Jan ROKITA: Jak mysz pod miotłą

Jak mysz pod miotłą

Photo of Jan ROKITA

Jan ROKITA

Filozof polityki. Absolwent prawa UJ. Działacz opozycji solidarnościowej, poseł na Sejm w latach 1989-2007, były przewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej. Wykładowca akademicki. Autor felietonów "Luksus własnego zdania", które ukazują się w każdą sobotę we "Wszystko co Najważniejsze".

Ryc.: Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

„Kiedy jeden z twoich ważnych sojuszników przychodzi i mówi, że ma problem, to nie odwracasz się plecami i nie trzaskasz drzwiami”. To słowa Hanno Pevkura, estońskiego ministra obrony, w reakcji na sugestie Donalda Trumpa, iż Ameryka oczekiwałaby zaangażowania w bezpieczeństwo cieśniny Ormuz ze strony tych wszystkich, którym zależy na dostawach ropy i gazu znad Zatoki Perskiej – pisze Jan ROKITA

.Pevkur dodaje, iż to, do czego zdolna by była mała Estonia, to udział wyspecjalizowanych trałowców w rozminowaniu szlaku wodnego, ale rzecz jasna, dopiero wtedy, gdy zakończy się perski ostrzał statków próbujących wpłynąć do Zatoki albo z niej wypłynąć. „Wysłanie ludzi w środek aktywnej wymiany ognia bez odpowiedniej osłony byłoby samobójstwem” – mówi estoński minister. I nie sposób niczego zarzucić ani jego logice, ani sojuszniczej lojalności.

Rzecz nie w tym przecież, co naprawdę może zrobić Estonia dla uwolnienia przepływu przez Cieśninę Ormuz, bo wiadomo, że może mało albo zgoła nic. Rzecz w tym, że z perspektywy interesów graniczącego z Rosją i nieustannie zagrożonego małego państwa rząd Estonii, wyciągając życzliwą rękę do Ameryki, inwestuje w swoje narodowe bezpieczeństwo. Poczucie zagrożenia występuje dziś co prawda w całej Europie, o czym świadczą wyniki badań opinii publicznej. Choćby takie, jak ostatnio w Anglii (instytut YouGov), gdzie 55 proc. obywateli spodziewa się, że ich kraj w ciągu pięciu najbliższych lat będzie musiał wziąć udział w wielkiej wojnie z zaangażowaniem armii lądowej. Tyle tylko że w Europie owo poczucie zagrożenia jest wyraźnie stopniowalne.

To nie przypadek, że jedyny rząd europejski, aż tak otwarcie manifestujący obecnie swą wrogość wobec USA, że w zasadzie stoi już po stronie perskiej satrapii – to rząd Hiszpanii. Oczywiście, ma tu znaczenie fakt, iż premier Sanchez to lewicowy doktryner, któremu nienawiść do Ameryki i Kościoła Katolickiego wpajano od młodości w skrajnym skrzydle Partii Socjalistycznej. Ale skłonny jestem mniemać, iż znaczenie ma tu także geografia: ta neokomunistyczna i antyfrankistowska Hiszpania zawsze kochała Sowiety i nigdy nie odczuwała nawet najmniejszego strachu przed Moskwą. Zresztą dla Hiszpanii NATO jest dziś w zasadzie dziwolągiem, który nie wiadomo czemu ma służyć, skoro wtedy, gdy kraj przystępował do sojuszu w roku 1981, chodziło tak naprawdę tylko o to, że obawiano się puczu pułkowników, a integracja z NATO miała wymusić pełny, i to umiędzynarodowiony polityczny nadzór nad armią. I chyba też w Polsce nikt przytomny nie wyobraża sobie, że w razie wojny z Moskwą Hiszpanie na serio mogliby być naszymi towarzyszami broni.

