Francja ma dziś więcej kandydatów niż przywódców. Wybory prezydenckie Francja 2027

Rok przed wyborami prezydenckimi we Francji 2027 około trzydziestu polityków rozważa start do Pałacu Elizejskiego. Jordan Bardella, Jean-Luc Mélenchon, Édouard Philippe, Gabriel Attal, Bruno Retailleau i wielu innych walczą o polityczną przyszłość kraju. Dlaczego Francja ma dziś więcej kandydatów niż przywódców i jak zmieniła ją rewolucja Emmanuela Macrona z 2017 roku?
Kto zastąpi Emmanuela Macrona?
.Kampania przed wyborami prezydenckimi we Francji w 2027 roku rozpoczęła się wcześniej, niż wielu obserwatorów mogło przypuszczać. Nie dlatego, że poznaliśmy już wszystkich kandydatów. Nie dlatego, że rozpoczęły się oficjalne wiece wyborcze. Nie dlatego nawet, że znamy już ostateczny układ sił politycznych. Rozpoczęła się dlatego, że coraz większa liczba polityków zaczęła zachowywać się tak, jakby Pałac Elizejski znajdował się w ich zasięgu.
Jeszcze kilkanaście lat temu podobna sytuacja byłaby trudna do wyobrażenia. Francuska polityka była systemem stosunkowo uporządkowanym. Kandydatów wyłaniały wielkie partie polityczne. Droga do najwyższego urzędu prowadziła przez wieloletnią działalność partyjną, zdobywanie doświadczenia ministerialnego, kierowanie dużym ugrupowaniem albo budowanie pozycji premiera. Lista kandydatów w wyborach prezydenckich była stosunkowo krótka, ponieważ niewielu uważało, że mają rzeczywistą szansę.
Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Według analiz publikowanych we francuskich mediach około trzydziestu polityków rozważa start w wyborach prezydenckich w 2027 roku. Część z nich ogłosiła już swoje ambicje. Inni prowadzą działania, które trudno interpretować inaczej niż przygotowania do kampanii prezydenckiej. Jeszcze inni sondują swoje możliwości, budują struktury lub starają się zwiększyć rozpoznawalność przed podjęciem ostatecznej decyzji.
Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że jest to oznaka wyjątkowej żywotności francuskiej demokracji. Wielość kandydatów może przecież oznaczać bogactwo idei i różnorodność propozycji politycznych. W rzeczywistości jednak zjawisko to może świadczyć o czymś dokładnie przeciwnym. Francja nie cierpi dziś na niedobór kandydatów. Francja cierpi na niedobór przywódców.
.To właśnie ta obserwacja pozwala zrozumieć wiele procesów zachodzących obecnie jednocześnie na lewicy, prawicy oraz w obozie politycznym wywodzącym się z macronizmu.
Nieprzypadkowo na łamach „Wszystko co Najważniejsze” wielokrotnie opisywano proces stopniowej przebudowy francuskiego systemu politycznego. W kolejnych analizach poświęconych Jordanowi Bardelli, Marine Le Pen, Édouardowi Philippe’owi, Bruno Retailleau, Gabrielowi Attalowi czy Raphaëlowi Glucksmannowi powracał ten sam problem: kto będzie zdolny zjednoczyć własny obóz polityczny i przekroczyć granice swojego elektoratu.
Pytanie to staje się dziś ważniejsze niż jakikolwiek pojedynczy sondaż.
Emmanuel Macron zmienił sposób wybierania prezydentów we Francji?
Aby zrozumieć sytuację przed wyborami 2027 roku, trzeba wrócić do wydarzenia, które zmieniło francuską politykę bardziej niż jakiekolwiek wybory od początku XXI wieku.
Wiosną 2017 roku Emmanuel Macron dokonał czegoś, co jeszcze kilka lat wcześniej wydawało się niemal niemożliwe.
Nie był liderem jednej z dwóch wielkich partii dominujących wcześniej we francuskim życiu publicznym. Nie stał na czele potężnej machiny politycznej budowanej przez dziesięciolecia. Nie posiadał rozległych struktur terenowych porównywalnych z tymi, którymi dysponowali socjaliści lub republikanie.
Mimo to wygrał. Jeszcze ważniejsze było jednak to, w jaki sposób wygrał. Macron pokazał całemu pokoleniu francuskich polityków, że możliwe jest stworzenie własnego projektu politycznego i zdobycie Pałacu Elizejskiego bez przechodzenia tradycyjnej ścieżki kariery.
Dla jednych była to oznaka odnowy demokracji. Dla innych początek głębokiego kryzysu systemu partyjnego. Niezależnie od ocen jedno wydaje się pewne: po 2017 roku wielu francuskich polityków zaczęło zadawać sobie pytanie, którego wcześniej nie zadawano z taką częstotliwością, skoro Emmanuel Macron mógł zostać prezydentem Francji, dlaczego nie ja?
To właśnie ten mechanizm wydaje się dziś jednym z najważniejszych kluczy do zrozumienia kampanii 2027 roku.
Nie chodzi wyłącznie o ambicje. Chodzi o zmianę psychologiczną, która dokonała się w całej klasie politycznej. Wcześniej politycy szukali drogi do zwycięstwa poprzez partie. Dziś coraz częściej partie stają się jedynie narzędziem realizacji indywidualnych ambicji. To zasadnicza różnica.
I właśnie dlatego rok przed wyborami liczba potencjalnych kandydatów rośnie szybciej niż liczba rzeczywistych liderów zdolnych do zbudowania większości. W kolejnych miesiącach ten proces będzie tylko przyspieszał. Tym bardziej że po raz pierwszy od czasu zwycięstwa Macrona urząd prezydenta będzie naprawdę otwarty. Urzędujący gospodarz Pałacu Elizejskiego nie może bowiem ubiegać się o trzecią kolejną kadencję.
Dla wielu polityków oznacza to wyjątkową okazję. Dla francuskiego systemu politycznego może oznaczać początek najbardziej rozproszonej kampanii prezydenckiej od wielu dekad.
Trzydzieści ambicji, trzy kryzysy polityczne
Najbardziej charakterystyczną cechą francuskiej sceny politycznej na rok przed wyborami prezydenckimi nie jest dziś siła któregoś z kandydatów. Jest nią niezwykła liczba polityków przekonanych, że właśnie oni mogą zostać następcą Emmanuela Macrona.
W praktyce oznacza to istnienie kilku równoległych kampanii prowadzonych jednocześnie w obrębie tych samych środowisk politycznych.
Kandydaci lewicy na wybory prezydenckie 2027
Na lewicy sytuacja przypomina mozaikę konkurujących ze sobą projektów. Każdy z nich próbuje przedstawić się jako najbardziej wiarygodna alternatywa wobec Jeana-Luka Mélenchona, ale żaden nie zdołał dotąd osiągnąć pozycji dominującej.
Raphaël Glucksmann, którego pozycja po wyborach europejskich wyraźnie wzrosła, próbuje budować projekt demokratycznej i proeuropejskiej lewicy zdolnej do przekroczenia tradycyjnych podziałów. Były prezydent François Hollande pozostaje obecny w debacie publicznej i nie ukrywa, że wciąż odgrywa rolę politycznego punktu odniesienia dla części wyborców socjalistycznych. Bernard Cazeneuve buduje własne środowisko polityczne. Marine Tondelier stara się umocnić Zielonych. François Ruffin próbuje przemawiać do robotniczej Francji, która w dużej części odpłynęła już do Zjednoczenia Narodowego. Clémentine Autain poszukuje własnej przestrzeni między socjalistami a radykalną lewicą. Jérôme Guedj przypomina o tradycyjnym dziedzictwie socjalistycznym.
Do tego dochodzą Olivier Faure, Karim Bouamrane, Delphine Batho oraz szereg innych polityków, którzy mniej lub bardziej otwarcie sondują możliwość startu.
Sam fakt, że tak wiele nazwisk pojawia się w tej samej przestrzeni politycznej, mówi więcej o stanie lewicy niż niejeden sondaż.
Przez dziesięciolecia francuska lewica posiadała zdolność wyłaniania liderów. François Mitterrand, Lionel Jospin, Ségolène Royal czy François Hollande byli kandydatami, wokół których budowano kampanie całych środowisk politycznych. Dziś sytuacja jest odwrotna. Najpierw pojawiają się kandydaci. Dopiero później próbuje się budować wokół nich obóz polityczny. To odwrócenie dawnej logiki.
Kandydaci prawicy na wybory prezydenckie 2027
Nieco inaczej wygląda sytuacja po prawej stronie sceny politycznej, choć i tam widoczne są podobne procesy.
Bruno Retailleau wygrał rywalizację o przywództwo Republikanów i formalnie dysponuje najsilniejszym mandatem w swoim obozie. Nie oznacza to jednak końca dyskusji. David Lisnard rozwija własny projekt polityczny pod szyldem Nouvelle Énergie. Xavier Bertrand nie porzucił ambicji prezydenckich po nieudanej próbie z 2021 roku. Laurent Wauquiez pozostaje jedną z najbardziej niejednoznacznych postaci francuskiej prawicy. W tle obecni są również inni politycy próbujący odnaleźć swoje miejsce pomiędzy tradycją gaullistowską a nowymi oczekiwaniami wyborców.
Kandydaci centrum na wybory prezydenckie 2027
Równie interesująca jest sytuacja w obozie postmacronowskim.
Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że Emmanuel Macron stworzył nową trwałą formację polityczną zdolną zastąpić dawny podział między lewicą a prawicą. Dziś coraz wyraźniej widać, że po odejściu jej twórcy ruch ten musi odpowiedzieć na fundamentalne pytanie: kto ma być jego następcą.
Édouard Philippe rozpoczął przygotowania najwcześniej i pozostaje jednym z najpoważniejszych kandydatów całej kampanii. Gabriel Attal reprezentuje młodsze pokolenie macronizmu i próbuje zbudować własną pozycję. Gérald Darmanin stara się wykorzystać swoją rozpoznawalność związaną z tematyką bezpieczeństwa i polityki migracyjnej. W przestrzeni publicznej pojawiają się również nazwiska Yaël Braun-Pivet czy Aurore Bergé.
To właśnie tutaj najlepiej widać paradoks politycznego dziedzictwa Macrona. Prezydent, który stworzył ruch mający przekroczyć tradycyjne podziały, pozostawia po sobie środowisko, które samo musi dziś odpowiedzieć na pytanie o własną tożsamość.
W rezultacie kampania 2027 roku przypomina nie tyle klasyczny wyścig prezydencki, ile jednoczesne poszukiwanie przywódców przez kilka różnych Francji. Każda z nich szuka własnego następcy. Każda z nich próbuje odnaleźć własne centrum polityczne. Żadna nie jest jeszcze pewna wyniku tych poszukiwań.
Paradoks Bardelli i Mélenchona
Na tle tej niezwykłej fragmentacji szczególnie interesująco wygląda sytuacja dwóch polityków, którzy reprezentują obozy odległe od siebie niemal pod każdym względem.
Jordan Bardella i Jean-Luc Mélenchon mają odmienne wizje Francji. Reprezentują odmienne środowiska społeczne. Proponują odmienne odpowiedzi na najważniejsze pytania dotyczące gospodarki, integracji europejskiej, migracji czy miejsca Francji w świecie.
Łączy ich jednak coś niezwykle istotnego. Obaj są naturalnymi liderami własnych obozów. To właśnie ten fakt może okazać się jednym z najważniejszych elementów kampanii 2027 roku.
Przez ostatnie miesiące na łamach „Wszystko co Najważniejsze” wielokrotnie analizowano rosnącą pozycję Jordana Bardelli. Kolejne badania opinii publicznej pokazywały nie tylko wysokie poparcie dla Zjednoczenia Narodowego, ale również coraz silniejsze postrzeganie Bardelli jako polityka posiadającego cechy prezydenckie.
Jeszcze kilka lat temu był przede wszystkim młodym następcą Marine Le Pen. Dziś coraz częściej staje się samodzielnym punktem odniesienia dla wyborców prawicy narodowej.
Podobny mechanizm można zaobserwować po stronie Nieujarzmionej Francji. Jean-Luc Mélenchon pozostaje postacią budzącą silne emocje i głębokie podziały. Jednocześnie nikt w jego obozie nie jest w stanie realnie zakwestionować jego przywództwa.
To właśnie dlatego zarówno RN, jak i LFI znajdują się dziś w sytuacji odmiennej od większości konkurentów. Nie muszą najpierw rozstrzygać wewnętrznej walki o przywództwo. Nie muszą wybierać spośród pięciu czy sześciu potencjalnych kandydatów. Nie muszą prowadzić równoległych kampanii personalnych. Mają lidera.
W polityce jest to przewaga znacznie większa, niż mogłoby się wydawać.
Im bardziej rozdrobniona staje się reszta sceny politycznej, tym większą wartość zyskuje klarowność przywództwa. W tym sensie kampania 2027 roku może okazać się nie tylko starciem programów i wizji Francji. Może być również starciem dwóch modeli politycznych.
Pierwszego, opartego na wyrazistym liderze zdolnym narzucić kierunek całemu obozowi. Drugiego, opartego na koalicjach, negocjacjach i próbach budowania kompromisu między wieloma konkurującymi ambicjami.
To właśnie dlatego liczba kandydatów nie musi oznaczać politycznej siły. Czasami jest wręcz dowodem politycznej słabości.
Pięćset podpisów, które mogą zmienić kampanię
W debacie publicznej najwięcej uwagi poświęca się zwykle sondażom, deklaracjom kandydatów oraz politycznym sporom.
Tymczasem jeden z najważniejszych mechanizmów francuskiej demokracji działa znacznie ciszej. Nie organizuje wielkich wieców. Nie pojawia się codziennie na pierwszych stronach gazet. Nie wywołuje gwałtownych emocji. A jednak to właśnie on może zdecydować o tym, kto rzeczywiście stanie na starcie wyborów prezydenckich w 2027 roku.
Chodzi o system 500 podpisów przedstawicieli władz publicznych, tak zwanych parrainages.
Każdy kandydat ubiegający się o urząd prezydenta Republiki Francuskiej musi uzyskać co najmniej pięćset podpisów pochodzących od wybranych przedstawicieli życia publicznego. Muszą one dodatkowo pochodzić z co najmniej trzydziestu różnych departamentów, a z jednego departamentu nie może pochodzić więcej niż jedna dziesiąta wszystkich podpisów. W praktyce oznacza to konieczność zbudowania rzeczywistej sieci politycznych kontaktów obejmującej znaczną część kraju.
System ten został pomyślany jako zabezpieczenie przed nadmiernym rozdrobnieniem wyborów prezydenckich. Jego celem nie było ograniczanie pluralizmu politycznego, lecz oddzielenie kandydatów zdolnych do prowadzenia ogólnokrajowej kampanii od tych, którzy dysponują wyłącznie medialną rozpoznawalnością.
Przez wiele lat mechanizm ten funkcjonował stosunkowo spokojnie. Jednak wraz z kryzysem tradycyjnych partii politycznych jego znaczenie zaczęło rosnąć. W ostatnich wyborach prezydenckich nawet Marine Le Pen przez długi czas nie była pewna zebrania wymaganej liczby podpisów. Sytuacja ta pokazała, że nawet rozpoznawalność ogólnokrajowa nie gwarantuje automatycznie spełnienia wymogów formalnych.
W kampanii 2027 znaczenie tego filtra może być jeszcze większe. Jeżeli rzeczywiście około trzydziestu polityków rozważa start, to większość z nich nie będzie w stanie przejść przez procedurę kwalifikacyjną.
