
Iran, amerykańska „Ukraina”?
Koalicja USA-Izrael posiada miażdżącą przewagę wojskową nad Iranem. Siły powietrzne prawie tam nie istniały, obrona przeciwlotnicza była dziurawa i dziś można stwierdzić, że koalicja uzyskała całkowitą dominację w powietrzu. Tak samo wygląda sytuacja w przypadku marynarki wojennej. Szkopuł w tym, że dominacja w powietrzu i na morzu nie jest wystarczająca, by zmusić Iran do kapitulacji. Dowodzą tego doświadczenia wielu wojen – pisze prof. Kazimierz DADAK
.Donald Trump jako kandydat na urząd prezydenta nieustannie obiecywał, że za jego rządów nie będzie „wojen bez końca”. Jego hasło „America First” skupiało uwagę na sprawach wewnętrznych, dzięki czemu Stany Zjednoczone miały ponownie stać się, jak on sam głosił, „wielkie”. Wojna z Iranem nie tylko podważa te obietnice, ale może stać się tak wielkim wyzwaniem dla Waszyngtonu, jak dla Kremla stała się wojna z Ukrainą.
Władimir Putin najechał Ukrainę, mając nadzieję, że zwycięstwo przyjdzie szybko i bez większych strat. Niespodziewany amerykańsko-izraelski atak na Iran miał przynieść podobne wyniki. W obu przypadkach naczelnym zadaniem było „regime change” (zmiana władzy z nieprzyjaznej na życzliwą). Uśmiercenie duchowego przywódcy irańskich szyitów, ajatollaha Alego Chameneiego, miało otworzyć drzwi lokalnym opozycjonistom do przejęcia władzy, a w najgorszym przypadku doprowadzić do ziszczenia się „scenariusza wenezuelskiego”, w którym jego następcy przerażeni perspektywą utraty władzy, a może i życia bez wahania przyjmą amerykańskie warunki.
Wojna amerykańsko-izraelsko-irańska trwa dopiero sześć dni, a w trzecim dniu działań wojskowych Donald Trump wyraził przekonanie, że zmagania będą trwać 4–5 tygodni. Niemniej sam prezydent dodał, że wojna może potrwać dłużej i że także w tym mniej optymistycznym przypadku on się „nie znudzi” i będzie prowadzić wojnę aż do osiągnięcia zamierzonych celów. Miejmy nadzieję, że zaiste wojna będzie krótka, ale minister Pete Hegseth i przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, gen. Dan Caine, podali do publicznej wiadomości, że na Bliski Wschód kierowane są posiłki. Zatem zgromadzona tam armada najwyraźniej okazuje się niewystarczająca do wcielenia w życie założonych planów.
Cele i środki
.Oficjalne cele mają charakter ściśle wojskowy – likwidacja programu atomowego, unicestwienie arsenału rakiet balistycznych i floty wojennej oraz zakończenie wspierania ruchów szyickich w świecie muzułmańskim. W sumie oznacza to całkowite rozbrojenie Iranu i trudno sobie wyobrazić, aby jakikolwiek rząd chroniący suwerenność swego państwa mógł przystać na te warunki. Bez zmiany władzy na całkowicie zależną od Waszyngtonu spełnienie tych wymogów raczej nie wchodzi w grę.
Jeśli chodzi o możliwość pojawienia się przychylnej Waszyngtonowi władzy, mamy do czynienia z poważnymi kłopotami. Prezydent Donald Trump i sekretarz Marco Rubio głośno nawołują Irańczyków do wyjścia na ulice i przejęcia władzy, ale jak można oczekiwać takiego rozwoju sytuacji, gdy z jednej strony wokół są wybuchy, a z drugiej służby bezpieczeństwa nadal są sprawne? Ponadto takie przypadki jak zbombardowanie szkoły dla dziewczynek czy szpitala nie przysparza Stanom Zjednoczonym przyjaciół. Ogólnie rzecz biorąc, naciski z zewnątrz, mające na celu obalenie władzy, powodują raczej zwarcie szeregów niż przejście na drugą stronę.
