Prof. Martin PALOUŠ: Raport o stanie amerykańskiej demokracji

Raport o stanie amerykańskiej demokracji

Photo of Prof. Martin PALOUŠ

Prof. Martin PALOUŠ

Były dysydent, sygnatariusz Karty 77, były wiceminister spraw zagranicznych (1998–2001), ambasador w USA (2001–2005) oraz przy ONZ (2006–2011); obecnie pracuje jako dyrektor Václav Havel Program for Human Rights and Diplomacy na Florida International University w USA.

Jaka przyszłość czeka amerykański eksperyment zrodzony na progu ery nowożytnej – wybudowanie „Shining City on the Hill” – w globalnie zintegrowanym świecie XXI wieku? Czy po bitwie, która najwyraźniej jeszcze nie dobiegła końca, uda się to miasto odbudować i rozsądnie ufortyfikować przeciw atakom wszelkich wrogów: wewnętrznych i zewnętrznych? – pyta prof. Martin PALOUŠ

.W pierwszym tygodniu listopada 2020 roku zacząłem pisać i przesyłać znajomym notki na temat aktualnego stanu amerykańskiej demokracji. Z jednej strony w napięciu obserwowałem wówczas to, co działo się w Stanach Zjednoczonych bezpośrednio po wyborach, których najważniejszą częścią był, ma się rozumieć, pojedynek między ówczesnym republikańskim prezydentem Donaldem Trumpem a jego demokratycznym rywalem Joe Bidenem. Jednocześnie porządkowałem sobie w głowie myśli, które zamierzałem wykorzystać w czasie wykładów na temat demokracji i praw człowieka, które od kilku lat prowadzę w semestrze letnim na Florida International University. Na potrzeby tych wykładów ponownie przekartkowałem między innymi klasyczne dzieło Alexisa de Tocqueville’a, francuskiego arystokraty, który w latach 30. XIX w. udał się z Europy za ocean, aby poznać amerykański system więziennictwa, co było głównym celem jego podróży, a także zapoznać się z formą rządów praktykowaną w Stanach Zjednoczonych jako taką – inaczej mówiąc, z duchem amerykańskiej demokracji.

Czyż demokracja – forma rządzenia społeczeństwem, której elementarnym rysem jest równość jego członków – sama w sobie nie jest z natury rzeczy historią o otwartym zakończeniu, a więc nieoferującą swojemu obserwatorowi jakichś definitywnych „szczęśliwych” rozwiązań?

Czyż nie trzeba by, przyglądając się dzisiejszej sytuacji, obok obserwacji de Tocqueville’a – ku mojemu zdziwieniu wręcz zaskakująco aktualnych – przytoczyć myśli innego kluczowego europejskiego myśliciela XIX w., Fryderyka Nietzschego, a mianowicie, że pod powierzchnią ludzkich spraw na nasz świat przychodzi także pewna nowość, dotychczas ledwo słyszalna i ledwo dostrzegalna? „Głębsza, niźli myślał dzień”, jak w swojej medytacji Przed wschodem słońca mówi Zaratustra? Coś, co wymyka się wszystkim planom i programom polityków, zabiegających o poparcie swoich wyborców i oferujących im odpowiedzi na pytania, które w społeczeństwie demokratycznym jawią się w danym momencie jako aktualne? Coś, co w skrytości swojej nie powinno ujść naszej uwadze, o ile chcemy zrozumieć nie tylko dzisiejszy stan amerykańskiej demokracji, ale i samych siebie, własną sytuację?

Najpierw jednak spójrzmy na amerykańskie realia ostatnich miesięcy. Kiedy 3 listopada, po zamknięciu lokali wyborczych, zaczęły napływać pierwsze wyniki, nadeszła w mojej ocenie „czerwona fala”, która sugerowała, że prawdopodobnie wygra Donald Trump. Wydawało się, że jego umiejętność mobilizacji tradycyjnych amerykańskich wyborców w odpowiedniej chwili – nie tylko bezkrytycznych fanów w czerwonych czapkach z napisem MAGA (Make America great again), ale także „zwykłych ludzi”, niezależnie od koloru skóry, kategorii wiekowej, stylu życia, majątku, orientacji seksualnej, przynależności wyznaniowej czy przekonań światopoglądowych – jednak wzięła górę. Że w dzień wyborów zagłosowała nań wystarczająca liczba także tych, którzy co prawda mieli spore zastrzeżenia co do tego, jak Trump pojmował i sprawował swoją prezydenturę, ale jednocześnie czuli się prawdziwymi amerykańskimi patriotami, strzegącymi „świętego” dziedzictwa amerykańskiej republiki (E pluribus unum, Annuit coeptis, Novus Ordo Seclorum) przed demokratami, którzy ulegli radykalizacji, nie tylko pod wpływem trumpowskiego egocentryzmu politycznego i jego, oględnie mówiąc, niewybrednych manier, ale przede wszystkim pod wpływem swych lewicowych ideologów i salonowych rewolucjonistów.

