Europa jest zainteresowana rychłym zakończeniem wojny w Iranie [Friedrich MERZ]

Kanclerz Friedrich Merz potwierdził 18 marca 2026 r. w Bundestagu, że Niemcy nie wezmą udziału w misji odblokowania cieśniny Ormuz środkami militarnymi, dopóki toczy się wojna USA i Izraela z Iranem
Rychłe zakończenie wojny w Iranie leży w interesie Europy
.Dopóki trwa wojna, nie będziemy uczestniczyć w działaniach militarnych służących zapewnieniu swobodnej żeglugi w cieśninie Ormuz – zapowiedział Friedrich Merz w niemieckim parlamencie, przedstawiając stanowisko rządu przed szczytem UE w Brukseli.
– Brakuje dotychczas zarówno planu (takiej operacji), jak i mandatu Organizacji Narodów Zjednoczonych, Unii Europejskiej, czy też NATO – zaznaczył szef niemieckiego rządu, dodając, że Berlin nie był konsultowany przed atakiem USA na Iran. – Odradzilibyśmy (Ameryce) wybranie tej drogi – dodał.
Friedrich Merz zastrzegł, że nie wyklucza to udziału Niemiec w działaniach dyplomatycznych, służących szybkiemu zakończeniu wojny. – Robimy to – zaznaczył, wskazując na niedawną podroż ministra spraw zagranicznych Johanna Wadephula na Bliski Wschód. Kanclerz nie wykluczył również udziału Niemiec w budowaniu nowego regionalnego porządku po zakończeniu działań wojennych.
Partnerstwo niemiecko-amerykańskie w kryzysie?
.Friedrich Merz podkreślił, że zależy mu na uzgodnionym stanowisku Europy w tej kwestii. Powiedział, że jest w stałym kontakcie z prezydentem Francji oraz premierami Wielkiej Brytanii i Włoch.
Kanclerz zastrzegł, że nie chce, aby wojna z Iranem stała się obciążeniem dla relacji Niemiec ze Stanami Zjednoczonymi. – Szukamy punktów wspólnych z Waszyngtonem. Podzielamy ważne cele USA. Ale nie wolno nam i nie będziemy cofać się przed szczerym powiedzeniem partnerom, jakie sprawy widzimy inaczej i gdzie mamy inne interesy – wyjaśnił. Jego zdaniem partnerstwo z USA „musi to wytrzymać”, gdyż inaczej nie można mówić o partnerstwie. – Europa jest zainteresowana rychłym zakończeniem wojny – podkreślił.
Kwestia Iranu jest w istocie kwestią Chin
.Operacja Epic Fury to pierwszy akt stulecia Indo-Pacyfiku. Niestety, nie ostatni – pisze Michał KŁOSOWSKI
Relacje z Iranem najczęściej opisuje się jako problem nierozprzestrzeniania broni nuklearnej, kwestie sponsorowania terroryzmu, rywalizacji z Izraelem albo po prostu jako problem regionalnego destabilizatora. Każde z tych ujęć dotyka oczywiście realnego problemu, ale żadne nie oddaje tego, co w tej sprawie jest najważniejsze. Program nuklearny, sieć milicji rozciągająca się od Libanu po Jemen czy pytanie o architekturę bezpieczeństwa Zatoki Perskiej nabierają pełnego znaczenia dopiero wtedy, gdy spojrzy się na nie przez pryzmat wielkiej strategii Chin.
