez większą część istnienia V Republiki francuska polityka była stosunkowo prosta do opisania. Istniały wielkie obozy polityczne, wielkie tradycje ideowe i trwałe elektoraty. Po prawej stronie znajdowali się gaulliści. Po lewej socjaliści i komuniści. Między nimi rozgrywała się historia polityczna Francji.

Albert Zennou przypomina słynną formułę Jean-Marie Le Pena o „bandzie czworga”. Jeszcze w latach osiemdziesiątych francuską scenę polityczną organizowały cztery wielkie ugrupowania: RPR, UDF, Partia Socjalistyczna i Partia Komunistyczna.

Był to świat partii masowych. Świat lokalnych działaczy. Świat struktur terenowych. Świat politycznych rodzin przekazywanych z pokolenia na pokolenie. W wielu francuskich miastach głosowano nie tyle na konkretnego kandydata, ile na tradycję polityczną zakorzenioną od dziesięcioleci. Syn głosował tak jak ojciec. Ojciec głosował tak jak dziadek. Przynależność polityczna była częścią społecznej tożsamości.

Właśnie dlatego przez długi czas wydawało się, że gaulliści oraz socjaliści pozostaną naturalnymi filarami francuskiej demokracji. Historia potoczyła się jednak inaczej.

Upadek gaullistów i socjalistów

W szczególny sposób widać to na przykładzie gaullizmu. Przez dziesięciolecia obóz ten wydawał się niemal niezniszczalny. Od czasów Charles’a de Gaulle’a poprzez Georges’a Pompidou, Jacques’a Chiraca i Nicolasa Sarkozy’ego stanowił jeden z dwóch głównych filarów francuskiego życia politycznego.

Zmieniały się nazwy. Rassemblement pour la République przekształciło się w UMP. UMP stała się później Republikanami. Zmieniały się pokolenia polityków. Nie zmieniało się jedno.

Przekonanie, że gaulliści zawsze będą jednym z dwóch najważniejszych obozów politycznych Francji. Dziś wiemy, że nie było to prawdą.

Republikanie pozostają obecni w życiu publicznym, posiadają parlamentarzystów, samorządowców i wpływowych polityków, ale nie są już siłą organizującą francuską politykę. Nie są już punktem odniesienia dla całego systemu.

Jeszcze bardziej spektakularny okazał się upadek Partii Socjalistycznej. To ugrupowanie François Mitterranda przez dekady współtworzyło historię V Republiki. To ono wyniosło do Pałacu Elizejskiego François Hollande’a. Jeszcze na początku poprzedniej dekady wydawało się, że socjaliści pozostaną jedną z głównych sił politycznych Francji.

Kilka lat później ich kandydaci zaczęli osiągać wyniki, które wcześniej wydawałyby się niewyobrażalne. Partia, która przez dziesięciolecia współrządziła krajem, została zepchnięta na margines walki o władzę.

Albert Zennou zwraca uwagę na fakt szczególnie wymowny. Od 2012 roku ani Partia Socjalistyczna, ani Republikanie nie weszli do drugiej tury wyborów prezydenckich. Jeszcze piętnaście lat temu taka sytuacja wydawałaby się polityczną fantastyką.

Rok 2017 jako początek nowej epoki

To właśnie dlatego wybory prezydenckie 2017 roku były wydarzeniem znacznie ważniejszym, niż początkowo sądzono. Wielu komentatorów postrzegało zwycięstwo Emmanuela Macrona jako wyjątkowy epizod. Dziś coraz wyraźniej widać, że był to początek nowej epoki.

Emmanuel Macron nie tylko wygrał wybory. Rozbił też architekturę polityczną budowaną przez kilkadziesiąt lat. Po raz pierwszy kandydat spoza tradycyjnych struktur partyjnych zdobył władzę, pozostawiając za sobą zarówno socjalistów, jak i gaullistów.

W rzeczywistości rok 2017 okazał się początkiem procesu, którego skutki obserwujemy do dziś. Dlatego właśnie wiec organizowany przez Bruno Retailleau, od którego Albert Zennou rozpoczyna swój tekst w „Le Figaro”, ma znaczenie większe niż zwykłe wydarzenie partyjne. Staje się symbolem trudności, jakie przeżywa cała tradycyjna prawica. Nawet zwycięstwo w walce o przywództwo nie oznacza już zdolności narzucenia autorytetu całej formacji. Nawet formalna legitymacja uzyskana od członków partii nie gwarantuje politycznego przywództwa.

Dawny świat polityczny opierał się na strukturze. Nowy świat polityczny opiera się na osobowości. To jedna z najważniejszych tez pozwalających zrozumieć nie tylko kryzys Republikanów, ale również fenomen Emmanuela Macrona, Jean-Luka Mélenchona, Marine Le Pen czy Jordana Bardelli.

