Anna BIAŁOSZEWSKA, Magdalena SŁABA: "Moja Warszawa: Powstanie Warszawskie - dwugłos o filmie"

TSF Jazz Radio

Moja Warszawa

Anna BIAŁOSZEWSKA

Prawniczka. Zakochana w lotnictwie i Warszawie.

Ryc. Fabien Clairefond

zobacz inne teksty autora

Magdalena SŁABA

Prawniczka, Warszawianka, fanka wycieczek, zapamiętała miłośniczka Tolkiena, muzyki dawnej i kina europejskiego.

zobacz inne teksty autora

Dwa spojrzenia na film “Powstanie Warszawskie”:

Powstanie Warszawskie nie jest filmem dokumentalnym, w każdym razie nie w takim znaczeniu, jaki przypisaliby temu terminowi wytrawni widzowie Planet+ Doc Film Festival. Materiał filmowy, nagrany przez pracowników Biura Propagandy Armii Krajowej w sierpniu i wrześniu 1944 roku, był wyświetlany w warszawskim kinie Palladium podczas powstania w formie kroniki, z odpowiednim komentarzem, właśnie propagandowym. Już na początku dowiadujemy się, że autorzy zdjęć mieli zakaz filmowania samych walk ze względów bezpieczeństwa. W związku z tym walki zostały zainscenizowane. Gdy chłopcy przenoszący pocztę przebiegają wzdłuż barykady, słychać zza kamery polecenie: Pochylcie głowy, przecież do Was strzelają! Ale nikt nie strzela, więc trudno pamiętać o pochyleniu głowy. Podobnie wygląda scena akcji we wnętrzu Bazyliki Św. Krzyża. Operator instruuje żołnierza, kiedy ma wyskoczyć z kościelnej ławki z bronią wymierzoną we wroga… Być może współczesny widz, który codziennie ogląda w telewizji relacje z frontów wojny domowej w Syrii lub filmy akcji, w których trup ściele się gęsto i brak czasu na wyjaśnianie zasadności tych śmierci, albo sam walczy na froncie w komputerowej grze, czuje się w tym momencie zawiedziony: I to wszystko…? Tacy staliśmy się krwiożerczy… Nie ma tej emocji, która jest nam dziś potrzebna do życia. Bez niej robi się nudno.

Wkrótce jednak zapominamy, że chcieliśmy ujrzeć walkę na własne oczy. To, co wyziera z ekranu, miasto, w którym mieszkam od urodzenia, ja, Warszawianka dopiero w pierwszym pokoleniu (nie było nikogo, kto by mi o tym opowiedział z doświadczenia), obrócone w zwałowisko gruzów, szkielety kamienic sterczące ponad to, co kiedyś było ulicą, niczym żyletki albo wbite w ziemię stępiałe noże, dymy z pożarów, trzask walących się murów, przyprawia nawet nie o dreszcze, wcale nie o gęsią skórkę, nie o przerażenie, tylko o coś w rodzaju stanu zamrożenia, zastygnięcia w czarnym, gęstym powietrzu. Tak wygląda Śmierć.

Odtworzono pieczołowicie i z dbałością o szczegóły, kolory świata zarejestrowanego na starych czarno-białych filmach – podobno pomagali w tym eksperci analizujący możliwe kolory na podstawie odcienia czerni lub szarości. Przy pomocy policyjnego specjalisty od czytania z ruchu ust zrekonstruowano wypowiedzi bohaterów. Zidentyfikowano osoby zarejestrowane na filmie, choć jeszcze nie wszystkie. Może uda się kiedyś rozpoznać np. niemieckich żołnierzy wyprowadzonych ze zdobytego przez powstańców budynku PASTy na Zielnej. Albo tego dowódcę, który uzgadnia z polskim żołnierzem warunki zawieszenia broni w celu zabrania poległych i rannych z ulicy. Chyba dlatego ten film jest tak nieznośnie realny. Realny rzeczywiście nie do wytrzymania, jak to ujęto w jednej z recenzji…. Kiedy te same fragmenty pojawiają się w czerni i bieli, wydają się nieporozumieniem, czymś w rodzaju komiksu, animacji.

W Powstaniu Warszawskim chodzi o ludzi, którzy tam wówczas próbowali przetrwać. O cywilów, których otoczyło powstanie.

Jest tam chłopiec pilnujący swojej kamienicy z wielkim karabinem na ramieniu i ze srebrnym hełmem na głowie – wygląda nie jak mały powstaniec, a jak mały rzymski legionista.

Wspólne jedzenie ugotowanej w wielkim garze zupy urasta do czegoś w rodzaju krótkiej fiesty, celebracji życia. Wtedy ta zupa od Pani Ziuty musiała smakować najlepiej na świecie.

Długa kolejka stoi z wiadrami i garnkami po wodę, której zaczyna bardzo brakować. Podobny tłum słucha nadawanych na ulicy komunikatów dowództwa powstania.

Jest ksiądz wygłaszający kazanie podczas mszy na jakimś podwórzu, przed kapliczką. Jeszcze trochę takich kapliczek zostało na warszawskich podwórkach. I jest scena ślubu – o ile pamiętam, panna młoda uratuje potem swego męża z powstania, przeprawiając się z nim, ciężko rannym, przez rzekę. To chyba o nich była ta historia…

Jest pogrzeb małego chłopca, którego ciało żołnierz wynosi z linii walk. Potem pewna starsza kobieta przechodzi wśród licznych mogił i modli się przy każdej. Żeby nikogo nie pominąć, bo może jego bliscy już nie przyjdą.

Kilka dziewcząt wychodzi z podwórza kamienicy. Jedna z nich ma na nogach białe (sic!) buty na koturnie, a koturn jest pusty w środku, z otworem – ostatni krzyk mody… Teraz też nosimy takie modele. Kiedy operator prosi dziewczynę w mundurze i z karabinem, żeby się uśmiechnęła do kamery, odnosi się wrażenie, że ona jest świadoma swojej urody i tego, że dobrze wygląda na zdjęciach.

W pewnym momencie widzimy młode kobiety przygotowujące coś w rodzaju granatów – nasypują one materiał wybuchowy do woreczków i zamykają korkiem. Operator żartuje, że powinny się zająć szydełkiem. Jedna z nich mówi cicho: Szydełkiem się nie zabija… Materiał wybuchowy jest żrący. Pochodzi z rozbrojonych niewybuchów lotniczych bomb. Materiał wyjęto i zmielono maszynką do mięsa, poporcjowano i przygotowano z niego granaty ręczne.

W pewnym momencie kamerzysta podąża za grupą żołnierzy. Tamci pytają ze zniecierpliwieniem: Panowie, co robicie?! Kamerzyści: My, robimy kronikę powstania. Żołnierze: A my robimy powstanie. Brzmi to tak, jakby mówili: Robimy porządki. Słychać w tym zmęczenie. I dumę. Dumę wybrańców – straceńców.

Grupa ludzi odmawia modlitwę: Zachowaj nas, Panie, od miotaczy min, od zasypania, od spalenia żywcem… Potem są zdjęcia wielu ciał ludzi prawdopodobnie rozstrzelanych. Bohater łamiącym się głosem mówi do młodszego brata: Nie patrz…! Ale kamera uporczywie patrzy. Kamera patrzy nawet wtedy, gdy za obiektywem dochodzi do tragedii. Bo to, co przed obiektywem, musi być sfilmowane. Pamięć jest ważna. Pamięć o walczących w powstaniu jest bardzo ważna – o tych, co przeszli kanałami, o tym oddziale, który przemaszerował w zabranych Niemcom mundurach przez Ogród Saski, w którym stacjonowały oddziały wroga. I o innych, którzy wykazali się heroizmem, o jaki się być może nawet nie podejrzewali. Nie możemy mieć o tym pojęcia, choćbyśmy chcieli. Czasem dobrze jednak o tym pomyśleć: co zrobiłabym ze sobą w takich czasach, jak tamte. Na świecie są ludzie, którzy muszą o tym myśleć teraz, np. w Aleppo czy Homs.