Pekin bowiem od lat, inwestując miliardy dolarów, wspierał Iran jako strukturalny element chińskiej pozycji w regionie. Wiele wydarzeń na Bliskim Wschodzie staje się zrozumiałych dopiero w świetle tego faktu. Dlatego właśnie amerykańsko-izraelska operacja „Epic Fury” jest pierwszą kampanią militarną, która realnie zagraża temu układowi. Uderzając bezpośrednio w Iran, administracja prezydenta Donalda Trumpa – czy to świadomie, czy wywołując skutek uboczny swoich działań – podważa jeden z filarów chińskiej architektury regionalnej: zapewnianie pokoju i rozwoju. Czas, by powiedzieć to wprost. W czerwcu 2025 roku bowiem, kiedy Izrael rozpoczął operację „Rising Lion”, dwunastodniową kampanię precyzyjnych uderzeń, w której zniszczono irańskie instalacje wzbogacania uranu, zabito ponad trzydziestu wysokich rangą dowódców i kilkunastu naukowców związanych z programem nuklearnym; Stany Zjednoczone przeprowadziły wówczas bezpośrednie ataki na trzy obiekty atomowe. Mit możliwości odstraszania Islamskiej Republiki Iranu, budowany przez cztery dekady, rozpadł się w ciągu kilkunastu dni.
Pod koniec grudnia 2025 roku w całym Iranie wybuchły największe protesty od 1979 roku. Obejmowały wszystkie 31 prowincji i były następstwem załamania gospodarczego oraz przekonania społeczeństwa, że reżim nie jest już tak silny, jak kiedyś. W styczniu 2026 roku władze odpowiedziały masakrą, w której zginęły tysiące ludzi. Unia Europejska uznała wówczas Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej za organizację terrorystyczną, co jeszcze bardziej pogłębiło międzynarodową izolację Teheranu. Według wszelkich klasycznych kryteriów Islamska Republika Iranu jest dziś słabsza niż kiedykolwiek wcześniej. Chiny jednak pomagają ją utrzymywać. W ostatnich tygodniach pojawiły się informacje, że Teheran jest bliski finalizacji zakupu chińskich naddźwiękowych pocisków przeciwokrętowych, zdolnych zagrozić amerykańskim lotniskowcom gromadzącym się w Zatoce Perskiej – kiedy piszę te słowa, trzeci z nich zmierza w kierunku rejonu konfliktu. Wcześniej chińscy dostawcy wysłali do portu Bandar Abbas ponad tysiąc ton nadchloranu sodu – kluczowego składnika paliwa rakietowego – co pozwala odbudować znaczną część arsenału rakiet balistycznych zniszczonego wcześniej przez Izrael. Aby zrozumieć, dlaczego Pekin podejmuje takie działania i co to oznacza dla Stanów Zjednoczonych, trzeba spojrzeć szerzej, poza sam Iran, na globalną rywalizację, w której kraj Persów jest tylko jednym z elementów.
Relacja ta zaczyna się od ropy. Chiny kupują ok. 90 procent irańskiego eksportu ropy naftowej, płacąc za nią znacznie mniej, niż wynosi cena rynkowa. Transport odbywa się przy użyciu tzw. „floty cieni”: tankowce wyłączają transpondery i zmieniają oznaczenia ładunku, który formalnie trafia na rynek jako ropa z Malezji czy Indonezji, omijając w ten sposób amerykańskie sankcje. Od 2021 roku wartość tych zakupów przekroczyła 140 miliardów dolarów. To właśnie dzięki temu Iran nie zbankrutował.
Dla Pekinu to układ niemal idealny, podobnie jak importowanie surowców z Rosji, co pozwala Władimirowi Putinowi finansować wojnę z Ukrainą. Model jest ten sam. Otrzymuje się tanią ropę dla gospodarki przemysłowej, oszczędzając miliardy dolarów rocznie, a w zamian zdobywa się trwały wpływ na państwo liczące dziewięćdziesiąt milionów mieszkańców (Iran), położone przy najważniejszym energetycznym szlaku świata. Teheran odcięty od większości globalnej gospodarki nie ma dokąd się zwrócić.
.Gdy w 2016 roku ajatollah Ali Chamenei przyjmował w Teheranie Xi Jinpinga, nazwał dwudziestopięcioletnie irańsko-chińskie partnerstwo strategiczne „całkowicie słusznym i roztropnym”, dodając przy tym, że „zachodnie rządy nigdy nie zdobyły zaufania narodu irańskiego”. Nie była to jedynie kurtuazja wobec gościa.
PAP/MJ




