Cypr przejmuje prezydencję w Radzie UE. Jakie ma priorytety?

Cypr, który od 1 stycznia 2026 roku przejmie przywództwo w reprezentującej państwa członkowskie Radzie UE, przedstawił w niedzielę listę priorytetów na najbliższe pół roku. Cypryjska prezydencja będzie kontynuowała część priorytetów poprzedzających ją Polski i Danii.
Cypr i prezydencja w Radzie Unii Europejskiej
.Rotacyjna prezydencja Cypru w Radzie UE potrwa pół roku i zakończy się 30 czerwca. O tej samej porze rok temu do przywództwa w Radzie szykowała się Polska, a po niej pałeczkę przejęła Dania, która teraz przekaże ją Cyprowi. W niedzielę Cypr oficjalnie przedstawił hasło swojej prezydencji – „Niezależna Unia – otwarta na świat” – oraz priorytety na najbliższe półrocze. Wśród nich znalazły się również te, które rok wcześniej ogłaszała Polska. Nic w tym dziwnego – Cypr, Polska i Dania jako „trio prezydencji” przyjęły 18-punktowy program, w którym podkreśliły wspólne priorytety dla UE.
Z końcem roku wygaśnie prezydencja Danii. Szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen już w piątek na X podziękowała premierce tego kraju Mette Frederiksen za współpracę w ostatnim półroczu.
Swoje priorytety władze cypryjskie zaprezentowały w niedzielę w Lefkarze na Cyprze. Miejsce wybrano nieprzypadkowo – tradycyjna koronka z Lefkary, czyli wpisana na listę UNESCO Lefkaritika, znalazła się w logo cypryjskiej prezydencji.
Nikozja przedstawiła pięć obszarów, w których UE powinna, jej zdaniem, osiągnąć autonomię: własne zdolności obronne, konkurencyjność, otwarcie na świat, promowanie unii wartości i ustanowienie ambitnego budżetu UE.
Władze Cypru zapowiedziały, że będą chciały posunąć do przodu negocjacje w sprawie nowego budżetu UE na lata 2028-2034, by możliwe było osiągnięcie porozumienia w tej sprawie do końca 2026 r. – Europa musi być gotowa stanąć w obronie siebie i swoich obywateli. Jej odporność musi znaleźć odzwierciedlenie w nowym budżecie – powiedział w niedzielę prezydent Cypru Nikos Christodulidis.
Cypr zapowiedział też kontynuowanie działań w zakresie upraszczania przepisów i znoszenia obciążeń administracyjnych (tzw. Omnibusy), wspieranie odporności unijnej demokracji i praworządności.
Podobnie jak wcześniej Polska i Dania, podkreślił też geostrategiczne znaczenie rozszerzenia Wspólnoty i zobowiązał się do konkretnych postępów w tym zakresie. Jeśli chodzi o politykę zagraniczną UE, nowa prezydencja zaznaczyła, że konieczne jest wzmacnianie zdolności obronnych UE, tak by do 2030 r. zapewnić gotowość Wspólnoty do obrony; potwierdziła też kontynuowanie wsparcia dla Ukrainy. Cypr chce nadal wzmacniać relacje UE z Wielką Brytanią, Kanadą i USA, ale także z Południowym Sąsiedztwem UE, czyli państwami Afryki Północnej oraz partnerami z Zatoki Perskiej.
Nikozja zapowiedziała, że będzie też koordynować prace nad agendą migracyjną, tym bardziej, że w czerwcu, jeszcze w czasie cypryjskiego przywództwa, w życie wejdzie nowy pakt o migracji i azylu w UE.
Oficjalna ceremonia otwierająca nową prezydencję w Radzie UE odbędzie się 7 stycznia na Cyprze. W ciągu półrocznego przywództwa Nikozji odbędą się trzy szczyty UE, 19 nieformalnych i 52 formalne posiedzenia unijnych ministrów.
Europa powinna skorzystać z rad Super-Mario
.Europejczycy powinni wsłuchać się w słowa byłego premiera Włoch, który twierdzi, że bez radykalnych zmian Europejczycy staną się świadkami własnego pogrzebu – pisze Edward LUCAS.
Najważniejsze europejskie przemówienie polityczne tego roku nie zawierało jednego hasła: Wielka Brytania. I słusznie. Mario Draghi, były szef Europejskiego Banku Centralnego i premier Włoch, nie musiał pouczać swoich słuchaczy o doświadczeniu mojego kraju po brexicie – doświadczeniu, które wytrąciło oręż z rąk zwolenników wyjścia z Unii, forsujących swoją agendę w innych państwach Europy. Udawanie, że komukolwiek wiodłoby się lepiej poza Unią, byłoby „absurdem”, jak stwierdził wprost Mario Draghi.
Nie znaczy to jednak, że reszta Europy jest w doskonałej kondycji. Zadziorne wystąpienie włoskiego premiera na konferencji we włoskim nadmorskim kurorcie Rimini i jego ostrzeżenia przed „złudzeniem” globalnej potęgi kontynentu trafiły na nagłówki gazet w całej Europie. Model ponadnarodowego, technokratycznego zarządzania wspieranego przez jednolity rynek 450 milionów konsumentów sprawdzał się świetnie w epoce, w której rządy krajowe odgrywały drugoplanową rolę, a priorytetem było cięcie subsydiów, zwiększanie konkurencji i pobudzanie handlu międzynarodowego. W twardszych realiach interwencjonizmu państw narodowych, „w świecie, gdzie o handlu decydują bardziej geopolityka, bezpieczeństwo i stabilność łańcuchów dostaw niż sama efektywność”, Europa się gubi.