Kamera pokazuje Umieranie. Miasta i Ludzi. Gwałtowne, w szalejącym ogniu i wśród krzyków przerażenia. Tego nie opowie nawet najlepiej zaplanowane muzeum. Pamięć o zwykłych mieszkańcach Warszawy, którzy nie walczyli, tylko żyli za wszelką cenę obok tych, co chcieli za wszelką (albo wielką…) cenę umrzeć, jest arcyważna. W tym filmie prawda przejmuje grozą do tego stopnia, że trudno mi już myśleć o powstaniu jako o romantycznym patriotycznym zrywie skojarzonym z piosenką Pałacyk Michla. Chwyciliśmy za broń. Obudziliśmy bestię, której bestialstwo nie było nam całkiem nieznane. Straciliśmy nadzieję pomocy. Ale to nie nasza wina, że bestia była bestią….

Inaczej patrzylibyśmy na tę ofiarę z żywej Warszawy, gdyby nagroda za tak wielkie poświęcenie przyszła od razu, gdybyśmy po wojnie znaleźli się po dobrej stronie Żelaznej Kurtyny.

W warstwie fabularnej jest to film o robieniu filmu. Starszy brat uczy młodszego fachu. Jednocześnie, mam wrażenie, chce zapobiec temu, aby ten młodszy brat, jeszcze właściwie dziecko, chwycił broń i poszedł walczyć. Tłumaczy, że swą pracą pomagają, tak samo, jak żołnierze, tylko w innej formie. To jest pole do dyskusji właściwie całkiem współczesnej. W świecie, w którym wszystko jest opowieścią, a o narratologii pisze się akademickie książki, powstaje pytanie, jak bardzo ten świat jest wyłącznie kreacją, w jakim stopniu opiera się na pamięci o tym, co było, a w jakim tylko na planowaniu tego, co ma być – ściśle według naszych wyobrażeń. Jak bardzo nawet nasza pamięć jest kreacją…? Czy w ogóle da się pokazać prawdę? Czy Muzeum Powstania Warszawskiego jest sceną w teatrze czy rzeczywistym pejzażem pamięci (czym jest pamięć, to już materiał na osobną opowieść)? Dlaczego trzeba pokazać współczesnym widzom pokolorowaną kronikę filmową, żeby uznać, że wreszcie opowiedziało się prawdziwą historię o powstaniu 1944? Gdyby nie uprzedzać nikogo, że ten film powstał z wybranych fragmentów autentycznych kronik, to czy siła jego oddziaływania byłaby taka sama? Dlaczego siedząca obok mnie w kinie dziewczyna najżywiej reagowała, gdy dwukrotnie na ekranie pojawiły się małe psy, takie kundelki starające się nie odłączyć od swego pana czy pani?

Operator kamery w Powstaniu Warszawskim przestaje inscenizować cokolwiek, gdy okazuje się, że kwatery jego biura już nie ma. Zniszczona. Nikogo w środku. Nie wiadomo, co się stało z Prezesem, jak nazywali swego szefa, i z innymi. Po tym, kamerzysta po prostu wychodzi w miasto, filmując wszystko, co widzi. Bez komentarza i poleceń, zresztą nie ma komu ich wydać. Siła tego, co widać, jest większa od najmocniejszych słów. Operator kamery opowiedział tym filmem prawdę – o sobie. Tak to widziałem. Tak to przeżyłem. To są moi bohaterowie. I tylko taka prawda jest ważna.

