Marta "Marika" KOSAKOWSKA: Prowincja to stan świadomości

TSF Jazz Radio

Prowincja to stan świadomości

Marta "Marika" KOSAKOWSKA

Autorka tekstów, wokalistka i kompozytorka. Nominowana do Fryderyków i Superjedynek. Autorka zbioru esejów "Antydepresanty".

zobacz inne teksty autora

Urodziłam się w Białymstoku. Mama miała kłopoty z sercem i lekarzami i tam ją wreszcie odesłano. Mnie było wtedy kompletnie wszystko jedno. Po pierwszym w życiu gościnnym występie (wydałam z siebie głos, a oni się cieszyli) w tamtejszym szpitalu położniczym przywieziono mnie do rodzinnego domu w Łomży, gdzie następnie usiłowano mnie wyprowadzić na ludzi. Ponieważ w odróżnieniu od podmiotu lirycznego wiersza Andrzeja Bursy ja nie „mam w dupie małych miasteczek”, za moment opowieść, która nastąpi.

Łomża jest miastem z bogatą tradycją, założonym we wczesnym średniowieczu, jednym z miast królewskich, w którym przed wojną ukazywało się kilkanaście gazet. Ale w trzydziestym dziewiątym, dokładnie jedenastego września, po krwawych walkach i bombardowaniach lotniczych weszli hitlerowcy. Ich pierwsza okupacja trwała krótko. Po nieco ponad dwóch tygodniach wycofali się za linię demarkacyjną ustaloną ze Związkiem Radzieckim. Dwa dni później weszli Rosjanie, a Łomża znalazła się w granicach Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej i stała się stolicą rejonu. Potem były cztery masowe deportacje na Syberię i do Kazachstanu. Wywieziono sześć i pół tysiąca inteligentów: nauczycieli, urzędników, ziemiaństwo wraz z całymi rodzinami. Po niespełna dwóch latach znów trafiliśmy pod okupację hitlerowską. Istny ping-pong. Od Starego Rynku i ulicy Senatorskiej po ulicę Rybaki i Zieloną Niemcy zrobili getto dla ludności żydowskiej. Miastu i całemu okręgowi Bezirk.

Białystok szefował wtedy Erich Koch, który podlegał bezpośrednio Hitlerowi i wyznawał zasadę „lepiej powiesić o stu ludzi za dużo, niż o jednego za mało”. Obejmując urząd, planował wysłać do Niemiec wszystkich, którzy byli zdolni do pracy, „a resztę zetrzeć z powierzchni ziemi”. Jak pomyślał, tak zrobił. W sumie w czasie wojny Niemcy na zmianę z Ruskimi wymordowali sześćdziesiąt procent mieszkańców Łomży. Zniszczyli miasto w siedemdziesięciu procentach. Niektórzy twierdzą, że w osiemdziesięciu. Było miasto. Nie ma miasta. Zwały cegieł, desek, kupa gruzu i szmat. Przed reformą administracyjną w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym dziewiątym Łomża miała status miasta wojewódzkiego i w porównaniu z innymi w Polsce uchodziła za średniej wielkości. Oczywiście w porównaniu z Nowym Jorkiem była małym miasteczkiem. Dziś z Łomżą kojarzy się przeważnie tylko piwo i ewentualnie McDonald’s, w którym się staje w drodze na Mazury. Szkoda. Wyobrażam sobie czasem jej przedwojenną wspaniałość, picie porannej kawy w Hotelu Metropol, wybieranie kapelusza lub rękawiczek na Długiej, spacer ulicą Dworną w lekkiej jasnej sukience, lakierkowych pantofelkach i z parasolką przeciwsłoneczną nad głową.

.Tymczasem po studiach nogi zaniosły mnie do Warszawy. Kiedy w liceum przyjeżdżałam w odwiedziny do Jarka, który tu studiował, lądowałam na dworcu Warszawa Stadion, który pod koniec lat dziewięćdziesiątych przedstawiał obraz nędzy i rozpaczy. Chińskie majtki, pirackie kompakty, stragany typu szczęka, pasiaste torby, błoto, ścisk, wrzask i szemrane typy ze złotymi zębami i bez. Przelatywałam tamtędy jak zjawa i wsiadałam do tramwaju, w którym trzymałam się za wszystkie możliwe kieszenie. Bałam się takiej Warszawy. Potem, kiedy zdałam egzaminy na uniwersytety w Warszawie, Wrocławiu i Poznaniu i mogłam dokonać wyboru, uciekłam stąd, mimo że byłoby najbliżej do matecznika. Wybór padł na Poznań, bo tam wtedy kończył studia mój drugi brat – Michał. Warszawa, podobnie jak Łomża, to taka moja trudna, jednak gorąca miłość. Nie zawsze jest „od pierwszego wejrzenia”. Nie zawsze jest też odwzajemniona, jak ta do mojego rodzinnego miasta, w którym jakoś wciąż nie mogę zagrać koncertu z prawdziwego zdarzenia. Ale może się jeszcze uda.

Po przyjeździe do stolicy najpierw zamieszkałam na Żoliborzu. Przygarnął mnie Michał Fogg. Zajęłam pokój w mieszkaniu pełnym płyt winylowych, obrazów i pamiątek po słynnym dziadku śpiewaku. Miejsce było wspaniałe, zza okna pachniał park wokół teatru Komedia, a ja mogłam oswoić się i zaprzyjaźnić z Warszawą, jakiej nie znałam. Na Żoliborzu ludzie inaczej chodzą, wolniej i spokojniej, bardziej jak w Poznaniu, który właśnie opuściłam, a nie biegiem, jak na Stadionie i w centrum. Z czułością wspominam czas tam spędzony.