Presja wojskowa najwyraźniej nie przyniosła oczekiwanych wyników. Unicestwienie dużej części przywództwa politycznego i wojskowego nie doprowadziło do kapitulacji. Pomimo poniesionych strat irańskie siły zbrojne przystąpiły do kontrataku niecałe dwie godziny po rozpoczęciu wojny. Władze były więc przygotowane do przyjęcia takiego ciosu – rozwój sytuacji najwyraźniej zaskoczył koalicję amerykańsko-izraelską. Już sam fakt, że pojawienie się armady nie doprowadziło do wywieszenia przez Teheran białej flagi, był dla Waszyngtonu niespodzianką, ale nie spowodował wypracowania planu B.
Takie kroki podejmowane są dopiero teraz. Na gwałt próbuje się stworzyć koalicję chętnych do zbrojnej rebelii wewnątrz Iranu. Najlepszymi kandydatami do takiej roli wydają się Kurdowie i Azerowie – oba te narody stanowią zdecydowaną większość w północno-zachodnim Iranie. Ale taki rozwój sytuacji nie jest oczywisty. Obecny prezydent Iranu, Masud Pezeszkian, jest z pochodzenia Azerem. Azerowie są także w zdecydowanej większości szyitami, więc mają bliskie związki religijne z Persami. Kurdowie w swej masie są sunnitami, ale nie mają dobrych doświadczeń we współpracy z Amerykanami. Zamieszkują nie tylko Iran, ale także Irak, Turcję i Syrię.
W 1991 r. w trakcie pierwszej wojny z Irakiem prezydent George H.W. Bush (senior) wezwał Kurdów irackich do powstania, ale po zwycięstwie nie udzielił im żadnej pomocy i ówczesny dyktator, Saddam Husajn, krwawo się z nimi rozprawił. Ostatnio Stany Zjednoczone posłużyły się Kurdami w Syrii przy obalaniu Baszara al-Asada, ale po osiągnięciu tego celu Waszyngton raczej postawił na zwycięskiego Ahmada asz-Szara (Araba). Stąd rodzi się pytanie, na ile Azerowie i Kurdowie będą skłonni nadstawiać karku w tych zmaganiach. Ponadto taka taktyka na pewno spotka się ze zdecydowanym sprzeciwem Turcji, w której od dziesięcioleci tli się kurdyjska rebelia – perspektywa kurdyjskiego państwa po drugiej strony granicy stanowi dla Ankary jaskrawą czerwoną linię. Zatem najbardziej obiecująca droga Ameryki do osiągnięcia zamierzonych celów wydaje się nadzwyczaj wyboista.
Opcja wojskowa?
.Koalicja USA-Izrael posiada miażdżącą przewagę wojskową nad Iranem. Siły powietrzne prawie tam nie istniały, obrona przeciwlotnicza była dziurawa i dziś można stwierdzić, że koalicja uzyskała całkowitą dominację w powietrzu. Tak samo wygląda sytuacja w przypadku marynarki wojennej. Szkopuł w tym, że dominacja w powietrzu i na morzu nie jest wystarczająca, by zmusić Iran do kapitulacji. Dowodzą tego doświadczenia wielu wojen.
Na przykład w ramach operacji „Gomora”, dywanowego bombardowania Hamburga w nocy z 27 na 28 lipca 1943 r., miało zginąć niemal 40 tys. ludzi – nie odniosło to żadnego skutku strategicznego. Taktyczny też okazał się ograniczony, bo pomimo zniszczenia ok. ¾ miasta i ponad pół tysiąca zakładów przemysłowych – w wielu z nich miesiąc później wznowiono prace. Podobny nalot na Tokio (w nocy z 9 na 10 marca 1945 r.), w wyniku którego śmierć poniosło podobno nawet 100 tys. ludzi (więcej niż w Hiroszimie i Nagasaki) i kolejne naloty (zginęło kolejne kilkaset tysięcy) nie rzuciły Japonii na kolana. Ostatnio lotnictwo USA przez niemal dwa miesiące prowadziło bombardowanie wojsk i władz Huti w Jemenie Północnym. Po pięciu tygodniach Pentagon szacował, że zdolność przeciwnika do prowadzenia ostrzału rakietowego spadła o 87 proc., a ataków za pomocą dronów o 65 proc. Niemniej trzy tygodnie później USA zawarły porozumienie, na mocy którego Huti zobowiązali się nie ostrzeliwać amerykańskich statków, ale nie izraelskich. Premier Netanjahu nic nie wiedział o toczących się rokowaniach i bardzo ostro skrytykował to porozumienie.