Partie umierają, gdy tracą wizję świata

Nie jest to jednak wyłącznie kryzys francuski. Prof. Chantal Delsol od wielu lat opisuje proces głębokiej transformacji społeczeństw zachodnich. W swoich tekstach publikowanych na łamach „Wszystko Co Najważniejsze” zwraca uwagę, że współczesny Zachód coraz częściej zachowuje instytucje odziedziczone po poprzednich epokach, jednocześnie tracąc kulturowe fundamenty, które dawały im siłę i znaczenie.

W tym sensie kryzys partii politycznych jest częścią zjawiska znacznie większego. Nie chodzi wyłącznie o słabość liderów. Nie chodzi wyłącznie o błędy kampanii wyborczych. Nie chodzi nawet wyłącznie o media społecznościowe. Zmienia się sama natura wspólnoty politycznej.

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu partia była miejscem, w którym obywatel uczył się polityki, zdobywał doświadczenie, poznawał ludzi i budował swoją tożsamość publiczną. Partia była pośrednikiem między jednostką a państwem. Dziś tę funkcję coraz częściej przejmują media społecznościowe, ruchy obywatelskie, środowiska internetowe oraz pojedyncze osobowości polityczne. Nie oznacza to zaniku polityki. Oznacza zmianę jej formy.

Albert Zennou formułuje w „Le Figaro” jeszcze jedną diagnozę, która może okazać się kluczowa dla zrozumienia kampanii 2027 roku.

Partie polityczne nie umierają dlatego, że brakuje im pieniędzy lub struktur organizacyjnych. Umierają wtedy, gdy przestają reprezentować wizję świata zdolną do mobilizowania obywateli.

Być może właśnie dlatego wybory prezydenckie 2027 roku są czymś więcej niż zwykłą walką o Pałac Elizejski. Są kolejnym etapem historycznej transformacji francuskiej demokracji. Transformacji, której skutki wykraczają daleko poza Francję.

Aby zrozumieć fenomen Jordana Bardelli, Marine Le Pen, Gabriela Attala czy Édouarda Philippe’a, trzeba najpierw zrozumieć jedną rzecz. Nie pojawili się oni w świecie wielkich partii politycznych. Pojawili się w chwili, gdy ten świat zaczął się kończyć.

Dlaczego wybory 2027 mogą być najbardziej nieprzewidywalne od pół wieku?

Jeżeli Albert Zennou ma rację i partie polityczne tracą zdolność organizowania życia publicznego, to konsekwencje tej zmiany wykraczają daleko poza same struktury partyjne. Zmienia się bowiem również sposób przewidywania wyborów.

Przez większą część XX wieku polityka francuska opierała się na względnie stabilnych lojalnościach społecznych. Istniały regiony socjalistyczne, regiony gaullistowskie, miasta lewicowe i prowincje prawicowe. Istniały środowiska zawodowe oraz społeczne, których zachowania wyborcze można było przewidzieć z dużym prawdopodobieństwem.

Partie polityczne nie tylko reprezentowały wyborców. Partie polityczne porządkowały społeczeństwo. Dziś ten porządek przestaje istnieć. I to właśnie dlatego kampania prezydencka 2027 roku może okazać się najbardziej nieprzewidywalną kampanią od wielu dziesięcioleci.

I dzieje się to nie dlatego, że nie znamy kandydatów. Dlatego, że coraz trudniej zrozumieć wyborców.

Rozpad dawnych lojalności

Albert Zennou w swoim tekście opublikowanym w „Le Figaro” zwraca uwagę na jedną z najważniejszych cech współczesnych demokracji: wyborcy coraz słabiej identyfikują się z partiami politycznymi.

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu obywatel często określał siebie poprzez przynależność polityczną. Był gaullistą, socjalistą, komunistą lub centrystą. Dziś takie deklaracje pojawiają się coraz rzadziej. Nowoczesny wyborca nie chce być przypisany do jednej organizacji na całe życie. Zmienia poglądy. Zmienia priorytety. Zmienia sposób uczestnictwa w życiu publicznym. Może popierać państwo opiekuńcze i jednocześnie domagać się zdecydowanej kontroli migracji. Może krytykować globalizację i równocześnie korzystać z jej możliwości. Może być konserwatywny w sprawach kulturowych, a liberalny gospodarczo. W efekcie coraz trudniej umieścić go w tradycyjnych kategoriach politycznych.

To właśnie ten proces sprawia, że dawne mapy wyborcze tracą znaczenie. Podziały, które organizowały życie polityczne Francji przez dziesięciolecia, coraz słabiej opisują rzeczywistość.

Jérôme Fourquet od lat wskazuje, że Francja przypomina coraz bardziej archipelag niż jednolite społeczeństwo. Poszczególne grupy społeczne żyją obok siebie, lecz coraz rzadziej żyją razem. Mają odmienne doświadczenia. Odmienne źródła informacji. Odmienne lęki i odmienne nadzieje.

W swoich analizach publikowanych na łamach „Wszystko co Najważniejsze” Jérôme Fourquet opisuje ten proces jako stopniową „archipelagizację” Francji. Według niego Francja nie przypomina już społeczeństwa zbudowanego wokół jednego wspólnego doświadczenia narodowego. Coraz bardziej przypomina archipelag złożony z wielu wysp funkcjonujących obok siebie.

Są to wyspy społeczne, kulturowe, religijne, ekonomiczne i pokoleniowe. Mieszkańcy wielkich metropolii coraz częściej żyją w rzeczywistości odmiennej od mieszkańców prowincji. Młodsze pokolenia korzystają z innych źródeł informacji niż ich rodzice. Inne doświadczenia mają przedstawiciele klasy średniej, inne pracownicy przemysłu, inne środowiska związane z gospodarką cyfrową.

Jeszcze pół wieku temu partie polityczne potrafiły łączyć te różne światy. Dziś same coraz częściej stają się zakładnikami jednej tylko części społeczeństwa. To właśnie dlatego coraz trudniej zbudować większość polityczną porównywalną z większościami, które przez dekady tworzyli gaulliści lub socjaliści.

Rozpad dawnych wspólnot społecznych prowadzi bowiem do rozpadu dawnych wspólnot politycznych. A kiedy rozpadają się wspólnoty polityczne, rozpadają się również partie, które zostały zbudowane, aby je reprezentować. W takich warunkach tradycyjne partie polityczne tracą zdolność integrowania społeczeństwa.

Francja po Macronie

Przez wiele lat Emmanuel Macron wydawał się odpowiedzią na kryzys dawnych partii. W rzeczywistości okazał się raczej jego najbardziej spektakularnym skutkiem.

W 2017 roku stworzył ruch polityczny praktycznie od podstaw. Pokonał zarówno socjalistów, jak i gaullistów. Zbudował nową większość polityczną. Jednocześnie nie odbudował dawnych struktur. Nie stworzył nowej wielkiej partii porównywalnej z historycznym RPR czy Partią Socjalistyczną. Macron zbudował koalicję wyborców. Nie zbudował nowej politycznej wspólnoty.

Dziś coraz wyraźniej widać skutki tego procesu. Elektorat macronistyczny zaczyna się rozpraszać. Jedni kierują uwagę ku Édouardowi Philippe’owi. Inni ku Gabrielowi Attalowi. Jeszcze inni mogą szukać rozwiązań poza dotychczasowym centrum politycznym.

Właśnie dlatego kampania 2027 roku będzie pierwszą kampanią po epoce Macrona. Po raz pierwszy od dekady Francja stanie przed koniecznością zbudowania nowego układu politycznego. Nikt nie wie, jak będzie on wyglądał. I właśnie to czyni te wybory tak interesującymi.

Kryzys Republikanów jako symbol większej zmiany

Szczególnie dobrze widać ten proces na przykładzie Republikanów. W klasycznej interpretacji ich problemy tłumaczy się błędami przywódców. Raz winny miał być Nicolas Sarkozy. Później François Fillon. Następnie Laurent Wauquiez.

Dziś mówi się o rywalizacji Bruno Retailleau i innych liderów prawicy. Albert Zennou w „Le Figaro” proponuje jednak znacznie głębszą interpretację. Problem nie polega wyłącznie na ludziach. Problem dotyczy samego modelu partii politycznej. Republikanie Bruno Retailleau pozostają organizacją posiadającą struktury, parlamentarzystów, działaczy i doświadczenie polityczne. Mimo to nie potrafią odzyskać pozycji, którą zajmowali jeszcze kilkanaście lat temu.

Dlaczego? Ponieważ świat polityczny przestał nagradzać te same cechy co dawniej. W epoce gaullistowskiej siła organizacji była przewagą. W epoce mediów społecznościowych siłą staje się zdolność przyciągania uwagi. W epoce lokalnych struktur przewagę dawała obecność terenowa. W epoce cyfrowej przewagę daje zdolność budowania bezpośredniej relacji z wyborcą.

To właśnie dlatego kryzys Republikanów jest tak ważny dla zrozumienia wyborów 2027. Nie pokazuje słabości jednej partii. Pokazuje słabość całego modelu politycznego, który dominował przez większą część V Republiki.

Za tą zmianą stoi również rewolucja technologiczna. Przez większą część XX wieku głównym kanałem komunikacji politycznej były struktury partyjne. To one organizowały spotkania. To one kolportowały materiały wyborcze. To one tworzyły lokalne wspólnoty polityczne.