Powstanie Warszawskie to film, który się przeżywa. Dosłownie.

Magdalena Słaba

Lokajski_-_Stołówka_powstańcza_w_Adrii_(1944)

Najbardziej oczekiwany przeze mnie film tego sezonu – Powstanie Warszawskie. Temat, który nie może nie budzić emocji, nawet po 70 latach. Fenomen naszej historii rozpalający żar w ludziach, którzy nawet nigdy w Warszawie nie byli. Wciąż trwają żywiołowe dyskusje o tym, czy Powstanie było potrzebne i jak wyglądałaby Polska i Europa, gdyby część wojsk sowieckich nie stała przez blisko pół roku nad Wisłą mordując AKowców i czekając, aż Powstanie Warszawskie zostanie krwawo stłumione przez hitlerowców, albo gdyby do Powstania w ogóle nie doszło. Czy ci, którzy zginęli przeżyliby lata czterdzieste i pięćdziesiąte, czy pozostawili by po sobie inną spuściznę niż tę, którą otrzymaliśmy, w której dziś działamy.

Dużo pytań.

Film oglądałam w Krakowie. Byłam ciekawa reakcji ludzi, którzy na co dzień w Warszawie nie mieszkają a jeśli już, to pracują przez pięć dni i wracają do domów.

I oto na ekranie sali kinowej pojawiają się pierwsze klatki filmu. Miasto. Nie moje moje miasto. Tak obce i trudne do rozpoznania. Miasto, którego wygląd i historię znam ze zdjęć i opowieści.  Ulice podziurawione od bomb, domy zburzone, ostrzelane, szczerzące się do widza wybitymi oknami. Gdy po chwili się przyzwyczaić do widoku barykad w poprzek ulic i gruzowisk zaczynam rozpoznawać gdzie jestem. Tamka. Złota. Jasna. Aleje. Gruzy i groby. Wydawałoby się, że nikt tam nie mieszka. A jednak miasto żyje – pomimo codziennych łapanek i rozstrzeliwań – wśród ruin dzieci bawią się w wojnę, ludzie są odkopywani ze zbombardowanych domów. Zmarli są grzebani a żywi pieką chleb, biorą śluby, naprawiają ubrania, rodzą dzieci… Z pozoru normalne życie w całkowicie nienormalnych warunkach.

Wędrujemy z dwójką chłopaków podglądając fragmenty wydarzeń, które miały miejsce tak dawno. Tutaj ponownie ożywają, dzięki kolorowi, dźwiękowi, ludziom którzy wypowiadają słowa zrekonstruowane przez specjalistów, a częściowo fabularyzowane. Przygotowania do walki w czasie okupacji wojennej. Widzimy – cały czas przy odgłosach bombardowań – produkcję broni, budowę barykad, aprowizację, szpitale powstańcze, Zawiszaków przebiegających z pocztą. Takim Zawiszakiem był też mój tata – tam, na filmie są jego koledzy, rówieśnicy. Gdy patrzę na nich mam wrażenie, że to są moi znajomi, sąsiedzi, rodzina, mimo że oddaleni w czasie – połączeni przestrzenią, jestem ich córką i wnuczką. To jest moje dziedzictwo, to moja pamięć i tożsamość.

Po paru chwilach, na nowo oswojona już z widokiem Warszawy, tej wojennej Warszawy, wpatrywałam się w twarze ludzi, myśląc że może gdzieś rozpoznam stryjecznych dziadków, którzy walczyli w Powstaniu ale też kuzynów, którzy ukrywali się w piwnicach i nie chcieli walczyć, chcieli po prostu przeżyć – choćby jeszcze jeden dzień. Wpatrywałam się z nadzieją, że może choć przez chwilę, bo przecież oni tez tam byli, gdzieś poza kadrem może przez moment…

