Prof. Jacek HOŁÓWKA: Koniec wojny?

Koniec wojny?

Photo of Prof. Jacek HOŁÓWKA

Prof. Jacek HOŁÓWKA

Filozof i etyk, profesor nauk humanistycznych związany z Uniwersytetem Warszawskim. Autor m.in. Relatywizm etyczny, Wybrane problemy moralne współczesności, Etyka w działaniu.

Ryc. Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Termin „uprawnienie do wojny”, ustanawia zasadę, że pewne warunki narzucane nam przez wrogie społeczeństwo stanowią wystarczający powód do zbrojnej obrony. Obalanie słupów granicznych, naloty i bombardowanie wybranych celów, wypuszczanie dronów szpiegujących i wybuchających, rozkręcanie torów kolejowych, zakłócanie komunikacji radiowej, przemycanie uciekinierów przez obcą granicę stanowią wrogie działania i upoważniają stronę zagrożoną do podjęcia otwartych działań wojennych – pisze prof. Jacek HOŁÓWKA

.Co najmniej od czasu Tomasza Hobbesa, czyli od XVII wieku, rozróżnia się w filozofii moralnej uprawnienia i obowiązki. Uprawnienia moralne to normy pozwalające nam postępować tak, jak chcemy. Obowiązki moralne to normy określające, jak postępować musimy. Czyli uprawnienia i obowiązki wzajemnie się wykluczają. Albo osobie mającej osiemdziesiąt lat wolno wciskać się do kolejki po śledzie przed wigilią, albo nie wolno. Jeśli wolno, to lokalnie szanowany styl życia przyznaje seniorom pewne uprawnienie. Jeśli nie wolno, to ta sama lokalna kultura nakazuje wszystkim ten sam obowiązek stania w wężowatym tłumie. Zwykle jest to sprawa prosta i niewywołująca sporów. Jednak prawa i obowiązki moralne nie są wyraźnie formułowanymi ustaleniami prawnymi i stosuje się je „na wyczucie”. Składają się one na kulturę osobistą poszczególnych jednostek i na lokalny styl życia, który zasadniczo ułatwia sposób odnoszenia się ludzi obcych do siebie, choć niekiedy bywa kontestowany przez osoby młode, kulturowo obce lub po prostu przekorne.

Wszyscy się jednak zgadzamy, że ujednolicająca zachowanie „lokalna kultura” bardzo ułatwia życie i buduje życzliwe relacje między obcymi. To główne uzasadnienie nakazu tolerancji wobec obcych i zakazu okazywania im niechęci – czego oficjalna ideologia Unii Europejskiej chyba nie dostrzega lub celowo to pomija.

W niektórych krajach odróżnienie praw od uprawnień jest jednak stale zagrożone, ponieważ tradycja pozwala plątać te pojęcia ze sobą.

W Polsce plączemy. Mówimy „prawa kobiet” zamiast „uprawnienia kobiet”, „kodeks praw studenckich” zamiast „kodeks uprawnień i obowiązków studenckich”, „prawa pracownicze” zamiast „przywileje pracowników i stawiane im wymagania”. Pod wpływem rzymskiego rozróżnienia między leges i iura utrwaliło się w językach Europy Zachodniej konsekwentne rozróżnienie praw i uprawnień: loi i droit, rights i laws, Rechte i Gesetz. W Polsce też niby mamy „prawa” i „uprawnienia”, ale słowa „uprawnienie” niemal nie używamy. Obowiązuje styl myślenia poprawnego, ale mówienia bałamutnego. Da się oczywiście z tym żyć, tylko warto pamiętać, że dobry styl to niekoniecznie dobra treść. I odwrotnie, czasem dobra treść jest przedstawiana w marnym sformułowaniu, czyli w marnym stylu.

.Do tego w jakimś stopniu przyczynił się sam Tomasz Hobbes, który pierwszy systematycznie rozróżnił „prawa” i „uprawnienia”, ale jednocześnie jednym i drugim chciał nadać sens ściśle moralny, wprowadzając pojęcie „praw natury”, przez które rozumiał „moralne uprawnienia”. „Prawami natury” były niepodważalne uprawnienia zasadnicze, wyznaczające granice powszechnie obowiązującego szacunku dla ludzkiej wolności działania. Pierwszym prawem natury jest według Hobbesa powszechny obowiązek poszanowania prawa. Z tej myśli będzie później korzystać Immanuel Kant. Mamy moralny obowiązek poddawania się nakazom prawnym, zanim jeszcze zostaną ono sformułowane. Powinniśmy je szanować, zanim jeszcze się dowiemy, jak one brzmią. Czy Hobbes jednak nie żądał zbyt wiele? Tak się może wydawać, ale jego żądanie jest dobrze uzasadnione. Zresztą filozofia zawsze żąda rzeczy, które wydają się wygórowane. Zwróćmy jednak uwagę, że intuicyjnie czujemy, iż płaska filozofia jest równie jałowa, jak koncepcja płaskiej Ziemi, więc obu trzeba unikać.

Gotowość poddania się prawu jest według Hobbesa „regułą ogólną rozumu” i tę regułę wyraża on dobitnie: „Każdy człowiek winien dążyć do pokoju, jak dalece tylko ma nadzieję go osiągnąć, a gdy go osiągnąć nie może, wolno mu szukać wszelkich środków i rzeczy dlań korzystnych w wojnie i ich używać” (Lewiatan, I, 14). Tę właśnie normę nazwał Hobbes „pierwszym prawem natury”. Od razu jednak widzimy, że pierwsze prawo mówi nie o nakazach, tylko o uprawnieniu. Mamy powszechny obowiązek dostrzegać, że mamy powszechne uprawnienie. Prawo natury stanowi zatem fundament wszelkich powszechnych uprawnień. Jak to możliwe? Być może tu właśnie tkwi główna przyczyna mieszania praw i uprawnień?

To chyba prawda, a mamy wątpliwości, ponieważ nie wiemy, co znaczy słowo „naturalne” w tym sformułowaniu. Czy chodzi o dekret boski, o powszechne zasady pokojowego współistnienia, o uwzględnienie normatywnego aspektu wszelkiej natury? Hobbes tego nie wyjaśnia i robi mądrze. Nie rozważał problemów, które wydawały mu się nierozwiązywalne lub póki nie znał choćby wstępnego projektu ich rozwiązania. Na pewno mamy obowiązki i one nas wiążą, nawet jeśli nie znamy ich źródła. Obowiązki moralne nie są tu żadnym wyjątkiem. Nie wiemy przecież na przykład, dlaczego biegun magnetyczny leży w innym punkcie na powierzchni Ziemi niż punkt, przez który przechodzi oś obrotu Ziemi. Jednak jest całkiem rozsądne ufać kompasom na morzu lub w lesie bez głębszej znajomości geografii i fizyki, pocieszając się myślą, że taka ignorancja jest być może tymczasowa. Naiwność nie jest poważnym grzechem, dopiero upór w naiwności nim się staje. Ale dosyć o tym. Wróćmy do praw i do uprawnień.

Zdaniem Hobbesa uprawnienia moralne i prawne są oparte na prawie natury. A natura, czyli nasz sposób istnienia, nakazuje uznać, że mamy powszechne uprawnienie do pokoju. I to jest początek wszelkiej filozofii społecznej i filozofii prawa. Nie jakiś kolejny, dalszy krok w filozoficznym rozumowaniu, tylko sam początek. Jest przecież oczywiste, że musimy się trzymać jakiejś praworządności, jeśli chcemy żyć w pokoju i w warunkach, które pozwalają nam planować i realizować nasze zamiary. Skąd się bierze ta oczywistość, to sprawa zupełnie inna, a przy tym zagmatwana i nierozstrzygalna, więc nie można od niej uzależniać spraw praktycznych i rozumowo dobrze uchwytnych.

W związku z tym problemem znacznie wcześniej niż u Hobbesa (1588–1679) powstawała koncepcja uprawnień do prowadzenia wojny. Jej autorem był św. Augustyn (354–430), a kontynuatorami byli Hugo Grocjusz (1583–1645), Samuel von Pufendorf (1632–1694), John Locke (1632–1704) i gen. Carl von Clausewitz (1780–1831). Formułowano ją w oparciu o dwa terminy teoretyczne: ius ad bellum i ius in bello. Pierwszy termin, czyli „uprawnienie do wojny”, ustanawia zasadę, że pewne warunki narzucane nam przez wrogie społeczeństwo stanowią wystarczający powód do zbrojnej obrony. Obalanie słupów granicznych, naloty i bombardowanie wybranych celów, wypuszczanie dronów szpiegujących i wybuchających, rozkręcanie torów kolejowych, zakłócanie komunikacji radiowej, przemycanie uciekinierów przez obcą granicę stanowią wrogie działania i upoważniają stronę zagrożoną do podjęcia otwartych działań wojennych. Zarówno skryty, jak i jawny atak upoważnia do podjęcia walki i stwarza „uprawnienie do wojny”, czyli ius ad bellum.