Następnie nadeszła epoka telewizji. Partie nadal pozostawały ważne, ale coraz większe znaczenie zyskiwali politycy potrafiący funkcjonować przed kamerą.

Dziś rozpoczyna się kolejny etap tej ewolucji. Epoka algorytmu. To już nie partia decyduje, jakie treści zobaczy wyborca. Nie decyduje o tym również redakcja gazety czy stacji telewizyjnej. Coraz częściej decydują platformy cyfrowe i algorytmy rekomendacji.

Polityka staje się więc walką o uwagę. Walką o widoczność. Walką o emocję zdolną przebić się przez nieustanny strumień informacji. W takim świecie przewagę zyskują politycy potrafiący funkcjonować bez pośredników. Potrafiący budować własną społeczność. Potrafiący komunikować się bezpośrednio z wyborcami. To właśnie dlatego kariera Jordana Bardelli jest tak ważna dla zrozumienia współczesnej polityki. Nie pokazuje jedynie sukcesu jednego polityka. Pokazuje narodziny nowego modelu komunikacji politycznej.

Nowy wyborca, nowa kampania

To właśnie dlatego kampania prezydencka 2027 roku będzie prawdopodobnie wyglądała inaczej niż większość kampanii V Republiki.

Każdy z głównych kandydatów próbuje odpowiedzieć na ten sam kryzys, ale robi to w inny sposób.

Jordan Bardella proponuje odpowiedź opartą na silnej identyfikacji, poczuciu przynależności i odbudowie granic politycznych oraz kulturowych.

Édouard Philippe próbuje przekonać Francuzów, że w czasach niepewności potrzebne są stabilność instytucji, doświadczenie państwowe i zdolność zarządzania kryzysami.

Gabriel Attal coraz wyraźniej buduje swoją pozycję wokół kwestii bezpieczeństwa, autorytetu państwa i ochrony obywateli.

Bruno Retailleau stara się połączyć tradycję gaullistowskiej prawicy z oczekiwaniami wyborców coraz bardziej wrażliwych na kwestie porządku publicznego, migracji i tożsamości.

Jean-Luc Mélenchon proponuje odpowiedź odmienną od wszystkich pozostałych, opartą na mobilizacji społecznej, konflikcie klasowym i krytyce liberalnego modelu gospodarczego.

Różnią się niemal we wszystkim. Łączy ich jedno. Wszyscy próbują znaleźć odpowiedź na ten sam kryzys reprezentacji politycznej, który opisuje Albert Zennou.

Najważniejszą konsekwencją wszystkich tych przemian jest pojawienie się nowego rodzaju wyborcy. Wyborcy mniej lojalnego wobec partii. Bardziej mobilnego. Bardziej nieprzewidywalnego. Bardziej podatnego na wpływ wydarzeń kampanii. Albert Zennou zauważa, że współczesne opinie polityczne formują się już nie tylko w partiach, lecz także w mediach, stowarzyszeniach, ruchach społecznych i przestrzeni cyfrowej. Oznacza to, że kampania wyborcza nie będzie już wyłącznie starciem programów. Będzie starciem narracji. Starciem emocji. Starciem zdolności mobilizowania uwagi.

.W takim świecie przewagę uzyskują politycy, którzy potrafią funkcjonować poza tradycyjnymi strukturami. Politycy zdolni budować bezpośrednią więź z wyborcami. Politycy będący bardziej markami niż liderami partyjnymi.

To właśnie tutaj pojawia się postać Jordana Bardelli. Nie jako kolejnego lidera prawicy. Lecz jako jednego z pierwszych polityków nowej epoki. Epoki, w której wielkie partie polityczne tracą znaczenie, a centrum życia publicznego przesuwa się w stronę osobowości, narracji i politycznych marek.

Aby zrozumieć fenomen Bardelli, trzeba więc najpierw zrozumieć świat, który umożliwił jego pojawienie się.

Jordan Bardella nie jest następcą Marine Le Pen

Najczęściej powtarzanym zdaniem w komentarzach poświęconych francuskiej polityce jest twierdzenie, że Jordan Bardella jest następcą Marine Le Pen.

To prawda. Jednocześnie jest to tylko część prawdy. Patrząc szerzej, Bardella nie jest bowiem przede wszystkim następcą Marine Le Pen. Jest produktem świata politycznego, który powstał po rozpadzie dawnych wielkich partii.

To właśnie tutaj analiza Alberta Zennou nabiera szczególnego znaczenia. W swoim tekście opublikowanym na łamach „Le Figaro” zauważa on, że współczesna polityka coraz bardziej oddala się od modelu opartego na wielkich organizacjach partyjnych. Coraz większą rolę odgrywają natomiast osobowości polityczne zdolne do bezpośredniego komunikowania się z wyborcami.