***

Wybuch Powstania to po prostu wzięcie broni i wyjście do walki. Dopiero po paru chwilach zdajemy sobie sprawę że to już, to właśnie się zaczęło… To Powstanie pokazane jest jak coś tak całkowicie oczywistego i naturalnego, bez spekulacji i rozmyślań czy tak być powinno, bez żadnych komentarzy, bez wielkich haseł i spektakularnych gestów. W jednej chwili żołnierze przygotowują się do walki, a w pewnym momencie widzimy zabitych i rannych trafiających do szpitali, nasilone odgłosy wystrzałów. Komentarz do filmu chwilami jest tak skrótowy, że aż brakuje jakiegoś doopowiedzenia na co patrzymy, jak wtedy gdy oglądamy stłoczonych ludzi słuchających radia, albo gdy pada zaledwie jedno zdanie, że gdy tutaj trwa walka sowieci stoją na drugim brzegu Wisły.

Dzisiejsze spekulacje historyczne często nie mają wiele wspólnego z ówczesnymi realiami, z którymi przyszło się zmierzyć Warszawiakom – i powstańcom i cywilom, zarówno tym pomagającym walczącym, jak i tym, którzy tylko chcieli przeżyć. Powstanie Warszawskie, lot ognistego Ikara, pozwala każdemu zobaczyć i poczuć to, co się wtedy działo. I jak walczyło i umierało miasto. Jak walczyli i umierali ludzie, tak zwyczajni jak ci, którzy ten film obejrzą. Jak kryli się przed bombami, odkopywali ciała zabitych, aż do momentu, gdy nie było już komu chować umarłych. Jak w schronie w czasie bombardowania, z tak charakterystycznie zobojętniałym wyrazem twarzy czekali czy to właśnie dzisiaj, za chwilę umrą.

Choć film jest tak oszczędny w tłumaczeniu przedstawianej rzeczywistości, jednak gdy wychodziłam z kina – wszyscy długą chwilę milczeli. I przez moment Kraków był warszawski a widzowie zdawało się – Warszawiakami.

Bo właśnie w tym wszystkim paradoksalnie jest największe bohaterstwo Powstania Warszawskiego, w tej pozornie zdemitologizowanej historii kryje się źródło Opowieści. W tej niezwyczajnej zwyczajności, w czasie kiedy panowało szaleństwo, oni wszyscy pozostali ludźmi, bo tylko człowieczeństwo zawarte w prostych prawdach pozwalało przetrwać, nawet gdy się ginęło. Warszawiacy stali się bohaterami przez czyny a nie deklaracje. Nie sienkiewiczowsko, ze sztandarami, hasłami, i pieśnią na ustach. A roześmiani młodzi ludzie i przerażeni, i zmęczeni, i zrezygnowani. Żywi i umarli.

I tak sobie myślę czy my, teraz, wobec rzeczywistości, którą sobie stworzyliśmy, również ze spuścizny tych, którzy tam zginęli, zginęli bohatersko, nawet jeśli nie walczyli, nie pomagali a po prostu trwali – czy my dzisiaj umielibyśmy w tak prosty sposób wobec szaleństwa wojny, która toczy się wokół nas, wstać i iść walczyć o wolność – bez wielkich słów i deklaracji, bez analizowania i szukania wymówek. I słowo daję, że nie wiem, ale chcę wierzyć, że pamięć o Powstańcach i bezimiennych Warszawiakach, którzy zginęli w tamtym czasie, umiałaby wykrzesać z nas taką samą siłę, jaką mieli Oni.

Umarli, a jednak nie przegrani.

Anna Białoszewska

zdjęcie nagłówkowe: żołnierze Parasola, ul. Warecka

fot. w tekście Lokajski: Stołówka powstańcza w Adrii

Pierwszy raz na Wszystko Co Najważniejsze?

Aby nie ominąć istotnych tekstów, raz w tygodniu w niedzielę rano wysyłamy newsletter. Zapraszamy do zapisania się:

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam