„Wyprodukowane w UE”, czyli kolejny akt wypychania USA z Europy?

KE zaproponowała wprowadzenie do zamówień publicznych i innych mechanizmów wsparcia publicznego wymogu „Wyprodukowano w UE” (Made in EU). Zgodnie z nim komponenty zamawianych towarów mają być produkowane w UE. Będzie to dotyczyć sektora cementowego, samochodowego i technologii zeroemisyjnych.
Wyprodukowane w UE – nowym wymogiem
.Regulacje zaproponowane w Akcie Przyspieszenia Przemysłu mają wzmocnić europejski przemysł, który traci na rzecz globalnych konkurentów. Propozycja Komisji Europejskiej ma też pomóc uniezależnić się Europie, zwłaszcza od Chin, które dominują w sektorach czystych technologii takich jak panele słoneczne, turbiny wiatrowe i baterie.
Obok „Wyprodukowano w UE” KE zaproponowała wprowadzenie także wymogu niskoemisyjności, co będzie dotyczyć zwłaszcza stali i aluminium.
Oznacza to, że wymagania dotyczące niskiej emisji dwutlenku węgla będą obowiązywać np. w przypadku stali stosowanej w motoryzacji i budownictwie, a wymagania dotyczące „Wyprodukowano w UE” i niskiej emisji dwutlenku węgla będą mieć zastosowanie do cementu w budownictwie oraz aluminium w motoryzacji i budownictwie. Dotyczyć to będzie zamówień publicznych i innych form interwencji publicznej, np. programów wspierających rozwój pojazdów elektrycznych.
Nowe wymogi mają nie blokować krajów trzecich, które pozostają otwarte na unijne rynki. Unijni urzędnicy wskazali Wielką Brytanię, Kanadę i Japonię, których programy finansowania zeroemisyjnych pojazdów elektrycznych nie nakładają żadnych ograniczeń na możliwość korzystania z komponentów europejskich.
Wykluczono możliwość udziału Chin, które są zamknięte na UE. – Przyjmując najbardziej ekstremalny scenariusz, nie mamy żadnych zobowiązań wobec Chin, co oznacza, że organy publiczne nie będą akceptować ofert od chińskich operatorów działających w Chinach w tym kontekście – powiedział przedstawiciel KE.
– Skupiamy się na produkcji przemysłowej, a nie na jej narodowości – podkreślił wiceprzewodniczący KE, francuski komisarz ds. rozwoju przemysłu Stephane Sejourne. – Partnerzy, którym ufamy, z którymi mamy podpisane umowy, będą traktowani na zasadach wzajemności. Będą mogli być obecni na naszym rynku, jeśli my będziemy obecni na ich – dodał.
Jak zastrzegł Sejourne, Komisja Europejska określi listę takich krajów partnerskich w Akcie wykonawczym, z której będzie można wykluczyć kraje np. stanowiące zagrożenie dla bezpieczeństwa UE.
Wymóg „Wyprodukowano w UE” będzie dotyczyć także sektora jądrowego. Sejourne zapewnił jednak, że nie chodzi tu o wykluczenie z rynku firm koreańskich czy amerykańskich, lecz o zapewnienie bezpieczeństwa energetycznego i zadbanie o długotrwałą samodzielność UE.
Zgodnie z Aktem przyspieszenia przemysłu nowe elektrownie jądrowe, zarówno reaktory wielkoskalowe, jak i małe reaktory modułowe, w jak największym stopniu mają wykorzystywać technologie i komponenty pochodzące z Unii. – Taka strategia nie tylko wzmocni potencjał krajowy, ale także zapewni Unii pozycję wiarygodnego i konkurencyjnego gracza na globalnym rynku jądrowym – czytamy w propozycji KE.
Unijne wymogi dotyczące pochodzenia elektrowni jądrowych będą jednak miały zastosowanie wyłącznie do nowych obiektów, nie będą obejmować modernizacji i wydłużenia okresu eksploatacji już istniejących. Akt ma też doprowadzić do przyspieszenia procesów wydawania pozwoleń na projekty produkcji przemysłowej. Mają one zostać w pełni scyfryzowane, a termin wydawania pozwolenia nie będzie mógł przekroczyć 18 miesięcy.
Akt przyspieszenia przemysłu ma też sprawić, że inwestycje z krajów trzecich będą przynosić wymierne korzyści Unii. KE zaproponowała dodatkowe warunki dla inwestycji w sektorach strategicznych przekraczających 100 mln euro, w których jedno państwo trzecie kontroluje ponad 40 proc. globalnych mocy produkcyjnych. Takie inwestycje będą musiały tworzyć miejsca pracy, napędzać innowacje i wzrost gospodarczy oraz generować realną wartość w UE poprzez transfer technologii i wiedzy.
Ma to powstrzymać likwidację miejsc pracy w Europie. Według KE, jeśli obecne trendy się utrzymają, w ciągu następnej dekady liczba miejsc pracy w sektorze motoryzacyjnym może się skurczyć o 600 tys. KE liczy, że dzięki Aktowi przyspieszenia przemysłu uda się stworzyć 150 tys. nowych miejsc pracy, w tym 80 tys. w sektorze bateryjnym.
Z danych przedstawionych przez KE wynika, że liczba przedsiębiorstw produkujących części samochodowe w Polsce wynosi 1089. Polska znalazła się pod tym względem w czołówce – za Włochami (1612) oraz Niemcami (1264).
Europa mogłaby się obronić, gdyby zechciała ponieść niezbędne koszty
.Pod względem realnej zdolności do podejmowania decyzji geopolityczny środek ciężkości Europy przesunął się na północ i wschód. W sytuacji, gdy Francja i Niemcy ugrzęzły w sporach wewnętrznych, warto wziąć przykład z państw znad Bałtyku – odpornych, spójnych i trzeźwo myślących o bezpieczeństwie – pisze Edward LUCAS.
Za 21 tygodni europejscy przywódcy będą pakować walizki na szczyt NATO w Ankarze. Może być gorąco. Większość państw (z wyjątkiem krajów nordyckich, bałtyckich i Polski) nie wykazuje większych postępów w realizacji obietnicy złożonej na ubiegłorocznym szczycie w Hadze, by do 2035 roku zwiększyć wydatki obronne do 5 procent PKB. Wielka Brytania wypada szczególnie blado. Donald Trump nie będzie zadowolony, a Władimir Putin nadal będzie spał spokojnie.
Poturbowani i oszołomieni chaotycznymi ruchami prezydenta USA Europejczycy patrzą dziś na amerykańskiego hegemona z niespotykaną dotąd nieufnością. Wciąż jednak nie chcą ponieść kosztów emancypacji. Retoryka kwitnie: wraca pomysł stworzenia europejskiej armii, pojawiają się też głosy, by Unię Europejską uczynić substytutem NATO. „Możecie sobie marzyć” – uciął te rozważania sekretarz generalny NATO Mark Rutte, zwracając się w zeszłym miesiącu do komisji obrony i spraw zagranicznych Parlamentu Europejskiego. Jego zdaniem, aby zastąpić amerykańskie zdolności nuklearne i konwencjonalne, Europa musiałaby przeznaczać na obronę 10 procent PKB. „Powodzenia”.
A jednak – jak zauważa Robert Pszczel, były wysoki urzędnik NATO, dziś związany z warszawskim Ośrodkiem Studiów Wschodnich – Europa już teraz posiada ok. dwie trzecie sił potrzebnych do własnej obrony. „Tyle że ta brakująca jedna trzecia jest wyjątkowo istotna”.
Europejskie systemy rozpoznania i łączności satelitarnej są niewystarczające i podatne na rosyjskie ataki. Spośród 100 tysięcy amerykańskich żołnierzy stacjonujących lub rotujących w Europie kluczowe znaczenie mają dwie pancerne brygady bojowe oraz – mniej efektowne, lecz niezbędne – zaplecze logistyczne 21st Theater Sustainment Command z siedzibą w Kaiserslautern. Brakuje nam masy, a konkretnie 200 tysięcy żołnierzy, broni i amunicji, które USA mogłyby zaangażować w razie kryzysu. Jedyną naprawdę wielką armią w Europie pozostaje dziś armia ukraińska. Europejczykom dramatycznie brakuje też dalekosiężnych precyzyjnych środków rażenia, które stanowią ostatnią deskę ratunku przed koniecznością sięgnięcia do broni jądrowej.
Co gorsza, Stany Zjednoczone mogą okazać się nie tylko niewiarygodnym partnerem, lecz wręcz przeciwnikiem. Co się stanie, jeśli Donald Trump zażąda od europejskich sojuszników wywarcia presji na Ukrainę, aby ta podpisała niekorzystne porozumienie o zawieszeniu broni? Albo znów spróbuje przejąć cudze terytoria? Co, jeśli postanowi zniszczyć zdolności Unii Europejskiej do narzucania reguł gry? Lub jeśli ideolodzy spod znaku MAGA zwiększą ataki na to, co postrzegają jako zgniłą, miękką europejską „woke’owość”? Stany Zjednoczone mogą bezlitośnie wykorzystać zależność Europy od ich sił obronnych.
Za kulisami rozsypują się założenia, które przez dekady uchodziły za nienaruszalne. Francja, Niemcy i Wielka Brytania prowadzą na najwyższym szczeblu tajne rozmowy o zacieśnieniu współpracy obronnej, która ma pomóc Europie przygotować się na nagłe ograniczenie amerykańskiego wsparcia w zakresie obecności. Według raportu ujawnionego w grudniu przez Instytut Reutersa mogłoby to nastąpić już w 2027 roku. Szwecja, niegdyś bezwzględny przeciwnik stosowania bomb, rozmawia dziś o współdzieleniu broni jądrowej z Wielką Brytanią i Francją. Polska rozważa własny program nuklearny. Amerykańscy urzędnicy z rozbrajającą swobodą określają to „przyjazną proliferacją”. Wojskowi decydenci, zaniepokojeni zależnością od produkowanych w USA rakiet Trident stanowiących trzon odstraszania nuklearnego, rozważają też przywrócenie RAF zdolności do zrzutu bomb atomowych, której Królewskie Siły Powietrzne nie mają od 1998 roku (nieważne, że koszt tego przedsięwzięcia wyniósłby ok. dziesięciu miliardów funtów).
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/edward-lucas-europa-moglaby-sie-obronic-gdyby-zechciala-poniesc-niezbedne-koszty/
PAP/ Magdalena Cedro/ LW





