Strategiczne błędy blokują polską naukę

Prof. Leszek PACHOLSKI

Profesor zwyczajny nauk matematycznych, logik, informatyk. W latach 2005–2008 rektor Uniwersytetu Wrocławskiego.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty autora

Na początku marca Times Higher Education (THE) opublikował listę dwustu najlepszych uczelni w Europie [LINK]. Nie było tam żadnej uczelni z Polski. Pewnym pocieszeniem może być to, że kraje nowej Europy są w tym rankingu reprezentowane przez dwie uczelnie: Politechnikę w Ostrawie i Uniwersytet w Tartu. Oczywiście trzeba pamiętać, że ranking THE jest jednym z wielu. W innych, takich jak ranking szanghajski (ARWU), ranking QS czy ranking US News and World Report, z różnymi zestawami i wagami kryteriów, kolejność uczelni może być nieco inna. Jednak we wszystkich tych rankingach sytuacja Polski i innych krajów nowej Europy jest podobna.

.Wadą wymienionych rankingów jest to, że pozycja uczelni w znacznym stopniu zależy od jej przeszłości: liczą się dawno zdobyte Nagrody Nobla; liczba często cytowanych badaczy (HCR), którzy wiele lat temu napisali ważne publikacje; opinie uczonych i biznesu kształtowane przez dziesiątki lat. Można podejrzewać, że polskie uczelnie nie mieszczą się w czołówkach rankingów, gdyż stosunkowo niedawno uzyskały możliwości rozwoju. Ta hipoteza jest trudna do obrony. Od kilku lat często stosowaną miarą sukcesu europejskich uczelni jest liczba grantów ERC (European Research Council), zdobytych przez jej pracowników. Granty te są przyznawane wybitnym uczonym na prowadzenie badań o potencjalnie przełomowym znaczeniu. Są przyznawane na badania, które są prowadzone teraz. Przeszłość się nie liczy, tym bardziej że ponad połowa tych grantów to granty dla młodych uczonych, którzy nie mieli dużo czasu na zbudowanie dorobku naukowego. W tej konkurencji nasze uczelnie również sromotnie przegrywają.

Uczeni zatrudnieni w Polsce uzyskali do tej pory 16 grantów, zatrudnieni w Wielkiej Brytanii 1286 — osiemdziesiąt razy więcej — a zatrudnieni w małej Danii (5,6 miliona mieszkańców) 118.

.Podobnie jak w Polsce jest w innych krajach byłego bloku wschodniego.

Pomiędzy poziomem badań na uniwersytetach w różnych krajach jest przepaść. A przecież kiedy podróżujemy po Europie, bardzo łatwo możemy zauważyć, że różnice między tymi, którzy od lat są bogaci, a tymi którzy do bogactwa aspirują, maleją w błyskawicznym tempie. Centra handlowe we Wrocławiu nie różnią się od centrów w Paryżu, budynki informatycznych centrów badawczo-rozwojowych w Kista — przedmieściu Sztokholmu, w którym siedzibę ma Karolinska Institute (9. miejsce w rankingu) — nie różnią się, ani na zewnątrz, ani wewnątrz, od podobnych budynków we Wrocławiu. Pracownicy założonego latem 2008 roku małego ośrodka badawczego IST Austria (19 grantów ERC) zazdroszczą aparatury badawczej uczonym z położonego 100 km na północ czeskiego Brna (dwa granty ERC). Japoński noblista Shuji Nakamura chciałby mieć taką aparaturę, jaką ma Wrocławskie Centrum Badań EIT+. W całej Polsce, podobnie jak w innych nowych krajach Unii Europejskiej, powstają luksusowe budynki uczelni i instytutów badawczych z szybkimi windami i przestronnymi salami wykładowymi, doskonałe laboratoria wyposażone w aparaturę, o której często koledzy ze starej Europy mogą tylko marzyć.