W rezultacie Unia Europejska jest dziś zaledwie widzem w teatrze światowej polityki. Potulnie godzi się na amerykańskie cła. Dała się zepchnąć na margines w konfliktach w Iranie i Strefie Gazy. Ponosi koszty w związku z wojną w Ukrainie, ale nie gra pierwszych skrzypiec. Ogranicza się do gaszenia pożarów wywołanych przez nieudolne działania administracji Trumpa. Komunistyczna Partia Chin z otwartą pogardą pokazuje, że nie traktuje Europy jak partnera na równych prawach, choć gospodarka Unii jest porównywalnych rozmiarów. Pekin wspiera rosyjską wojnę w Ukrainie, wykorzystuje monopol na kluczowe surowce i zalewa rynek unijny nadwyżkami eksportowymi – i robi to wszystko całkowicie bezkarnie.
Unia mogła postawić się Amerykanom w wojnie celnej, tak jak zrobiły to Chiny, grożąc dotkliwymi działaniami odwetowymi. Trump ustąpił, gdy Pekin poszedł tą drogą. Zamiast tego państwa członkowskie UE podkopały pozycję negocjacyjną Brukseli, próbując ratować własne strategiczne branże przed transatlantycką wojną handlową. Irlandia na przykład chciała uchronić swą wołowinę, whisky i farmaceutyki. Włochy i Francja postąpiły podobnie w sprawie własnych istotnych dóbr narodowych. Efekt? Ponure oblicza unijnych negocjatorów, którzy ostatecznie ugięli się pod amerykańską presją.
Nawet gdy Europa podejmuje działania – na przykład zwiększając wydatki na wojsko – robi to na żądanie Ameryki i to w sposób, który niekoniecznie służy interesom kontynentu. Pieniądze na obronność mogłyby stać się katalizatorem reform i modernizacji. Tymczasem pompuje się je w chronionych, nieefektywnych narodowych „czempionów” albo wydaje na amerykańską broń, co jeszcze bardziej pogłębia zależność militarną od Stanów Zjednoczonych. Jestem częścią zespołu, który próbuje stworzyć europejski bank obronny, by poprawić tę sytuację. Każdy, z kim rozmawiamy, przyznaje, że nie jest ona korzystna. Ale proces decyzyjny to droga przez mękę.
Mało kto ma lepsze kwalifikacje do pouczania europejskich decydentów niż Draghi. W kryzysie zadłużeniowym 2012 roku ówczesny szef EBC dorobił się przydomka „Super-Mario”, gdy ostrzegł spekulantów, że zrobi „wszystko, co konieczne”, by uratować wspólną walutę. I udało mu się. Eurosceptycy, którzy wieszczyli upadek euro, srodze się pomylili: to dolar zaczyna się chwiać, osłabiony chaotyczną i mściwą polityką Donalda Trumpa.
Polityczne i gospodarcze struktury Europy powstawały w cieniu drugiej wojny światowej. Na Wschód rozciągnęły się dopiero, gdy komunizm przestał trzymać kraje w żelaznym uścisku. Choć tamte wyzwania minęły, Unia Europejska skutecznie stawiała czoła nowym problemom, i to nie tylko finansowym. Kryzysy energetyczne, które pojawiły się dwadzieścia lat temu, zmusiły ją do rozmontowania skorumpowanego, drapieżnego gazowego imperium Rosji. Po początkowych potknięciach sprawnie poradziła sobie z pandemią. Wbrew przewidywaniom stanęła też na wysokości zadania w sprawie Ukrainy i dziś wydaje na wsparcie dla Kijowa więcej niż Stany Zjednoczone.
Ale gdy burze cichną, Europa spoczywa na laurach, zamykając oczy na niedostatki i zagrożenia. W ubiegłym roku Draghi przedstawił szeroki pakiet rekomendacji, wzywając decydentów z Brukseli do stworzenia jednolitego rynku kapitałowego, pobudzenia innowacyjności i cięcia biurokracji w celu poprawy konkurencyjności. Jego propozycje spotkały się z uznaniem, które jednak nie pociągnęło za sobą żadnych działań.
Pomysł Draghiego na „zmianę trajektorii” zakłada przejście od „złych długów”, zaciąganych na bieżącą konsumpcję, do „dobrych długów”, które pozwolą zgromadzić biliony euro na inwestycje w infrastrukturę, niezależność energetyczną i nowe technologie. Chce też pogłębienia jednolitego rynku. Samo usunięcie barier dla handlu i inwestycji do poziomu obowiązującego w USA podniosłoby europejską produktywność o 7 proc. w ciągu siedmiu lat, co oznaczałoby trzykrotny wzrost w stosunku do marnych osiągnięć minionego siedmiolecia.
Przemówienie Draghiego przeszło w Wielkiej Brytanii bez echa. We Włoszech doczekało się jednak owacji na stojąco, a w całej Europie – szerokiego uznania. Wicepremier Polski Radek Sikorski nazwał je „wizjonerskim i niepokojącym”. Ale szybki rzut oka na europejski krajobraz polityczny pokazuje, że większość krajów wciąż grzęźnie we własnych krótkoterminowych problemach. Rząd Francji balansuje na krawędzi wotum nieufności w atmosferze społecznego oburzenia na każdą próbę zmierzenia się z oczywistą niewydolnością finansów publicznych. Koalicja rządząca w Niemczech zmaga się z dotkliwym brakiem poparcia. Polski system polityczny utknął w klinczu: nowo wybrany prawicowy prezydent wetuje wszystko, co proponuje centrolewicowa koalicja rządowa.
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/edward-lucas-europa-powinna-skorzystac-z-rad-super-mario-draghi/
PAP/ Jowita Kiwnik Pargana/ LW