W pewnym sensie Jordan Bardella jest pierwszym kandydatem prezydenckim nowej Francji. Francji mediów społecznościowych. Francji politycznych marek. Francji, w której polityk coraz częściej staje się ważniejszy od partii.

Nie jest przypadkiem, że Bardella należy do pokolenia, które politycznie dojrzewało już nie w epoce dominacji telewizji, lecz internetu. Nie jest przypadkiem, że znaczna część jego popularności została zbudowana poza tradycyjnymi kanałami komunikacji. Nie jest również przypadkiem, że dla wielu młodych Francuzów Jordan Bardella jest bardziej rozpoznawalny niż większość liderów tradycyjnych partii politycznych.

To nie jest wyłącznie sukces jednego polityka. To sygnał głębszej transformacji.

Francja opisana przez pisarzy i filozofów

Politycy pojawiają się zwykle wtedy, gdy wcześniej zmienia się społeczeństwo. Dlatego aby zrozumieć fenomen Jordana Bardelli, trzeba sięgnąć dalej niż do sondaży wyborczych. Trzeba sięgnąć do francuskich pisarzy, filozofów i intelektualistów, którzy od lat opisywali przemiany zachodzące we Francji.

Éric Zemmour przez lata budował swoją popularność wokół tezy, że Francja przeżywa kryzys ciągłości historycznej. W publikowanych analizach wskazywał, że coraz większa część francuskich elit przestała postrzegać historię narodową jako fundament wspólnoty politycznej. Niezależnie od ocen politycznych tej diagnozy, trudno nie zauważyć, że temat tożsamości stał się jednym z głównych tematów współczesnej debaty francuskiej.

Podobne procesy opisywał Michel Houellebecq. W jego książkach Francja nie jest krajem znajdującym się na progu rewolucji. Jest krajem zmęczonym. Krajem zagubionym. Krajem coraz bardziej pozbawionym wspólnych punktów odniesienia.

To właśnie dlatego Houellebecq tak często pojawia się w analizach współczesnej Francji. Nie dlatego, że przewiduje przyszłość. Dlatego, że potrafi opisać emocje społeczeństwa. A polityka coraz częściej staje się właśnie walką o emocje.

Jordan Bardella nie stworzył tych emocji. On nauczył się je rozumieć.

Prof. Chantal Delsol i kryzys pośredników

Jednym z najciekawszych kluczy do zrozumienia współczesnej Francji pozostają analizy prof. Chantal Delsol. Francuska filozof wielokrotnie zwracała uwagę, także w tekstach publikowanych we „Wszystko co Najważniejsze”, że współczesny Zachód przeżywa kryzys instytucji pośredniczących między jednostką a wspólnotą.

Przez dziesięciolecia takimi instytucjami były: rodzina, Kościół, stowarzyszenia, związki zawodowe, partie polityczne. To one tworzyły wspólnoty. To one organizowały debatę publiczną. To one przekazywały wartości i doświadczenia między pokoleniami.

Dziś wiele z tych instytucji przeżywa kryzys. W ich miejsce pojawiają się relacje bardziej bezpośrednie, bardziej emocjonalne i bardziej indywidualne. I to właśnie w takim świecie rozwija się współczesna polityka.

Polityk nie musi już przejść wieloletniej drogi przez struktury partyjne. Nie musi budować pozycji w aparacie organizacyjnym. Nie musi nawet posiadać rozbudowanej sieci lokalnych działaczy. Wystarczy, że potrafi zbudować bezpośrednią więź z wyborcą. Wystarczy, że potrafi przyciągnąć uwagę. Wystarczy, że stanie się symbolem. Jordan Bardella jest właśnie takim symbolem. Symbolem nowej epoki politycznej.

Co ciekawe, wybory prezydenckie 2027 roku mogą stać się również starciem dwóch różnych odpowiedzi na ten sam kryzys. Po jednej stronie znajduje się Jordan Bardella. Po drugiej Édouard Philippe. Obaj korzystają ze słabości dawnych partii politycznych. Obaj budują własne polityczne marki. Obaj próbują przekroczyć tradycyjne podziały odziedziczone po XX wieku.

Różnica polega jednak na tym, że reprezentują dwa odmienne sposoby myślenia o przyszłości francuskiej demokracji. Bardella jest symbolem polityki nowej generacji, budowanej wokół bezpośredniej relacji z wyborcą i bardzo silnej obecności medialnej. Philippe próbuje natomiast zachować część instytucjonalnego dziedzictwa V Republiki. Jest politykiem zmiany, ale zarazem politykiem ciągłości. Politykiem nowych czasów, który stara się przemawiać językiem państwa, administracji i odpowiedzialności za instytucje. Być może właśnie dlatego w wielu badaniach opinii publicznej to on najczęściej pojawia się jako najpoważniejszy konkurent obozu narodowego.