Z powietrza można zadać bardzo bolesne straty, ale niekoniecznie zmusić przeciwnika do poddania się. Stąd nadzwyczaj istotną sprawą jest to, jakie straty są gotowi ponieść Irańczycy. Na to pytanie nie może być jasnej odpowiedzi, ale warto przypomnieć, że pomimo zrównania z ziemią prawie całej Strefy Gazy Hamas nadal tam się trzyma i nic nie wskazuje na to, że Palestyńczycy są skłonni się poddać. Godne uwagi są też doświadczenia samego Iranu, który w 1980 r. został najechany przez Irak i mimo poniesienia ogromnych strat w trakcie trwającej osiem lat wojny (przypuszczalnie pół miliona zabitych, także na skutek masowych ataków gazami bojowymi) wyszedł z tych zmagań bez strat terytorialnych. Wypada nadmienić, że w tamtej wojnie Iran był osamotniony, natomiast Irak był wspomagany zarówno przez Zachód, z USA na czele, jak i ZSRS. Stąd wielu obserwatorów stawia wielki znak zapytania nad zdolnością koalicji do dokonania zmiany władz w Iranie bez wysłania tam sił lądowych. Minister Hegseth zasygnalizował taką możliwość. Zresztą nawet inwazja lądowa nie gwarantuje sukcesu, czego dowodzi przypadek Strefy Gazy, której zdecydowaną większość zajął Izrael.
W przypadku tej wojny (póki nie dojdzie do inwazji wojsk lądowych) zmagania będą polegać na zdolności Iranu do prowadzenia ataków za pomocą rakiet i dronów oraz na zdolności koalicji do unicestwiania tej groźby. Iran nie ma możliwości obrony przed atakami, więc mówiąc kolokwialnie, będzie przyjmować bombardowania „na klatę”. Doświadczenia wielu wojen, ostatnio także choćby rosyjsko-ukraińskiej, wskazują, że władze, które znajdują się w sytuacji „być albo nie być”, są w stanie zmusić społeczeństwo do wielu poświęceń, więc władzy ajatollahów nie można spisać na straty. Inaczej wygląda sprawa z drugiej strony, bo brak zwycięstwa nie jest równoznaczny z klęską USA, Izraela i państw arabskich leżących nad Zatoką Perską. Koalicja może się wykruszyć.
Zasygnalizujmy, że w całym zeszłym roku wytworzono 620 pocisków do systemów Patriot. Znaczna część zarówno tej produkcji, jak i zgromadzonych wcześniej zapasów została wysłana na Ukrainę. Biorąc pod uwagę to, że do zestrzelenia jednej rakiety balistycznej potrzeba co najmniej dwóch pocisków, to w tym zakresie sytuacja koalicji nie wygląda różowo. Osobną sprawą są koszty – dron może kosztować kilka tysięcy dolarów, pocisk ponad milion.
Polityczne poparcie
.Tu dochodzimy do nadzwyczaj istotnej kwestii – poparcia wśród amerykańskiego społeczeństwa dla tej wojny. Pomimo wstępnego powodzenia jest ono, mówiąc oględnie, ograniczone – pozytywnie ocenia tę inicjatywę 27 proc. Amerykanów. Ten słaby wynik jest skutkiem braku przedstawienia powodów, dla których obecna administracja USA zdecydowała się wkroczyć na ścieżkę wojenną. Normalnie w takich przypadkach prezydent wygłasza uroczyste przemówienie do narodu, a członkowie gabinetu szeroko wyjaśniają powody podjętych kroków. Tym razem nic takiego nie miało miejsca. W sobotę, zaraz po rozpoczęciu nalotów, Donald Trump umieścił na swojej platformie Truth Social ośmiominutowe przemówienie, a potem przez cały weekend unikał dziennikarzy. W masowo oglądanych w niedzielne przedpołudnie programach politycznych nie pojawił się żaden minister. Dopiero na trzeci dzień, przy okazji wizyty kanclerza Merza, dziennikarzom udało się zadać prezydentowi pytania dotyczące wojny.