Właśnie w tym kontekście wciąż przychodziła mi na myśl fascynacja de Tocqueville’a polityką kreowaną nie w centrach władzy i za kulisami ich salonów, lecz w małych miastach i tamtejszej przestrzeni publicznej; w kręgach spontanicznie powstających intermediary bodies społeczeństwa obywatelskiego (łącznie z kościołami i stołówkami), gdzie prosty lud amerykański zwykle się spotyka, prowadzi wspólne rozmyślania, dyskutuje, radzi.

Później okazało się jednak, że wszystko jest inaczej. Nadciągnęła druga, tym razem „niebieska fala”, o wiele większa niż ta poprzednia – czerwona. Demokraci postawili na nowy trend w ramach zwyczajów wyborczych Amerykanów, który uwidoczniał się już w poprzednich latach – głosowanie korespondencyjne i przedterminowe (early voting, by mail, absentee ballots). Właśnie jemu podporządkowali swoją strategię wyborczą, a pandemia koronawirusa stworzyła im ku temu zaskakująco dobrą szansę. Ich kapitał wyborczy, pieczołowicie gromadzony od lat, bez wątpienia również dzięki „nietradycyjnemu” podejściu Trumpa do sprawowania urzędu prezydenta, ujawnił się w całej świetności. Pod koniec tygodnia wyborczego, gdy nadal jeszcze liczono i przeliczano, zanotowałem: „Z pewnością można stwierdzić, że Joe Biden otrzyma liczbę głosów elektorskich potrzebną do zwycięstwa”.

W kolejnych tygodniach teza ta potwierdziła się, ale jednocześnie powstał konflikt, który dotychczas nie został i najwidoczniej w najbliższej przyszłości nie zostanie zażegnany. Czy wybory prezydenckie 2020 r. były uczciwe i praworządne, jak twierdzą demokraci? Czy dominujący sposób głosowania (najwyraźniej nawet do 70 proc. wyborców głosowało korespondencyjnie przed terminem) nie sprawił, że zostały one zmanipulowane? A zatem nie posiadają legitymacji, jak dziś sądzi nie tylko sam Trump, ale również istotna część jego wyborców? Czy zwycięstwo wyborcze zostało mu skradzione, czy też wszystko było w bezwzględnym porządku, a takie oskarżenia to jedynie ostatnie ogniwo łańcucha wymysłów Trumpa, przepełnionych złą wolą, niemających żadnego oparcia w rzeczywistości? Czy w ogóle można zadawać sobie takie pytanie? Czy samo dopuszczanie takiej myśli nie oznacza wstąpienia w szeregi tych, którzy kwestionując wyniki wyborów, niezależnie od motywacji, stanowią zagrożenie dla amerykańskiej demokracji, i tak już osłabionej poczynaniami Trumpa, a obecnie wymagającej detoksykacji, a następnie rekonwalescencji i rehabilitacji?

Wydarzenia 6 stycznia 2021 r., kiedy rozemocjonowany tłum zwolenników Trumpa wtargnął do siedziby Kongresu, gdzie następnie przez kilka godzin dochodziło do bezprecedensowych aktów przemocy, stały się oczywiście mocnym argumentem w rękach jego przeciwników. To przecież prezydent Donald Trump swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem w poprzedzających tygodniach sprowokował ten atak na serce amerykańskiej demokracji, którego przykładów próżno szukać w historii Stanów Zjednoczonych. Przesadą byłoby wrzucenie do jednego worka wszystkich, którzy wzięli udział w tym bezprawnym działaniu, i określenie ich „terrorystami wewnątrzpaństwowymi”, którzy przyjechali do Waszyngtonu uprzednio wyszkoleni i zorganizowani z zamiarem podjęcia jeszcze jednej próby odwrócenia wyniku wyborczego dokładnie w tym dniu, gdy Kongres miał je zatwierdzić.