W pewnym sensie wybory 2027 roku mogą okazać się starciem dwóch modeli przyszłości. Francji postpartyjnej reprezentowanej przez Bardellę oraz Francji próbującej odbudować część dawnych instytucjonalnych fundamentów reprezentowanej przez Philippe’a.

W tym sensie kampania 2027 roku nie będzie jedynie rywalizacją programów. Będzie również konkursem na najtrafniejszą interpretację współczesnej Francji. Czy Francuzi uznają, że najważniejszym problemem jest kryzys tożsamości narodowej? Czy uznają, że najważniejsze jest bezpieczeństwo? Czy wybiorą stabilność instytucjonalną? Czy może zwrócą się ku radykalnej krytyce istniejącego systemu?

Każdy z głównych kandydatów odpowiada na inne pytanie. A wynik wyborów pokaże, która diagnoza Francji okazała się najbliższa doświadczeniom wyborców.

Pierwszy polityk Francji postpartyjnej

Największym błędem byłoby postrzeganie Bardelli wyłącznie jako młodszej wersji Marine Le Pen.

Marine Le Pen pozostaje politykiem przejściowym. Z jednej strony odziedziczyła partię polityczną. Z drugiej musiała ją stopniowo przekształcać.

Jordan Bardella reprezentuje już kolejny etap tej ewolucji. Jego siła nie wynika wyłącznie ze struktur Zjednoczenia Narodowego. Nie wynika wyłącznie z historii Frontu Narodowego. Nie wynika nawet wyłącznie z popularności Marine Le Pen. Wynika z faktu, że idealnie odpowiada logice nowego środowiska politycznego.

Środowiska opisanego przez Alberta Zennou w „Le Figaro”. Środowiska, w którym partie polityczne tracą monopol na organizowanie życia publicznego. Środowiska, w którym wyborcy coraz słabiej identyfikują się z organizacjami, a coraz silniej z konkretnymi osobami.

To właśnie dlatego Jordan Bardella jest czymś więcej niż kandydatem prawicy. Jest jednym z pierwszych polityków Francji postpartyjnej. Politykiem, którego kariera pokazuje, jak bardzo zmienił się świat od czasów Jacques’a Chiraca, François Mitterranda czy nawet Nicolasa Sarkozy’ego.

W tym sensie wybory prezydenckie 2027 roku nie będą wyłącznie starciem programów i kandydatów. Będą również testem nowego modelu polityki. Modelu, w którym znaczenie partii maleje, a znaczenie politycznych marek nieustannie rośnie.

To właśnie dlatego pytanie o Jordana Bardellę jest w rzeczywistości pytaniem o przyszłość francuskiej demokracji. A być może także o przyszłość demokracji zachodnich.

Czy demokracja może istnieć bez wielkich partii?

Najważniejsze pytanie związane z wyborami prezydenckimi we Francji w 2027 roku nie brzmi: kto wygra. Nie brzmi również: kto wejdzie do drugiej tury. Nie brzmi nawet: czy Jordan Bardella zostanie kolejnym prezydentem Francji.

Pytanie najważniejsze jest znacznie głębsze. Czy demokracja przedstawicielska może funkcjonować w taki sam sposób, jeśli znikają instytucje, które przez ponad sto lat stanowiły jej fundament?

Albert Zennou w swoim tekście opublikowanym na łamach „Le Figaro” opisuje zjawisko, które w rzeczywistości wykracza daleko poza Francję. Nie umierają wyłącznie konkretne partie. Nie kończy się wyłącznie historia gaullistów czy socjalistów. Kończy się pewien model organizacji życia politycznego.

Przez większą część XX wieku demokracja zachodnia opierała się na prostym mechanizmie. Obywatele tworzyli partie. Partie reprezentowały obywateli. Partie wyłaniały przywódców. Partie budowały programy. Partie stanowiły pośrednika między społeczeństwem a państwem.

Dziś ten model coraz wyraźniej się rozpada. To właśnie dlatego wybory prezydenckie 2027 roku mogą okazać się ważniejsze, niż wskazywałaby zwykła rywalizacja kandydatów. Mogą stać się testem nowej epoki politycznej.

Michel Onfray i bunt obywatela

Jednym z najbardziej interesujących głosów opisujących ten proces pozostaje Michel Onfray.

W opublikowanym na łamach „Wszystko co Najważniejsze” tekście „Dlaczego przestałem chodzić na wybory?” francuski filozof przedstawił diagnozę, która wywołała we Francji ogromną debatę. Onfray nie opisuje obywatela obojętnego wobec polityki. Nie opisuje człowieka niezainteresowanego losem państwa. Opisuje obywatela, który przestaje wierzyć, że jego głos rzeczywiście wpływa na rzeczywistość. To zasadnicza różnica.