.W lutym 2004 r. amerykański dziennikarz i publicysta Thomas L. Friedman odwiedził Bangalore — hinduską Silicon Valley. Uderzyło go, że tamtejsze centra badawczo-rozwojowe międzynarodowych korporacji, takich jak IBM, Microsoft czy HP, nie różnią się od podobnych centrów w Stanach Zjednoczonych. Obserwacja ta zainspirowała go do napisania opublikowanego w 2005 roku bestsellera The world is flat (Świat jest płaski), w którym argumentuje, że upadek muru berlińskiego, intensywny rozwój Internetu, globalizacja, outsourcing, offshoring, łatwy i tani transport spowodowały, że świat jest płaski; każdy, niezależnie od tego, gdzie mieszka, może tworzyć i być innowacyjny. Nie ma barier, które uniemożliwiałyby rozwój technologii, kultury i nauki w dowolnym miejscu na świecie. Podróże po Europie wydają się to potwierdzać.

Powstaje więc pytanie: jak to się dzieje, że żyjemy na płaskim globie, gdzie każdy ma szansę na rozwój, nasze materialne otoczenie — autostrady, biurowce, sale wykładowe, aparatura — jest takie samo, czasem nawet lepsze niż na Zachodzie, a zachodnia nauka nam ucieka? Nie tylko nam, ale także, być może nieco wolniej, ucieka innym krajom dawnego RWPG. Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta, gdyż na kondycję nauki wpływa wiele czynników. Tu chciałbym powiedzieć o jednym z nich — o mobilności.

Znaczenie mobilności zilustruję na przykładzie szkolnictwa wyższego w Stanach Zjednoczonych. Jest to bowiem ogromny rynek akademicki, nieposzatkowany granicami językowymi i państwowymi, co umożliwia sensowne stosowanie statystyk. W USA jest ponad 4000 szkół wyższych, z tego ponad 350 to tak zwane — według klasyfikacji Carnegie — uczelnie badawcze nadające stopień doktora. Wśród nich jest 115 uczelni klasy R1 o „najwyższej aktywności naukowej” i 107 uczelni klasy R2 o „wyższej aktywności naukowej”. Na liście 500 najlepszych uczelni według rankingu szanghajskiego jest 146 uczelni z USA, w tym 51 w pierwszej setce, a 102 wśród pierwszych 300, czyli wyżej niż Uniwersytet Warszawski. Wszystkie uczelnie badawcze kształcą doktorów, a doktorat jest w USA najwyższym stopniem naukowym i upoważnia o staranie się o stanowisko uniwersyteckiego profesora.

W lutym 2015 roku w czasopiśmie „Science Advances”, wydawanym przez prestiżowe The American Association for the Advancement of Science (AAAS) ukazał się artykuł A. Clauseta, S. Arbesmana i D. Larremore’a Systematic inequality and hierarchy in faculty hiring networks (Systematyczne nierówności i hierarchia w sieciach zatrudniania profesorów), w którym analizowane są statystyki dotyczące tego, gdzie kształcili się profesorowie amerykańskich uczelni. Kilka dni później te statystyki zostały spopularyzowane w opublikowanym na portalu Slate artykule pod prowokacyjnym tytułem The academy’s dirty secrets (Brudne sekrety akademii). Te „brudne sekrety” to wiedza o tym, że ogromna część profesorów amerykańskich uczelni uzyskała stopień doktora w kilku elitarnych uniwersytetach. Na przykład połowa profesorów historii uzyskała doktorat w jednym z ośmiu uniwersytetów. Inne dane, do których mam dostęp, pokazują, że połowa profesorów informatyki to doktorzy z 10 uniwersytetów, a doktorzy z MIT, Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley i Stanforda stanowią 27,3% wszystkich profesorów informatyki w ponad 300 amerykańskich uniwersytetach. Dla autorów artykułu w Slate, a także dla uczonych podpisanych pod tekstem w Science Advances, którzy wprawdzie pracują w dobrych uczelniach, lecz nie w tych z najwyższej półki, jest to przejaw niesprawiedliwej dyskryminacji, naukowego rasizmu.

