
Indie – zero, pieprz i spór o tożsamość
Gdy obserwuję indyjskie spory o tożsamość, nasze polskie wydają się dziecięcą igraszką. Dawne Indie Brytyjskie zostały podzielone na hinduistyczne Indie i muzułmański Pakistan. Rozwód był bolesny i krwawy. Dziś są to dwa wrogie państwa, oba posiadające broń atomową. To tak, jakby podzielić Polskę na prounijną i suwerenistyczną i obie uzbroić w atomówki – pisze Jan ŚLIWA
.W ostatnich latach Indie podnoszą głowę i zdobywają jedno z czołowych miejsc w światowej hierarchii. Może niektórzy myślą, że Hindusów jest dużo i to wszystko. Boso chodzą, produkują taniochę. Tak też niedawno myślano o Chinach. Indie są jednym z tych krajów, które pamiętają, czym były niegdyś, i są przekonane, że stosowna pozycja im się należy. Nie za darmo – ciężką pracą. Ale Hindusi wiedzą, że są do tego zdolni.
Od XIX wieku Indie były pod dominacją brytyjską. Były co prawda perłą w koronie brytyjskiej, ale działały daleko poniżej swoich możliwości i stawały się coraz biedniejsze. Są opinie o cywilizacyjnej roli Brytyjczyków (koleje, uniwersytety, demokracja parlamentarna), bliższy rzeczywistości jest obraz Kompanii Wschodnioindyjskiej, niemiłosiernie wyzyskującej podbity subkontynent. Przed okresem brytyjskim Indie były pod dominacją muzułmańską, mówimy o imperium Wielkich Mogołów. Indie były potężne, ale zdominowane przez obcą kulturę. Trwało to jednak kilkaset lat, więc nakładka islamska stała się integralnym elementem Indii – a może nie?
Przedtem przez tysiąc lat rozkwitała kultura hinduska, od króla Aśoki w III wieku przed Chrystusem do podboju mongolskiego w XIII wieku po Chrystusie. W swojej nowej książce The Golden Road: How Ancient India Transformed the World szkocki historyk William Dalrymple przedstawia to tysiąclecie, gdy Indie były gospodarczym i kulturalnym centrum świata. No, powiedzmy – jednym z kilku. Dalrymple, właściwie sir William Dalrymple, pochodzi z dobrej rodziny, której koligacje zajmują spory akapit w Wikipedii. Do jego przodków należy indyjska księżniczka. Mimo swojego tytułu, którego nie używa, chodzi w rozpiętych koszulach jak robotnik budowlany. Pisze za to ważne książki, jest znawcą Indii. Za książkę o Afganistanie Powrót króla otrzymał Nagrodę Hemingwaya oraz Nagrodę Kapuścińskiego.
Indie w historii świata znajdują się na uboczu. Dalrymple pokazuje mapę, na której ze szczegółami przedstawiony jest Jedwabny Szlak przez Azję Środkową do Chin, a szlak morski dorysowany jest linią przerywaną jako coś drugorzędnego. Prowadzi dookoła Indii, nawet ich nie dotykając. Na mapie nie widać żadnego indyjskiego miasta. Gdy tymczasem spojrzymy na mapę znalezisk rzymskich monet, to poza samym cesarstwem i jego pograniczem widzimy wielkie skupienia na wybrzeżu Indii. Indie były jednym z najważniejszych partnerów Rzymu. „W Indiach, czyli nigdzie” – podobnie jak z Polską. Wpadł mi w ręce kiedyś atlas historyczny, gruby, kilkaset stron. Polskę można było znaleźć z najwyższym trudem, chyba na dwóch arkuszach.
Centrum globalnego handlu
.Położenie geograficzne Indii jest bardzo korzystne. Znajdują się na ważnych szlakach handlowych, łączących wschód z zachodem. W obu kierunkach mamy morza, na których dominują regularne wiatry. Zimowy monsun prowadzi na zachód, na wschodnie wybrzeże Afryki, do Etiopii, Zatoki Perskiej i na Morze Czerwone. Monsun letni pozwala na powrót. Morze Czerwone było drogą do Egiptu, a od Aleksandra Wielkiego, a potem Cezara przez kilka stuleci poprzez Egipt do świata greckiego i rzymskiego. Od wschodniej strony droga była otwarta do Azji Południowo-Wschodniej i Chin. Wystarczy spojrzeć na objuczonego wielbłąda i wypełniony towarami statek, by zrozumieć, o ile bardziej opłacany był transport morski.
