Obecny kryzys energetyczny jest poważniejszy niż wcześniejsze kryzysy razem wzięte [MAE]

obecny kryzys energetyczny

Obecny kryzys energetyczny jest poważniejszy, niż wcześniejsze kryzysy z lat 1973, 1979 i 2022 razem wzięte – ostrzegł szef Międzynarodowej Agencji Energetycznej (MAE) Fatih Birol w dniu 8 kwietnia 2026 r.

Obecny kryzys energetyczny jest poważniejszy niż wcześniejsze kryzysy razem wzięte

.Jeśli cieśnina Ormuz nie zostanie w pełni otwarta, to z powodu niedoborów paliwa od połowy maja 2026 r. w Europie mogą wystąpić zakłócenia w ruchu lotniczym – ostrzegł w szef Międzynarodowej Agencji Energetycznej (MAE) Fatih Birol. Ostrzeżenie to Fatih Birol sformuował w rozmowie z niemiecką gazetą „Sueddeutsche Zeitung”.

Szef MAE wypowiedział się w niej także przeciwko narzucaniu przez władze ograniczeń na ceny paliw oraz wyraził ocenę, że konsekwencje wojny z Iranem światowa gospodarka odczuwać będzie „przez wiele miesięcy, jak nie lat”. W opublikowanej 7 kwietnia 2026 r. rozmowie z francuskim „Le Figaro” Fatih Birol stwierdził natomiast, że obecny kryzys energetyczny „jest poważniejszy, niż te z lat 1973, 1979 i 2022 razem wzięte”.

Równocześnie ocenił, że istnieją „powody do optymizmu”, bo kryzys energetyczny może przyspieszyć rozwój odnawialnych źródeł energii, energetyki jądrowej i pojazdów elektrycznych. Przed 28 lutego 2026 r., gdy rozpoczęła się wojna Izraela i USA z Iranem, przez cieśninę Ormuz transportowana była około jedna piąta światowego wolumenu ropy naftowej i skroplonego gazu ziemnego. W nocy z 7 na 8 kwietnia 2026 r. USA i Iran zgodziły się na dwutygodniowe zawieszenie broni, częścią rozejmu jest ponowne otwarcie cieśniny Ormuz.

Infrastruktura, głupcze. Wzrost cen ropy to tylko początek…

.Na najważniejszym spotkaniu świata energetyki – CERAWeek w Houston, skąd właśnie wracam – Bliski Wschód był obecny w niemal każdej rozmowie. Jednak w sposób paradoksalny. Omawiany jako operacyjny problem – ryzyko dla szlaków dostaw, infrastruktury, kontraktów i decyzji inwestycyjnych – oczywiście tak. Ale nie jako problem egzystencjalny dla amerykańskich producentów – pisze Michał KURTYKA.

Iwłaśnie w tym kontekście warto spojrzeć na to, co wydarzyło się w ostatnich tygodniach, gdy w cieśninie Ormuz zamilkły silniki statków, a na rynkach finansowych wracały dobrze znane demony: panika inwestorów, nagłówki o „najpoważniejszym kryzysie od dekad” i pytania o to, czy ropa znów stanie się bronią masowego rażenia gospodarek. Co istotne, jeszcze niedawno scenariusz realnej blokady Ormuzu uchodził za skrajnie mało prawdopodobny (na tyle, że nawet instytucje takie jak EIA nie traktowały go jako bazowego wariantu w swoich analizach).

Zaskoczeniem nie był sam szok – Ormuz to przecież od pół wieku jedno z najbardziej wrażliwych „wąskich gardeł” światowej gospodarki. Zaskoczeniem było co innego: świat nie zatrzymał się…, a przynajmniej nie cały świat, czego symbolem może być nieco zdystansowany stosunek amerykańskich producentów, dla których większym wyzwaniem była raczej ocena skutków geopolitycznych niż sama dostępność surowca. Dlaczego? Odpowiedź można streścić w jednym słowie: infrastruktura.

Cieśnina Ormuz przez dekady była symbolem strukturalnej słabości światowego rynku ropy. To przez nią przepływała nawet jedna piąta światowego handlu ropą, a każde napięcie w Zatoce Perskiej natychmiast przekładało się na rachunki za paliwo w Europie, Azji i Ameryce. Kryzysy ze stycznia 1974 roku, sierpnia 1990 oraz wstrząsy związane z rosyjską inwazją na Ukrainę w 2022 roku pokazały, jak cienka bywa granica między „normalnością” a szokiem podażowym.

Dziś jednak krajobraz jest inny. Pierwsza różnica między dzisiejszym kryzysem a poprzednimi polega na strukturze samego rynku naftowego. Większa liczba dostawców i geograficzna dywersyfikacja wydobycia sprawiają, że Bliski Wschód i cieśnina Ormuz nie są już jedynym centrum grawitacji rynku. Brazylia wydobywa już więcej ropy niż Zjednoczone Emiraty Arabskie, Gujana w ekspresowym tempie awansowała do grona poważnych eksporterów, a Wenezuela – choć daleka od dawnej świetności – stopniowo wraca do globalnej mapy dostaw.

Jeszcze ważniejszą zmianą jest jednak pozycja Stanów Zjednoczonych, które z importera stały się jednym z kluczowych eksporterów ropy i gazu – a w przypadku LNG największym na świecie. Oznacza to, że Ameryka nie tylko uniezależniła się od bezpośrednich zakłóceń w Ormuz, ale również stała się globalnym „dostawcą ostatniej instancji”.

W efekcie ciężar zależności od szlaków takich jak Ormuz przesunął się w większym stopniu na rynki azjatyckie, które pozostają bardziej bezpośrednio uzależnione od dostaw z Zatoki.

To jednak tylko połowa historii. Druga połowa to mapa rur, terminali i portów, które pozwalają tę ropę i gaz przemieścić. Największa energetyczna geopolityczna rewolucja XXI wieku – jak opisuje ją Fatih Birol – ropa i gaz z teksańskich łupków doprowadziły do zasadniczego przetasowania na mapie światowych dostawców paliw kopalnych dzięki błyskawicznej rozbudowie infrastruktury energetycznej.

A niech o znaczeniu infrastruktury świadczy jeden prosty fakt: cena gazu w hubie Waha w zachodnim Teksasie odnotowuje obecnie ceny ujemne. To nie tylko efekt nadpodaży, lecz przede wszystkim ograniczeń infrastrukturalnych – braku wystarczających mocy przesyłowych i eksportowych, które pozwoliłyby ten gaz wyprowadzić na rynek.

.Nieprzypadkowo rynek już dziś reaguje – w najbliższych latach planowane są kolejne duże projekty przesyłowe z regionu Permian, które mają zlikwidować ten wąskie gardła.

PAP/MJ

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 8 kwietnia 2026