Ćwiczenia z obecności czyli Wyprawa Tolkienowska 2016 (cz. III)

Magdalena SŁABA

Prawniczka, Warszawianka, fanka wycieczek, zapamiętała miłośniczka Tolkiena, muzyki dawnej i kina europejskiego.

zobacz inne teksty autora

Magdalena SŁABA: Ćwiczenia z obecności
czyli Wyprawa Tolkienowska 2016 (cz. III)

Jak tu zwiedzać Edynburg, najpiękniejsze miasto Europy, po takich przeżyciach?!

Można zrobić tak.

Po grupowym portrecie pod zamkowym wzgórzem należy wejść na to wzgórze i znaleźć bar podający fish and chips oraz cydr. Gdy wychodzę na ulicę zadowolona po dobrym posiłku w kompletnie pustej restauracji, spotykam dudziarza w zielonym kilcie, grającego dla przechodniów, szczególnie dla pewnej małej dziewczynki, zaczarowanej może nie tyle muzyką, co samym zainteresowaniem ze strony dudziarza.

Potem należy pójść na Royal Mile, ulicę w samym sercu Starego Miasta rozciągniętą między Zamkiem a pałacem Holyrood, aby zakupić elegancki szaliczek z kaszmirowej wełny. Dostarcza mi to dużej przyjemności obcowania z lokalnym rękodziełem oraz anglojęzyczną sprzedawczynią o hinduskiej urodzie, którą rozumiem bez problemu nawet wtedy, gdy przekazuje mi całą dostępną wiedzę na temat ręcznego prania kaszmiru.

Potem trzeba spacerem przez most z przepięknymi widokami na miasto przejść pod pomnik Waltera Scotta, a następnie do katolickiej katedry pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny Wniebowziętej przy York Place, aby o 19.30 zamknąć tę niezwykłą niedzielę dziękczynieniem.

Potem jeszcze trzeba dojść do autokaru, podziwiając po drodze Arthur’s Seat, czyli górę króla Artura i łykając z żalem wiadomość, że do pomnika polskiego niedźwiedzia Wojtka jest już zbyt daleko.

Koniec.

No, niezupełnie.

Nie można bowiem zapomnieć o restauracji, w której J. K. Rowling pisała przygody Harry’ego Pottera. The Elephant House na moście Jerzego IV podaje dobrą kawę, co właściwie nie dziwi, bo kierownikiem zmiany jest Polka! Wielu autorów tworzy w podobnych miejscach. Zabierają laptopy do stolika w barze i piszą wśród gwaru rozmów i szumu kawowych ekspresów. Słyszałam, że Jo Nesbø regularnie chodzi pisać do najbliższej restauracji. Coś w tym musi być, ale dotąd nie udało mi się ustalić, co to takiego. Prawdopodobnie wymieni autorzy są ekstrawertykami i dla zaczerpnięcia energii do życia i tworzenia potrzebują innych ludzi przynajmniej w zasięgu wzroku. Jak wiemy z biografii Carpentera, Tolkien pisał na maszynie do pisania albo ręcznie, we własnym domu, na tzw. papierze oksfordzkim, czyli dobrej jakości papierze wziętym z niewykorzystanych uniwersyteckich arkuszy egzaminacyjnych, no i najczęściej nocą. Bo był zajętym człowiekiem…

DSC_2726

.A już zupełnie nie można zapomnieć o piesku Bobbym z klasztoru franciszkanów. Bobby, pies rasy skye terrier, przez czternaście lat mieszkał i czuwał na… grobie swego właściciela, Johna Graya. Na cmentarzu przy dawnym klasztorze franciszkanów Bobby ma swój nagrobek, na który ludzie przynoszą mu patyki, piłeczki i inne zabawki. Tuż obok, przy Bobby’s Bar, pies ma też pomnik. Nos psa jest starty tak, że błyszczy na złoto. Niektóre psy lubią mizianie po nosie…

