Po Macronie każdy chce zostać prezydentem Francji

Dlaczego przed wyborami prezydenckimi we Francji w 2027 roku tak wielu polityków uważa, że może zostać gospodarzem Pałacu Elizejskiego? Odpowiedź wykracza daleko poza bieżącą kampanię wyborczą. Przez dziesięciolecia francuska V Republika wyłaniała przyszłych prezydentów według względnie stabilnych reguł. Emmanuel Macron pokazał, że można dojść do najwyższej władzy inną drogą. Jego zwycięstwo z 2017 roku nie tylko zmieniło francuską politykę, ale również sposób myślenia całej klasy politycznej o zdobywaniu władzy. Dlatego wybory prezydenckie Francja 2027 są czymś więcej niż kolejnym cyklem wyborczym. Stają się momentem, w którym polityka Francji będzie musiała odpowiedzieć na pytanie o swoje przywództwo po Emmanuelu Macronie.
.Dziś Jordan Bardella, Gabriel Attal, Édouard Philippe, Bruno Retailleau, Raphaël Glucksmann, David Lisnard, Jean-Luc Mélenchon i wielu innych kandydatów rywalizuje nie tylko o prezydenturę. Ich kariery pokazują, jak głęboko zmienił się system polityczny Francji i dlaczego wybory prezydenckie 2027 roku mogą stać się najważniejszym testem przyszłości V Republiki.
Czy Emmanuel Macron nieświadomie zmienił reguły wyborów prezydenckich we Francji?
Jeszcze kilkanaście lat temu francuska polityka przypominała dobrze uporządkowaną hierarchię. Droga do Pałacu Elizejskiego była długa, przewidywalna i wymagająca. Kandydat na prezydenta musiał najpierw zbudować pozycję w partii politycznej, następnie zdobyć doświadczenie ministerialne lub parlamentarne, przejść przez kolejne szczeble życia publicznego, a dopiero później mógł marzyć o najwyższym urzędzie w państwie. Prezydent Republiki był zwieńczeniem politycznej kariery. Nie był jej początkiem.
Taki model przez dziesięciolecia wydawał się naturalny. Georges Pompidou był premierem generała de Gaulle’a. Valéry Giscard d’Estaing należał do najbardziej rozpoznawalnych polityków swojej epoki. Jacques Chirac przez lata budował swoją pozycję jako premier i mer Paryża. Nicolas Sarkozy kierował ministerstwami, zanim zdobył Pałac Elizejski. François Hollande przez wiele lat stał na czele Partii Socjalistycznej.
Można było spierać się o ich poglądy, ale trudno było kwestionować sam mechanizm politycznej selekcji. Francuska V Republika produkowała przywódców według określonych reguł. Dziś coraz więcej obserwatorów francuskiej polityki zastanawia się, czy ten system jeszcze istnieje.
Francja szuka następcy, którego nie potrafi wskazać
Wybory prezydenckie we Francji w 2027 roku są pierwszymi od wielu dekad, w których nie istnieje oczywisty kandydat obozu władzy.
Emmanuel Macron kończy swoją drugą kadencję. Konstytucja nie pozwala mu ubiegać się o trzeci kolejny mandat. Po raz pierwszy od 2017 roku Francja musi odpowiedzieć na pytanie, które przez lata pozostawało w cieniu wszystkich innych sporów politycznych.
Kto przejmie władzę po Emmanuelu Macronie? Pytanie wydaje się proste. Odpowiedź okazuje się zaskakująco trudna.
Na francuskiej scenie politycznej nie ma dziś postaci, która posiadałaby pozycję porównywalną do tej, jaką przed laty mieli Georges Pompidou, Jacques Chirac czy Nicolas Sarkozy. Nie istnieje polityk, wokół którego automatycznie organizowałby się obóz władzy. Nie ma także ugrupowania zdolnego do wskazania naturalnego następcy.
To właśnie dlatego lista potencjalnych kandydatów do Pałacu Elizejskiego staje się coraz dłuższa.
Wśród polityków rozważających start znajdują się przedstawiciele niemal wszystkich nurtów francuskiego życia publicznego. Od Jordana Bardelli i Marine Le Pen po Gabriela Attala, Édouarda Philippe’a, Davida Lisnarda, Raphaëla Glucksmanna czy Jean-Luca Mélenchona.
Lista uszeregowana została przez „Wszystko co Najważniejsze” pod względem wieku – od kandydata najmłodszego do kandydata najstarszego:
- Jordan BARDELLA, 30 lat, Rassemblement national (skrajna prawica)
- Sarah KNAFO, 33 lata, Reconquête (prawica)
- Gabriel ATTAL, 37 lat, Renaissance (centrum liberalne proeuropejskie)
- Aurore BERGÉ, 39 lat, Renaissance (centrum liberalne proeuropejskie)
- Marine TONDELIER, 39 lat, Les Écologistes (zieloni lewica)
- Anasse KAZIB, 39 lat, trockista
- Gérald DARMANIN, 43 lata, Renaissance (centrum prawica)
- Florian PHILIPPOT, 44 lata, Les Patriotes (suwerenista)
- Raphaël GLUCKSMANN, 46 lat, Place publique (socjaldemokracja proeuropejska)
- François RUFFIN, 50 lat, lewica społeczna
- Laurent WAUQUIEZ, 51 lat, Les Républicains (prawica)
- Clémentine AUTAIN, 52 lata, lewica
- Delphine BATHO, 53 lata, Génération Écologie (ekologia lewica)
- Karim BOUAMRANE, 53 lata, lewica
- Jérôme GUEDJ, 54 lata, Parti socialiste (lewica)
- Édouard PHILIPPE, 55 lat, Horizons (centrum prawica)
- Yaël BRAUN-PIVET, 55 lat, Renaissance (centrum)
- Nathalie ARTHAUD, 56 lat, Lutte ouvrière (skrajna lewica), wcześniejsze starty w wyborach 2012: 0,56%; 2017: 0,64%; 2022: 0,56%
- Marine LE PEN, 57 lat, Rassemblement national (skrajna prawica), wcześniejsze starty w wyborach 2012: 17,90%; 2017: 21,30% i 33,90%; 2022: 23,15% i 41,45%
- Fabien ROUSSEL, 57 lat, Francuska Partia Komunistyczna PCF (lewica)
- Olivier FAURE, 57 lat, Parti socialiste (lewica)
- David LISNARD, 57 lat, Nouvelle Énergie (prawica liberalna)
- Xavier BERTRAND, 61 lat, centroprawica
- Bernard CAZENEUVE, 62 lata, centrolewica
- Nicolas DUPONT-AIGNAN, 65 lat, Debout la France (prawica suwerenistyczna), wcześniejsze starty w wyborach 2012: 1,79%; 2017: 4,70%; 2022: 2,06%
- Bruno RETAILLEAU, 65 lat, Les Républicains (prawica konserwatywna)
- Éric ZEMMOUR, 67 lat, Reconquête (prawica), wcześniejszy start w wyborach 2022: 7,07%
- François ASSELINEAU, 68 lat, UPR (suwerenizm), wcześniejszy start w wyborach 2017: 0,92%
- Jean LASSALLE, 70 lat, Résistons (niezależny), wcześniejsze starty w wyborach 2017: 1,21%; 2022: 3,13%
- François HOLLANDE, 71 lat, Parti socialiste (lewica), wcześniejsze starty w wyborach 2012: 28,63% i 51,64%
- Dominique de VILLEPIN, 72 lata, nurt suwerenistyczny
- Jean-Luc MÉLENCHON, 74 lata, La France insoumise (skrajna lewica), wcześniejsze starty w wyborach 2012: 11,10%; 2017: 19,58%; 2022: 21,95%
- Michel BARNIER, 75 lat, Les Républicains (prawica)
- Philippe de VILLIERS, 77 lat, prawica suwerenistyczna, wcześniejsze starty w wyborach 1995: 4,74%; 2007: 2,23%
Arnaud Benedetti dostrzega coś więcej niż tylko wyborczą inflację
Sama liczba kandydatów nie jest jednak najważniejszą informacją. Znacznie ważniejsze jest pytanie, dlaczego jest ich aż tylu. Francuski politolog Arnaud Benedetti na łamach „Journal du Dimanche” zwrócił niedawno uwagę na zjawisko, które na pierwszy rzut oka może wydawać się jedynie elementem kampanii wyborczej. W jego ocenie mnożenie się kandydatur nie jest przejawem politycznej siły systemu. Jest raczej sygnałem jego osłabienia. To ważna obserwacja.
