Nie ma bezpośredniego zagrożenia dla bezpieczeństwa dostaw energii [Ana Kaisa Itkonen]

Nie ma bezpośredniego zagrożenia dla bezpieczeństwa dostaw energii dla Unii Europejskiej – oświadczyła rzeczniczka Komisji Europejskiej Ana Kaisa Itkonen. Według niej odbędą się posiedzenia grup koordynacyjnych ds. ropy naftowej i gazu.
Podziemne magazyny gazu w UE są zapełnione w 30 proc.
.Nasza analiza wskazuje na to, że nie ma bezpośredniego zagrożenia dla bezpieczeństwa dostaw do Unii Europejskiej – powiedziała rzeczniczka KE. – Oczywiste jest, że to, jak będą wyglądać globalne szlaki transportowe, (…) w dłuższej perspektywie będzie miało również wpływ na strukturę cen – dodała.
Według niej podziemne magazyny gazu w UE są zapełnione w 30 proc. – Nadal mieści się to w granicach, które sprawią, że UE będzie miała odpowiedni poziom zapasów na koniec zimy i będzie w stanie zapewnić ich uzupełnienie w ciągu następnego lata. Nie podejmujemy żadnych nadzwyczajnych środków ani niczego podobnego. Nie ma niedoborów, nie ma sytuacji kryzysowej – oświadczyła. Istotny jest też zbliżający się koniec sezonu grzewczego.
Jak podkreśliła Itkonen, KE zwróciła się do państw członkowskich o przesłanie do wtorku swoich narodowych analiz.
Ana Kaisa Itkonen zapewnia o bezpieczeństwie energetycznym Unii
.Według niej odbędą się posiedzenia grup koordynacyjnych ds. ropy naftowej i gazu. Obie grupy pełnią funkcję doradczą dla KE, ułatwiając koordynację środków bezpieczeństwa dostaw w przypadku wystąpienia stanu nadzwyczajnego w Unii lub regionie.
Według niej ceny energii będą też tematem zwołanego na poniedziałek specjalnego kolegium komisarzy do spraw bezpieczeństwa, a także planowanego już wcześniej posiedzenia komisarzy poświęconego cenom energii, które odbędzie się w piątek i w którym udział weźmie dyrektor Międzynarodowej Agencji Energetycznej (MAE) Fatih Birol.
Kontrolowana przez Iran Cieśnina Ormuz, łącząca Zatokę Perską z Morzem Arabskim i Oceanem Indyjskim, to kluczowy punkt na mapie światowego handlu. Po sobotnich atakach USA i Izraela irańska Gwardia Rewolucyjna (IRGC) ogłosiła, że żadnym jednostkom nie wolno wpływać do cieśniny; setki tankowców zostało unieruchomionych po obu jej stronach.
Przez cieśninę przepływa od jednej piątej do jednej trzeciej światowego transportu morskiego ropy naftowej i spora część transportu gazu ziemnego. To jedyna morska trasa dla ropy z Iranu, Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Bahrajnu, Kuwejtu i Iraku.
Europa mogłaby się obronić, gdyby zechciała ponieść niezbędne koszty
.Pod względem realnej zdolności do podejmowania decyzji geopolityczny środek ciężkości Europy przesunął się na północ i wschód. W sytuacji, gdy Francja i Niemcy ugrzęzły w sporach wewnętrznych, warto wziąć przykład z państw znad Bałtyku – odpornych, spójnych i trzeźwo myślących o bezpieczeństwie – pisze Edward LUCAS.
Za 21 tygodni europejscy przywódcy będą pakować walizki na szczyt NATO w Ankarze. Może być gorąco. Większość państw (z wyjątkiem krajów nordyckich, bałtyckich i Polski) nie wykazuje większych postępów w realizacji obietnicy złożonej na ubiegłorocznym szczycie w Hadze, by do 2035 roku zwiększyć wydatki obronne do 5 procent PKB. Wielka Brytania wypada szczególnie blado. Donald Trump nie będzie zadowolony, a Władimir Putin nadal będzie spał spokojnie.