Co roku setki statków pokonywały tę trasę i ocenia się, że dochody z ceł na towary z Indii dawały nawet jedną trzecią dochodów cesarstwa. Ważnym portem była Berenike w Egipcie, na wybrzeżu Morza Czerwonego. Odnaleziono tam ceramikę z Hiszpanii, kadzidło z Arabii, paciorki z Wietnamu i Jawy, indyjskie perły, tkaniny, przyprawy, a nawet kości słoni i małp. Analogiczne świadectwa intensywnej wymiany znaleziono na wybrzeżu Indii. Pewien pochodzący z Egiptu papirus zawiera listę towarów transportowanych z Indii przez statek Hermapollon. Były tam 4 tony kości słoniowej, wartej 7 milionów sestercji. Rzymski żołnierz otrzymywał 800 sestercji rocznie, a kandydat na senatora musiał się wykazać majątkiem o wartości jednego miliona. Do tego było tam 790 funtów tkanin, 80 puszek olejku nardowego i wiele innych rzeczy. Olejek nardowy wytwarzany jest z zioła rosnącego na himalajskich łąkach. Wspomina o nim Ewangelia wg św. Jana (12,3-5). Maria, siostra Marty i Łazarza, namaściła takim olejkiem stopy Jezusa, co wzbudziło oburzenie Judasza, jako że olejek wart był 300 denarów. Łącznie statek wiózł 150 ton ładunku o wartości 131 talentów. Był tak cenny, że na pokładzie był oddział łuczników do obrony przed piratami.
Pliniusz Starszy, ten sam, który zginął podczas wybuchu Wezuwiusza, narzekał, że tyle złota płynie z Rzymu do Indii na zbyteczne towary luksusowe, jak klejnoty i przejrzysty jedwab, w który nieskromnie owijają swoje ciała Rzymianki. Interes kręcił się doskonale – w Pompejach swój sklep miał niejaki Furius, faber et negotiator eborarius, wytwórca i handlarz wyrobów z kości słoniowej.
Po upadku cesarstwa rzymskiego handel na tym kierunku się załamał, chociaż ważne też było afrykańskie wybrzeże Swahili, gdzie indyjskie wpływy trwają do dziś. Żeglarze i kupcy przerzucili się na kierunek wschodni – obecną Tajlandię, Kambodżę (państwo Khmerów), Indonezję i Chiny. Oczywiście po tych wodach pływali również inni – Arabowie, Persowie, Chińczycy i Malaje.
Promieniowanie kultury
.Kontakty handlowe prowadzą do wymiany kulturalnej, „Wandel durch Handel”, jak mówią Niemcy. Ponieważ Indie w sferze kultury miały wiele do zaoferowania, w Azji Południowej i Wschodniej powstała znacząca Indosfera. Indie były dla tego regionu tym, czym była Grecja dla Rzymu. Państwowo często rozczłonkowane, miały potężną moc promieniowania kulturalnego.
Ważnym momentem był rok (ok.) 250 przed Chrystusem, gdy po krwawej wojnie król Aśoka przejrzał i przeszedł na buddyzm. Mówi się, że z jego pacyfizmem po nawróceniu to trochę koloryzowanie, podobnie jak z chrześcijaństwem Konstantyna Wielkiego. Aśoka rozpoczął zakrojoną na szeroką skalę działalność misyjną. Powodowało to rozprzestrzenianie się kultury indyjskiej i sanskrytu, którego atutem było jego piękno i wielka literatura – znowu podobnie jak z greką. Buddyzm stał się dominującą religią w Chinach, Japonii i Azji południowo-wschodniej, choć w samych Indiach jego znaczenie zmalało. Równolegle promieniował też hinduizm, który do dziś obecny jest na wyspie Bali. Borobudur, największa buddyjska świątynia świata, leży na Jawie w Indonezji. Z kolei Angkor Wat, największy hinduistyczny zespół świątynny, znajduje się w Kambodży, w dawnym imperium Khmerów. Wszystko się wiąże i przeplata. Znana na Zachodzie japońska medytacja zen to po chińsku chan, a w sanskrycie dhjana. Oczywiście pierwotny jest sanskryt.
Wróćmy do naszych Greków i Rzymian. Zaskakująco mało obecne w naszej świadomości są greckie królestwa w północnych Indiach.
Po podbojach Aleksandra Wielkiego na terenie obecnego Pakistanu powstały królestwa, w których przenikała się kultura grecka oraz indyjska – hinduizm i buddyzm. Trwały one kilka wieków, formalnie do roku 10 po Chr., ale interakcja kulturalna trwała dłużej. Jeżeli chodzi o sztukę, warto poszukać hasła „Gandhara”. Możemy zobaczyć korynckie kapitele ze słoniami, figury Buddy w rzymskich szatach itp. Strefą kontaktu między Rzymem a Indiami były egipskie wybrzeże Morza Czerwonego i Aleksandria. Nie jest wykluczone, że ascetyczni mnisi, żyjący w pierwszych wiekach chrześcijaństwa na egipskiej pustyni, mogli znać idee buddyzmu.
Matematyka – od zera do nieskończoności
.Indie odegrały wielką rolę w rozwoju matematyki. Ze względu na odległość i bariery językowe nie za dużo do nas dotarło. Na pewno dotarły do nas cyfry indyjskie, nazywane u nas arabskimi ze względu na arabskich pośredników. No i oczywiście zero.
Zero jest bardziej złożone, niż się myśli. Ma następujące funkcje:
- wartość (czegoś nie ma),
- rozdzielacz między wartościami poniżej i powyżej poziomu odniesienia,
- nic (puste miejsce) na określonej pozycji w systemie pozycyjnym,
- pełnoprawna liczba z wszystkimi operacjami.
.Egipcjanie stosowali symbol nfr (piękny) na poziom odniesienia, np. przy budowie piramid. Babilończycy mieli sześćdziesiątkowy system pozycyjny z markerem na pustej pozycji. Uważa się, że dopiero w Indiach zero stało się pełnoprawną liczbą. Opierając się na ramionach poprzedników, dokonał tego Brahmagupta w VII wieku. Pojęcie to nazwano siunja, czyli pustka, nicość. W filozofii indyjskiej nie budzi takich oporów jak w europejskiej, gdzie nicość ma w sobie coś szatańskiego. W arabskim zero nazywa się sifr, stąd cyfra i szyfr. Do Europy dziesiętny system z zerem wprowadził w XIII wieku włoski matematyk Fibonacci z Pizy, w swojej księdze Liber abaci. Był synem włoskiego kupca i urzędnika celnego, wychowywał się w obecnej Algierii. Tam poznał system indyjsko-arabski, który był bardzo przydatny przy rozliczeniach „winien-ma”. Dla kupca filozofia nie była przeszkodą, trzeba było prosto i szybko liczyć. A sama nazwa ewoluowała: sifr – zefiro – zevero – zero. Fibonacci napisał też o zastosowaniach, takich jak stopy procentowe czy podwójna buchalteria. Stąd krok do banku Medyceuszy i sponsorowania renesansu.
Oczywiście indyjscy matematycy nie zajmowali się tylko zerem. Brahmagupta zajmował się algebrą, podał wzory na rozwiązanie równania kwadratowego, które pamiętamy (powinniśmy pamiętać) ze szkoły. Zastanawiano się, co może znaczyć dzielenie przez zero. Dopiero Bhaskara młodszy w XII wieku stwierdził, że wynikiem będzie nieskończoność. Również nieskończoność (ananta) nie budziła u indyjskich matematyków fundamentalnych oporów. Zauważyli, że nie ma czegoś takiego jak „największa liczba”. Dorobek indyjskich matematyków i astronomów jest olbrzymi, często prekursorski, a w każdym razie nieustępujący europejskim. Barierą był i jest język, a raczej języki oraz notacje. Nawet dawne prace w kręgu europejskim nie używają obecnej symboliki lub zamiast wzorów przedstawiają wyniki opisowo. Wyobraźmy więc sobie opis problemu matematycznego w sanskrycie czy malajalam, zwłaszcza wierszem.
I tu skończymy naszą dyskusję, ponieważ musielibyśmy rozważać szeregi Taylora lub równania diofantyczne, a nie jest to traktat matematyczny.
Spór o tożsamość
.Gdy obserwuję indyjskie spory o tożsamość, nasze polskie wydają się dziecięcą igraszką. Dawne Indie Brytyjskie zostały podzielone na hinduistyczne Indie i muzułmański Pakistan. Rozwód był bolesny i krwawy. Dziś są to dwa wrogie państwa, oba posiadające broń atomową. To tak, jakby podzielić Polskę na prounijną i suwerenistyczną i obie uzbroić w atomówki. W Polsce była to retoryka, w Indiach takie są fakty. W indyjskim formularzu wizowym najbardziej dociekliwe pytania dotyczą ewentualnych kontaktów z Pakistanem. Na nasze wyglądałoby to tak: „Jedzie Pan do Poznania – czy ma Pan wujka w Rzeszowie? No to Pan nie wjedzie”.
W Indiach podręczniki szkolne dopuszczane są przez komitet NCERT (National Council of Educational Research and Training). Jak się łatwo domyślić, jest to pole zajadłych sporów ideologicznych. I tak w latach 2002–2003 rząd Indyjskiej Partii Ludowej (Bharatiya Janata Party, BJP) chciał przeciwstawić się dominacji eurocentrycznego kolonialnego punktu widzenia i światopoglądu marksistowskiego oraz ugruntować edukację na tradycji indyjskiej. Krytycy złośliwie nazwali proces ten szafranizacją, od szafranu, świętego koloru w hinduizmie. Od 2004 r. rząd Indyjskiego Kongresu Narodowego odwracał ten trend, przy czym w poszczególnych stanach sytuacja zależała od lokalnego rządu. Od roku 2014 rządzi znowu BJP i premier Narendra Modi, programy odkręcane są więc znowu w kierunku ideologii hindutva, hinduskości.
Widzimy tu dobrze znany spór ojkofilów z ojkofobami. Lista punktów spornych jest olbrzymia. Obecnie wychodzą nowe podręczniki komitetu NCERT, spór jest gorący. Przeciwnicy twierdzą, że ich autorzy piszą historię na nowo, a zwolennicy argumentują, że dopiero teraz powstaje niezakłamana historia. Konflikt dotyczy m.in. panowania muzułmańskich Mogołów (1526–1857). Dotychczas podkreślano potęgę państwa i jego rozwój pod rządami Babura (1526–1530), a zwłaszcza Akbara (1556–1605). W tym okresie zbudowano mauzoleum Tadź Mahal, główną atrakcję turystyczną Indii. Autorzy podręczników przypominają m.in. burzenie świątyń indyjskich przez Babura, oblężenie przez Akbara miasta Chittaurgarh (1567–1568) i masakrę 30 tysięcy Hindusów. Z nowszych wydarzeń polemika dotyczy 10 zamachów terrorystycznych w Mumbaju w 2008 roku, w których zginęło 175 osób. Autorzy uważają, że fakty takie zamiatane są pod dywan, i mają tego serdecznie dość.
Podręczniki typu Historia i teraźniejszość przy zmianie władzy zmieniają się więc radykalnie, ale dyskusja dotyczy również np. matematyki. Nie chodzi tu o metodę rozwiązywania równań kwadratowych, ale o to, kto co odkrył i kto jest ważniejszy. Dotychczas matematyka była przedstawiona jak w podręcznikach europejskich, dokonania matematyków indyjskich były tematem marginalnym. Nowe podręczniki mają to zmienić. Złośliwi przypomną sowieckie podręczniki, w których wszystkich wielkich odkryć dokonali Rosjanie. Czasem był to ktoś piszący tylko dla siebie w syberyjskiej wiosce, ale zawsze. Ale problem jest również dla nas znany – przykładem jest spór o złamanie szyfru Enigmy: Turing czy Rejewski, Różycki i Zygalski?
Ojkofobowie jednak wszędzie wietrzą nacjonalizm. Weźmy dla przykładu takich matematyków jak Brahmagupta, Arjabhata, Bhaskara starszy i młodszy, Varahamihira lub Madhava, założyciel matematycznej szkoły w Kerali. Kto ich zna? Pytanie było podchwytliwe – z dzieciństwa pamiętam zbiór ciekawostek matematycznych Lilavati Szczepana Jeleńskiego. To imię córki Bhaskary młodszego i również tytuł jego książki. To jednak wyjątek, wiedza dla specjalistów. Nowszym przykładem jest wybitny matematyk Srinivasa Ramanujan (1887–1920), który najpierw był traktowany jako biedny dziwak z Indii Brytyjskich i dopiero prof. Godfrey Hardy w Cambridge potraktował go poważnie. Upłynęło sporo czasu, zanim został uznany za samodzielnego geniusza. Rozumiem więc, że o uznanie trzeba aktywnie powalczyć. Samo „bądź dobry, to cię docenią” nie wystarcza.
Na konflikt między tradycją hinduską i islamską nakłada się radykalna różnica między północą i południem. Północ mówi językami indoeuropejskimi, pochodzącymi od sanskrytu (hindi, pendżabi, bengali…), a południe językami drawidyjskimi (tamil, kannada, malajalam…). Nie są wzajemnie zrozumiałe, niewiele się w tym kierunku robi. W Szwajcarii na ogół spotykam się z Tamilami i gdy chcę na nich wypróbować moich kilka zdań w hindi, nie daje to efektu, nawet „dzień dobry, jak się masz” nie funkcjonuje. Spoiwem jest język angielski, język kolonizatorów. Podobnie w Związku Sowieckim Łotysz mógł się porozumieć z Buriatem po rosyjsku. Język angielski jest dla Hindusów ważny, ponieważ pozwala na wyjście na świat, daje im przewagę nad Chińczykami. Obecny hindi jest potwornie zaśmiecony angielskimi wtrąceniami, zupełnie zbytecznymi. Nagle pojawiają się słowa: „fact number two / army oficer / national security advisor / top singers / powerful title track”. Prawdopodobnie połową mózgu myślą po angielsku, jak w Polsce informatycy i korpoludki.
Macaulayizm, syndrom Pinkertona i inne formy (samo)poniżania
.Angielskie nastawienie do Indii wyraża stwierdzenie Thomasa Macaulaya, urzędnika angielskiej administracji Indii: „Jedna półka dobrej europejskiej biblioteki jest warta tyle, co cała literatura Indii i Arabii”. Macaulay był przekonany o wyższości zachodniej cywilizacji i był w tym konsekwentny – dążył do równego prawnego traktowania Anglików i Hindusów. Widział w swojej działalności misję cywilizacyjną: chciał stworzyć klasę osób „o indyjskiej krwi i kolorze skóry, ale o angielskim smaku, poglądach, moralności i intelekcie”. Ich zadaniem miałoby być wzbogacenie lokalnych dialektów o zachodnią terminologię, tak by pozwalały na przekazywanie wiedzy masom indyjskiej ludności. Przekaz miałby następować wyłącznie w jednym kierunku. Tysiące lat kultury Indii to tylko zbiór przesądów.
Przejęcie zachodniej nauki jest ważne – w ten sposób Japończycy w drugiej połowie XIX wieku przejęli zachodnią naukę, by w 1905 r. pokonać Rosję na morzu, a potem stworzyć Sony i Toyotę. Gdy jednak następuje to odgórnie, ma w sobie element poniżania i samoponiżania ze strony pouczanych. Hindusi mieli uważać, że przez stulecia (tysiąclecia?) nie robili nic, czekali tylko, aż ktoś ich skolonizuje.
Od nazwiska Macaulay pochodzi „macaulayizm”, termin określający uniżoność wobec Zachodu. Oznacza on też obecny do dziś trend w szkolnictwie, gdzie wszystko stworzone w Indiach przez Hindusów to tylko przypis do zachodniej filozofii, historii i kultury. Inny termin to hīnabhāvanā, kompleks niższości. W Chinach pojęcie to znane jest jako chóngyáng mèiwài (崇洋媚外). W Singapurze mówi się o syndromie Pinkertona – w operze Madame Butterfly piękna Japonka dowartościowana jest dopiero, gdy zainteresuje się nią amerykański oficer Pinkerton.
Te stulecia mentalnej podległości budzą opór, czasem prowadzący do przegięcia w drugą stronę. Tak jak mam dystans do wokistowskiej dekolonizacji, jako Polak rozumiem to doskonale.
Warty uwagi jest Sanjeev Sanyal, autor kilku książek, w tym The Indian Renaissance: India’s Rise After A Thousand Years of Decline. Jest młody (dla mnie), rocznik 1970, krytykuje socjalizm epoki Nehru-Gandhi, energicznie propaguje idee „hinduskości” (hindutva). Poglądy i argumenty jego zwolenników i przeciwników są analogiczne do używanych w podobnej dyskusji w Polsce. Zmieniają się tylko rekwizyty. Jest aktywny w mediach. Jest inicjatorem rekonstrukcji statku opartego na malowidłach w jaskini Adżanta z V wieku. Statek już istnieje, nazywa się INSV Kaundinya, wykonany jest techniką szycia, gdzie deski są łączone liną, bez użycia gwoździ. Wyruszył w swój dziewiczy rejs 29 grudnia 2025 r. starą trasą z portu w stanu Gujarat na zachodnim wybrzeżu do Omanu. Hindus potrafi.
Indyjskie światowe elity
.Anglicy próbowali przekształcić Hindusa w sługę podającego z uniżonym pokłonem na srebrnej tacy herbatę (oczywiście o piątej, five o’clock tea) białemu sahibowi. Tymczasem role się odwracają. Teraz to Hindusi podbijają świat. Pakistańczyk Sadiq Khan jest merem Londynu, Indo-Ugandyjczyk Zohran Mamdani jest burmistrzem Nowego Jorku. Matka Kamali Devi Harris była Tamilką, jej ojciec jest Afro-Jamajczykiem. Amerykańska druga dama Usha Bala Vance pochodzi z braminów narodowości Telugu, jej rodzice noszą piękne imiona Radhakrishna i Lakshmi.
Indyjskiego pochodzenia jest ponad 20 managerów firm o miliardowych obrotach: Sundar Pichai (Google, Alphabet), Satya Nadella (Microsoft), Vasant Narasimhan (Novartis) i inni. W samych Indiach potężni są magnaci przemysłowi Lakshmi Mittal i Ratan Tata oraz tacy miliarderzy jak Kalanithi Maran i Mukesh Ambani (16. najbogatszy człowiek na świecie, 113 miliardów dolarów). Nie znacie ich? To ich jeszcze poznacie. Indyjscy managerowie są dobrze wykształceni, studiowali na dobrych uniwersytetach, zwłaszcza jeżeli pochodzą z zamożnych rodzin. Są obyci w świecie, znają języki, są otwarci i dynamiczni. Z drugiej strony pracownicy skarżą się na ich trudny do wytrzymania, autorytarny styl zarządzania. Od dziecka przyzwyczajeni do pracy na okrągło, zorientowani na sukces i hierarchię, oczekują od pracowników, by pracowali jak szaleni, jak maszyny. Coś za coś.
Oprócz dyrektorów mamy zastępy średnich i szeregowych informatyków. Centrum indyjskiej Doliny Krzemowej znajduje się w Bengaluru (Bangalore) w stanie Karnataka. Językiem jest tam drawidyjski język kannada, który z Kanadą nie ma absolutnie nic wspólnego. Ze względu na intensywne kontakty kadry IT z zagranicą miasto jest czyste i zadbane.
W Indiach istnieją takie miasta jak centrum hinduizmu Waranasi (Benares), gdzie na każdym kroku jest jakiś guru, po ulicach chodzą święte krowy, a bezpańskie psy publicznie uprawiają życie seksualne. Przy zachodzie słońca nad Gangesem śpiewane są mantry, a na brzegu palone są zwłoki, co można obejrzeć, a nawet za drobną łapówką dyskretnie sfotografować. Z drugiej strony powstaje nowoczesny przemysł – informatyczny, wojskowy i kosmiczny. Na amerykańskich uniwersytetach mnóstwo jest indyjskich doktorantów. Niektórzy zostają, inni zakładają startupy u siebie, zawsze są w kontakcie. Ameryka bez indyjskich specjalistów miałaby poważny problem.
Dhurandhar – twarz nowych Indii?
.5 grudnia 2025 r. na ekrany kin wszedł film akcji Dhurandhar i szturmem zdobył widownię. Przedstawia akcję antyterrorystyczną, w której indyjski agent przenika do kryminalnych i politycznych kręgów w Pakistanie. Film przeplata wydarzenia rzeczywiste z fikcją – dla niektórych to wada, dla innych zaleta. Akcja odwołuje się do takich zdarzeń, jak uprowadzenie indyjskiego samolotu (1999), atak na indyjski parlament (2001), zamachy terrorystyczne w Mumbaju (2008) i walka z gangami w Lyari, dzielnicy Karaczi. Jak się łatwo domyślić, zbiorowym szwarccharakterem jest Pakistan. Film jest oczywiście zakazany w Pakistanie, ale w Pakistanie od 2019 r. zakazane są wszystkie filmy indyjskie. Mimo to w Pakistanie krążą (na razie) 2 miliony pirackich kopii. Dhurandhar przedstawia dzielnicę Lyari jako siedlisko gangów i terrorystów. Pakistan planuje na styczeń 2026 r. filmową odpowiedź Mera Lyari, gdzie będzie ona pokazana jako miejsce kultury, siły i nadziei. Z kolei Indie planują na marzec 2026 r. sequel Dhurandhar 2. Takie przekomarzanki między sąsiadami.
Film trwa prawie 2,5 godziny. Jeżeli ktoś chce się wczuć w oryginalną atmosferę, tu dostępna jest (legalnie?) kompletna wersja w hindi (od 12 grudnia do 2 stycznia ponad 13 mln wyświetleń) [LINK]
Jest wyzwaniem dla tradycyjnego Bollywoodu – dużo realizmu, mało bajki, dużo przemocy, mało tańców. Dla niektórych jest wyrazem stłumionej indyjskiej dumy, dla innych agresywnego nacjonalizmu, pasującego do rządów Narendry Modi. Najwyraźniej trafił doskonale w indyjską podświadomość, jego sukces daleko wykracza poza normalny sukces kinowy. Indyjski internet huczy od dyskusji na jego temat.
Gdy się patrzy na to trochę z góry, nie jest to takie szokujące. Amerykańskie filmy wojenne miały zawsze funkcję propagandową, czasem odgórnie narzucaną. Teraz Inni chcą nadrobić opóźnienie. W Chinach popularny jest film Wolf warrior, gdzie pokazują swoją siłę chińskie służby specjalne. Jego nastawienie odzwierciedla wilczą dyplomację ery Xi Jinpinga. Teraz kolej na Indie.
Takie czasy. Indie od niedawna są najliczniejszym narodem świata. Nie chcą być potulnym ubogim krewnym. Będziemy musieli się z tym liczyć.
Uwaga lingwistyczna:
Słowo „Dhurandhar” oznacza: silny, mężny. Kojarzy się z „Durandal”, nazwą miecza Rolanda, bohatera pieśni o walkach z Saracenami. Przypadek czy dalekie indoeuropejskie pokrewieństwo?
Literatura
William Dalrymple „The Golden Road: How Ancient India Transformed the World”, 2024
Arun Bala i Prasenjit Duara „The Bright Dark Ages”, 2016