Przez długi czas francuski system polityczny pełnił funkcję filtra. Ograniczał liczbę pretendentów, ponieważ wymagał od nich przejścia przez wieloletni proces zdobywania doświadczenia, wpływów i społecznej legitymizacji.
Dziś filtr ten działa coraz słabiej. Coraz więcej polityków uważa, że droga do Pałacu Elizejskiego może zostać skrócona. Coraz więcej polityków wierzy, że tradycyjne etapy kariery nie są już konieczne. Coraz więcej polityków jest przekonanych, że odpowiedni moment historyczny może mieć większe znaczenie niż wieloletnia pozycja w aparacie partyjnym.
To właśnie tutaj pojawia się najważniejsze pytanie dla wyborów prezydenckich we Francji w 2027 roku: czy mamy do czynienia z chwilowym kryzysem francuskich partii politycznych, a może obserwujemy znacznie głębszą zmianę, która na trwałe przekształciła sposób dochodzenia do najwyższej władzy we Francji?
Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba wrócić do roku 2017. To właśnie wtedy wydarzyło się coś, co zmieniło nie tylko francuską politykę, ale również polityczną wyobraźnię całego pokolenia ambitnych polityków. I być może właśnie tam znajduje się prawdziwe źródło dzisiejszej inflacji kandydatur.
Emmanuel Macron złamał polityczny kod V Republiki
Przez wiele lat francuska polityka opierała się na przekonaniu, że zdobycie Pałacu Elizejskiego jest zwieńczeniem długiej drogi. Najpierw trzeba było zdobyć wpływy w partii. Potem doświadczenie w administracji państwowej. Następnie pozycję ogólnokrajową. Dopiero na końcu pojawiała się możliwość walki o najwyższy urząd w Republice.
Ten model nie był zapisany w konstytucji. Nie istniał w żadnej ustawie. Był jednak czymś znacznie ważniejszym – był elementem politycznej kultury Francji.
Dlatego przez dziesięciolecia większość Francuzów wiedziała, skąd biorą się kandydaci na prezydenta. Byli nimi politycy, którzy wcześniej przeszli przez kolejne szczeble państwowej hierarchii.
Emmanuel Macron zmienił ten sposób myślenia. Nie dlatego, że był pierwszym politykiem spoza głównych partii. Francuska historia znała podobne przypadki. Nie dlatego, że był najmłodszy. Nie dlatego, że prowadził nowoczesną kampanię. Znaczenie roku 2017 polegało na czymś innym.
Po raz pierwszy od bardzo dawna kandydat bez własnej wielkiej partii politycznej, bez rozbudowanych struktur terenowych i bez wieloletniego zaplecza politycznego zdobył Pałac Elizejski w niezwykle krótkim czasie. To wydarzenie zmieniło nie tylko historię Francji. Zmieniło również wyobraźnię francuskiej klasy politycznej.
Najważniejszym dziedzictwem Macrona może być nie jego polityka
W debacie publicznej najczęściej analizuje się reformy Emmanuela Macrona. Oceniane są jego działania gospodarcze. Analizowana jest polityka europejska. Komentowane są relacje z Niemcami, Stanami Zjednoczonymi czy Rosją. Jednak z punktu widzenia wyborów prezydenckich we Francji w 2027 roku być może najważniejsze okaże się coś zupełnie innego. Najtrwalszym dziedzictwem Macrona może być nie jego program. Może nim być przekonanie, że tradycyjne reguły dochodzenia do władzy przestały obowiązywać.
Przez lata politycy obserwowali jego drogę do Pałacu Elizejskiego. Widzieli, jak w ciągu kilku lat powstał ruch polityczny zdolny pokonać zarówno socjalistów, jak i republikanów. Widzieli, jak załamał się system, który przez dziesięciolecia wydawał się stabilny. Widzieli, że wyborcy są gotowi poprzeć kandydata spoza tradycyjnego układu. I wyciągnęli z tego własne wnioski.
