Rektor czy minister? Kto wprowadzi polskie uniwersytety do pierwszej ligi?

Prof. Leszek PACHOLSKI

Profesor zwyczajny nauk matematycznych, logik, informatyk. W latach 2005–2008 rektor Uniwersytetu Wrocławskiego.

zobacz inne teksty autora

W trakcie szeroko komentowanego audytu poprzedniego rządu wicepremier Jarosław Gowin wspomniał granty Europejskiej Rady Nauki (European Research Council, ERC) i nazwał je „małymi Noblami”. Nie jestem przekonany, że takie porównanie jest uzasadnione, ale ta przesada może części osób kierujących w Polsce uczelniami i wydziałami uświadomić, że te granty istnieją i mają wpływ na kreowanie opinii o nauce w Polsce i o polskich uczelniach. Premier przypomniał też, że uczeni pracujący w Polsce uzyskali zaledwie 15 grantów ERC. Dla porównania pracownicy małego, założonego latem 2008 roku, instytutu IST Austria, uzyskali 19 takich grantów.

.Nie jestem kibicem piłki nożnej, ale słyszałem o Bayernie Monachium i Realu Madryt. Wiem, że w Bayern gra Lewandowski, ale nie wiem, kto tam jeszcze gra, ani kto gra w Realu. Niemal każdy wie, że La Scala jest słynnym teatrem operowym, nawet jeśli nigdy żadnej opery nie oglądał i nie wie, kto tam śpiewa, ani kto dyryguje. Mało kto wie, kim jest Jack Szostak, laureat nagrody Nobla w dziedzinie medycyny z 2009 roku, czy Frank Wilczek, laureat w dziedzinie fizyki z 2004 roku, ale wszyscy wiedzą, że Uniwersytet Harvarda i MIT zatrudniają wielu noblistów i należą do ścisłej czołówki najlepszych uczelni na świecie.

Oczywiście o sukcesach Bayernu decydują piłkarze, La Scali – muzycy, Harvardu i MIT – uczeni. Powstaje jednak pytanie, jak to się dzieje, że jedna instytucja odnosi sukcesy, a inne kiepsko sobie radzą. Na pewno nie jest tak, że to przez przypadek uzdolnieni piłkarze grają w Bayernie a wybitni fizycy pracują w MIT. Instytucje te są silne, bo mają władze, którym zależy na sukcesie, które podejmują właściwe decyzje i które posiadają środki pozwalające na ich realizację. Zarząd odnoszącego sukcesy klubu piłkarskiego cały czas śledzi kariery piłkarzy na całym świecie i w okresie transferowym stara się kupić najlepszych. Piłkarze grający w Bayern Monachium to zawodowcy, otrzymujący wysokie wynagrodzenie za swoją pracę. Podobnie jest ze śpiewakami w La Scali i skrzypkami w Metropolitan. Podaż talentów jest ograniczona a instytucje, które chcą osiągać sukcesy, cały czas na talenty polują.

Podobnie dzieje się w świecie akademickim, choć o tym mniej pisze się w mediach, w każdym razie nie tak często, jak o transferach piłkarzy. Bywa, że informacje o transferach, a już na pewno o ich szczegółach, utrzymuje się w tajemnicy. Dlatego za chwilę podam zmyślone nazwy uczelni i nazwisko. Kilkanaście lat temu wybitny informatyk z USA w sile wieku, John Wspaniały, dostał atrakcyjną ofertę pracy w Uniwersytecie Świetnym, jednym z najlepszych w Europie. Gdy przyjechał zza oceanu, aby negocjować wysokość wynagrodzenia, koledzy z Uniwersytetu Doskonałego, zaprosili go na odczyt, a po odczycie na kolację. A że wino na kolacji było wyśmienite, a głowa Johna niedostatecznie mocna, wyjawił im szczegóły otrzymanej oferty. Następnego ranka władze Uniwersytetu Doskonałego zaproponowały mu lepsze warunki, które przyjął.