Wracam po chwili na ten cmentarz. Niedaleko Bobby’ego mają swoje miejsce spoczynku jego właściciel (ukochany nawet, gdy był już prochem…) oraz człowiek, który czuwał nad psem, gdy ten czuwał nad swym panem, przyjaciel Bobby’ego, James Brown Sexton. Gray zmarł w 1858 roku, Brown w 1868. Greyfriars Bobby odszedł 14 stycznia 1872 roku w wieku 16 lat. Na nagrobku  pieska, postawionym w 1981 roku, zostawiono napis: LET HIS LOYALTY AND DEVOTION BE A LESSON TO US ALL – Niech jego lojalność i oddanie będą lekcją dla nas wszystkich. Nie bądźcie zdziwieni, gdy kiedyś na moście Jerzego IV w Edynburgu zobaczycie bezdomnego mężczyznę z psem. Psom wcale nie jest daleko do aniołów…

Czy Tolkien był kiedykolwiek w Edynburgu? Ano tak. Na przykład na początku kwietnia 1949 roku brał tu udział w konferencji naukowej, do której nawiązuje w swym liście z 4 maja 1949 roku. Problem w tym, że 5 kwietnia 1949 roku C. S. Lewis napisał w liście do Edwarda Allena Unwina, że Tolkien pojechał do Edynburga, by dać serię wykładów. Może po prostu w swym liście Tolkien nie przyznał się, że występuje w charakterze prelegenta? Latem 1973 roku, na dwa miesiące przed śmiercią, Tolkien podróżował do stolicy Szkocji wraz z córką Priscillą, aby odebrać honorowy doktorat z literatury od edynburskiego uniwersytetu. Zatrzymali się w Invertiel Hotel przy Blacket Place, ale byli goszczeni przez rodzinę dawnego studenta Profesora, Angusa MsIntosha.

Tolkien wiele razy podróżował do Szkocji, ale, jak pisał, nie był nigdy dalej, niż na północ od rzeki Tay. Tay zaś płynie tylko nieco na północ od St Andrews.

poniedziałek 9 maja wjeżdżamy mostami na Firth of Forth.

Nad Firth of Forth, zatoką Morza Północnego oddzielającą Edynburg od Fife, a jednocześnie ujściem rzeki Forth, wznoszą się trzy bardzo wysokie mosty. Po naszej prawej stronie czerwony most kolejowy Forth Bridge, otwarty w 1890 roku, po lewej wielkie pylony mostu, który jeszcze jest w budowie – pylony właśnie są łączone, a my jedziemy mostem drogowym Forth Road. Największe wrażenie robi właśnie ta wysokość, aż 156 metrów. Po prawej stronie słońce, na wprost droga do St Andrews.

St Andrews to urocze uniwersyteckie miasteczko nad samym brzegiem morza. Zupełnie bezchmurne, ogniście niebieskie niebo, oślepiające słońce, mocny wiatr. Przechodzimy od ruin katolickiej katedry, która padła ofiarą Reformacji, do równie imponujących ruin zamku nad samym morzem.

Katedra została ufundowana w 1158 roku, a wcześniej istniał już na jej miejscu romański kościół. Budowa trwała przez ponad stulecie. Ruiny, które ledwie sygnalizują skalę tamtej budowli, otacza cmentarz z bardzo starymi nagrobkami. Wśród tych pomników są te nad miejscami spoczynku przywódców klanów, jak Norman MacLeod (The Wicked Man), jak też te znanych golfistów, jak Starszy i Młodszy Tom Morris. W 1559 roku, w czasie szkockiej Reformacji, świątynię pozbawiono jej ołtarzy i obrazów, a w 1561 roku porzucono, by popadła w ruinę.

Miejsce to bardzo przypomina mi zeszłoroczną wizytę w Glastonbury – tamtejszą olbrzymią świątynię spotkał podobny los z podobnego powodu, tyle że w nieco innym czasie. Oglądam zdjęcie katedry zrobione z lotu ptaka – jej plan jest bardzo zbliżony do katedry w Glastonbury (które to miasteczko też dawno temu było położone blisko morza). Wokół katedry w St Andrews jest ocalały cmentarz, a w Glastonbury jeden symboliczny grób – ten Artura i Ginewry. Mam wrażenie, że każda budowla rozpada się we właściwy jej sposób, ale zawsze zostaje taka część, której nic nie zniszczy, jakby gmach sam dogrzebał się do swojej nienaruszalnej istoty. Dlatego wszystkie ruiny są jakoś do siebie podobne. Tak, jak wydają nam się podobne ludzkie czaszki czy kości.

Ruiny St Andrews mogą być dla kogoś widomym znakiem wszechobecnej i nieodwracalnej entropii. Ale mogą też jawić się już jako naturalna rzeźba, tak jakby ruina jakąś swą tajemniczą siłą rosła, wtapiając się w krajobraz, w morze, niebo, chmury, słońce i ptaki morskie. Wydaje się, że jest bardziej żywa teraz, w stanie rozkładu. I być może dopiero w takim kształcie więcej mówi o człowieku, niż cała antropologia.

DSC04803

.Dodatkowa paralela z Glastonbury jest taka, że tam jadłam pyszne lody imbirowo – miodowe, a tu wcinam równie pyszną kanapkę z tuńczykiem – w towarzystwie dużej mewy, której odstępuję dwa kawałki chlebka. Od pewnej wizyty w kurorcie Blankenberg w Belgii zauważam u siebie skłonność do pochłaniania kanapek z tuńczykiem z cebulką nad brzegiem morza. Miejsca na mapie są także znaczone przez smak i zapach. Nic to innego, jak kolejny rytuał, który ma na celu zatrzymanie pędzącego czasu.

Przerwę wykorzystuję właśnie na powrót do katedry i delektowanie się kanapką. Wcześniej zaglądam na jedną z trzech głównych ulic. Przy jednej z nich mijamy bar, w którym Kate poznała Willa. Księżna Cambridge, chciałam rzec…

Tolkien był w St Andrews po raz pierwszy chyba w 1910 albo 1911 roku, by odwiedzić swą ciotkę, młodszą siostrę matki, Jane Neave, która była w mieście administratorką szkoły dla dziewcząt. Narysował wtedy pejzaż St Andrews from Kinkell Brake, który jest datowany jednocześnie 19101910 albo 1911. Przyznam, że szukałam tego rysunku, niestety bezskutecznie. Być może jest on w zbiorach Bodleian Library w Oksfordzie, ale chyba nie był reprodukowany w żadnym wydawnictwie. Tolkien ponownie odwiedził St Andrews w 1912 roku, najprawdopodobniej w czasie Wielkanocy, choć mogły to też być letnie wakacje. Powstała wtedy pierwsza wersja poematu Rogi Ylmira, The Horns of Ylmir, wówczas pod tytułem Morska Pieśń z Dawnych Dni. Poemat ten opisuje ocean jako muzykę, co łączy się jakoś z mitem o stworzeniu świata w Silmarillionie.

Ciotka Jane to bardzo niezwykła postać, jedna z pierwszych kobiet tamtych czasów, która uzyskała akademickie wykształcenie. Uczyła Ronalda i Hilary’ego geometrii. Hammond i Scull w Reader’s Guide piszą, że do szkoły w St Andrews, w której ciotka pracowała jako administratorka (była już wówczas wdową), chodziły córki państwa Brookes – Smith. James i Ellen Brookes – Smith byli organizatorami pamiętnej wyprawy w szwajcarskie Alpy w lecie 1911 roku, w czasie której Ronald przeżył różne przygody, niektóre nawet dramatyczne, jak kamienna lawina. Dolina Rivendell oraz postać Gandalfa mają swoje źródła na tej wyprawie. Państwo Brookes – Smith prowadzili farmę Phoenix Farm koło Gedling w Nottinghamshire, a Ciotka Jane oraz brat Tolkiena, Hilary, podjęli tam pracę. Hilary pozostał na tej farmie całe życie, Jane przeniosła się do Dormston i zajęła się tam pracą na farmie położonej przy uliczce zwanej… Bag End! W 1937 roku otrzymała tam od siostrzeńca egzemplarz wydanego właśnie Hobbita. Pod koniec życia mieszkała w przyczepie kempingowej na terenie Phoenix Farm u Hilary’ego, a potem w Walii u swego młodszego kuzyna. Dla ciotki Jane, na jej specjalne życzenie, powstał zbiór Przygody Toma Bombadila. Jane otrzymała go na kilka miesięcy przed śmiercią.

8 marca 1939 roku Tolkien wygłosił jedenasty wykład Andrew Langa na uniwersytecie St Andrews. Szanowany i niezwykle zasłużony badacz folkloru, którego imieniem nazwano cykl wykładów, taki angielski Oskar Kolberg, zasługiwał zdaniem Profesora na specjalny temat. Tolkien wygłosił referat O baśniach, który znamy teraz w formie eseju. Obszerną notę o tym wykładzie poświęcili Hammond i Scull w swej niezwykle wartościowej publikacji The J.R.R. Tolkien Companion and Guide. Reader’s Guide.

Galadhorn, zafascynowany wciąż swoją wizytą w księgarni, w której podano mu herbatę w filiżance z Bolesławca i w której kupił album o Williamie Morrisie, zabiera nas na The Old Course, jedno z najstarszych pół golfowych na świecie. Oto, jako żywo, przeogromne Zielone Pola, na których Bullroarer zwany Wielkim Tukiem walczył z królem goblinów, Golfimbulem! W pierwszym rozdziale Hobbita, gdy Gandalf zachwala wrodzone męstwo Bilba wobec krasnoludów, przywołuje tę rodzinną historię zaraz po tym, jak pan na Bag End mdleje po wstępnym zarysowaniu przez Thorina celu wyprawy do Góry. Bullroarer, który był tak ogromny, że mógł dosiadać konia, jednym zamachem kija (sic!) strącił Golfimbulowi głowę, która przeleciała sto łokci w powietrzu i wpadła do króliczej nory (w co nietrudno uwierzyć, bo królików tu pełno). Tak bitwa została wygrana, a przy okazji wynaleziono grę w golfa! A swoją drogą, Golfimbul to było pierwsze imię wymyślone przez Tolkiena dla postaci Śródziemia.

To pole golfowe graniczy z pięknym wybrzeżem, więc pędzimy jeszcze popatrzeć na odpływ. Słony osad zostaje we włosach, a my zmierzamy do Glamis. O mały włos ta wizyta nie odbyłaby się, bo pilot stawiał na zwiedzanie Scone. Ugiął się jednak pod (niewieścią) presją, a potem poczuł się całkowicie usatysfakcjonowany.

Glamis bowiem to przepiękny zamek hrabiów Strathmore i Kinghorne od ponad siedmiuset lat, a jednocześnie dom rodzinny Królowej Matki, Elżbiety Bowes Lyon i miejsce urodzin księżniczki Małgorzaty. Sir John Lyon został tanem Glamis w 1372 roku z nadania króla Roberta II, pierwszego władcy z rodu Stewartów. Sir John poślubił następnie królewską siostrę Joannę. Zamek powstał w miejscu królewskiego pałacyku myśliwskiego, a wzniesiono go w charakterystycznym kształcie litery L z ciemnoróżowego piaskowca.

Król szkocki Malcolm zmarł w Glamis w 1034 roku, a jego następcą został syn starszej siostry, Duncan, który został zabity, prawdopodobnie w bitwie, przez swego kuzyna, syna młodszej siostry Malcolma, Macbetha. Szekspir zainspirował się tą historią, mieszając jednak epoki. W XI stuleciu pan na Glamis nie był jeszcze tanem Szkocji, ale być może czyni to wieszczbę Trzech Wiedźm po prostu bardziej wieloznaczną.

.Czy Glamis może być jakoś związane z Tolkienem? Oczywiście, jak wszystko zresztą! Skoro zamek Glamis występuje w Makbecie, to wokół zamku rozciąga się… Las Birnamski. Otóż Profesor nie mógł darować Szekspirowi, że z maszerującego na pole bitwy lasu uczynił po prostu żołnierzy kryjących się za zielonymi gałęziami (manewr niczym w amerykańskim filmie wojennym). Tak bolał nad tą trywializacją ludowej opowieści, że… wymyślił Entów!

Po Glamis oprowadza nas przesympatyczna starsza dama o imieniu Lynn, która z dumą i klasyczną powściągliwością prezentuje kolejne sale pełne pięknych mebli i obrazów, przedmiotów dekoracyjnych i dzieł sztuki, a przy okazji, jak choćby w krypcie, opowiada o duchach (o panu na Glamis, który tak lubił grę w karty, że przyszedł z nim zagrać sam diabeł, który zamurował go żywcem w ścianie albo o nieszczęśliwej księżnej modlącej się w kaplicy).

W kaplicy, uznawanej za jedną z najwspanialszych prywatnych kaplic w północnej Europie (dzieło niderlandzkiego artysty Jacoba de Weta), Lynn pokazuje maleńkie, lecz niezwykłe dzieło. Obraz przedstawia moment spotkania Marii Magdaleny z Chrystusem zmartwychwstałym, w stroju ogrodnika – z kapeluszem na głowie. Podobnych wyobrażeń jest jeszcze na świecie tylko pięć.

Wzruszające są te pomieszczenia zamku, w których upamiętniono Królową Matkę. Piękne są zwłaszcza jej liczne portrety, ale też zdjęcia rodzinne. W zamkowych stajniach oglądam wystawę poświęconą życiu Elżbiety Bowes Lyon (którą w filmie Jak zostać królem? zagrała Helena Bonham-Carter). Jest tam jej dziecięcy domek dla lalek, jest odtworzona przy pomocy tysięcy figurek scena orszaku koronacyjnego, jest wreszcie jej… paszport, w którym znajduje się dokładny rysopis: WZROST PIĘĆ STÓP DWA CALE, CZOŁO NORMALNE, OCZY NIEBIESKIE, NOS NORMALNY, USTA NORMALNE, PODBRÓDEK OKRĄGŁY, KOLOR WŁOSÓW: CIEMNY BRĄZ, CERA ŚWIEŻA, TWARZ OKRĄGŁA, ZNAKI SZCZEGÓLNE: ŻADNYCH, NARODOWOŚĆ: BRYTYJSKA (British born subject).

Wokół zamku rozciąga się na wielu milach kwadratowych piękny park. Rosną tu stare drzewa, a żyją rozmaite dzikie zwierzęta. Piję małą kawę, idę popatrzeć na zamek od głównej drogi do niego prowadzącej i rozglądam się trochę po parku. Aplikuję sobie nieco czasu na regenerację, gdyż teraz czeka nas długa droga do Carlisle.

Trudy podróży rekompensuje doskonały hotel Travelodge, w którym wysoki i obszerny pokój obdarzony wielkim oknem dzielę z Olą, jak w Falkirk. Ola idzie na plotki przy piwie, a ja siedzę na łóżku (wylosowałam dostawkę) i oglądam film Richarda Attenborough o bioluminescencji, zwłaszcza jest tam mowa o świetlikach. Jakoś mi to dodaje jeszcze Tolkienowego nastroju. Zasypiając pod oknem, mogę popatrzeć na księżyc na bezchmurnym niebie.

Dzień 10 maja, wtorek, znowu zaczyna się piknikowo. Spożywamy obfite śniadanie w Dodd Wood, nad Bassenthwaite Lake, tuż przy posiadłości zwanej Mirehouse. Obok szumi strumyk, rośnie prawdziwy las, w którym stoi samotna owieczka pomalowana w kwiaty! Wkraczamy do angielskiej Kariny Jezior, czyli Krainy Poetów, boczną drogą (remont szosy). Droga ta wiedzie mocno pod górę, tak że objuczony naszymi bagażami i trofeami z podróży Dzidziuś musi trzy razy robić przerwy, bo silnik się spocił. Ostatni taki postój mamy na Kirkstone Pass (1481 stóp nad poziomem morza), skąd roztaczają się piękne widoki i gdzie szaleńczo wieje wiatr. Stoi tam gospoda założona w 1496 roku.

Zjeżdżamy z górki i lądujemy miękko w Bowness-on-Windermere, w sercu największego w Anglii parku narodowego, w cudnym angielskim kurocie ozdobionym białymi domami wypoczynkowymi, nad jeziorem o stalowoniebieskiej wodzie, po którym pływają również białe wycieczkowe statki. W Bowness wszyscy prędzej czy później trafiają do salonu z królikami Piotrusiami od Beatrix Potter, która była jednym z najsławniejszych mieszkańców Lake District. Angielscy Poeci Jezior doby romantyzmu to m. in. William Wordsworth, Samuel Taylor Coleridge, Robert Southey, Dorothy Wordsworth, Charles Lamb i inni. Wszyscy oni czerpali inspirację z krajobrazu tych okolic, bogatego we wzgórza, doliny i jeziora, tworząc poezję o naturalnych związkach ludzi i świata natury.

Pani Potter była wielką miłośniczką tutejszej rasy owiec, Herdwick. Współczesnym bohaterem tej krainy okazuje się hodowca tych owiec, James Rebanks, który jest autorem bestsellerowej obecnie w Anglii książki o farmerskim i pasterskim życiu, prowadzi też konto na Twitterze ( @herdyshepherd1 ), pozwalając podglądać swoją pracę. Ma tam prawie osiemdziesiąt tysięcy obserwujących.

Nazwa jeziora, Windermere, przywodzi na myśl głębię Kheled-zâram, które nazywało się też Mirrormere – Jezioro Zwierciadlane. Ukazuje się ono za Schodami Półmroku na początku Rozdziału 6 księgi drugiej Władcy Pierścieni, Lothlórien. W Bowness pojawia się również wątek sowy Hedwigi, koleżanki Harry’ego Pottera. Ola i Ola mają przyjemność przytulać sowy z The Owl Sanctuary. Ptaki, które zachowują się jak psy i lubią drapanie nad dziobem.

Z Bowness wyjeżdżamy z dodatkowym pasażerem. Galadhorn zapomniał zabrać na wyprawę Alqua, łabędzia z giętką szyją i zamiłowaniem do trunków, naszą maskotkę, zatem Poicëlle przynosi skądś elegancko ubraną zieloną Żabę w czerwonej kamizelce, której to Żabie nadano imię Frogo. Panicz Frogo. Imię uzyskano w konkursie internetowym.

Niedaleko Bowness, w Blackwell, dzięki cennej radzie specjalistów od secesji, Izy i Piotra, owej wspomnianej na początku Rodziny, która po raz pierwszy wybrała się na Tolkienowską Wyprawę, zwiedzamy zupełnie zjawiskowy The Arts & Crafts Movement House. W 2015 roku w Oksfordzie wspominaliśmy Williama Morrisa oraz Edwarda Burne’a – Jonesa, których twórczość wywarła znaczący wpływ na upodobania artystyczne Tolkiena. W Blackwell widzimy idee Morrisa po prostu wcielone w życie.

Dom został zaprojektowany i zbudowany na zlecenie zamożnego właściciela browaru z Manchesteru, sir Edwarda Holta, przez architekta Mackaya Hugh Baillie Scotta (1865-1945), w latach 1898-1900. Otaczają go tarasowo ułożone ogrody projektu Thomasa Mawsona. Wnętrze domu jest całkowicie oryginalne. Wszystkie meble zostały zaprojektowane przez Morris & Co. Elementy ozdobne mebli czy ścian i sufitów mają głównie charakter roślinny. W większości są robione w drewnie dębowym. Dom ma wiele wykuszowych okien, w których są wygodne kanapy, a także imponujące rozmiarami i okolone smukłymi kolumnami o roślinnych kapitelach  kominki, które Baillie Scott uznawał za substytut słońca.

Najpiękniejszy jest bez wątpienia pełen światła White Drawing Room, którego wielkie okna otwierają się na jezioro Windermere. Wchodzi się do niego przez długi i ciemny drewniany korytarz. Wrażenie jest takie, że część domu po tamtej stronie owego korytarza jest męska, a ta – kobieca, w każdym razie tak podpowiada trzymana w ręku muzealna ulotka i mapa wnętrza.

.White Drawing Room w oczach Tolkienisty mógłby być komnatą w Rivendell. Natomiast hall główny, jadalnia i galeria minstrela mogą się kojarzyć z wnętrzami Menegroth albo Nargothrondu. Biały Pokój nawiązuje do innego projektu Baillie Scotta – do zaprojektowanego w 1897 roku dla rumuńskiej Księżniczki Korony, Marie, fantastycznego domu na drzewie (Pan Baillie Scott złożył kilka projektów dla klientów z Europu Wschodniej, w tym z Polski). Można pomyśleć, że jest się na statku, a to przez to niezwykłych rozmiarów okno. Jest w tym pokoju wspaniała nisza kominkowa (ang. inglenook), cudowny wynalazek pozwalający siedzieć tuż przy ogniu płonącym na kominku. Coś takiego jest marzeniem każdego miłośnika literatury – wieczory przy kominku na wygodnym fotelu. Jest tu też niezwyczajny drewniany fotel z półokrągłym oparciem, który oglądany z każdej odległości w tym pokoju sprawia wrażenie ogromnego.

Ruch Arts & Crafts objął Anglię, a potem Europę i Amerykę w latach 1880-1910, do Japonii docierając w latach dwudziestych XX wieku. Opowiadał się za tradycyjnym rzemiosłem wykorzystującym proste formy pochodzenia ludowego, nawiązujące także do stylu średniowiecznego i romantycznego. Objął niemal wszystkie dziedziny sztuki i designu, od sztuki dekoracyjnej po projektowanie ogrodów. Ruch ten poruszał także kwestie społeczne, będąc zdecydowanie antyindustrialnym, w czym mógł być atrakcyjny dla Tolkiena. W kwestiach artystycznych czy architektonicznych traktował człowieka holistycznie, jako podmiot tworzenia i jako cel wszystkich działań z zakresu sztuki. Dostępne na co dzień piękno miało budować doskonalsze stosunki między ludźmi i służyć do osobistego rozwoju, chodziło bowiem o ponowne odkrycie etycznego wymiaru sztuki.

Wiele z tych założeń, oczywiście w adaptowanej wersji, znaleźć można w domach Hobbitów czy Elfów. Piękno wyraża człowieka, a człowiek wyraża piękno. Sztuka i architektura mają charakter jak najbardziej naturalny, wypływają z człowieka, a nie wpływają na niego. Sądzę, że Tolkien w jakiś sposób, być może nie do końca z założenia, wcielał te dyrektywy Arts & Crafts także w literaturze, zarówno w tym, jak pisał, jak też w tym, o czym tworzył.

W centrum myśli stanowiących ideologiczną podstawę Arts & Crafts był DOM, a ogólniej sposób zamieszkiwania przestrzeni przez człowieka, stąd twórcy z nim związani interesowali się też miastem we wszelkich jego humanistycznych aspektach. Przy czym dom nie obejmuje samej starannie zaplanowanej konstrukcji mieszkalnej, ale także całe otoczenie, włącznie z ogrodem. Dla Tolkiena niezwykle ważne było miejsce i sposób zamieszkiwania świata przez Ludzi i Elfów: warto poczytać pod tym kątem jego dzieła, na przykład przyjrzeć się organizacji Shire, czy Rivendell, albo przenieść się do Beleriandu i zajrzeć do Gondolinu lub Vinyamaru, czy do podziemnych sal Menegroth w królestwie Thingola i Meliany. Miejsca te zawsze były związane z czyimś marzeniem albo nadrzędnym celem wspólnoty.

Krótko mówiąc, rzecz sprowadza się do zamieszkiwania, do obecności w miejscu. Przestrzeń jest ważna, ponieważ większość symboli językowych opisujących nasze życie wewnętrzne odnosi się do przestrzeni. Pisał o tym ks. prof. Józef Tischner. Obecność i zamieszkiwanie są bezpośrednio związane ze śmiertelnością. Zamieszkiwanie to przyjęcie i uznanie miejsca przeznaczonego do życia, które ratujemy, a nie eksploatujemy; to godzenie się na Niebo jako Niebo, to oczekiwanie istot Boskich jako Boskich, to aprobowanie własnej istoty – jak twierdził Martin Heidegger w Budować, mieszkać, myśleć (czytałam o tym niedawno w Inne Przestrzenie, inne miejsca. Mapy i terytoria. pod redakcją Dariusza Czai). Zadomowienie jako nasza najbardziej elementarna i naturalna potrzeba – jakże bardzo jest widoczne u Tolkiena! Można rzec, że nie ma w Śródziemiu istot bardziej zadomowionych od Ludzi, a już w szczególności od  Hobbitów. Zwraca jednak uwagę fakt, jak bardzo Elfowie są zadomowieni, ale poza Śródziemiem – za Morzem. A to są dwie strony tej samej natury. Naszej natury…

Myśli mi się właśnie, jakiego nowego znaczenia w tym kontekście nabiera motyw drzewa – kiedy Aragorn znajduje w Minas Tirith ukryte przed wzrokiem świata, ale bujnie rosnące sadzonki Białego Drzewa (niedawno była rocznica), warto pamiętać o ich dalekich związkach z Telperionem i Laurelinem z Valinoru (linia biegnie tak: Białe Drzewo z Gondoru pochodzi od Pięknej Nimloth z Armenelos w Númenorze, która pochodzi od Celeborna (Galathiliona) z Tol Eressëa, czyli Drzewa Tirionu jako uczynionego przez Yavannę wizerunku Telperiona Białego). Drzewo jawi się jako symbol ciągłości zamieszkiwania w tym świecie, mimo wszystkich katastrof i migracji, jakie nas spotykały w Śródziemiu.