Jeżeli Macronowi się udało, dlaczego nie miałoby udać się komuś innemu? To właśnie ten mechanizm wydaje się dziś kluczowy dla zrozumienia francuskiej sceny politycznej. Nie chodzi już wyłącznie o programy. Nie chodzi nawet o partie.
Coraz częściej chodzi o przekonanie, że odpowiednia osobowość, odpowiedni moment i odpowiednia narracja mogą okazać się ważniejsze od klasycznych struktur politycznych.
Koniec epoki wielkich partii
W rzeczywistości sukces Macrona zbiegł się z procesem znacznie głębszym niż pojedyncza kampania wyborcza.
Przez większą część V Republiki życie polityczne Francji organizowały wielkie ugrupowania. Po jednej stronie znajdowała się gaullistowska prawica. Po drugiej socjalistyczna lewica. To one wychowywały przyszłych ministrów, premierów i kandydatów na prezydenta. To one pełniły funkcję politycznych szkół. To one selekcjonowały elity.
Dziś ten system wygląda zupełnie inaczej. Zjawisko to jest jednocześnie przejawem kryzysu francuskich partii politycznych. Ugrupowania, które przez dziesięciolecia pełniły funkcję kuźni elit państwowych, coraz częściej mają problem ze wskazaniem polityków zdolnych do naturalnego przejęcia przywództwa. To właśnie dlatego sukcesja po Emmanuelu Macronie okazuje się znacznie trudniejsza, niż mogło się wydawać jeszcze kilka lat temu.
Partia Socjalistyczna od lat nie odzyskała pozycji utraconej po prezydenturze François Hollande’a. Republikanie nie odzyskali roli dominującej siły francuskiej prawicy. Centrowy obóz Emmanuela Macrona sam staje dziś przed problemem sukcesji. W efekcie Francja weszła w epokę, w której liczba pretendentów do władzy rośnie szybciej niż zdolność systemu do wskazywania liderów.
To właśnie w tym miejscu analiza Arnauda Benedettiego w JDD staje się szczególnie interesująca. Jego zdaniem mnożenie się kandydatur nie jest oznaką politycznego bogactwa. Jest sygnałem osłabienia mechanizmów selekcji. Coraz więcej osób chce zostać prezydentem. Coraz trudniej wskazać, kto rzeczywiście powinien nim zostać.
Rok 2027 będzie pierwszym prawdziwym testem epoki postmacronowskiej
Przez ostatnie lata Emmanuel Macron pozostawał centralną postacią francuskiego życia politycznego. Nawet jego przeciwnicy definiowali swoje strategie w odniesieniu do niego.
Wybory prezydenckie we Francji w 2027 roku będą pierwszym głosowaniem od dekady, które odbędzie się bez jego udziału. Właśnie dlatego staną się czymś więcej niż zwykłą zmianą lokatora Pałacu Elizejskiego. Będą testem politycznego modelu, który pojawił się po 2017 roku. Dopiero wtedy okaże się, czy sukces Macrona był jednorazowym wydarzeniem historycznym, czy też zapoczątkował nową epokę, w której coraz większa liczba polityków będzie wierzyć, że droga do najwyższej władzy może być krótsza niż kiedykolwiek wcześniej.
Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba przyjrzeć się ludziom, którzy dziś chcą przejąć Francję po Emmanuelu Macronie. To właśnie ich kariery pokazują najlepiej, jak bardzo zmieniły się reguły politycznej gry.
Jordan Bardella, Gabriel Attal i Raphaël Glucksmann. Dzieci tej samej politycznej epoki
Francuska debata publiczna lubi przeciwstawiać sobie kandydatów. Jordan Bardella przeciw Gabrielowi Attalowi. Jean-Luc Mélenchon przeciw Raphaëlowi Glucksmannowi. Édouard Philippe przeciw Jordanowi Bardelli. David Lisnard przeciw politykom obozu prezydenckiego. Takie porównania są naturalne. To oni będą walczyli o głosy wyborców w wyborach prezydenckich we Francji w 2027 roku.
