Dlaczego Włochy odmówiły lądowania bombowcom USA?

Włochy odmówiły lądowania bombowcom USA

W marcu 2026 r. Włochy odmówiły lądowania bombowcom USA w amerykańskich bazach, jakie znajdują się na terytorium Italii. Jaka była przyczyna takiej decyzji wobec kluczowego sojusznika z NATO? Jak przekazał w rozmowie z mediami minister obrony Włoch Guido Crosetto odmowa ta była podyktowana przepisami płynącymi z ustaw, konstytucji i traktatów, które miały zobowiązać Rzym do takiej decyzji.

Czemu Włochy odmówiły lądowania bombowcom USA?

.Szef resortu przedstawił w Izbie Deputowanych w Rzymie pilną informację rządu na temat wykorzystania przez siły zbrojne Stanów Zjednoczonych baz znajdujących się na terytorium Włoch. Gdy pod koniec marca włoskie media ujawniły, że minister Guido Crosetto odmówił lecącym na Bliski Wschód samolotom USA lądowania w sycylijskiej bazie Sigonella, wyjaśnił wtedy od razu, że nie mógł wyrazić na to zgody, ponieważ według obowiązujących procedur musi jej udzielić rząd w porozumieniu z parlamentem. Maszyny były już wtedy w drodze.

W niższej izbie parlamentu minister obrony stwierdził: – Szanowanie porozumień nie oznacza bycia zaangażowanym w wojnę. My jesteśmy częścią NATO, nie jesteśmy w stanie wojny z Iranem. Umiemy przestrzegać traktatów. – Nie możemy ulegać histerycznym wybuchom ani infantylnej uległości, ponieważ droga, którą podążamy, to droga prawa, umów międzynarodowych i konstytucji – powiedział Guido Crosetto.

Żaden włoski rząd nie uchylił się od zobowiązań wobec USA

.Wyjaśnił również: – Zdystansowaliśmy się i nadal dystansujemy się od tego, czego nie podzielamy. Ale nie uważam, że Stany Zjednoczone – to Joe Biden, Donald Trump czy Bill Clinton, tak jak Włochy – to nie Georgia Meloni, Giuseppe Conte czy Mario Draghi. To dwa państwa od zawsze sprzymierzone. W tym kontekście to, co dzieje się w bazach, jest określone przez prawo, przez to, co zdecydował parlament.

– Stosowanie porozumień dotyczących wykorzystania amerykańskich baz wojskowych we Włoszech zawsze charakteryzowało się absolutną, konsekwentną ciągłością przez ponad 75 lat. Żaden rząd, niezależnie od barw politycznych, nigdy nie uchylił się od tych zobowiązań, nie zakwestionował ich ani nawet nie zasugerował możliwości niewykonania międzynarodowych traktatów między Włochami a Stanami Zjednoczonymi. Nie mówię tego w sposób polemiczny. Żaden rząd, słusznie, nigdy nie podważył tych porozumień. Przyjmowano je do wiadomości i wdrażano – oświadczył minister obrony.

Trzeba bronić się przed szaleństwem, które zdaje się ogarniać świat

.Podkreślił też: – Wydaje mi się oczywiste to, że rząd włoski zawsze szanował obowiązujące porozumienia. Nie rząd Georgii Meloni, lecz każdy rząd włoski, niezależnie od barw politycznych w historii naszej republiki. Każdy z nas, obejmując kolejno kierowanie państwem, ma obowiązki do wypełnienia, takie jak te wynikające z traktatów międzynarodowych. Jesteśmy jak sygnalizacja świetlna, która egzekwuje zasady: mówi: tak, kiedy coś jest możliwe, i nie, kiedy nie jest możliwe. – Poza tym nie ma tu żadnych zasług, są jedynie zobowiązania, które poważne państwo respektuje – stwierdził.

Zapewnił również: – Moje stwierdzenia są potwierdzone przez fakty i nie mają nic wspólnego z ideologią ani ze stanowiskiem tego rządu. Przytoczyłem wyłącznie fakty. Nawet część sił politycznych, które czasem słyszę, jak krytykują i głośno domagają się rewizji traktatów, zawsze działała w ramach tych porozumień, nigdy nie odmawiając siłom amerykańskim korzystania z włoskich baz.

Minister obrony zakończył słowami: – W tej chwili nasz kraj potrzebuje jedności, przynajmniej w tym najtrudniejszym obszarze, z którym się mierzymy. Trzeba bronić się przed szaleństwem, które zdaje się ogarniać świat, gdzie dążenie do coraz bardziej zaawansowanej broni, poszukiwanie bomby atomowej jako sposobu rozstrzygania sporów międzynarodowych, chęć niszczenia innych państw, jak Iran wobec Izraela, wydają się na porządku dziennym.

Im dłużej Iran trwa w oporze, tym sytuacja USA jest trudniejsza

.Nie mam pojęcia, jak można było przypuścić, że obywatele Iranu, w dużej części przeciwni panującemu reżimowi, ale przecież reżimowi dysponującemu doskonałym i bezwzględnym aparatem represji, wyjdą od razu na ulice, by ten reżim obalić. Szanse na rychłą kapitulację władz, i to kapitulację właściwie bezwarunkową oraz totalną, były prawie zerowe – pisze prof. Jacek KORONACKI.