Poturbowani i oszołomieni chaotycznymi ruchami prezydenta USA Europejczycy patrzą dziś na amerykańskiego hegemona z niespotykaną dotąd nieufnością. Wciąż jednak nie chcą ponieść kosztów emancypacji. Retoryka kwitnie: wraca pomysł stworzenia europejskiej armii, pojawiają się też głosy, by Unię Europejską uczynić substytutem NATO. „Możecie sobie marzyć” – uciął te rozważania sekretarz generalny NATO Mark Rutte, zwracając się w zeszłym miesiącu do komisji obrony i spraw zagranicznych Parlamentu Europejskiego. Jego zdaniem, aby zastąpić amerykańskie zdolności nuklearne i konwencjonalne, Europa musiałaby przeznaczać na obronę 10 procent PKB. „Powodzenia”.
A jednak – jak zauważa Robert Pszczel, były wysoki urzędnik NATO, dziś związany z warszawskim Ośrodkiem Studiów Wschodnich – Europa już teraz posiada ok. dwie trzecie sił potrzebnych do własnej obrony. „Tyle że ta brakująca jedna trzecia jest wyjątkowo istotna”.
Europejskie systemy rozpoznania i łączności satelitarnej są niewystarczające i podatne na rosyjskie ataki. Spośród 100 tysięcy amerykańskich żołnierzy stacjonujących lub rotujących w Europie kluczowe znaczenie mają dwie pancerne brygady bojowe oraz – mniej efektowne, lecz niezbędne – zaplecze logistyczne 21st Theater Sustainment Command z siedzibą w Kaiserslautern. Brakuje nam masy, a konkretnie 200 tysięcy żołnierzy, broni i amunicji, które USA mogłyby zaangażować w razie kryzysu. Jedyną naprawdę wielką armią w Europie pozostaje dziś armia ukraińska. Europejczykom dramatycznie brakuje też dalekosiężnych precyzyjnych środków rażenia, które stanowią ostatnią deskę ratunku przed koniecznością sięgnięcia do broni jądrowej.
Co gorsza, Stany Zjednoczone mogą okazać się nie tylko niewiarygodnym partnerem, lecz wręcz przeciwnikiem. Co się stanie, jeśli Donald Trump zażąda od europejskich sojuszników wywarcia presji na Ukrainę, aby ta podpisała niekorzystne porozumienie o zawieszeniu broni? Albo znów spróbuje przejąć cudze terytoria? Co, jeśli postanowi zniszczyć zdolności Unii Europejskiej do narzucania reguł gry? Lub jeśli ideolodzy spod znaku MAGA zwiększą ataki na to, co postrzegają jako zgniłą, miękką europejską „woke’owość”? Stany Zjednoczone mogą bezlitośnie wykorzystać zależność Europy od ich sił obronnych.
Za kulisami rozsypują się założenia, które przez dekady uchodziły za nienaruszalne. Francja, Niemcy i Wielka Brytania prowadzą na najwyższym szczeblu tajne rozmowy o zacieśnieniu współpracy obronnej, która ma pomóc Europie przygotować się na nagłe ograniczenie amerykańskiego wsparcia w zakresie obecności. Według raportu ujawnionego w grudniu przez Instytut Reutersa mogłoby to nastąpić już w 2027 roku. Szwecja, niegdyś bezwzględny przeciwnik stosowania bomb, rozmawia dziś o współdzieleniu broni jądrowej z Wielką Brytanią i Francją. Polska rozważa własny program nuklearny. Amerykańscy urzędnicy z rozbrajającą swobodą określają to „przyjazną proliferacją”. Wojskowi decydenci, zaniepokojeni zależnością od produkowanych w USA rakiet Trident stanowiących trzon odstraszania nuklearnego, rozważają też przywrócenie RAF zdolności do zrzutu bomb atomowych, której Królewskie Siły Powietrzne nie mają od 1998 roku (nieważne, że koszt tego przedsięwzięcia wyniósłby ok. dziesięciu miliardów funtów).
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/edward-lucas-europa-moglaby-sie-obronic-gdyby-zechciala-poniesc-niezbedne-koszty/
PAP/MB