Jednak z perspektywy historycznej znacznie ciekawsze jest pytanie o to, co ich łączy. A łączy ich więcej, niż mogłoby się wydawać. Wszyscy są politykami epoki, która rozpoczęła się po załamaniu starego porządku partyjnego. Wszyscy rozwijali swoje kariery w czasie, gdy francuskie partie polityczne traciły zdolność kontrolowania życia publicznego. Wszyscy funkcjonują w świecie znacznie bardziej spersonalizowanej polityki niż pokolenia Jacques’a Chiraca czy Nicolasa Sarkozy’ego.
Wszyscy są dziećmi Francji po 2017 roku.
Jordan Bardella nie jest produktem starej prawicy
Przez dziesięciolecia francuska prawica opierała się na rozbudowanych strukturach politycznych. Najpierw istniała droga przez aparat partyjny. Później przez parlament. Następnie przez ministerstwa. Dopiero na końcu pojawiała się możliwość walki o Pałac Elizejski.
Jordan Bardella reprezentuje zupełnie inną logikę. Nie jest politykiem, który przez kilkadziesiąt lat wspinał się po kolejnych szczeblach państwowej hierarchii. Jest politykiem rozpoznawalności, komunikacji i bezpośredniej relacji z wyborcami. To właśnie dlatego jego sukces nie powinien być analizowany wyłącznie w kategoriach sukcesu Zjednoczenia Narodowego. Jest on również symbolem zmiany pokoleniowej zachodzącej we francuskiej polityce.
W wielu sondażach dotyczących wyborów prezydenckich we Francji w 2027 roku Jordan Bardella osiąga wyniki, które jeszcze kilka lat temu wydawałyby się niemożliwe dla polityka w jego wieku. To nie jest przypadek. To efekt głębokiej transformacji francuskiego życia publicznego.
Sukces Jordana Bardelli nie może być analizowany w oderwaniu od roli Marine Le Pen. To właśnie proces politycznej normalizacji i rozbudowy Zjednoczenia Narodowego prowadzony przez Marine Le Pen stworzył warunki, w których młodsze pokolenie polityków mogło wejść do ścisłej czołówki francuskiej polityki. Wybory prezydenckie we Francji 2027 pokażą, czy wyborcy Zjednoczenia Narodowego pozostaną przede wszystkim wyborcami Marine Le Pen, czy też całkowicie utożsamią ten projekt polityczny z Jordanem Bardellą.
Gabriel Attal należy do tego samego świata
Na pierwszy rzut oka Gabriel Attal wydaje się przeciwieństwem Jordana Bardelli. Jeden wywodzi się z obozu Emmanuela Macrona. Drugi reprezentuje Zjednoczenie Narodowe. Jeden budował swoją pozycję w centrum francuskiej sceny politycznej. Drugi stał się symbolem sukcesów francuskiej prawicy narodowej.
Jednak ich kariery mają wspólny fundament. Obaj należą do pokolenia polityków, które nie musiało czekać kilkudziesięciu lat na wejście do ścisłej elity władzy. Obaj stali się rozpoznawalni bardzo wcześnie. Obaj funkcjonują w środowisku politycznym, gdzie komunikacja i obecność medialna mają znaczenie większe niż kiedykolwiek wcześniej. Obaj są przykładami przyspieszenia, które zmieniło francuską politykę po 2017 roku.
W tym sensie Gabriel Attal i Jordan Bardella nie są reprezentantami dwóch różnych epok. Są reprezentantami tej samej epoki. Rywalizują ze sobą wewnątrz nowego świata politycznego.
Édouard Philippe jest ostatnim kandydatem starego systemu
Na tle większości potencjalnych kandydatów szczególnie interesująco wygląda przypadek Édouarda Philippe’a.
Były premier Emmanuela Macrona przypomina polityków dawnej V Republiki. Jego kariera przebiegała zgodnie z klasycznym schematem. Administracja publiczna. Samorząd. Rząd. Doświadczenie państwowe. Stopniowe budowanie wiarygodności.
Nieprzypadkowo to właśnie on bardzo często pojawia się w analizach jako kandydat zdolny przyciągać wyborców poszukujących stabilności. Édouard Philippe jest bowiem jednym z niewielu polityków obecnej generacji, którzy przypominają Francuzom dawny model przywództwa. Model, w którym doświadczenie poprzedzało ambicję.
