
1920. Triumf i pamięć
W stulecie Bitwy Warszawskiej opublikowaliśmy pracę zbiorową „Triumf 1920. Obraz i pamięć”, której głównym celem było ukazanie tej wielkiej, heroicznej bitwy w szerokim kontekście historycznym i kulturowym. Wracamy do zawartych w tej książce rozważań dotyczących mitu założycielskiego odrodzonego państwa – w nadziei na nowe otwarcie w sferze polityki historycznej w naszym kraju – piszą Jerzy MIZIOŁEK i Joanna M. SOSNOWSKA
.„Polacy wierzyli szczerze, że walczą za wolność, język, tradycję i religię” – te słowa Michaela Fibicha, majora armii USA, uczestnika sowiecko-polskiej wojny w 1920 roku, posłużyły za motto do hasła Bitwa Warszawska w wydanej w ogromnym nakładzie książki R.G. Granta 1001 Battles that Changed the Course of History (2011). W haśle tym czytamy, że „starły się bolszewicki ferwor rewolucyjny i polski nacjonalizm. Rosjanie ponieśli upokarzającą klęskę. Wielkie polskie zwycięstwo nad Armią Czerwoną pod Warszawą zapewniło przetrwanie niepodległej Polski i zapobiegło może bolszewickiej inwazji na Niemcy”. Encyklopedyczna narracja ma zdecydowanie pozytywną tonację, pomimo że trudno jest się zgodzić z określeniem „polski nacjonalizm” (podczas gdy chodziło o prawdziwy patriotyzm i obronę chrześcijańskich wartości, co słusznie zauważył major Fibich) i pomimo użycia trybu przypuszczającego co do możliwości inwazji na Niemcy. Użycie słowa „może” zadziwia, tym bardziej że od lat wiemy z całkowitą pewnością, między innymi dzięki książkom Normana Daviesa, Richarda Pipesa, Adama Zamoyskiego i Andrzeja Nowaka, że inwazja miała dotyczyć nie tylko kierunku zachodniego, ale i południowego, aż po Italię.

.Pod koniec lipca 1920 r. Lenin tak pisał do Stalina: „Zinowiew, Bucharin, a także ja uważamy, że trzeba by jak najszybciej pobudzić rewolucję we Włoszech. Według mnie trzeba w tym celu zsowietyzować Węgry, a może także Czechy i Rumunię”. W swej odpowiedzi Stalin podejmuje tę myśl i z entuzjazmem ją rozwija tymi oto słowami: „Teraz, kiedy mamy Komintern, pokonaną Polskę i bardziej znośną Armię Czerwoną, byłoby grzechem nie pobudzić rewolucji we Włoszech. Trzeba postawić kwestię organizacji powstania we Włoszech i w takich jeszcze nieokrzepłych państwach, jak Węgry i Czechy. Krótko mówiąc: trzeba podnieść kotwicę i ruszyć w drogę, dopóki imperializm nie zdążył jeszcze naprawić swojej rozwalającej się fury”. Tymczasem – szczęśliwie dla całej Europy – do pokonania Polski nie doszło, Bitwa Warszawska i kolejne klęski Armii Czerwonej położyły kres mrzonkom Lenina i Stalina o ogólnoświatowej rewolucji. W wywiadzie udzielonym niemieckiej dziennikarce Clarze Zetkin złamany klęską Lenin mówił, jak to „przedwczesny przymrozek zmroził piękne ziele rewolucji”. Wypowiadający te słowa miał według Zetkin być tak zdruzgotany i złamany smutkiem, że przypominał „Chrystusa frasobliwego” (sic!).
Przedmurze chrześcijaństwa i zagubiona pamięć
.W 1920 roku Polska po raz kolejny stała się przedmurzem chrześcijaństwa, mimo że w czasie wojny z bolszewikami była ciągle na trudnej drodze do odrodzenia swej państwowości. Docenili to między innymi Achille Ratti, nuncjusz papieski w Polsce, późniejszy papież Pius XI, członkowie francuskiej misji – generał Maxime Weygand i młody Charles de Gaulle oraz Edgar Vincent D’Abernon, autor arcyważnej książki The Eighteenth Decisive Battle of the World: Warsaw 1920 (1931, polskie wydania: 1932, 2010 i 2020).