Slajd1

.Dziesięć lat wcześniej w The Atlantic ukazał się artykuł Richarda Floridy The world is spiky (Świat jest kolczasty) zawierający bardzo uproszczoną, schematyczną mapkę świata. Nad każdym miastem wstawiono kolec, którego wysokość ilustruje liczbę często cytowanych badaczy (HCR) pracujących w tym mieście. Mapka jest w zasadzie płaska — poza nielicznymi długimi kolcami nad miejscowościami, w których mieszczą się te elitarne uniwersytety, z których pochodzi połowa amerykańskich profesorów.

Mapka cytowań, jak również podobna mapka patentów, mają ilustrować tezę Floridy, że wbrew temu, co twierdzi Friedman, do rozwoju badań i innowacji nie wystarczą rozwój infrastruktury, brak barier, outsourcing i globalizacja. Potrzebna jest jeszcze ogromna koncentracja potencjału intelektualnego.

.Roli koncentracji mogłem przyjrzeć się z bliska, gdy pod koniec ubiegłego wieku byłem przez kilka lat członkiem jury nagrody za najlepszą rozprawę doktorską z informatyki (ACM Doctoral Dissertation Award). Corocznie ocenialiśmy kilkadziesiąt rozpraw doktorskich pochodzących na ogół z uniwersytetów amerykańskich, wyłaniając w pierwszym etapie, głównie na podstawie wstępów i streszczeń, krótką listę najsilniejszych kandydatów.

Kilka faktów rzucało się w oczy. Po pierwsze, rozprawy znajdujące się na krótkiej liście prawie bez wyjątku pochodziły z kilku najbardziej prestiżowych uniwersytetów. Po drugie, ze wstępów do rozpraw jasno wynikało, że ich autorzy ogromnie korzystali z tego, że pracują w silnym ośrodku. Lista osób, którym dziękowali za możliwość uczestnictwa w dyskusjach naukowych, często liczyła kilkanaście pozycji, oprócz promotora i kilku jego wybitnych kolegów z różnych ośrodków obejmowała wiele nazwisk z macierzystej uczelni. Po trzecie, problemy podejmowane w rozprawach leżały w głównym nurcie prowadzonych wtedy badań, bo promotor i prowadzone w jego grupie prace były pod stałą nieformalną kontrolą kolegów z wydziału. W oczy rzucało się jeszcze jedno — okres przygotowywania rozprawy prawie nigdy nie mieścił się w granicach trzech lub czterech lat, jakie mają do dyspozycji doktoranci w większości uniwersytetów w Europie. Większość najlepszych rozpraw powstawała w ciągu 6 — 8 lat potrzebnych na to, by doktorant zdobył reputację pozwalającą skutecznie aplikować o stanowisko profesorskie w dobrym ośrodku.

Koncentracja talentów i wiedzy w najlepszych uczelniach jest ogromna. Profesorami w MIT, Caltech, Berkeley, Uniwersytetach Harvarda i Stanforda zostają tylko uczeni wybitni. Dodatkowo jest ich tylu, że i ich kompetencje pokrywają szerokie spektrum dziedzin. Reputacja najlepszych uczonych przyciąga talenty, przyciąga także ogromne finansowanie. Dzięki temu większość ważnych odkryć powstaje właśnie tam, jeśli pojawią się w innych miejscach, można je kupić wraz z autorem, a jeśli to niemożliwe lub nieracjonalne, zgromadzony wcześniej potencjał intelektualny pozwala najnowsze odkrycia szybko przetrawić i przyswoić.

.Wróćmy do brudnych sekretów akademii. Duże uczelnie corocznie zatrudniają nowych profesorów. W odróżnieniu od uczelni polskich zatrudnienie profesora (tenure track) następuje w drodze konkursu, do którego z zasady przystępują wyłącznie kandydaci z zewnątrz. Nie można na to stanowisko, tak jak to jest w Polsce, awansować. Jest ono za to praktycznie dożywotnie i daje gwarancję godziwego wynagrodzenia — co dla uczelni oznacza zobowiązanie finansowe na wiele lat. Ponadto uczelnia ma zobowiązania wobec swoich studentów, którym musi zapewnić dostęp do unikalnej wiedzy, i wobec rady powierniczej, którą musi przekonać, że dobrze wykorzystuje środki finansowe. Dlatego proces zatrudniania jest bardzo staranny, a ocena kandydatów nie ogranicza się, jak to bywa w Polsce, do policzenia publikacji i „punktów ministerialnych”.