Według amerykańskiej konstytucji prawo wypowiedzenia wojny leży w gestii Kongresu, więc rodzi się pytanie o legalność całej operacji. Aby zaradzić temu kłopotowi, Sekretarz Stanu Marco Rubio w trzecim dniu wojny udzielił wyjaśnień czołowym przedstawicielom władzy ustawodawczej. Jego uzasadnienie wzbudziło zdumienie, bo powiedział posłom i senatorom, że Stany Zjednoczone dowiedziały się o izraelskich planach bombardowania Iranu i w obawie, że odwet Teheranu obejmie także amerykańskie bazy w rejonie Zatoki Perskiej, postanowiły podjąć akcję prewencyjną i przyłączyć się do wojny. Uzasadnienie to zrodziło pytanie, gdzie zatem znajduje się „biegun” Zachodu. Na drugi dzień prezydent Trump zaprzeczył temu i stwierdził, że to on zmusił Izrael do wojny. Minister Rubio następnie wyjaśnił, że jego wypowiedź została przeinaczona. Trudno więc uznać, że władze USA mają jakąś strategię działania. Natomiast zwykły zwolennik ideologii „America First” mógł odnieść wrażenie, że w istocie mamy do czynienia z przypadkiem „Israel First”.
Jeszcze gorzej te kontrowersje wyglądają w szerszym kontekście. Tydzień przed rozpoczęciem nalotów dziennik „Washington Post” opublikował artykuł, w którym opisano poważne obawy tyczące się gotowości wojsk USA do prowadzenia działań zbrojnych, jakie Trumpowi miał przedstawić gen. Caine. Tuż przed wybuchem wojny wiceprezydent J.D. Vance stwierdził, że nie ma mowy o długotrwałych zmaganiach, w grę może wchodzić tylko krótkotrwała akcja. Po rozpoczęciu działań wojennych agencja Reutersa doniosła, że amerykańskie służby także wyrażały poważne zastrzeżenia co do powodzenia przedsięwzięcia. Można dojść do wniosku, że wszyscy dołożyli starań, żeby zapewnić sobie jakieś alibi na wypadek fiaska. Trudno jest zatem zrozumieć, dlaczego skądinąd sprawny polityk, jakim jest prezydent Trump, zdecydował się przyjąć ryzyko. Złośliwi internauci przechrzcili kryptonim akcji „Epic Fury” na „Furię Epsteina”, sugerując, że ten ostatni mógł zebrać jakieś „kompromaty”.
Ten stan rzeczy może ulec dalszemu pogorszeniu, bo zgodnie ze słynnym terminem ukutym przed dwoma wiekami przez Carla von Clausewitza wojna toczy się we „mgle”. Każda strona przystępuje do działań zbrojnych, mając jakiś plan, ale na ogół te plany nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością frontową. Rzecz jasna, Iran tej wojny wygrać nie może, dysproporcja sił i środków jest ogromna, ale dla Teheranu zwycięstwem będzie uniknięcie klęski, podczas gdy strona amerykańsko-izraelska musi dopiąć celu, doprowadzić do ustanowienia rządu przyjaznego sobie, jeśli nie całkowicie uległego. Zatem mamy do czynienia z niesłychanie ciekawym zjawiskiem – z jednej strony z ogromną asymetrią w zakresie potencjału wojskowego, a z drugiej dysproporcją w przypadku celów: Iran jest słabeuszem, ale też niewiele mu potrzeba do osiągnięcia sukcesu.
Istotny w tej sprawie będzie stosunek amerykańskiego społeczeństwa do wojny. Większość establishmentu jest „za”, ale jak wspomnieliśmy powyżej, przeciętny obywatel nie podziela tego poglądu. Z czasem, jeśli w pełni ujawnią się możliwe ujemne skutki tej wojny – wzrost cen paliwa, a co za tym idzie, wzrost cen innych dóbr, dalsze straty w ludziach i sprzęcie, wydatki na wojnę – to obecne niewielkie poparcie może jeszcze zmaleć.
Geostrategiczne implikacje
.Ogłoszona w grudniu zeszłego roku amerykańska Narodowa Strategia Bezpieczeństwa zakładała skupienie uwagi na obszarze Indo-Pacyfiku. Nie jest żadną tajemnicą, że dla Stanów Zjednoczonych głównym rywalem w odgrywaniu roli przywódcy świata są Chiny. Z punktu widzenia tego zagrożenia konflikty na Ukrainie i w Iranie są drugorzędne. Na początku drugiej kadencji Donald Trump ochoczo wcielał w życie politykę mającą na celu z jednej strony uporządkowanie spraw wewnętrznych – poprawę konkurencyjności gospodarki, zwalczanie skrajnie lewicowych pomysłów, położenie tamy nieskrępowanej imigracji i wzrost bezpieczeństwa wewnątrz kraju – a z drugiej ograniczenie mniej istotnych zobowiązań międzynarodowych: zmuszenie Europy do przejęcia ciężaru obrony przed możliwym rosyjskim najazdem i pomocy Ukrainie.
Rok później sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Wojna rosyjsko-ukraińska nie została zakończona, natomiast Stany Zjednoczone podjęły się operacji zmiany władzy w Iranie, które to przedsięwzięcie może mieć skutki podobne to poprzednich tego typu działań, na czele z chwalebnymi na pierwszy rzut oka próbami zaszczepienia demokracji w Afganistanie i Iraku. Waszyngtonowi grozi ugrzęźnięcie na Bliskim Wschodzie, tak jak Moskwa ugrzęzła na Ukrainie. Byłaby to pomyłka o niesłychanie brzemiennych skutkach. Nie tylko dlatego, że USA tracą bezcenny czas konieczny do umocnienia pozycji na Dalekim Wschodzie, ale przede wszystkim z tego powodu, że amerykańskie społeczeństwo ma już dość międzynarodowych wypraw wojskowych. Złamanie obietnic, jakie Trump składał przed wyborami, podważy zaufanie do całej klasy politycznej i może zrodzić ruch jeszcze bardziej radykalny niż „Make America Great Again”, którym straszą niektórzy analitycy. Ideologia „America First” nie zakładała izolacjonizmu, tylko racjonalizację zaangażowań. MAGA do kwadratu będzie postulować wycofanie się z całej Eurazji.
Deeskalacja zmagań z Iranem nie przyjdzie Trumpowi łatwo. Nie tylko dlatego, że grozi to ogromnym uszczerbkiem na wizerunku największego mocarstwa, ale także dlatego, że Iran nie przystanie na rozejm. W czerwcu zeszłego roku właśnie nastał taki stan rzeczy i Teheranowi nie wyszło to na dobre. Dlaczego ajatollahowie mieliby popełnić ten błąd po raz drugi?
Daleko idące wycofanie się z międzynarodowych zaangażowań może nawet stać się koniecznością, jeśli wojna z Iranem – tak jak wojna w Iraku – będzie kosztować biliony dolarów. Poziom zadłużenia amerykańskiego sektora publicznego wynosi już ponad 120 procent PKB, więcej, niż wynosił po zakończeniu II wojny światowej.
Chiny i Rosja mają wszelkie powody ku temu, żeby (nadzwyczaj dyskretnie) wspomagać Iran w jego starciu z USA. Im bardziej Ameryka grzęźnie na Bliskim Wschodzie, tym mniej środków i sił może skierować na inne obszary. Dla obu tych państw Iran ma też ogromne znaczenie strategiczne. Rosję chroni przed amerykańską infiltracją jej „miękkiego podbrzusza” (Azji Środkowej i Syberii), a ponadto daje jej wyjście na Ocean Indyjski. Dla Chin z kolei jest to niezbędny element lądowego szlaku wschód-zachód, dzięki czemu mogą uniknąć starcia z USA na morzu, do którego nie są gotowe.
.Stoimy w obliczu ogromnych zmian na światowej mapie politycznej. Obyśmy te zmiany dostrzegli i opracowali strategię, dzięki której nasz interes narodowy nie dozna uszczerbku, lecz (po raz pierwszy od wielu lat) coś zyska.