Potem dla odmiany był Ursynów, później Hoża. Jednym z miejsc, w których mieszkałam, była kamienica stojąca przy Placu Unii Lubelskiej, czyli na granicy Mokotowa i Śródmieścia, Dom Cudów, o którym nakręcono kilka mrożących krew w żyłach reportaży telewizyjnych. Bo to doprawdy dziwne miejsce. Moim zdaniem, szalenie piękne, bardzo warszawskie, ale potraktowane wyjątkowo nieelegancko. Kamienica Kacperskich, czyli brama do Śródmieścia, to ogromna, dziewięciokondygnacyjna budowla, która przetrwała obie wojny (!) i stoi, jak stała od tysiąc dziewięćset trzynastego roku, kiedy to Warszawa była jeszcze stolicą Królestwa Kongresowego. Wygląda jak nowojorski wieżowiec z Piątej Alei, tylko bardzo zaniedbany i zdewastowany. Jest taki film z Adolfem Dymszą – Dwanaście krzeseł – z tysiąc dziewięćset trzydziestego trzeciego roku i ona tam jest. Bo to był bardzo szykowny i nowoczesny dom z najmniejszym w Warszawie podwórkiem studnią, trzema kryształowymi windami i centralnymi odkurzaczami! Jakimś cudem w połowie lat dziewięćdziesiątych władze miasta, które jest w osiemdziesięciu procentach jej właścicielem, postanowiły ulokować w swojej lwiej części budynku mieszkania socjalne i tym samym stworzyły regularne getto.

Całe piętra piły i ćpały. Kwaterowano tu i nadal się to robi (na bieżąco, jak któryś wyniszczony człowiek umrze i mieszkanie się zwolni) ludzi po eksmisjach. Takich, z którymi już nie wiadomo, co zrobić, a tu są najmniejsze lokale w mieście. Jak to się ma do idei resocjalizacji, włączania jednej patologicznej rodziny lub kilku jednostek w zdrową tkankę, by się jakoś zasymilowały? Tu zdrowa tkanka jest w przerażającej mniejszości. Na niektórych piętrach ludzie gniją żywcem, dzieląc maleńkie mieszkania z koloniami pluskiew. Nie cenią tego domu z przydziału, dewastują go, a miasto nie spieszy się z generalnym remontem, którego tu nie było od trzydziestu lat. A ten ostatnio był fatalny i pod wieloma względami pogorszył stan kamienicy. W bezpośrednim sąsiedztwie, jak gdyby nigdy nic, stoi centrum handlowe, w którym panie kupują sukienki za cztery tysiące. Tylko dwadzieścia procent mieszkańców Domu Cudów to prywatni właściciele. Nie rozumiem, dlaczego tak jest. Na pierwszy rzut oka to nikomu się nie opłaca. Miejsce jest specyficzne, dużo zaułków, ciemnych korytarzyków, nijak nieograniczony dostęp do ogromnych okien wychodzących na podwórko studnię, które kusi ludzi w opałach. Zresztą skutecznie. Nie bez powodu budynek nosi przydomek „Kamienica Samobójców”. To nie jest miejsce dla ludzi z problemami socjalnymi.

Nie łapię, dlaczego miasto, które nie ma na tę kamienicę dobrego pomysłu, nie sprzeda połowy tych mieszkań ludziom, takim jak ja, zakochanym w starym warszawskim budownictwie i widoku pobliskich Łazienek i za te pieniądze nie zorganizuje eksmitowanym lepszych lokali socjalnych, a Domowi Cudów remontu? Nie chodzi o to, żeby wszystkich hurtem stąd poprzenosić, ale z pewnością nie kontynuować procederu kolejnych kwaterunków. Ludzie się niszczą. Kamienica się niszczy. A ja pokochałam to miejsce. Potrafiłam przesiadywać na balkonie w nocy i podziwiać panoramę miasta i widok siedmiu łączących się gwiaździście ulic. To była trudna miłość. Z niektórymi sąsiadami nie jest tam lekko. Ale to też ludzie. Zwichrowani, chorzy. Nie powinni tak żyć. Marszałkowska 1. Najbardziej prestiżowy adres, jaki można sobie wymyślić. Zabytkowa kamienica, rarytas sprzed pierwszej wojny światowej. Był taki czas, że to był mój dom.

antydepresanty-3d-300-dpiWarszawa jest doprawdy pełna paradoksów. Mieszkam w niej od dziesięciu lat i nie przestaję być zdumiona. „Przecież to słoik, przyjedzie takie coś z Łomży, Radomia czy innego Płocka, i śpiewa, że to jego miasto” – przeczytałam pod piosenką Widok w internetach i uśmiechnęłam się ustami, choć jednocześnie oczy mi zaszły lekką mgłą. Prowincja to nie jest miejsce na mapie, to stan świadomości. Nie niszczmy jamniczka.

Marta Kosakowska

Fragment książki “Antydepresanty” wyd. Edipresse Książki 2016. POLECAMY: [LINK]

Pierwszy raz na Wszystko Co Najważniejsze?

Aby nie ominąć istotnych tekstów, raz w tygodniu w niedzielę rano wysyłamy newsletter. Zapraszamy do zapisania się:

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam