
Jak mysz pod miotłą
„Kiedy jeden z twoich ważnych sojuszników przychodzi i mówi, że ma problem, to nie odwracasz się plecami i nie trzaskasz drzwiami”. To słowa Hanno Pevkura, estońskiego ministra obrony, w reakcji na sugestie Donalda Trumpa, iż Ameryka oczekiwałaby zaangażowania w bezpieczeństwo cieśniny Ormuz ze strony tych wszystkich, którym zależy na dostawach ropy i gazu znad Zatoki Perskiej – pisze Jan ROKITA
.Pevkur dodaje, iż to, do czego zdolna by była mała Estonia, to udział wyspecjalizowanych trałowców w rozminowaniu szlaku wodnego, ale rzecz jasna, dopiero wtedy, gdy zakończy się perski ostrzał statków próbujących wpłynąć do Zatoki albo z niej wypłynąć. „Wysłanie ludzi w środek aktywnej wymiany ognia bez odpowiedniej osłony byłoby samobójstwem” – mówi estoński minister. I nie sposób niczego zarzucić ani jego logice, ani sojuszniczej lojalności.
Rzecz nie w tym przecież, co naprawdę może zrobić Estonia dla uwolnienia przepływu przez Cieśninę Ormuz, bo wiadomo, że może mało albo zgoła nic. Rzecz w tym, że z perspektywy interesów graniczącego z Rosją i nieustannie zagrożonego małego państwa rząd Estonii, wyciągając życzliwą rękę do Ameryki, inwestuje w swoje narodowe bezpieczeństwo. Poczucie zagrożenia występuje dziś co prawda w całej Europie, o czym świadczą wyniki badań opinii publicznej. Choćby takie, jak ostatnio w Anglii (instytut YouGov), gdzie 55 proc. obywateli spodziewa się, że ich kraj w ciągu pięciu najbliższych lat będzie musiał wziąć udział w wielkiej wojnie z zaangażowaniem armii lądowej. Tyle tylko że w Europie owo poczucie zagrożenia jest wyraźnie stopniowalne.
To nie przypadek, że jedyny rząd europejski, aż tak otwarcie manifestujący obecnie swą wrogość wobec USA, że w zasadzie stoi już po stronie perskiej satrapii – to rząd Hiszpanii. Oczywiście, ma tu znaczenie fakt, iż premier Sanchez to lewicowy doktryner, któremu nienawiść do Ameryki i Kościoła Katolickiego wpajano od młodości w skrajnym skrzydle Partii Socjalistycznej. Ale skłonny jestem mniemać, iż znaczenie ma tu także geografia: ta neokomunistyczna i antyfrankistowska Hiszpania zawsze kochała Sowiety i nigdy nie odczuwała nawet najmniejszego strachu przed Moskwą. Zresztą dla Hiszpanii NATO jest dziś w zasadzie dziwolągiem, który nie wiadomo czemu ma służyć, skoro wtedy, gdy kraj przystępował do sojuszu w roku 1981, chodziło tak naprawdę tylko o to, że obawiano się puczu pułkowników, a integracja z NATO miała wymusić pełny, i to umiędzynarodowiony polityczny nadzór nad armią. I chyba też w Polsce nikt przytomny nie wyobraża sobie, że w razie wojny z Moskwą Hiszpanie na serio mogliby być naszymi towarzyszami broni.