Przez dziesięciolecia absencja wyborcza była często interpretowana jako przejaw apatii. Coraz częściej staje się natomiast przejawem nieufności. Wyborca nie odwraca się od polityki. Odwraca się od politycznych instytucji. To właśnie tutaj diagnoza Onfraya spotyka się z analizą Zennou.

Jeżeli partie polityczne przestają być miejscem reprezentowania obywateli, obywatele zaczynają szukać innych form uczestnictwa w życiu publicznym. Jedni wybierają ruchy obywatelskie. Inni aktywizm internetowy. Jeszcze inni polityczne marki budowane wokół konkretnych osób. W każdym przypadku słabnie jednak rola klasycznej partii politycznej. To nie jest wyłącznie kryzys organizacyjny. To kryzys zaufania.

Partie kartelowe i kryzys reprezentacji

Albert Zennou przywołuje w swoim tekście w „Le Figaro” niezwykle ważną koncepcję stworzoną przez Richarda Katza i Petera Maira. Politolodzy ci opisali zjawisko tak zwanych partii kartelowych. Według ich teorii współczesne partie polityczne coraz słabiej opierają się na swoich członkach i działaczach, a coraz silniej na państwie. Coraz większą rolę odgrywają finansowanie publiczne, profesjonalne zaplecza eksperckie oraz mechanizmy instytucjonalne. Coraz mniejszą zwykli obywatele.

W efekcie partie stają się paradoksalnie coraz bardziej skuteczne organizacyjnie i jednocześnie coraz słabsze politycznie. Posiadają budżety. Posiadają struktury. Posiadają specjalistów od komunikacji. Posiadają profesjonalne kampanie. Tracą jednak coś znacznie ważniejszego. Tracą zdolność budowania emocjonalnej więzi z wyborcami.

Właśnie dlatego Albert Zennou pisze, że partie nie umierają z braku pieniędzy. Umierają wtedy, gdy przestają reprezentować wizję świata zdolną do mobilizowania obywateli.

To zdanie może okazać się jedną z najważniejszych diagnoz współczesnej polityki europejskiej. W rzeczywistości bowiem niemal wszystkie wielkie partie Zachodu dysponują dziś większymi zasobami organizacyjnymi niż ich odpowiedniki sprzed pół wieku. A mimo to coraz trudniej jest im przekonać obywateli do własnej narracji.

Od partii do politycznych marek

W tym miejscu wracamy do Jordana Bardelli. Nie dlatego, że jest dziś faworytem wielu sondaży. Nie dlatego, że może zostać kandydatem obozu narodowego.

Dlatego, że jego kariera stanowi symbol głębszego procesu. Przez dziesięciolecia wyborcy identyfikowali się przede wszystkim z partiami. Dziś coraz częściej identyfikują się z osobami.

W epoce gaullistowskiej wyborca głosował na partię reprezentowaną przez lidera. W epoce cyfrowej coraz częściej głosuje na lidera reprezentowanego przez partię. To odwrócenie ma fundamentalne znaczenie.

Emmanuel Macron. Jean-Luc Mélenchon. Marine Le Pen. Jordan Bardella. Wszyscy oni są w pewnym stopniu produktami tej samej transformacji. Ich siła nie wynika wyłącznie z organizacji politycznych. Wynika z umiejętności budowania własnej narracji. Wynika z bezpośredniej relacji z wyborcą. Wynika z obecności w przestrzeni cyfrowej. Wynika z faktu, że stają się politycznymi markami.

To właśnie dlatego kampania 2027 roku może wyglądać inaczej niż kampanie poprzednich dekad. Znaczenie struktur będzie malało. Znaczenie osobowości będzie rosło. Znaczenie ideologii będzie mieszało się ze znaczeniem emocji. Znaczenie programów będzie konkurowało ze znaczeniem narracji.

Rok 2027 jako laboratorium przyszłości

Z tego punktu widzenia wybory prezydenckie 2027 roku są czymś więcej niż kolejną kampanią wyborczą. Są pierwszym wielkim testem politycznym Francji po epoce Emmanuela Macrona.

Po raz pierwszy od dekady wyborcy nie będą wybierali między Macronem a jego przeciwnikami. Będą wybierali model polityczny, który ma zastąpić macronizm. Czy będzie to model reprezentowany przez Jordana Bardellę? Czy przez Édouarda Philippe’a? Czy przez Gabriela Attala? Czy przez Bruno Retailleau? Czy przez Jean-Luka Mélenchona?