Nie wiadomo jednak, czy taki model pozostaje jeszcze atrakcyjny dla współczesnych wyborców. To jedno z najważniejszych pytań wyborów prezydenckich we Francji w 2027 roku.
Raphaël Glucksmann, David Lisnard i Karim Bouamrane
Jeszcze ciekawsze są kariery polityków spoza głównych bloków politycznych.
Raphaël Glucksmann budował swoją pozycję bardziej jako intelektualista i europejski parlamentarzysta niż klasyczny lider partyjny.
David Lisnard stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci francuskiego samorządu.
Karim Bouamrane należy do pokolenia polityków, którzy próbują wykorzystać kryzys tradycyjnej lewicy do stworzenia własnej przestrzeni politycznej.
Łączy ich przekonanie, że droga do Pałacu Elizejskiego nie musi już prowadzić przez te same instytucje co kiedyś. To właśnie ten sposób myślenia odróżnia obecną epokę od Francji sprzed kilkunastu lat.
Coraz więcej polityków uważa dziś, że może stać się kandydatem na prezydenta. Coraz mniej polityków czeka na zgodę systemu. To być może najważniejsza zmiana, jaka dokonała się we francuskiej polityce od początku XXI wieku.
Kandydatów jest wielu, następców niewielu
Paradoks wyborów prezydenckich we Francji w 2027 roku polega na tym, że nigdy wcześniej nie było tak wielu osób gotowych walczyć o Pałac Elizejski. Jednocześnie od dawna nie było tak trudno wskazać przyszłego prezydenta.
Im większa liczba kandydatów, tym bardziej widoczny staje się problem, który dostrzega Arnaud Benedetti. Francja nie cierpi dziś na niedobór ambicji politycznych. Francja cierpi na niedobór oczywistych następców. A właśnie ta różnica może okazać się kluczem do zrozumienia kampanii prezydenckiej 2027 roku.
Bo być może po raz pierwszy od bardzo dawna wybory nie będą pojedynkiem kilku liderów. Będą próbą odpowiedzi na pytanie, czy francuski system polityczny potrafi jeszcze wyłonić przywódcę.
Wybory prezydenckie 2027 będą referendum nad systemem Macrona
Na pierwszy rzut oka wybory prezydenckie we Francji w 2027 roku przypominają klasyczną rywalizację polityczną.
Jordan Bardella walczy o przejęcie Pałacu Elizejskiego. Gabriel Attal próbuje zbudować własną pozycję po zakończeniu epoki Macrona. Édouard Philippe przedstawia się jako kandydat doświadczenia i stabilności. Raphaël Glucksmann próbuje odnaleźć nową drogę dla francuskiej lewicy. Jean-Luc Mélenchon po raz kolejny chce przekonać Francuzów do swojej wizji Republiki.
Patrząc na kampanię wyłącznie przez pryzmat kandydatów, można odnieść wrażenie, że jest to kolejny rozdział francuskiej historii politycznej. W rzeczywistości stawka może być znacznie większa.
Coraz więcej sygnałów wskazuje bowiem, że wybory prezydenckie we Francji w 2027 roku będą pierwszym wielkim głosowaniem epoki postmacronowskiej. Po raz pierwszy od dekady Francuzi będą musieli odpowiedzieć na pytanie, które wykracza daleko poza nazwisko przyszłego prezydenta.
Kampania prezydencka Francja 2027 będzie pierwszą od wielu lat kampanią prowadzoną bez udziału urzędującego prezydenta jako kandydata. To właśnie dlatego pytanie o to, kto zastąpi Macrona, staje się jednym z najważniejszych tematów debaty publicznej. Jeszcze nigdy od momentu objęcia władzy przez Emmanuela Macrona kwestia następcy Macrona nie była analizowana tak intensywnie jak dziś.
Czy model polityczny, który wyłonił Emmanuela Macrona, ma jeszcze przyszłość?
Emmanuel Macron był skutkiem zmiany, nie jej przyczyną
W debacie publicznej bardzo często przedstawia się Emmanuela Macrona jako polityka, który zmienił Francję. To prawda. Jednak równie prawdziwe może być stwierdzenie odwrotne. To Francja zmieniła Emmanuela Macrona.
Gdyby nie kryzys tradycyjnych partii politycznych, rozpad dawnego podziału między socjalistami i gaullistami, narastająca nieufność wobec elit oraz zmęczenie dotychczasowym systemem, zwycięstwo Macrona prawdopodobnie nie byłoby możliwe.
W tym sensie rok 2017 nie był początkiem procesu. Był momentem, w którym proces stał się widoczny. Macron nie stworzył nowej Francji. Pokazał jedynie, że stara Francja przestała działać tak jak wcześniej.
Dlatego wybory 2027 roku są tak istotne. Po raz pierwszy ten system będzie musiał funkcjonować bez człowieka, który przez niemal dekadę był jego centralną postacią.
Jordan Bardella proponuje najbardziej radykalną odpowiedź
Spośród wszystkich kandydatów to Jordan Bardella proponuje dziś najbardziej zdecydowaną odpowiedź na kryzys francuskiego systemu politycznego.
Nie przedstawia siebie jako kontynuatora. Nie próbuje odwoływać się do dziedzictwa kolejnych prezydentów V Republiki. Jego przekaz opiera się na tezie, że Francja potrzebuje zmiany kierunku.
I właśnie dlatego jego kandydatura wywołuje tak silne emocje. Dla jednych jest symbolem politycznej odnowy. Dla innych symbolem zerwania z modelem, który przez dekady organizował życie publiczne Republiki.
Niezależnie od ocen jedno wydaje się pewne: Jordan Bardella nie byłby dziś jednym z głównych faworytów wyborów prezydenckich we Francji w 2027 roku, gdyby wcześniejszy system polityczny zachował swoją dawną stabilność. Jego sukces jest jednocześnie skutkiem i dowodem głębokiej transformacji francuskiej polityki.
Kandydaci walczą o Pałac Elizejski. Francja wybiera model przyszłości
Właśnie dlatego nadchodzące wybory mają znaczenie wykraczające poza zwykłą zmianę lokatora Pałacu Elizejskiego. W istocie będą one starciem kilku różnych odpowiedzi na pytanie o przyszłość Francji.
Czy kraj powinien wrócić do modelu bardziej klasycznego, reprezentowanego przez polityków pokroju Édouarda Philippe’a?
Czy powinien kontynuować eksperyment rozpoczęty przez Emmanuela Macrona?
Czy też powinien pójść drogą proponowaną przez Jordana Bardellę i Zjednoczenie Narodowe?
Za każdym z tych wyborów kryje się inna wizja państwa. Inna wizja elit. Inna wizja relacji między obywatelami a władzą. I to właśnie dlatego wybory prezydenckie we Francji w 2027 roku mają znaczenie znacznie większe niż zwykła zmiana prezydenta. Będą próbą odpowiedzi na pytanie, jaką Francją stanie się Francja po Macronie.
Czy V Republika potrafi jeszcze wyłaniać przywódców?
Arnaud Benedetti rozpoczął swoją analizę od pozornie prostego zjawiska. Zwrócił uwagę na rosnącą liczbę kandydatów do Pałacu Elizejskiego. W rzeczywistości jego diagnoza dotyczy jednak czegoś znacznie głębszego. Nie chodzi o liczbę kandydatów. Nie chodzi nawet o wybory 2027 roku. Chodzi o zdolność francuskiego systemu politycznego do tworzenia przywództwa.
Przez dziesięciolecia V Republika potrafiła wyłaniać polityków, którzy stopniowo stawali się naturalnymi kandydatami do najwyższych urzędów państwowych. Dziś system produkuje coraz więcej pretendentów. Jednocześnie coraz trudniej wskazać oczywistego następcę.
To właśnie dlatego kampania prezydencka 2027 roku może okazać się jedną z najważniejszych od początku XXI wieku. Francuzi nie będą wybierać wyłącznie następcy Emmanuela Macrona. Będą wybierać model polityki, który ma zastąpić epokę Macrona.
A być może odpowiedzą również na pytanie ważniejsze od wszystkich sondaży, kandydatur i wyborczych strategii: czy V Republika potrafi jeszcze wyłaniać przywódców, czy jedynie kandydatów.
Arkadiusz Jordan
Paryż