Z kolei europejskie mocarstwa – Berlin, Paryż i Londyn – droczą się z Trumpem. Od chwili wybuchu wojny z Iranem prowadzą dwuznaczną grę, w której jednego dnia deklarują się przeciw Ameryce, a drugiego sugerują coś całkiem odwrotnego. Kanclerz Merz wykazał się chyba w tej grze najwyższymi umiejętnościami, o czym najlepiej świadczą tytuły analiz niemieckiej polityki w niemieckich gazetach, takich jak np. zawsze świetnie doinformowane „Politico”. Kiedy w Białym Domu Merz przytakiwał Trumpowi, że Iran trzeba zniszczyć, a na buńczuczny Madryt nałożyć sankcje, gazety dawały sensacyjne tytuły, iż Niemcy wyłamują się z antytrumpistowskiego frontu Europy. Ale kiedy kanclerz wrócił do Berlina i pokazano mu zapewne słupki nastrojów niemieckiej opinii publicznej, zrobił zwrot o 180 stopni, dywagując obszernie w Bundestagu na temat szkód wywołanych wojną z Iranem i jej bezcelowości. Więc gazety znów pisały na czołówkach, że Niemcy nagle porzucają Amerykę. No i tak w kółko Macieju: zależy, z którego dnia otworzysz sobie akurat wydanie jakiejś gazety.
.Po tym, jak zarówno w Berlinie, Paryżu, jak i Londynie zignorowano amerykańskie sugestie dotyczące współpracy przy zabezpieczeniu handlu w cieśninie Ormuz, Trump – jak wiadomo – się zeźlił, grożąc, iż „rzekomi sojusznicy” powinni sobie przemyśleć, czy chcą w ogóle jakiejkolwiek roli USA w NATO. Więc w gazetach wróciła stara piosenka, że Trump planuje wyjście Ameryki z sojuszu, jeszcze za czasu trwania swojej kadencji.
Nie minęły więc dwie doby, jak pojawił się pilny komunikat rządów całej trójki, wzmocniony jeszcze podpisami premierów Włoch, Holandii i Japonii, że oczywiście „odpowiednie środki” dla bezpieczeństwa przepływu przez cieśninę Ormuz sojusznicy są gotowi podjąć. Jakie środki i w jakich okolicznościach? Tego oczywiście nie powiedziano, bo ów komunikat nie służy przecież niczemu innemu, jak dalszemu droczeniu się z Trumpem.
Europejskie mocarstwa boją się o własne bezpieczeństwo, więc utrzymania amerykańskiej polisy bezpieczeństwa pragną ciągle jak kania dżdżu, ale nie czują się zagrożone na tyle, aby porzucić dwuznaczną grę z Trumpem i po prostu podporządkować swą politykę globalnej strategii Ameryki, uznając rzecz, wydawać by się mogło, oczywistą: amerykańskie przywództwo nad całym zachodnim światem.
Polska – niestety – też dała się wciągnąć w tę grę, imitując tak naprawdę zachodnioeuropejską niejednoznaczność i taktykę droczenia się z Ameryką. Minister Sikorski niby grzecznie, ale przecież de facto z ironią zapewnia, że „z szacunku dla sojusznika” może pogadać o cieśninie Ormuz, ale tak naprawdę to poza gadaniem palcem w tej sprawie nie kiwnie. Premier Tusk powtarza swoją mantrę o tym, że żadnych wojsk nigdzie nie wyśle, jakby cała polska doktryna militarna polegała dziś na tym, że Wojsko Polskie nie jest po to, aby go w jakikolwiek sposób używać, no chyba że ktoś nas w końcu napadnie. Błędna to jest doktryna i sprzeczna z całym strategicznym dorobkiem wolnej Polski, wypracowanym w ciągu trzech pierwszych dekad niepodległości.
.W sytuacji zagrożenia, w jakiej przecież żyjemy, polityczną rolę własnej armii lepiej od Polski rozumie – jak się okazuje – Estonia. W Tallinnie, w przeciwieństwie do Warszawy, wiedzą bowiem dobrze, że nawet minimalnym udziałem, a czasem nawet tylko deklaracją gotowości takiego udziału w odległych geograficznie operacjach prowadzonych przez Amerykę buduje się bezpieczeństwo własnego kraju. I szkoda tylko, że ponoć tak proamerykański prezydent, który z pasją krytykuje politykę Tuska niemal na każdym polu, tu akurat siedzi cicho jak mysz pod miotłą, zamiast pouczyć rząd, na czym naprawdę polegają polskie narodowe interesy.