Oczywiście władze uniwersytetów podejmują decyzje nie tylko o zatrudnianiu pojedynczych wybitnych osób. W 2002 roku rektor Politechniki w Lozannie (EPFL) na stanowisko dziekana wydziału informatyki powołał profesora Willy’ego Zwanenpoela z Uniwersytetu Rice’a powierzając mu misję przebudowy wydziału. W czasie pracy w Rice Zwanenpoel obserwował reformy tamtejszego wydziału informatyki, przeprowadzane przez Moshe Vardiego, który jako niespełna czterdziestoletni doktor został ściągnięty z IBM do Rice. Zwanenpoel i Vardi dostali zadania znalezienia doskonałych kandydatów na stanowiska profesorskie i środki na ich zatrudnienie. Obaj bardzo dobrze wykonali powierzone im zadania, o czym w przypadku Zwanenpoela świadczy między innymi liczba grantów ERC, jakie uzyskały zatrudnione przez niego osoby.

Z oczywistych względów moje informacje dotyczą informatyki, ale podobnie dzieje się na różnych wydziałach wielu uczelni. Przy zatrudnianiu wybitnych fachowców stawia się im zadania, ale także oferuje się środki: wynagrodzenie i etaty dla współpracowników. W przypadku wydziałów eksperymentalnych zatrudniani eksperci, oprócz funduszy na zatrudnienie postdoków i doktorantów, otrzymują miliony dolarów na aparaturę. Gdy wiele lat temu w Uniwersytecie w Wirginii szukano szefa Wydziału Fizjologii Molekularnej i Fizyki Biologicznej, po trzech latach negocjacji Mark J.Yeager, który przyjął to stanowisko otrzymał, jak głosi plotka, 30 milionów na aparaturę.

Warto dodać, że władze uczelni nie tylko polują na wybitnych uczonych, ale także czasem zwalniają tych mniej wybitnych lub mniej potrzebnych. W 1994 roku, kilka lat po śmierci Alfreda Tarskiego, wybitnego logika i matematyka, na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley na stanowiskach profesorskich pracowała spora grupa jego bliskich współpracowników, doskonałych uczonych, autorów twierdzeń, które weszły na stałe do matematyki. Władze uniwersytetu uznały jednak, że nie potrzeba aż tylu specjalistów w jednej wąskiej specjalności i, mimo że byli oni zatrudnieni na stałe, zaoferowały pięciu z nich przejście na wczesną, atrakcyjną emeryturę.

.Można mnożyć przykłady jednorazowych decyzji oraz wieloletnich działań strategicznych, które wpływały na pozycję uniwersytetów. Polecam książkę R. S. Lowen „Creating the cold war university”, z której można dowiedzieć się o tym, jak Herbert Hoover — członek rady powierniczej, a potem Frederic Terman – prorektor (provost), przekształcili Uniwersytet Stanforda, niegdyś słabą i prowincjonalną uczelnię w jeden z najpotężniejszych uniwersytetów na świecie. Może kiedyś ktoś opisze zmiany dokonane w Politechnice w Lozannie po roku 2000, zmianę Harvey Mudds College w szkołę kształcącą najlepiej zarabiających inżynierów, przebudowę prowincjonalnego Uniwersytetu Aalto w uczelnię, na której ponad 80% doktorantów pochodzi z zagranicy, czy zmiany w Georgia Tech, pierwszym uniwersytecie zdominowanym przez nowe technologie.

Wróćmy na chwilę do piłki nożnej i muzyki. Oczywiście, w piłkę nożną można grać amatorsko, dla przyjemności. Wtedy nie tylko nie dostaje się wynagrodzenia, ale trzeba ponosić koszty. Jednak gra w podwórkowej drużynie nie wiąże się z wielkim stresem wynikającym z groźby wyrzucenia z drużyny. Nawet jeśli gracz będzie systematycznie zawalał, przyjaciele z boiska, z którymi po meczu chodzi na piwo, nie będą zastanawiać się nad możliwością transferu lepszego gracza na jego miejsce. Podobnie, jeśli amator w chórze parafialnym będzie lekko fałszował, organista postawi go w tylnym rzędzie, obok kogoś o donośnym głosie, bo chóru nie stać na zatrudnienie na jego miejsce kompetentnego śpiewaka.