Przełom wieków XX i XXI upływał pod znakiem budowania przez amerykański establishment polityczny, w którym rząd dusz sprawowali tzw. neokonserwatyści, „życzliwej hegemonii” USA nad światem. Ich celem pierwszym była przebudowa Bliskiego Wschodu, mająca być przeprowadzona środkami wojennymi. Najbardziej wpływowy z neokonserwatystów, Norman Podhoretz, mówił w kontekście tej przebudowy o IV wojnie światowej (trzecią miała być – taką nomenklaturę stosował inny ważny neokonserwatysta, Eliot Cohen – zimna wojna zakończona rozpadem Związku Sowieckiego).

Dzień po tragedii w World Trade Center, a więc jeszcze przed inwazją USA na Afganistan, która nastąpiła 7 października 2001, inny wpływowy neokonserwatysta William Bennett powiedział w programie sieci telewizyjnej CNN, że Kongres musi ogłosić wojnę przeciw wojowniczemu islamowi i użyć do tego potężnej amerykańskiej siły militarnej. Bennett wymienił jako cel ataku na Bliskim Wschodzie Liban, Libię, Syrię, Irak oraz Iran (nota bene, nie wymienił Afganistanu, mimo że ten stanowił sanktuarium terrorystów Osamy Bin Ladena). W roku 2007 były sekretarz generalny NATO gen. Wesley Clark ujawnił, że Sekretarz Departamentu Obrony USA przedstawił w roku 2001 memorandum, w którym planował zaatakowanie i wymianę rządów w wymienionych krajach Bliskiego Wschodu oraz w Somalii i Sudanie w ciągu 5 lat.

Dwudziestego września 2001 r. czterdziestu najbardziej wpływowych neokonserwatystów wystosowało do Białego Domu list otwarty, instruujący Prezydenta George’a W. Busha jak ma wyglądać wojna z terroryzmem. List miał formę ultimatum. Aby zachować poparcie sygnatariuszy, oświadczono, prezydent musi wszcząć akcję przeciw Hezbollahowi, a także przeciw Syrii i Iranowi, jeśli te nie rozluźnią swoich związków z Hezbollahem, oraz musi obalić Saddama Husseina. Zaniechanie ataku na Irak, ostrzegli Busha, będzie wczesnym i być może decydującym poddaniem się w wojnie przeciw terroryzmowi.

Opowiedzenie się neokonserwatystów za zbrojną przebudową Bliskiego Wschodu nie wzięło się znikąd. Miesiąc przed inwazją na Irak 20 marca 2003 r. jeden z redaktorów Washington Post, Robert Kaiser, zacytował wysokiego rangą urzędnika administracji USA, który miał mu powiedzieć: dziś tu rządzą poplecznicy Likudu. Jako członków proizraelskiej sieci w administracji Kaiser wymienił Richarda Perle’a (w owym czasie doradcę prezydenta George’a W. Busha i szefa Rady Polityki Obronnej), Paula Wolfowitza i Douglasa Feitha (wiceministrów w Departamencie Obrony), Davida Wurmsera z Departamentu Obrony i Elliota Abramsa z Rady Bezpieczeństwa Narodowego.

W roku 1996 Perle, Feith i Wurmser napisali dla premiera Netanyahu tekst pt. Czyste zerwanie: Nowa strategia zabezpieczenia terytorium kraju. Chodziło o zerwanie z duchem i literą porozumienia z Oslo (które były od początku równie chętnie gwałcone przez Autonomię Palestyńską Arafata). Konserwatywny komentator Patrick Buchanan przypominał w artykule z marca 2003 r., iż wedle strategii Perle’a, Feitha i Wurmsera, wrogiem Izraela pozostaje Syria, ale droga do Damaszku wiedzie przez Bagdad. Przypominał też: W roku 1992 przeciek sprawił, że do opinii publicznej dotarł ciekawy dokument z biura Paula Wolfowitza w Pentagonie. Memoriał Wolfowitza wzywał do amerykańskiej stałej wojskowej obecności na sześciu kontynentach, by „odstraszyć potencjalnych konkurentów od podjęcia prób odegrania bardziej znaczącej roli globalnej lub lokalnej”. Plan Wolfowitza został odrzucony za prezydentury George’a H. W. Busha, ale wrócono doń po ataku terrorystycznym 11 września 2001 r.

.Krótko mówiąc, neokonserwatyści byli częścią lobby izraelskiego. Byli też przekonani, że skoro świat stał się jednobiegunowy z USA jako jedynym mocarstwem zdolnym zapanować nad światem, to mocarstwo to powinno przyjąć rolę takiego hegemona, jakkolwiek „życzliwego”. Przeciwni utopii amerykańskiej „życzliwej hegemonii” oraz inwazji na Irak byli tzw. paleokonserwatyści, ale ci zostali pozbawieni za sprawą neokonserwatystów jakichkolwiek wpływów politycznych na przełomie lat 1980-tych i 1990-tych. Przeciwni im byli również polityczni realiści, ale byli ignorowani. Chęć promowania demokracji liberalnej jak świat długi i szeroki uważali nie tylko za nonsens, ale przede wszystkim zapowiedź klęsk USA w przyszłości, od klęski w Iraku poczynając. Jednak administracja przyjęła za swoją strategię proponowaną przez lobby izraelskie i tak zaczął się okres awanturniczej polityki amerykańskiej na Bliskim Wschodzie. Amerykanie doświadczyli faktycznej klęski w Iraku i upokarzającego finału wojny w Afganistanie, nie mówiąc o kompromitującej interwencji w Libii.

PAP/Sylwia Wysocka/MJ

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 7 kwietnia 2026