Z kolei europejskie mocarstwa – Berlin, Paryż i Londyn – droczą się z Trumpem. Od chwili wybuchu wojny z Iranem prowadzą dwuznaczną grę, w której jednego dnia deklarują się przeciw Ameryce, a drugiego sugerują coś całkiem odwrotnego. Kanclerz Merz wykazał się chyba w tej grze najwyższymi umiejętnościami, o czym najlepiej świadczą tytuły analiz niemieckiej polityki w niemieckich gazetach, takich jak np. zawsze świetnie doinformowane „Politico”. Kiedy w Białym Domu Merz przytakiwał Trumpowi, że Iran trzeba zniszczyć, a na buńczuczny Madryt nałożyć sankcje, gazety dawały sensacyjne tytuły, iż Niemcy wyłamują się z antytrumpistowskiego frontu Europy. Ale kiedy kanclerz wrócił do Berlina i pokazano mu zapewne słupki nastrojów niemieckiej opinii publicznej, zrobił zwrot o 180 stopni, dywagując obszernie w Bundestagu na temat szkód wywołanych wojną z Iranem i jej bezcelowości. Więc gazety znów pisały na czołówkach, że Niemcy nagle porzucają Amerykę. No i tak w kółko Macieju: zależy, z którego dnia otworzysz sobie akurat wydanie jakiejś gazety.

.Po tym, jak zarówno w Berlinie, Paryżu, jak i Londynie zignorowano amerykańskie sugestie dotyczące współpracy przy zabezpieczeniu handlu w cieśninie Ormuz, Trump – jak wiadomo – się zeźlił, grożąc, iż „rzekomi sojusznicy” powinni sobie przemyśleć, czy chcą w ogóle jakiejkolwiek roli USA w NATO. Więc w gazetach wróciła stara piosenka, że Trump planuje wyjście Ameryki z sojuszu, jeszcze za czasu trwania swojej kadencji.

Nie minęły więc dwie doby, jak pojawił się pilny komunikat rządów całej trójki, wzmocniony jeszcze podpisami premierów Włoch, Holandii i Japonii, że oczywiście „odpowiednie środki” dla bezpieczeństwa przepływu przez cieśninę Ormuz sojusznicy są gotowi podjąć. Jakie środki i w jakich okolicznościach? Tego oczywiście nie powiedziano, bo ów komunikat nie służy przecież niczemu innemu, jak dalszemu droczeniu się z Trumpem.

Europejskie mocarstwa boją się o własne bezpieczeństwo, więc utrzymania amerykańskiej polisy bezpieczeństwa pragną ciągle jak kania dżdżu, ale nie czują się zagrożone na tyle, aby porzucić dwuznaczną grę z Trumpem i po prostu podporządkować swą politykę globalnej strategii Ameryki, uznając rzecz, wydawać by się mogło, oczywistą: amerykańskie przywództwo nad całym zachodnim światem.

Polska – niestety – też dała się wciągnąć w tę grę, imitując tak naprawdę zachodnioeuropejską niejednoznaczność i taktykę droczenia się z Ameryką. Minister Sikorski niby grzecznie, ale przecież de facto z ironią zapewnia, że „z szacunku dla sojusznika” może pogadać o cieśninie Ormuz, ale tak naprawdę to poza gadaniem palcem w tej sprawie nie kiwnie. Premier Tusk powtarza swoją mantrę o tym, że żadnych wojsk nigdzie nie wyśle, jakby cała polska doktryna militarna polegała dziś na tym, że Wojsko Polskie nie jest po to, aby go w jakikolwiek sposób używać, no chyba że ktoś nas w końcu napadnie. Błędna to jest doktryna i sprzeczna z całym strategicznym dorobkiem wolnej Polski, wypracowanym w ciągu trzech pierwszych dekad niepodległości.

.W sytuacji zagrożenia, w jakiej przecież żyjemy, polityczną rolę własnej armii lepiej od Polski rozumie – jak się okazuje – Estonia. W Tallinnie, w przeciwieństwie do Warszawy, wiedzą bowiem dobrze, że nawet minimalnym udziałem, a czasem nawet tylko deklaracją gotowości takiego udziału w odległych geograficznie operacjach prowadzonych przez Amerykę buduje się bezpieczeństwo własnego kraju. I szkoda tylko, że ponoć tak proamerykański prezydent, który z pasją krytykuje politykę Tuska niemal na każdym polu, tu akurat siedzi cicho jak mysz pod miotłą, zamiast pouczyć rząd, na czym naprawdę polegają polskie narodowe interesy.

Jan Rokita

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 20 marca 2026