Choć batalia o Warszawę – nazywana Cudem nad Wisłą – została uznana za jedną z osiemnastu najważniejszych bitew w dziejach ludzkości, świadomość jej znaczenia jest ciągle zbyt mała – na świecie wiedzą o niej tylko historycy, specjaliści od tego okresu. O niedocenieniu bohaterów tamtej wojny obronnej w samej Polsce najlepiej świadczy brak monumentalnego jej upamiętnienia w Warszawie. Przyczyny takiego stanu rzeczy są powszechnie znane, przez pół wieku decydowały o nim geopolityka, zimna wojna, mocarstwowe ambicje ZSRR i uzależnienie od nich naszego kraju. Tylko przez pierwsze 19 lat rocznice Cudu nad Wisłą były w Polsce celebrowane jako święto państwowe, a historia tego wydarzenia była utrwalana przez opracowania historyczne, literaturę i sztukę, a przede wszystkim – przez spontaniczne działania społeczne uczestników walk w obronie granic młodego państwa.

.W okresie międzywojennym triumf odniesiony w wojnie z bolszewikami był rozumiany jako zwieńczenie i przypieczętowanie wszystkich wcześniejszych zwycięstw polskiego oręża. Bitwa Warszawska była porównywana z wiktorią wiedeńską, obroną Jasnej Góry i wielkimi zwycięstwami na Wschodzie (m.in. pod Orszą, Obertynem, Wielkimi Łukami, Smoleńskiem i Chocimiem) rozumianymi jako obrona chrześcijaństwa, a zatem i europejskiej cywilizacji. Co ciekawe, najbardziej wzniosłe wizualizacje takich zestawień Bitwy Warszawskiej z obroną Jasnej Góry i Odsieczą Wiednia znajdują się we Włoszech, w kaplicy papieskiej w Castel Gandolfo (ufundowanej przez papieża Piusa XI) i w kaplicy polskiej w słynnej bazylice w Loreto. Pierwszy obraz – z księdzem Skorupką na pierwszym planie – wykonał polski malarz Jan Henryk Rosen, drugi zaś włoski artysta Arturo Gatti. Oba powstały na krótko przed wybuchem II wojny światowej.

.Od września 1939 do 1989 roku, a więc przez pełne 50 lat, pamięć o wojnie polsko-bolszewickiej była wymazywana z dyskursu społecznego w wymiarze politycznym i historycznym. Znaczenie wydarzeń, których nie można było całkowicie usunąć z narracji historycznej, minimalizowano i przeinaczano. Konsekwencje tego są widoczne do dziś – trzy dekady po uzyskaniu niepodległości. Bardzo powoli odbudowywana jest świadomość doniosłości odniesionego przez Polskę zwycięstwa, nie tylko Cudu nad Wisłą, ale również obrony Włocławka i Płocka, bitwy pod Komarowem, batalii nad Niemnem i wielu innych heroicznych wydarzeń, włączając w to wcześniejszą obronę Lwowa, a także powstania w Wielkopolsce i na Śląsku. Wracająca wiedza o wydarzeniach w skali makro, ale także o jednostkowych dokonaniach pozwala uzmysłowić sobie skalę zafałszowań istniejących do dziś i często bezwiednie powielanych. Wydaje się, że wojna bolszewicka wciąż nie jest powszechnie postrzegana jako wydarzenie o przełomowym znaczeniu, pomimo że była triumfem heroizmu i nauki (udział profesorów Uniwersytetu Warszawskiego w odczytywaniu rosyjskich szyfrów). Czy nadal ma to podtekst polityczny, czy świadczy tylko o ignorancji? W roku stulecia wielkiego triumfu zamiast poświęcać pomniki upamiętniające bitwy pod Radzyminem, Ossowem i Komarowem, mówiło się o planach ich budowy lub wmurowaniu kamienia węgielnego. Podobna sytuacja dotyczyła samej Warszawy, która do dziś nie ma monumentu upamiętniającego ten triumf, który był – jak to ujął Adam Grzymała-Siedlecki – „wspólnym dziełem armii, rządu i całego narodu”. Zrobiony pośpiesznie marny projekt pomnika na placu Na Rozdrożu słusznie nie doczekał się realizacji. Z kolei pomnik wystawiony w miejscu wielkiej batalii polskiej kawalerii z konarmią Budionnego pod Komarowem znajduje się w miejscu niemal odludnym.
Odradzanie pamięci
.Wojna z bolszewikami była wielkim zrywem całego narodu, przez ponad stulecie podzielonego między trzy zabory, a jednak zachowującego poczucie wspólnoty i przede wszystkim – obowiązku wobec ojczyzny. Dziś w imię tych wartości, a także ze świadomością, że bohaterom należą się cześć i pamięć, rodzą się – choć zbyt wolno – lokalne inicjatywy, wznoszone lub odbudowywane są dawne pomniki, ważne miejsca upamiętnia się tablicami informującymi o doniosłych czynach, takimi jak ta przed dworcem w Skierniewicach, mówiąca o transporcie amunicji dla polskiej armii od rządu Węgier, który przybył, pokonawszy wiele przeszkód stawianych przez zwolenników bolszewizmu, dosłownie w ostatniej chwili, gdy już wszelkie zapasy się kończyły.
Od 1989 roku stosunek do wojny o przetrwanie niepodległej Polski uzyskuje – choć zbyt wolno – należne mu miejsce tak w wymiarze państwowym, jak i w świadomości społecznej. Niemniej jednak nie przygotowano obchodów stulecia tej bitwy na miarę jej znaczenia. Najbardziej jednak niepokojące jest pojawianie się czegoś w rodzaju zaszyfrowanych zabiegów mających nie dopuścić do odbudowania pamięci o zwycięstwie nad Rosją bolszewicką i o ogromnej daninie krwi Polaków. Przykładu dostarcza katalog wystawy w Muzeum Narodowym w Warszawie pt. „Krzycząc: Polska! Niepodległa 1918”, w której podkreślane są między innymi okropności wojny z lat 1919–1920, wskazuje się nie na heroizm, ale na cierpienia ludności cywilnej, złe wyekwipowanie polskiej armii i zaciera się różnice pomiędzy następującymi po sobie wojnami. Wszystko po to, by umniejszyć znaczenie zwycięstwa i sprowadzić je do rangi epizodu pozbawionego wymiaru o globalnej doniosłości. Nierzadko w światowej literaturze przedmiotu, również tej dotyczącej sztuki, wojna polsko-bolszewicka jest postrzegana jako jeden z segmentów zmagań Armii Czerwonej z białą reakcją, trwających od 1918 do 1921 roku.
Wołanie o łuk triumfalny
.Maria Dąbrowska, świadek tamtych heroicznych czasów, tak zanotowała w swoim Dzienniku pod datą 20 maja 1920: „Piłsudski przyjeżdżał z frontu. Było to zjawisko nie do uwierzenia, jak go wita stolica. Mamy przecież stolicę. To było tak, jak by mogło być w Grecji albo w Rzymie”. Ani w okresie międzywojennym, ani w ostatnich dekadach nie udało się zrealizować projektu upamiętnienia triumfu oręża polskiego w postaci łuku triumfalnego, który wpisując się w antyczną tradycję, byłby symbolem tej i innych wiktorii. Tym bardziej chcemy wierzyć, że opublikowana przez nas w 2020 roku obszerna praca zbiorowa, Triumf 1920. Obraz i pamięć, jak i wydane w kolejnych latach teksty wzbudzą refleksję nad problemem, czym jest w swej istocie triumf, czym odróżnia się od każdego innego zwycięstwa, czynu ważnego, ale niemającego dziejowych konsekwencji, i dlaczego trzeba go należycie uhonorować. Istotnym elementem tej publikacji są reprodukowane w niej liczne rysunki łuków triumfalnych projektowanych przez Stanisława Noakowskiego, stanowiące kontekst dla projektu wielkiego łuku triumfalnego autorstwa Ivana Meštrovicia z 1939, który miał być wzniesiony na placu Na Rozdrożu. Przypominając triumfy oręża polskiego i upamiętniające je łuki triumfalne, niestety pozostające tylko na papierze, próbujemy nie tylko przywołać siłę tradycji antyku klasycznego w życiu społecznym i kulturze wizualnej dawnej Polski. Jest w tym zawarta również sugestia, ciągle aktualna, by nie rezygnować ze wzniesienia w Warszawie okazałego, nowoczesnego – jak paryski w dzielnicy Defence – łuku triumfalnego ku czci bohaterów wielkiego zwycięstwa w 1920 roku. To mogłyby być łuk triumfalny i jednocześnie muzeum.

.Na zachętę do eksploracji triumfu AD 1920 posłużyć nam mogą wypowiedzi trzech wielkich osobistości: marszałek Piłsudski mówił o konieczności szanowania przeszłości, bo bez niej nie ma przyszłości; generał Weygand pisał o pięknym spektaklu, jakim była ogólnonarodowa walka o Warszawę, i wreszcie Jan Paweł II, urodzony 18 maja 1920 roku, o zwycięstwie tak wielkim, że uznano je za cud. Te i podobne głosy powinny wybrzmiewać co roku w połowie sierpnia przy monumencie szczególnego znaczenia, wpisanym głęboko w tradycje europejskie. Taki pomnik – najlepiej łuk triumfalny – powinien symbolizować, jednak bez zbędnej chełpliwości, wielkie zwycięstwo 1920 roku, największe w naszych dziejach obok wiktorii wiedeńskiej. Parafrazując słowa ówczesnego marszałka sejmu Wojciecha Trąmpczyńskiego, wypowiedziane 18 maja 1920 roku wobec Józefa Piłsudskiego, który odniósł spektakularne zwycięstwo pod Kijowem, można wyrazić myśl, że nie triumf nad pokonanym wrogiem, nie pycha narodowa przy takim monumencie powinna rozpierać serca nasze, ale wzmacniające wiarę w przyszłość poczucie własnej siły i dumy ze zwycięskiej walki w obronie ojczyzny.
Opowiedzieć sobie i światu
.Przyszedł czas na stworzenie wizji bardziej intensywnego budowania legendy wielkiego zwycięstwa, aby ten triumf całego narodu doczekał się nie tylko stosownego monumentu w Warszawie, ale zajął też w sercach Polaków miejsce tak ważne, jak Powstanie Warszawskie 1944 roku. Nasuwa się jeszcze pytanie o miejsce wojny polsko-bolszewickiej w percepcji uniwersalnej. D’Abernon uznał Bitwę Warszawską za jedną z osiemnastu najważniejszych bitew w dziejach świata, ale to nie jego książka, lecz Konna armia i Dzienniki Izaaka Babla, uczestnika wojny po stronie sowieckiej, są ciągle wznawiane i czytane na całym świecie. Na szczęście jest to przekaz nieomal obiektywny, nie deprecjonuje polskich zwycięstw, nie pomija nawet roli amerykańskich pilotów, którzy skutecznie walczyli z konarmią Budionnego. Dokonania lotników, między innymi Cedrica Fauntleroya i Meriana Coopera (z czasem generała armii amerykańskiej i reżysera, twórcy filmu King Kong), wraz ze znakomitym polskim radiowywiadem – równie kluczowym, jak dla Brytyjczyków radar w czasie bitwy o Anglię – to materiał nie tylko na kolejną książkę, ale i na hollywoodzki film. De facto taki film Polakom obiecywano, ale na razie pozostał tylko obietnicą. D’Abernon nie tylko napisał bezcenną dla pamięci o wojnie polsko-bolszewickiej książkę, ale też w wywiadzie udzielonym w 1930 roku „Gazecie Polskiej” wypowiedział wiekopomne słowa, które co i raz, zwłaszcza w te sierpniowe dni – powinny być przypominane: „Współczesna historia cywilizacji zna mało wydarzeń posiadających znaczenie większe od bitwy pod Warszawą w roku 1920. Nie zna zaś ani jednego, które by było mniej doceniane. […] Zadaniem pisarzy politycznych […] jest wytłumaczyć europejskiej opinii publicznej, że w roku 1920 Europę zbawiła Polska”. To zadanie czeka ciągle na wykonanie.
.Miejmy nadzieję, że prezydent Karol Nawrocki, który w jednym z przemówień przywołał imię Meriana Coopera i który tak doskonale zna dzieje Polski i wie, czym jest polityka historyczna, nada również pamięci o wydarzeniach 1920 roku szczególne znaczenie. Dobrze prowadzona polityka historyczna z wykorzystaniem nowych technologii przyczyni się ogromnie do działań promujących Polskę, jej kulturę, oręż i jej genialnych specjalistów od szyfrów w wymiarze uniwersalnym.
Książkę Triumf 1920. Obraz i pamięć (2020), z tekstami m.in. Andrzeja Nowaka, Jana Żaryna, Grzegorza Nowika, opublikowały Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego; jest ona dostępna również w postaci e-booka i na platformach internetowych, takich jak Academia.edu.