W tym sensie Francja może nie mieć prawyborów ani na lewicy, ani na prawicy, ale będzie posiadała własny mechanizm selekcji. Mechanizm znacznie bardziej wymagający niż telewizyjne debaty. Mechanizm sprawdzający nie popularność w mediach społecznościowych, lecz rzeczywistą zdolność budowania politycznych relacji.
To właśnie dlatego wielu polityków rozpoczyna dziś działania terenowe na długo przed formalnym rozpoczęciem kampanii. Nie walczą jeszcze o głosy wyborców. Najpierw muszą zdobyć prawo do ubiegania się o te głosy.
W rezultacie kampania 2027 roku może przebiegać w dwóch etapach. Pierwszy trwa już dziś. Jest nim walka o wiarygodność, rozpoznawalność i polityczne zaplecze. Drugi rozpocznie się dopiero wtedy, gdy poznamy ostateczną listę kandydatów. Dopiero wtedy okaże się, które ambicje były rzeczywistymi projektami politycznymi, a które jedynie próbą zaznaczenia obecności w debacie publicznej.
Francja szuka następców epoki Macrona
Wiele wskazuje na to, że wybory prezydenckie w 2027 roku zapiszą się w historii V Republiki jako moment szczególny.
Nie tylko dlatego, że Emmanuel Macron kończy swoją drugą kadencję. Nie tylko dlatego, że po raz pierwszy od wielu lat nie będzie naturalnego kandydata urzędującej głowy państwa. Przede wszystkim dlatego, że Francja znajduje się w okresie przejściowym. Stary system polityczny przestał istnieć. Nowy nie został jeszcze ostatecznie ukształtowany.
Partia Socjalistyczna nie odzyskała pozycji, którą posiadała za czasów François Mitterranda czy François Hollande’a. Republikanie wciąż próbują odbudować znaczenie utracone po kryzysach ostatniej dekady. Obóz macronowski poszukuje następcy człowieka, który stworzył go od podstaw. Lewica demokratyczna nie potrafi wyłonić jednej postaci zdolnej zjednoczyć wszystkie jej nurty.
Na tym tle szczególnie wyraźnie widać przewagę ugrupowań posiadających naturalne centra przywództwa. Jordan Bardella i Jean-Luc Mélenchon nie muszą dziś odpowiadać na pytanie, kto będzie reprezentował ich obóz. Ich rywale często wciąż próbują odpowiedzieć właśnie na to pytanie.
Dlatego prawdziwym tematem kampanii 2027 roku może okazać się nie walka pomiędzy trzydziestoma kandydatami. Prawdziwym tematem może być poszukiwanie kilku przywódców zdolnych przekształcić własne ambicje w projekt większościowy. To zasadnicza różnica.
Francja nie stoi dziś przed problemem niedoboru kandydatów. Francja stoi przed problemem nadmiaru kandydatów i niedoboru przywódców. Paradoksalnie właśnie dlatego wybory prezydenckie w 2027 roku mogą okazać się jednymi z najważniejszych od początku XXI wieku.
Będą bowiem nie tylko wyborem następcy Emmanuela Macrona. Będą odpowiedzią na pytanie, jaki system polityczny wyłoni się z rewolucji rozpoczętej w 2017 roku. Dopiero wtedy okaże się, czy zwycięstwo Macrona było jednorazowym wyjątkiem w historii V Republiki, czy też początkiem nowej epoki francuskiej polityki.
Wiele wskazuje na to, że odpowiedź na to pytanie będzie miała znaczenie daleko wykraczające poza samą Francję. To właśnie dlatego kampania prezydencka 2027 roku jest obserwowana z taką uwagą nie tylko nad Sekwaną, lecz również w całej Europie.
Rok przed wyborami jedno wydaje się już pewne. Francuzi nie wiedzą jeszcze, kto zostanie następnym prezydentem. Coraz wyraźniej wiedzą jednak, że epoka polityczna rozpoczęta w 2017 roku dobiega końca.
Arkadiusz Jordan
Paryż





