„Hiszpania ma wspaniałych ludzi, ale nie mają wspaniałych władz” [Donald TRUMP]

Prezydent USA Donald Trump oświadczył, że nie jest zadowolony z Hiszpanii i powiadomił, że Stany Zjednoczone nie będą już handlować z tym krajem. Dodał, że nie jest też zadowolony z Wielkiej Brytanii. – Nie mamy tu do czynienia z Winstonem Churchillem – podkreślił, odnosząc się do premiera Keira Starmera.
Po ataku USA i Izraela na Iran premier Hiszpanii Pedro Sanchez oświadczył, że jego kraj odrzuca „jednostronną akcję militarną” USA i Izraela
.Niektóre europejskie kraje są pomocne, inne nie – powiedział Donald Trump, odnosząc się do amerykańsko-izraelskiej operacji przeciwko Iranowi. Uznał, że Niemcy są pomocne, a Hiszpania i Wielka Brytania – nie.
– Zerwiemy cały handel z Hiszpanią. Nie chcemy mieć niczego do czynienia z Hiszpanią – stwierdził Donald Trump. – Powiedziałem Scottowi (Bessentowi, ministrowi finansów), by zerwał z nimi wszelkie kontakty (handlowe) – oznajmił amerykański prezydent podczas spotkania z kanclerzem Niemiec Friedrichem Merzem w Białym Domu.
Zaznaczył, że Hiszpania nie zwiększyła wydatków na obronność do 5 proc. PKB. – A teraz Hiszpania powiedziała, że nie możemy wykorzystywać ich baz – dodał. Ocenił, że Hiszpania nie jest przyjazna wobec USA.
Minister obrony Hiszpanii Margarita Robles poinformowała, że bazy wojskowe na południu Hiszpanii, które od dekad użytkują wojska amerykańskie, nie udzielają pomocy armii USA w jej ofensywie przeciwko Iranowi. Margarita Robles zaznaczyła, że pomoc może być udzielona włącznie w ramach prawa międzynarodowego.
Po ataku USA i Izraela na Iran premier Hiszpanii Pedro Sanchez oświadczył, że jego kraj odrzuca „jednostronną akcję militarną” USA i Izraela przeciwko Iranowi. Ambasador Iranu w Madrycie Reza Zabib stwierdził, że „docenia reakcję rządu hiszpańskiego na agresję”.
Stany Zjednoczone nie będą już handlować z rządem Pedra Sancheza
.Hiszpania nie ma absolutnie niczego, czego potrzebujemy. Poza wspaniałymi ludźmi. Mają wspaniałych ludzi, ale nie mają wspaniałych władz – powiedział Donald Trump. Przekonywał, że „ma prawo”, by zakończyć „wszelkie interesy” z Madrytem.
Dodał, że jest też niezadowolony z Wielkiej Brytanii. – Nie mamy tu do czynienia z Winstonem Churchillem – podkreślił Donald Trump, odnosząc się do brytyjskiego premiera Keira Starmera. – Wielka Brytania jest bardzo niechętna do współpracy – poskarżył się prezydent.
Już dzień wcześniej Donald Trump powiedział brytyjskim mediom, że jest bardzo zawiedzony premierem Wielkiej Brytanii, który nie pozwolił USA wykorzystać brytyjskiej bazy Diego Garcia na Wyspach Czagos do prowadzenia ataków na Iran. Podkreślił, że w związku z tą decyzją amerykańskie samoloty muszą wykonywać dużo dłuższe loty.
Zmierzch dyplomacji
.Nie ma co do tego dwóch zdań: w tym nowym świecie ambasady, ambasadorzy i zawodowi dyplomaci, ze swoją kindersztubą, ukończonymi akademiami dyplomatycznymi i profesjonalną dyskrecją, są coraz bardziej oczywistym przeżytkiem – pisze Jan ROKITA
Przeglądnąłem ostatnio – w zasadzie przypadkiem – „Tracker Ambasadorów” publikowany w sieci przez Amerykańskie Towarzystwo Służby Zagranicznej (AFSA) i z zaskoczeniem zauważyłem, iż USA nie obsadzają coś ok. połowy stanowisk swoich ambasadorów w obcych krajach. I tylko w nielicznych przypadkach wynika to z przewlekłych procedur zatwierdzania szefów placówek dyplomatycznych albo z politycznych konfliktów na linii prezydent – Kongres USA.