W rzeczywistości każdy z tych kandydatów proponuje inną odpowiedź na pytanie o przyszłość Francji po rozpadzie dawnych wielkich partii politycznych. To właśnie dlatego stawką wyborów 2027 roku jest coś więcej niż zmiana lokatora Pałacu Elizejskiego. Stawką jest nowy model francuskiego życia politycznego.

Być może właśnie dlatego wybory prezydenckie we Francji w 2027 roku budzą tak duże zainteresowanie. Nie są jedynie kolejnym etapem rywalizacji politycznej. Są laboratorium przyszłości zachodniej demokracji.

Albert Zennou opisuje moment, w którym kończy się świat wielkich partii politycznych. Michel Onfray opisuje obywatela coraz bardziej nieufnego wobec instytucji. Prof. Chantal Delsol opisuje kryzys struktur pośredniczących między jednostką a wspólnotą. Éric Zemmour opisuje kryzys ciągłości historycznej i tożsamości. Jérôme Fourquet opisuje rozpad dawnej Francji na coraz bardziej odrębne światy społeczne. Wszystkie te diagnozy prowadzą do tego samego pytania: co stanie się z demokracją, gdy znikną instytucje, które przez dziesięciolecia ją organizowały?

.Być może odpowiedź przyniosą właśnie wybory prezydenckie 2027 roku. Nie dlatego, że wskażą nowego gospodarza Pałacu Elizejskiego. Dlatego, że pokażą, czy demokracja Zachodu potrafi odnaleźć nową formę po epoce wielkich partii politycznych.

Jordan Bardella jest jedną z postaci tej historii. Nie jest jednak jej głównym bohaterem. Głównym bohaterem jest przemiana świata politycznego, która dokonuje się na naszych oczach. To właśnie ona sprawia, że wybory prezydenckie we Francji w 2027 roku mogą okazać się jednym z najważniejszych wydarzeń politycznych tej dekady.

Albert Zennou napisał w „Le Figaro”, że partie polityczne „już nawet nie kryją się ze swoją śmiercią”. Zdanie to można odczytać jako opis końca pewnej epoki. Można jednak odczytać je również inaczej. Każdy wielki moment polityczny jest bowiem jednocześnie końcem i początkiem.

Gdy pod koniec XIX wieku rodziły się wielkie partie masowe, wielu obserwatorów uważało, że dawna polityka elit odchodzi bezpowrotnie do przeszłości. Gdy po II wojnie światowej powstawała V Republika, wydawało się, że nowy model organizacji życia publicznego będzie trwał przez pokolenia. Gdy Charles de Gaulle budował swoje polityczne zaplecze, niewielu przypuszczało, że pewnego dnia gaullizm przestanie być centralnym punktem odniesienia dla francuskiej prawicy.

Historia polityczna nie zna jednak struktur wiecznych. Zmieniają się instytucje. Zmieniają się partie. Zmieniają się społeczeństwa. Zmieniają się także sposoby budowania wspólnoty politycznej.

To właśnie dlatego wybory prezydenckie we Francji w 2027 roku mają znaczenie wykraczające daleko poza zwykłą rywalizację kandydatów. Po raz pierwszy od wielu dziesięcioleci Francuzi będą wybierali nie tylko przyszłego prezydenta. Będą również współdecydowali o tym, jaki model polityki zastąpi świat, który przez pół wieku organizował życie publiczne V Republiki.

Pytanie nie brzmi już wyłącznie, czy zwycięży Jordan Bardella, Édouard Philippe, Gabriel Attal, Bruno Retailleau czy Jean-Luk Mélenchon. Pytanie brzmi, jaki rodzaj demokracji wyłoni się z kryzysu wielkich partii politycznych. Czy będzie to demokracja bardziej bezpośrednia. Bardziej emocjonalna. Bardziej cyfrowa. Bardziej oparta na osobowościach niż organizacjach. A może Zachód odnajdzie nową formę instytucji zdolnych ponownie połączyć obywateli ze światem polityki?

Dopiero przyszłość przyniesie odpowiedź. Jedno wydaje się jednak pewne. Jordan Bardella nie jest najważniejszym bohaterem tej historii. Marine Le Pen również nim nie jest. Ani Emmanuel Macron. Ani żaden z kandydatów, którzy już dziś przygotowują się do walki o Pałac Elizejski.

Najważniejszym bohaterem jest przemiana francuskiej demokracji. To ona tłumaczy kryzys Republikanów. To ona tłumaczy upadek socjalistów. To ona tłumaczy sukces Macrona. To ona tłumaczy fenomen Bardelli. I to ona sprawia, że wybory prezydenckie 2027 roku mogą zostać zapamiętane nie jako kolejne wybory we Francji. Lecz jako moment, w którym Europa po raz pierwszy w pełni zobaczyła politykę po erze wielkich partii.

Arkadiusz Jordan
Paryż

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 21 czerwca 2026