W trakcie prowadzenia „wojny sprawiedliwej”, czyli uzasadnionej dla strony, która jest wystawiona na czyjąś przemoc i ma powód do podjęcia obrony, powstaje uprawnienie do walki, a nawet obowiązek jej prowadzenia w sposób zgodny z regułami przestrzeganymi przez cywilizowane społeczeństwa, określanymi jako ius in bello. Te reguły to „moralne ograniczenia obowiązujące podczas wojny”. Nie wolno strzelać do bezbronnego, nie wolno atakować ludności cywilnej, nie wolno używać środków masowego rażenia, nie wolno składać fałszywych zapewnień podczas rozmów rozjemczych i w ogóle nie wolno się dopuszczać okrucieństwa, które nie służy osiągnięciu wojennego celu.

W teorii „wojny sprawiedliwej” uznaje się, że walka w żadnym razie nie implikuje powrotu do „stanu natury”, w którym rzekomo „wszystko wolno”. Nawet najsilniej skłóconych ze sobą wrogów obowiązują zasady wynikające z dobrowolnego zobowiązania do niestosowania masowego i niekontrolowanego okrucieństwa. Takie ustalenia są oczywiście tylko wstępne i bardzo nieprecyzyjne. Nic więc dziwnego, że trudno znaleźć bezstronną i kompletną metodę ustalenia, kiedy są łamane. Nikt ich jednak nie kwestionuje jako moralnie wątpliwych. Ius ad bellum, czyli prawo do walki o niepodległość, autonomię i polityczną sprawiedliwość, oraz ius in bello, czyli elementarna powściągliwość w stosowaniu środków rażenia, szczęśliwie nie są kwestionowane – mimo pewnej popularności sprzecznego z nimi innego powiedzenia Hobbesa: homo homini lupus. Być może człowiek jest człowiekowi wilkiem, ale postępować jak wilk nie mamy prawa.

.W każdym razie taki stan rzeczy obowiązywał do czasu podjęcia przez Rosję „operacji specjalnej”, która zdaniem oficjalnych władz w Moskwie nie była wszczęciem wojny z Ukrainą, lecz tylko działaniem sanitarnym, mającym na celu wytropienie i wytępienie ukrytych w piwnicach faszystów. Oczywiście nikt w Moskwie nie mówił o ius ad bellum ani o ius in bello, bo nie było wojny. Na szczęście to się może teraz zmienić i jakiś rodzaj rozwagi i umiarkowania może znów okazać się przydatny w działaniach na rzecz pokoju, podejmowanych przez rozmaite siły występujące w imieniu prezydentów W.W. Putina i D. Trumpa. Perspektywa zakończenia wojny, „której nie było”, jest politycznie bardzo atrakcyjna. Ale czy mieści się ona w perspektywie zobowiązań ujętych przez zasady ius ad bellum, czyli uprawnień do prowadzenia wojny, i ius in bello, czyli uprawnień do agresywnych działań podczas wojny? Oczywiście nie. Teoria wojny sprawiedliwej nie obejmowała dotąd postulatu zakończenia walk. To jest dość zdumiewające niedopatrzenie.

W ostatnim czasie zostało jednak skorygowane przez niemieckiego felietonistę Reinharda Merkela, inspirowanego przez amerykańsko-niemieckiego filozofa Darrella Moellendorfa.

W grudniu 2022 roku Reinhard Merkel zamieścił w „Frankfurter Allgemeine Zeitung” artykuł na temat „uprawnienia do zawarcia pokoju”, czyli ius ex bello. Rozbudowana wersja tego stanowiska znana jest w internecie po angielsku pod tytułem Jus in Bello and the Continued Justice of Ukraine’s Fight Against Russia. Jej autorem jest Moellendorf, który twierdzi, że nawet wojna sprawiedliwa powinna być prowadzona z zamiarem zawarcia pokoju.

Na początku walk nie można o tym otwarcie mówić, bo to podważa determinację tej strony, która czuje się uprawniona do prowadzenia wojny. Trzeba jednak pamiętać, że państwa rządzące się prawem walczą między sobą zawsze tylko tymczasowo – aby usunąć nierozwiązywalne problemy. Zatem prędzej czy później, gdy zwaśnione strony zaczynają dostrzegać, że „niemożliwe staje się wykonalne”, obie powinny się poddać wymaganiom „uprawnień do wyjścia z wojny”, czyli powinny zacząć pertraktować w dobrej wierze. Pokój jest zawsze trudny, ale prędzej czy później jakoś osiągalny. Wojna fizyczna zamienia się wtedy w wojnę dyplomatyczną.

Niestety, nie zawsze ten, kto lepiej walczy, chce i potrafi lepiej pertraktować. Wtedy przeciwnicy zmęczeni walką fizyczną zaczynają prowadzić brudną walkę dyplomatyczną. Taka polityka powinna być demaskowana i nazywana po imieniu. To jej ujawnienie należy do zasadniczego arsenału środków objętych przez „uprawnienie do wyjścia z wojny”, czyli ius ex bello.

Merkel i Moellendorf są zgodni w tym, że wojna nie da się wykluczyć prawem i moralnością. Pewne konflikty polityczne są tak głębokie i trudne do rozwiązania, że nie da się ich zakończyć dialogiem i perswazją. Wtedy jedynym wyjściem jest podjęcie walki zgodnie z regułami ius ad bellum i ius in bello oraz szukanie zewnętrznych sił, które będą wspierać stanowisko jednej lub drugiej strony. Czasem takie działania rozjemcze prowadzą do zawieszenia broni. Jeśli nie uda się tego osiągnąć, to trzeba zacząć stosować reguły ius ex bello, czyli niedostrzegalnego, lub odwrotnie, nader gwałtownego wyjścia z wojny, z wyraźnym ogłoszeniem, że stosuje się nową politykę prowadzenia walki – politykę wygaszania wojny. Stosowanie nowych deklaracji powinno dawać jakieś praktyczne skutki. Jeśli ich nie widać, to trzeba uznać, że któraś ze stron udaje tylko, że korzysta z uprawnień objętych terminem ius ex bello, i liczy wyłącznie na to, że te zasady będą przestrzegane przez przeciwnika i tym samym podniosą skuteczność własnych działań wojennych.

Zasadniczą treść doktryny ius ex bello przedstawił Moellendorf jeszcze w 2015 roku („Ethics”, Vol. 125, No. 3, April 2015), czyli przed wybuchem wojny rosyjsko-ukraińskiej (w pełnej skali od 2022 r.), w artykule Two Doctrines of Jus ex Bello (upodobanie do Jus zamiast Ius jest dziwactwem autora).

Dwie doktryny, o których wspomina w tytule, są raczej sprawą drugorzędną. Jedna doktryna mówi, że wymagania moralne, których trzeba przestrzegać, decydując się na wojnę, są nieodróżnialne od wymagań obowiązujących podczas kontynuowania wojny, a druga mówi, że to są inne wymagania. Wydaje się, że można je definiować i tak, i tak.

Natomiast oryginalną i doniosłą treść zawiera propozycja przyjęcia pięciu zasad ius ex bello, które proponuje Moellendorf: „Pięć zasad, które moim zdaniem składają się na doktrynę wygaszania wojny, wymaga: (1) działania z właściwym pośpiechem w dążeniu do zakończenia wojny, (2) minimalizowania moralnych kosztów wojny, (3) złagodzenia przedwojennych niesprawiedliwości, (4) rezygnacji z powojennej przewagi stworzonej przez działania wojenne, (5) negocjowania w dobrej wierze”.

.To jest śmiała, choć skromna propozycja i przez to właśnie obiecująca. Moellendorf słusznie przestrzega:
(1) Przeciąganie dyskusji o pokoju jest w istocie przeciąganiem wojny.
(2) Liczą się nie tylko straty materialne wywoływane przez wojnę, ale także akceptacja brutalizacji codziennego życia, nieunikniona podczas walki.
(3) Każda ze stron przed podjęciem walki jest przekonana o swej krzywdzie. Inaczej nie ma prawa do stosowania zasad ius ad bellum. Krzywdy nie dokumentuje się walką. Walką potwierdza się swą nieustępliwość i roszczeniowość.
(4) Wynik wojny czasem likwiduje znaczne niesprawiedliwości, które panowały przed wojną, ale równie łatwo stwarza nowe.
(5) Negocjowanie w złej wierze jest oszustwem, czyli dalszym prowadzeniem wojny w nowym przebraniu, a także bezpodstawnym powoływaniem się na ius ex bello.

Ciekawe, czy udałoby się przekonać do tych argumentów doradców panów W.W. Putina, W. Zełenskiego i D. Trumpa.

Jacek Hołówka

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 3 stycznia 2026