Lwia część ambasadorskich wakatów bierze się po prostu z tego, że Departament Stanu i Biały Dom najwyraźniej nie widzą powodu, aby zawracać sobie głowę kwestią, która z perspektywy amerykańskich interesów wydawać się musi drugo-, jeśli nie trzeciorzędna. Czasami za owymi wakatami stoi polityczna premedytacja, jak w przypadku obłożonej sankcjami Rosji czy wrogiej Wenezueli, gdzie Ameryka dąży do obalenia komunistycznego reżimu.
Ale szefowie amerykańskiej polityki zagranicznej w ciągu niemal roku od objęcia władzy przez Donalda Trumpa nie zadali sobie też trudu, aby choć znaleźć kandydata i rozpocząć procedurę nominacyjną ambasadorów w takich państwach, kluczowych dla amerykańskiej polityki i interesów USA, jak choćby Niemcy, Korea Południowa, Arabia Saudyjska, Kuwejt czy Pakistan. Z każdym z tych krajów w ciągu ostatniego roku Waszyngton utrzymuje ożywione kontakty polityczne, a sam prezydent rozmawia z ich przywódcami i nawet składa im wizyty, organizowane niekiedy z prawdziwym rozmachem (jak w Arabii Saudyjskiej). Rzecz chyba tylko w tym, że ani prezydent, ani sekretarz stanu nie potrzebują już do tego celu nie tylko ambasadorów, ale w ogóle całego systemu klasycznej dyplomacji.
Ameryka nie jest w tej mierze przykładem odosobnionym. Unia Europejska coraz mocniej ścieśnia personel swojej Służby Działań Zewnętrznych, tworzonej w sumie nie tak dawno, bo zaledwie półtorej dekady temu, z wielkim naonczas entuzjazmem na przyszłość.
Co najmniej dziesięć unijnych ambasad (zwanych nie wiedzieć czemu „delegaturami”) objętych jest właśnie redukcjami zatrudnienia. A przecież w wizji twórców traktatu lizbońskiego, który powoływał do życia unijną służbę dyplomatyczną, miała ona stanowić istotny czynnik budowy nowego, lepszego świata, propagując na całym globie ideał demokracji, a przy okazji budując sławną „miękką siłę”, z jaką Unia miała oddziaływać na świat. Ale dziś po tamtych nadziejach nie ma nawet śladu, a znaczenie unijnych dyplomatów w praktyce z roku na rok maleje, może z wyjątkiem takich stolic, jak Kijów, Kiszyniów czy Belgrad, gdzie hipotetyczne członkostwo w Unii i unijna pomoc są ciągle kluczowymi wątkami tamtejszej polityki. W ciągu obecnego roku również Wielka Brytania przystąpiła do cięć liczebności swego personelu dyplomatycznego, docelowo aż o ¼ (to niemal pogrom brytyjskich dyplomatów), a Niderlandy zmniejszają finansowanie swojej dyplomacji o 10 proc., zamykając zarazem pięć swoich zagranicznych placówek.
Wydaje się, że tym razem mamy do czynienia z trendem prawdziwego zmierzchu dyplomacji, a nie tylko jakąś koincydencją zdarzeń w różnych krajach, albo koniecznością cięć budżetowych. A w każdym razie ów trend jest z pewnością widoczny w państwach demokratycznego Zachodu, gdzie w obliczu szybkich przemian kultury politycznej klasyczna dyplomacja staje się anachroniczna, a być może nawet zbędna. Przede wszystkim z powodu rewolucji w kulturze politycznej komunikacji.
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/jan-rokita-zmierzch-dyplomacji/
PAP/MB