O drużynach podwórkowych piszę nie bez przyczyny. To porównanie narzuca się każdemu, kto obserwuje działalność polskich uczelni publicznych. Nie widać prób prowadzenia polityki kadrowej, nie słychać o transferach wybitnych uczonych, o istotnych zmianach strukturalnych. Czasem, gdy zagrożone są uprawnienia do prowadzenia kierunku, poszukuje się kogokolwiek z tytułem, aby kierunek ratować. Nie widać też, aby uczelnie rozwijały te wydziały lub instytuty, które prowadzą badania oczekiwane przez gospodarkę lub kształcą studentów poszukiwanych na rynku. Jedyna widoczna działalność polega na rozbudowie infrastruktury, co w wielu uczelniach powiększa tylko kontrast pomiędzy wysoką jakością budynków i słabością kadry.

Co więcej, uczelnie zrezygnowały już z samodzielnego rozwiązywania nawet elementarnych problemów. Od wielu lat ministerstwo metodami administracyjnymi zmusza je do walki z plagiatami, dostarczając narzędzi i promując tych, którzy z tych narzędzi zechcą skorzystać. Za ciężkie pieniądze ministerstwo zbudowało bazę danych POLON mającą pomagać ministerstwu w walce z wieloetatowością. Minister Gowin doprowadził do zmiany umowy pomiędzy Polską a Słowacją, aby bronić polskie uczelnie przed słabymi habilitacjami uzyskiwanymi na Słowacji. Sejm wprowadził ograniczenie możliwości nieracjonalnego zwiększania liczby studentów. Eksperci komisji akredytacyjnej są instruowani, żeby sprawdzać, czy w ciągu ostatnich kilku lat rzeczywiście sprawdzano prace egzaminacyjne i kolokwia. I tak dalej.

.W innych krajach to uczelnie dbają o wszystkie wyżej wspomniane sprawy. To one walczą z plagiatami, bo zależy im na prestiżu. Nie ma tam mowy, aby profesor pracował na dwóch etatach, bo wtedy nie będzie dobrze wykonywał swoich obowiązków. Uczelnie nie zatrudnią słabych polskich doktorów wyhabilitowanych na Słowacji, bo chcą i potrafią ocenić dorobek kandydata do pracy. W większości krajów nie ma w ogóle habilitacji, która w Polsce ma zwalniać władze uczelni z troski o jakość kandydatów na stanowiska profesorskie. Dobre uczelnie nie zwiększą nagle liczby przyjmowanych studentów, bo to obniżyłoby poziom nauczania.

Jedną, chociaż nie jedyną, z przyczyn braku aktywności rektorów jest to, że nie mają narzędzi do realizacji podejmowanych decyzji, do prowadzenia polityki kadrowej i budowania strategii. Odbieranie władzy rektorom i przesuwanie jej do instytucji centralnych trwa od dawna i nie jest tylko wynikiem kaprysu polityków. Bardzo często do takich decyzji skłaniają ustawodawców opinie ekspertów reprezentujących środowisko akademickie.

Na początku 2008 roku prof. Barbara Kudrycka, ówczesna minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego powołała dwa zespoły, których zadaniem miało być przygotowanie założeń do zmian w ustawach regulujących funkcjonowanie nauki i szkolnictwa wyższego. Jeden z zespołów zajmował się sprawami badań naukowych, przede wszystkim zasadami ich finansowania, drugi natomiast miał się zająć regulacją systemu funkcjonowaniem uczelni.

Zespół do spraw nauki składał się w przeważającej większości ze znanych profesorów, którzy chcieli zapewnić wybitnym uczonym możliwie dobre warunki do pracy naukowej. W tamtym czasie funkcjonowały dwa zasadnicze strumienie finansowania badań. Jeden skromniejszy — pieniądze na granty przyznawane w drodze konkursu, drugi znacznie obfitszy – fundusze przyznawane uczelniom oraz poszczególnym wydziałom. Ich podział pomiędzy uczelnie uwzględniał wielkość jednostki i jakość prowadzonych w niej badań. Członkowie zespołu widzieli jednak poważny problem: dzieląc dotację pomiędzy pracowników i zespoły badawcze rektorzy oraz dziekani nie uwzględniali na ogół wkładu poszczególnych pracowników w osiągnięcia jednostki. Dzielili „sprawiedliwie”, czyli po równo, lub wspierali tych, którzy poparli ich w wyborach do władz akademickich. Jednym słowem znaczna część funduszy przeznaczonych na badania była, zdaniem ekspertów, marnowana.