Rekrutacja to proces co najmniej dwustopniowy. Najpierw, często z kilkuset podań na jedno miejsce, wybiera się kilka lub kilkanaście. Po to, by selekcji można było dokonać w rozsądnym czasie, od razu odrzuca się wszystkie podania, które pochodzą z nieznanych lub mało znanych uczelni, do których listy polecające napisali słabi lub przeciętni uczeni, i takie, które nie spełniają kryteriów dotyczących tematyki badawczej. Następnie eliminuje się osoby, które nie mają na swoim koncie żadnego głośniejszego wyniku. W końcu każdy z wybranych kandydatów jest przez kilka dni maglowany przez komisję i wszystkich członków wydziału. Bierze się pod uwagę dorobek, program badawczy, jasność wykładów, umiejętność prowadzenia dyskusji naukowych, a nawet umiejętność prowadzenia rozmów towarzyskich. Kandydat musi komisję przekonać, że uczelni opłaca się go zatrudnić.

W Polsce wystarczy zrobić w terminie habilitację, która wcale nie musi być doskonała. Wystarczy, że znajdzie się trzech życzliwych recenzentów.

.O tym, jak selektywny jest proces zatrudniania profesorów w Stanach Zjednoczonych, mogą świadczyć dane o rekrutacji na stanowiska profesorów informatyki w roku akademickim 2014-2015. W tym czasie stopień doktora w zakresie informatyki uzyskało około 1600 osób, w znakomitej większości na bardzo dobrych uczelniach. Z tego zaledwie 119 osób (7,5%) otrzymało stanowisko profesorskie, a następne 265 osób zdobyło stanowiska niższej rangi (wykładowców) lub czasowe (staże podoktorskie). Trzeba pamiętać, że do konkursów oprócz świeżo wypromowanych doktorów masowo przystępują osoby pracujące już na etatach czasowych. Staż podoktorski w jednej z czołowych uczelni bardzo zwiększa szansę zdobycia stanowiska profesora przez osobę z doktoratem ze słabszej uczelni lub spoza USA. W 2015 roku do dyspozycji kandydatów były 282 stanowiska profesorskie, lecz mimo ogromnej liczby aplikujących udało się obsadzić tylko 227, pozostawiając 20% wolnych stanowisk.

Dlaczego komisje konkursowe częściej wybierają absolwentów uniwersytetów z najwyższej półki? Odpowiedź jest prosta. Po pierwsze, doktoranci na takich uczelniach to osoby pracowite o wyjątkowym talencie, starannie wyselekcjonowane z ogromnej liczby kandydatów z całego świata (pięćdziesięciu kandydatów na miejsce na nikim nie robi wrażenia). Nie wystarczą bardzo dobre oceny na studiach. Potrzebne są wcześniejsze osiągnięcia badawcze i rekomendacja uczonych, których nazwiska są znane członkom komisji. Po drugie, ci młodzi geniusze spędzili kilka lat w bardzo twórczym i inspirującym środowisku. Pracowali z wybitnymi promotorami, którzy mieli dla nich czas. Codziennie spotykali wielu doskonałych uczonych, pracujących na tym samym wydziale, i wybitnych kolegów odwiedzających promotora oraz inne osoby na wydziale. Mieli szeroki dostęp do kompetencji potrzebnych przy prowadzeniu badań, a przy okazji kolokwiów wydziałowych i w czasie rozmów towarzyskich przy kawie lub lunchu dowiadywali się, co robią inni koledzy i profesorowie. Budowali głęboką wiedzę w swojej dziedzinie, ale także rozszerzali horyzonty. Po trzecie, mieli okazję zbudować „kapitał relacyjny” sieć znajomych, których kompetencje znają, do których mają — z wzajemnością — zaufanie i z których wiedzy mogą w razie potrzeby skorzystać. A po czwarte, może najważniejsze, po kilku latach spędzonych w elitarnym, bardzo ambitnym środowisku, prawie na pewno przyjęli obowiązujący tam system wartości i ocen. Rozumieją, że to szacunek i uznanie kolegów (peers), decyduje o sukcesie. A szacunek można osiągnąć, tylko realizując ambitne wyzwania i do bólu przestrzegając zasad uczciwości akademickiej. Zatrudnienie osoby z takim bagażem dobrze wpłynie na kondycję i wizerunek pracodawcy oraz, jeśli to dla pracodawcy ma znaczenie, umocni jego pozycję w rankingach.