Obecność ćwiczę ciągle na Wyprawach – w kawiarniach, kościołach, muzeach, galeriach, w miejscach, gdzie można się zatrzymać, patrzeć, widzieć i poczuć, że nawet bardziej niż my, JEST świat. Możliwe, że obecność wypraktykuję tak bardzo, że Wyprawy dobiegną dla mnie końca…

Dom w Blackwell otwarto dla zwiedzających w 2001 roku i od tego czasu gości on rozmaite wystawy czasowe. Najciekawsza jest teraz ekspozycja rzeźb Laury Ford: Seen and Unseen. W hallu głównym, służącym do przyjmowania gości i relaksu, o zdecydowanym rysie średniowiecznym, artystka umieściła figury rycerzy sprawiających wrażenie, jakby długa noc w karczmie nie pozwalała im już wstać z podłogi. Zakuci w zbroje Elfowie od króla Thranduila, którzy wypili zbyt dużo wina? W sypialniach tajemnicze stworzenia, które mają worki na głowach; oprócz nich wyróżnia się pewna grupa stojąca nad postacią leżącą na podłodze bawialni na piętrze (martwa…?). W jadalni na drewnianym fotelu zasiada dzik nabijający fajkę. W ogrodzie umieszczono kilka dziewczynek, z których jedna siedzi pochylona na murku, druga stoi przy drzewie i zasłania twarz jak ktoś, kto bierze udział w zabawie w chowanego. A może raczej płacze? Pod domem borsuk jako bezdomny w łachmanach. Przed domem od strony jeziora kilka postaci spacerujących… czarnych kotów ludzkich rozmiarów (niektóre trzymają się za głowy) tworzy razem grupę pod tytułem Dzień Sądu.

Pożegnanie z tym pięknym domem jest trudne. Jedziemy na południe do znanej już gospody Pod Skałą Gromu. Po drodze (600 km) podziwiamy przez okno prawdziwy angielski deszcz i gęstą mgłę. Na jednym z postojów w sklepie Waitrose kupuję wreszcie słynny, a znany już od tamtej wyprawy, czyniący cuda na damskiej twarzy (może męskiej też?) baby bottom butter. Do przetestowania… W hotelu powtarza się właściwie wszystko, poza tym, że pokój mam teraz na pierwszym piętrze.

Dzień 11 maja, środa, przebiega za oknami pół-Elfa, ale w odwrotną stronę. Gnamy przed siebie do promu, na pokładzie wznosimy toast cydrem postawionym przez Galadhorna, co uwieczniam na zdjęciu. Jazda Dzidziusiem przypomina cwał na grzbiecie Cienistogrzywego do Minas Tirith: pojazd stoi, świat pędzi wstecz w zawrotnym tempie. Postoje są raczej rzadkie – pilot nazywa je sikundami. Noc mija mi bezsennie, ale pozwala to ujrzeć wschód słońca. Już w Polsce naszych wspaniałych kierowców zastępuje ich Szef. Docieramy do Wrocławia około 9.00 i żegnamy Agnieszkę i trzy Ole. W Katowicach jesteśmy około 11.00, 12 maja. Moja gospoda przyjmuje mnie, ku mej wielkiej radości, przed czasem. Skoro nie śpię, to dalej nie będę spać!czi

Idę coś przekąsić w pobliskiej naleśnikarni. Potem zwiedzam kawałek Katowic (Bree), docierając do rynku. Widzę na Facebooku, że niezmordowany Galadhorn biega po Nikiszowcu, szukając ewidentnych, acz dotąd ukrytych, śladów Williama Morrisa. Nabywam wytęskniony twarożek na kolację, dodając do niego truskawki. Dowiaduję się, że zmarła Pani Maria Czubaszek, satyryczka i autorka tekstów piosenek. W tamtym roku na zakończenie wyprawy przyszła wiadomość o śmierci Władysława Bartoszewskiego.  Jeszcze jedna paralela.

13 maja, w piątek, czas między 10.43 a 13.03 spędzam w pendolino, ale w raczej głośnym wagonie. Wciąż nic się nie dzieje.

Ano, wróciłam!

Magdalena Słaba

 

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Chcę otrzymywać powiadomienia o najnowszych tekstach.

Autorzy wszyscy autorzy

A B C D E F G H I J K L M N O P R S T U W Y Z
Przejdź do paska narzędzi