W wyniku rekomendacji zespołu drastycznie ograniczono część funduszy trafiających do władz uczelnianych, zostawiając tylko „dotację na utrzymanie potencjału badawczego” pokrywającą koszty utrzymywania aparatury. Jedynym źródłem finansowania badań są teraz granty przyznawane najlepszym uczonym w konkursach organizowanych przez Narodowe Centrum Badań. Nie ma więc już obaw, że fundusze zostaną przez rektorów i dziekanów zmarnowane.

Wróćmy na chwilę do analogii z piłką nożną. Wyobraźmy sobie, że mamy Ministerstwo Sportu, które wspiera piłkarzy grających w drużynach amatorskich. Piłkarze są oceniani i najlepsi z nich dostają wysokie wynagrodzenie, co powoduje, że grają najlepiej jak potrafią. W rezultacie w różnych drużynach jest po dwóch, trzech doskonałych graczy. W jednej dobry bramkarz, w drugiej dobry napastnik. Jednak żadna z tych drużyn nie będzie jednak miała szans na sukces. Potrzebna jest bowiem cała bardzo dobra drużyna, a nie kilku wybitnych graczy. Podobnie byłoby, gdyby w orkiestrze była grupa doskonałych waltornistów, obsypywanych nagrodami przez ministra sztuki, a nie miałby kto dobrze zagrać na wiolonczeli. A dyrygent nie mógłby nic z tym zrobić, bo nie miałby pieniędzy na kupienie brakującego muzyka.

Oczywiście uczelnie to nie drużyny piłkarskie. Nie muszą mieć specjalistów we wszystkich dziedzinach, ale jednak studenci powinni zdobywać szeroką wiedzę o tym, co jest ważne na świecie, a niekoniecznie tylko o tym, co umieją przypadkowo dobrani profesorowie z ich uczelni. Ponadto najciekawsze odkrycia zwykle powstają tam, gdzie są specjaliści o różnych kompetencjach. Biznes często potrzebuje absolwentów dysponujących unikalną wiedzą niedostępną na lokalnym rynku akademickim. I w końcu nie da się zbudować reputacji ani nie będzie sukcesów w rankingach, jeśli tylko niewielka część uczonych będzie reprezentowała wysoki poziom.

.Po ostatnich reformach władze uczelni straciły część narzędzi umożliwiających prowadzenie polityki kadrowej i budowanie strategii uczelni. Uczelnie są samorządne i autonomiczne, ale dysponują jedynie środkami na przeżycie. Wiele dodatkowych funduszy rozdzielanych jest natomiast przez ministra i instytucje centralne wspierające badaczy w sposób, który ma niewielki wpływ na poprawę jakości badań i kształcenia na całych uczelniach.

Od pewnego czasu Ministerstwo przyznaje wysokie „stypendia dla wybitnych młodych naukowców”. W ostatniej edycji 255 osobom, które nie ukończyły 35 roku życia, przyznano stypendia w wysokości 5390 zł miesięcznie na 3 lata. Stypendia te są przyznawane pracownikom uczelni i Polskiej Akademii Nauk i są bardzo wysokimi dodatkami do wynagrodzenia wypłacanego przez pracodawcę. Takie stypendium to duże wsparcie dla młodego, zdolnego i ambitnego człowieka. Może przez 3 lata zapomnieć o kłopotach finansowych, kupić nowy samochód lub przyśpieszyć spłatę kredytu na mieszkanie. Dla polskiej nauki też mogą być z tego powodu korzyści, uczony częściowo uwolniony z troski o byt, może być bardziej produktywny. Mam jednak wątpliwości, czy jest to najlepszy sposób wydawania pieniędzy. W innych miejscach na świecie pieniądze służą do realizacji celów. Uczelnia dysponująca takimi dodatkowymi funduszami mogłaby ich użyć do ściągnięcia specjalisty z zagranicy lub innego ośrodka, zatrudnić kogoś o kompetencjach, których na miejscu brakuje. Podobnie jak dyrygent orkiestry dysponujący funduszami mógłby w końcu zatrudnić jedną dobrą wiolonczelistkę. Podobnych przykładów można podać znacznie więcej. Ministerstwo słodzi, ale nie miesza. Od dawna wiadomo, że herbata nie zrobi się słodka od mieszania, ale samo słodzenie bez mieszania też nie daje dobrych efektów. 

Powtórzę to jeszcze raz. Zmiany przeprowadzone przez ostatnie reformy odebrały uczelniom znaczną część narzędzi umożliwiających prowadzenie polityki kadrowej. Bez aktywnej polityki kadrowej na znakomitej większości wydziałów pracują duże grupy specjalistów reprezentujących podobne lub niemal identyczne kompetencje, są to często naukowe wnuki lub nawet prawnuki tego samego wybitnego profesora, który pracował tam od zakończenia drugiej wojny światowej. Sprowadzenie specjalisty w innej dziedzinie z innego miasta, a tym bardziej z zagranicy, wymaga środków, których rektorzy nie mają. Plotka głosi, że władze EPFL zatrudniając młodych profesorów informowały ich, że uzyskanie stałego zatrudnienia (tenure) będzie uzależnione od sukcesów w zdobywaniu grantów ERC. Jednak przy zatrudnianiu sprawdzały, czy kandydaci mają szanse takie granty uzyskać oraz oferowały warunki finansowe mogące przyciągnąć odpowiednich kandydatów.

Jednym z głównych argumentów za przeprowadzonymi reformami, a więc na przykład za likwidacją wspierania badań poprzez dotację dla instytucji, była niska ocena osób kierujących uczelniami. Zespół do spraw finansowania badań był w tej sprawie niemal jednomyślny: władze uczelni i wydziałów nie dają gwarancji właściwego wykorzystania powierzanych im środków na badania. Wydawałoby się, że w tej sytuacji naturalne byłoby pochylenie się z troską nad problemem właściwego doboru kadry kierowniczej. Niestety, ten problem nie wzbudził zainteresowania zespołu zajmującego się reformą systemu szkolnictwa wyższego, złożonego głównie z rektorów i byłych rektorów, którzy nie dopuszczali możliwości zmiany sposobu powoływania władz uczelni.

.Mamy więc nielicznych dobrych uczonych na słabych i źle sprofilowanych uczelniach. I nie widać nadziei na zmiany. Nawet najwybitniejszy minister nie sprawdzi się w roli trenera selekcjonera setki drużyn, a kapitanowie nie mają ani władzy, ani kompetencji, ani nawet woli zwycięstwa.

Leszek Pacholski

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Chcę otrzymywać powiadomienia o najnowszych tekstach.

  • Waldemar Korczyński

    Wiele trafnych uwag, sposród których zdanie : „W większości krajów nie ma w ogóle habilitacji, która w Polsce ma
    zwalniać władze uczelni z troski o jakość kandydatów na stanowiska
    profesorskie.” wyraża chyba najlepszą. Ja bym je trochę wzmocnił np. do wypowiedzi „W większości krajów nie ma w ogóle habilitacji, która w Polsce ma
    zwalniać władze uczelni z myślenia”, ale byłoby to chyba nie w duchu Autora, który wyraża sie nader powściągliwie. Nie zebym był jakos specjalnie przeciwko stopniom, ale widac chyba juz dość dobrze do czego prowadzi biurokracja w rodzaju „minimów kadrowych” czy „programów ramowych”, która przerabiają (niesamodzielnie, bo np. sposób finansowania tez sie przykłada) autonomie uczelni w „autonomie regulowaną”, podobnie jak ktos kiedys przerobił demokrację w „demokracje ludową”.

  • zaz

    Pan Profesor ewidentnie kibicem piłki kopanej nie jest. Jakby był to by się orientował, że polska liga jest już od dawna w pełni zawodowa, co wcale nie wpłynęło na podniesienie jej poziomu w okolice choćby zadowalającego. Polskie kluby zupełnie nie liczą się w rozgrywkach europejskich, a jak jakiś zawodnik odrobinę się w nich wybija, to natychmiast jest kaperowany do bogatszego klubu za granicą. „Uzawodowienie” polskich uczelni wyższych da dokładnie ten sam efekt. Za Amerykanami czy Szwajcarami na budżety jeszcze długo nie będziemy mogli się mierzyć, więc tworzenie u nas „ligi zawodowej” jest dość bezcelowe.
    W pewnym sensie to ma nawet jakiś sens, że ministerstwo jest po prostu takim rektoratem – w końcu cały budżet MNiSW jest niewiele wyższy od budżetu jednego dużego zachodniego uniwersytetu. I tylko gęb do wykarmienia dużo więcej.

  • Waldemar Korczyński

    Główny kłopot polega jednak na tym, że wielu uczonych ma TYLKO gęby. I uzywa ich PRAWIE WYŁACZNIE do „chapania”. A lud sie cieszy, ze ma więcej tytularnych profesorów niz np. USA. A co do porównania z piłka kopaną. Pamietam „aferę sedziowską”. Sadząc po ilości „umoczonych” to uczciwych mogło byc tak z 30% meczów co najwyżej. A naród dalej na mecze chodził, emocjonował się grą i kibicował „naszym”. Z uniwersytetami i uczonymi jest podobnie. I to sie szybko raczej nie zmieni. Niezaleznie od ilości forsy wpompowanej w ten zgniły system.

  • zaz

    Nie wylewajmy tu sportu z kąpielą. Celem, istotą, jedynym sensem istnienia sportu są emocje narodu. Sport nigdy nie jest uczciwy w chrześcijańskim tego słowa znaczeniu, przekręty i oszustwa są tam normą, ale póki budzi on emocje, dopóki „drukowanie ” wyników nie jest zbyt grubymi nićmi szyte, dopóki piłkarze nie spacerują po boisku, tylko „gryzą trawę”, to sport ma swój sens. Bo jest potrzebny ludziom. Nawet na poziomie rozgrywek wiejskich gdy Victoria Parchów podejmuje Gnojowicę Oborniki Wielkopolskie.

    Trochę podobnie jest i z nauką. Dopóki nie zgromadzimy takiej kasy jak Szwajcarzy, to w rozgrywkach światowych liczyć się raczej nie będziemy. Ale to nie znaczy, że nie możemy tworzyć nauki na użytek własnego podwórka.

  • Waldemar Korczynski

    Ja tez jestem za realnością, tj. nauka polska podwórkową. Ale (1) ktos to WYRAŹNIE powinien społeczeństwu powiedzieć
    (2) nie jestem tak do końca przekonany o tak prostej zależności forsa-wyniki. Cos mi sie widzi, ze taki Heisenberg czy Schroedinger mieli jednak troche „ułańskiej” fantazji, a forsa przyszła później.
    (3) nic nie stoi na przeszkodzie, by – np. kosztem ZNACZNEJ OBNIŻKI podstawowego wynagrodzenia w uczelniach płacic wybitnym ZNACZĄCO LEPIEJ, np. w postaci bardzo wysokich nagród. Ale pewnie nic z tego nie bedzie, bo jak powiedział mi pewien znajomy profesor od sztuki bierze on z uczelni forse „po to by byc wolnym w tworzeniu dzieł wielkich” (od paru lat nie stworzył żadnego, na wystawach prezentuje tzw. dorobek.). Ma jednak kilku doktorantów, a jego koledzy opiekuja sie doktoratami z innych dziedzin sztuki. Aby było jasne; nie chodzi tu o jakąś nauke o sztuce (np. jej role społeczna, wpływ na psychikę, czy chocby historię), ale o „sztukę samą w sobie” własnie. I ten mój znajomy tez uważa, że kiepsko zarabia. Co na to inni uczelniani „biedacy”?

Autorzy wszyscy autorzy

A B C D E F G H I J K L M N O P R S T U W Y Z