.Wróćmy teraz do pytania: skąd bierze się wysoka jakość badań naukowych na uczelniach spoza ścisłej elity? Jednym z istotnych czynników jest krążenie talentów i obrót wiedzy. Najbardziej uzdolniona młodzież z całego świata pielgrzymuje na studia doktoranckie w elitarnych ośrodkach, tam gdzie ma najlepsze możliwości rozwoju. Potem, po kilku latach praktykowania u najlepszych mistrzów, sprzedaje swój talent i wiedzę tym, których na to stać i którzy chcą je kupić. Osiadają na uczelni, która jest czasem mniej ceniona od tej, w której praktykowali, i starają się trzymać standardy, do których zostali wdrożeni. I to działa — o czym można się przekonać, przeglądając listy rankingowe uczelni.

Uprzedzając potencjalnych krytyków, muszę przyznać, że przedstawiony obraz jest troszeczkę przerysowany. Nie można bowiem wykluczyć, że absolwent studiów doktoranckich na prestiżowej uczelni okaże się kiepskim profesorem. Można też podać przykłady samorodnych geniuszów, którzy pojawiali się w izolowanych i słabych uczelniach. Jednak jak policzyli autorzy publikacji w Science Advances od 68 do 88% (w zależności od dziedziny) profesorów z górnych 15% uczelni otrzymało doktorat w jednej z tych uczelni, a tylko od 4 — 7% zdobyło doktorat w uczelniach spoza górnych 25%. Jeśli chce się osiągnąć sukces, trzeba robić to, co na ogół daje rezultaty. Trudno sobie wyobrazić, że masowe zatrudnianie fizyków w biurach patentowych doprowadzi do pojawienia się setek Einsteinów.

Dotychczas pisałem o uniwersytetach w Stanach Zjednoczonych, jednak takie same mechanizmy można spotkać na całym świecie. Ładnego przykładu dostarcza historia ostatniej reformy przeprowadzonej na Politechnice w Lozannie (EPFL), która w ostatniej edycji rankingu THE młodych uczelni (przed pięćdziesiątką) zajęła pierwszą lokatę. W 2000 roku rada nadzorcza szwajcarskich politechnik postanowiła podnieść poziom EPFL. Pierwszym krokiem było ściągnięcie z najlepszych ośrodków w USA całego kierownictwa uczelni: rektor, Patrick Aebischer, przyjechał z Brown University, prorektor z Berkeley, dziekan informatyki z Rice University, dyrektor Instytutu Badań Materiałowych z MIT, dyrektor Instytutu Elektroniki z Uniwersytetu Stanforda. Nie wszystkim pracownikom się to podobało, niewiele brakowało, aby doszło do buntu. Nie każdy chciał „śnić sen amerykański”. Wiele osób, a wśród nich Libero Zuppiroli, fizyk o duszy artysty, autor pięknej książeczki La Bulle univesitaire, Faul-il poursuivre le rêve américain, wierzyło, że można pogodzić skuteczność z tradycyjnymi metodami zarządzania. Mimo oporów, przy aktywnym wsparciu rządu Szwajcarii, władze EPFL realizowały pomysły rady nadzorczej. Dziekan Wydziału Informatyki w ciągu 9 lat swoich rządów zatrudnił 10 nowych profesorów, aż 9 z nich ściągając z najlepszych ośrodków w USA. Zmiany się udały. EPFL zajmuje 5 miejsce pod względem liczby grantów ERC, po trzech uczelniach brytyjskich i ETH w Zurychu. Wiele osób uważa, że jest najlepszą politechniką poza Stanami Zjednoczonymi. (Nie mogę się oprzeć, żeby nie dodać, że 75% grantów ERC w Szwajcarii (głównie ETH i EPFL) uzyskali cudzoziemcy; w Wielkiej Brytanii podobny wskaźnik wynosi nieco poniżej 50%).

.Pozostaje odpowiedzieć na pytanie: co z tego wynika dla nas tu, w Polsce? Wydaje się, że powinniśmy zwiększyć nasz udział w krążeniu talentów. Niestety, dotychczas polega on na eksporcie części najbardziej aktywnych i zdolnych młodych ludzi. Podobne problemy mają też inne kraje. W grupie osób, które w USA uzyskały w ubiegłym roku doktorat z informatyki, ponad połowa (55%) to „non-resident alliens” — obcokrajowcy. Znaczna ich część zasila amerykańską gospodarkę, pracuje w Googlach, Facebookach, Microsoftach. Niewielu (9,4%) podejmuje pracę poza USA.

W Polsce prawie nie zatrudnia się ludzi z doktoratem w USA, mizerny jest także napływ ludzi z doktoratami z czołowych uczelni europejskich.

.Chyba że są to osoby zatrudnione w Polsce, które wracają na swoje „macierzyste” uczelnie, czasem po kilkuletnich stażach.

Nie ma także mobilności między polskimi uczelniami. W USA dobre uczelnie na stanowiska profesorskie starają się zatrudnić osoby z doktoratami z uczelni najlepszych, same kształcąc doktorów, którzy znajdują pracę w uczelniach słabszych. W Polsce nawet najsłabsze uczelnie, jeśli tylko mają ku temu uprawnienia, kształcą własną kadrę.

.Jednym z istotnych mechanizmów utrudniających mobilność jest model kariery akademickiej. W USA na stanowisko profesora zatrudnia się osoby dojrzałe, o których z dużą dozą pewności można powiedzieć, że już są liderami lub mają potencjał na lidera. U nas zatrudnia się osoby po zrobionym szybko doktoracie, które dają dużą nadzieję, że w przepisowym czasie zrobią habilitację. Tego, żeby kandydat był liderem, nikt nie oczekuje. Nie oczekuje się też, że młody doktor będzie reprezentował specjalność dotychczas nieobecną na zatrudniającej go uczelni, bo przecież na niej właśnie uzyskał stopień doktora.

W Europie, w odróżnieniu od USA, studia doktoranckie są krótkie. Standardem jest jednak to, że zanim młody uczony zaaplikuje na potencjalnie stałą posadę, wiele lat spędza, tułając się po dobrych uczelniach jako stażysta podoktorski, „budując CV” i zdobywając doświadczenie. Ci młodzi europejscy nomadowie przez kilka lat żyją w niepewności, nie mają gwarancji zatrudnienia ani „macierzystej uczelni”. Jednak uczelnie, które ich później zatrudniają, nie kupują kota w worku. Z dużą pewnością mogą ocenić, czy taki kandydat do pracy spełni ich oczekiwania.

.Mobilność ma znaczenie nie tylko dla wyników rankingów. Co pewien czas pojawiają się nowe unikalne techniki i nowe metody, które mają znaczenie dla gospodarki. Duże ośrodki akademickie biorą udział w ich tworzeniu lub szybko budują potrzebne kompetencje. W świecie mobilnym kompetencje te szybko się rozchodzą — roznoszą je absolwenci i doktorzy. Tam, gdzie mobilności nie ma, małe są szanse, że te kompetencje się pojawią. A bywa, że gospodarka ich potrzebuje.

Leszek Pacholski

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Chcę otrzymywać powiadomienia o najnowszych tekstach.

Orginal Replica napisał(a):

Rewelacyjny artykuł.
Jednocześnie prowokujący do tezy – jakim jesteśmy zadupiem naukowym.
I nie dlatego, że ludzie słabi lub umysłowo ograniczeni – nie, to zła organizacja uczelni, fikcyjne konkursy, nepotyzm i kilka jeszcze innych grzechów.
Pisze Pan o świetnie wyposażonych laboratoriach. A ja kiedyś usłyszałem “ładny talerz jeść nie daje,,,”
Efekt? – zdolni wyjeżdżają, miernoty zostają.

Waldemar Korczyński napisał(a):

Jeśli ja dobrze ten tekst zrozumiałem, to warunkiem uzyskania stosownego (dobrego?) poziomu badań jest istnienie odpowiednio duzej grupy chetnych do (kandydatów) do ich (tych badań) prowadzenia. Chodzi o to, by podobne do wspomnianych w artykule gremiów (komisji konkursowych, egzaminacyjnych czy to zechcemy nazwac) miały z czego tych przyszłych gigantów nauki rekrytować. Stanford, MIT czy inszy Princeton rekrutuja ludzi całago swiata. Co gorsza, wielu z zagranicznych absolwentów tych uczelni pozostaje na stałe w USA. Z oczywistych powodów (choćby i język wykładowy) uczelnie polskie powtórzyc tego nie mogą. Można, oczywiście mysleć o stworzeniu jakiejs małej enklawy tego typu na JEDNEJ, góra 2 – 3 polskich uczelni, ale jest to mozliwość czysto teoretyczna, bo przełamywac by trzeba wiele barier MENTALNYCH, a których wcale nie najsłabszą sa chore ambicje niektórych uczonych. W sumie fajny tekst, ale bardziej z dziedziny SF, niż propozycji dla naszego systemu. Może nie byłby tak bardzo “fiction” gdyby dało sie go sensownie upowszechnic. Nie wśród pracowników uczelni i instytucji badawczych, ale tzw. szarych obywateli. W moim odczuciu wyraźnie brakuje ludzi, którym by sie chcialo cos takiego podejmować.

Zdzislaw M. Szulc napisał(a):

Sposob/skala wykorzystania potencjalu/kadry naukowo-badawczej jest kolejnym czynnikiem decydyujacym o poziomie/sukcesach,a w konsekwencji, o prestizu/rankingu danej instytucji. Zauwazmy, ze sytuacja jest podobna do tej opisanej ponizej:

“- Produkcja grafenu, podobnie jak wcześniej dysków krzemowych, prędzej
czy później ustabilizuje się w tym sensie, że sam grafen będzie
traktowany jak surowiec, zaś największe zyski będą czerpały firmy, które
znajdą unikalne zastosowanie tego materiału i zdołają zaspokoić
nieujawnione dotąd potrzeby rynku. Chyba nikt nie ma wątpliwości, czy 
warto mieć udział w wytwarzaniu surowca, czy produktów o istotnym
wkładzie intelektualnym, których wartość pieniężna może być około
dwudziestokrotnie większa – wyjaśnia Andrzej Pawlak.” (zrodlo:http://nowetechnologie.salon24.pl/705423,grafen-technologia-opatentowana-i-co-dalej ).

Nalezy tu wpisac zamiast slowo”grafen” : “doktorant/doktorat”lub”profesor”..i wszystko juz jasne..? Jesli nie, to odpowiedzmy sobie na pytanie pomocnicze: po co wogole “robi”/finansuje sie jakakolwiek nauke… w Polsce? Dla samozadowolenia czesci elit tylko, czy tez jest na nia ( jej docelowy rezultat/odkrycie/wynalazek) uzasadnione… zapotrzebowanie?

Na przyklad , w jakim celu zostal sfinansowany przez NCN ten sztandarowy grant :https://www.ncn.gov.pl/finansowanie-nauki/przyklady-projektow/duszynski?language=pl ..?

Dodaj komentarz

Autorzy wszyscy autorzy

A B C D E F G H I J K L M N O P R S T U W Y Z