Niemniej winę za zaistnienie owej chaotycznej sytuacji ponosi bez wątpienia Trump. Jego przemówienie na wiecu protestacyjnym, skąd napastnicy ruszyli na Kapitol, jest kardynalnym dowodem, że to właśnie on wydał rozkaz do ataku i to właśnie on stanął na czele tej nieudanej próby powstańczej. Był to również argument, który demokraci wykorzystali przy swojej już drugiej próbie politycznego potępienia Trumpa – impeachmentu, który miał miejsce jednak już po inauguracji jego następcy. A zatem Senat nie sądził urzędującego prezydenta za przekroczenie kompetencji, ale prezydenta już byłego, po tym, jak dobrowolnie opuścił Biały Dom, w żaden sposób nie utrudniając przekazania władzy.

Trzymajmy się jednak rzymskiej maksymy audiatur et altera pars i posłuchajmy, co na temat wydarzeń 6 stycznia na Kapitolu ma do powiedzenia druga strona. Co do tego, że należy jednoznacznie potępić akty przemocy, które tego dnia miały tam miejsce, oraz że należy podjąć kroki, aby nic podobnego nigdy więcej się nie powtórzyło, panuje wśród republikanów całkowita zgoda, niezależnie od tego, czy należą do obozu zwolenników Trumpa, czy też nie, może poza nielicznymi grupkami ekstremistów. Jednak zgodnie z ich wersją winy za polaryzację amerykańskiego społeczeństwa, która poprzez wtargnięcie siłą przez demonstrantów do siedziby najwyższego amerykańskiego ciała ustawodawczego zyskała spektakularny przejaw, nie można jednoznacznie przypisywać prezydentowi Trumpowi i jego polityce, a już z pewnością nie jego charakterystycznemu wystąpieniu, które bezpośrednio poprzedzało ten atak na amerykańską demokrację.

Wręcz przeciwnie, to przecież demokraci dzielili amerykańskie społeczeństwo od pierwszego dnia prezydentury Trumpa; to oni nigdy nie pogodzili się z niespodziewanym zwycięstwem „niepolityka” Trumpa w wyborczym pojedynku o Biały Dom w 2016 roku; to oni wciąż usilnie szukali sposobu, jak osłabić jego prezydenturę; to oni wskazywali jedną aferę za drugą w celu osłabienia jego legitymacji. Donald Trump jest jedynym prezydentem w historii USA, przeciw któremu przeciwnicy polityczni w Kongresie wnieśli dwukrotnie skargę konstytucyjną.

W tym trwającym „konflikcie interpretacji” należy z pewnością rozróżnić, choć nie da się ich od siebie oddzielić (w duchu starej scholastycznej zasady: distinguere sed non separere), wymiar konstytucyjny i wymiar polityczny. Amerykanie nie mogą przejść obojętnie wobec kardynalnej kwestii, której otwarcie nastąpiło w wyniku zderzenia się dwu następujących po sobie fal: najpierw czerwonej, później niebieskiej, jak napisano powyżej. Jaką jednak naukę powinni wyciągnąć z wyborów w roku 2020, by podobna konfliktowa sytuacja już nigdy się nie powtórzyła?

Co obydwie partie mogą w tym celu zrobić? Czy można realistycznie oczekiwać, że ostatecznie przeważą głosy ich umiarkowanych członków? Że wspólnie przeprowadzą oni reformę systemu wyborczego, która będzie mocno ugruntowana w konstytucji, będzie gwarantować wszystkim uprawnionym do głosowania udział w wyborach, będzie zawierać przejrzyste mechanizmy kontroli, będzie dawać możliwość oddania głosu zarówno osobiście, jak i korespondencyjnie?

Jaka przyszłość czeka amerykański eksperyment zrodzony na progu ery nowożytnej – wybudowanie „Shining City on the Hill” – w globalnie zintegrowanym świecie XXI wieku? Czy po bitwie, która najwyraźniej jeszcze nie dobiegła końca, uda się to miasto odbudować i rozsądnie ufortyfikować przeciw atakom wszelkich wrogów: wewnętrznych i zewnętrznych? Czy Amerykanie będą zdolni zachować jego wyjątkowość, a zarazem uczynić je zdolnym do efektywnego reagowania na wyzwania dzisiejsze i przyszłe w duchu ideałów i wartości, które leżały u jego podstaw?

Kiedy 20 stycznia 2020 roku Donald Trump w pełni pokojowo i godnie opuścił Biały Dom, odleciał wraz z rodziną z Waszyngtonu na Florydę, a nowy prezydent Joe Biden złożył ślubowanie, po którym wygłosił mowę inauguracyjną, zdawało się, że wszystko jest na dobrej drodze ku nowemu początkowi i ogólnonarodowej zgodzie; że podjęto po prostu demokratyczną decyzję; że jedna strona wygrała, a druga przegrała i że fakt ten zostanie zaakceptowany również przez stronę pokonaną, choć oddało na nią głos 75 milionów Amerykanów; że w kwestiach spornych w końcu rozpoczęty zostanie jakże potrzebny ogólnoamerykański dialog; że zarówno demokraci u władzy, jak i republikanie w opozycji będą wspólnie poszukiwać obustronnie akceptowalnych rozwiązań; że na podstawie fundamentalnej zgody co do mechanizmu funkcjonowania demokracji będzie można konstruktywnie kontynuować rywalizację polityczną między postępowcami a konserwatystami, uważnie balansując między przeciwstawnymi interesami, realnie obecnymi we współczesnym społeczeństwie amerykańskim. Joe Biden złożył jasną deklarację, że zamierza być prezydentem wszystkich Amerykanów, nie tylko tych, którzy go wspierają, oraz zaapelował o współpracę również do tych, którzy na niego nie głosowali.

Od inauguracji Bidena minęły wprawdzie dwa miesiące, ale już teraz można stwierdzić, że jego apel o jedność nie był niczym innym niż pustą figurą retoryczną. Jeśli ktokolwiek spodziewał się, że koniec prezydentury Donalda Trumpa będzie oznaczał koniec kryzysu politycznego wywołanego jego poczynaniami, a nowa administracja podejmie rozsądne kroki w celu nawiązania konstruktywnych relacji także ze swoimi przeciwnikami i rywalami politycznymi, dziś musi się przyznać do kolosalnej pomyłki.

Seria 37 aktów wykonawczych wydanych w pierwszych tygodniach urzędowania Bidena niesie jasny przekaz: skasować w miarę możliwości wszystko, co ma widoczny związek z kadencją Trumpa i zjednoczyć demokratów pod sztandarem progresywistycznej wizji, której celem jest nieodwracalna przemiana Stanów Zjednoczonych oraz reedukacja Amerykanów w duchu tej wizji lub chociażby przymuszenie ich do podporządkowania się. Prezydent Biden jednym pociągnięciem pióra zlikwidował politykę migracyjną swojego poprzednika, wstrzymując budowę muru na południowej granicy państwa.

Równie szybko w imię swojego New Green Deal (obszar tematyczny, który reguluje rozporządzenie wykonawcze EO 139990 podpisane już w dzień inauguracji Bidena 20.01.2021, określony jako „ochrona zdrowia publicznego i środowiska naturalnego oraz przywrócenie roli nauki w kwestii rozwiązywania kryzysu klimatycznego”) przerwał budowę ropociągu Keystone, którego zadaniem miał być transport ropy z kanadyjskich złóż piasków roponośnych do Stanów Zjednoczonych. Gradobicie prezydenckich decyzji (Biden w pierwszych dniach sprawowania władzy zdążył wydać ich więcej niż którykolwiek z jego poprzedników) uwidoczniło, do kogo należy decydujące słowo w Partii Demokratycznej. Towarzyszyły temu także nominacje na wysokie stanowiska w formującej się administracji oraz ustawodawcza aktywność Kongresu opanowanego przez demokratów. To wszystko potwierdza, że nie jest to umiarkowane centrum, do którego przynależność podkreślał Biden w swojej kampanii, lecz radykalnie lewicowe skrzydło tej partii.

Dobrą ilustracją tego, co prezydent Biden ma w rzeczywistości na myśli, gdy mówi o zjednoczeniu Amerykanów, było zresztą pierwsze wielkie przemówienie, wygłoszone z okazji pierwszej rocznicy rozpoczęcia sagi koronawirusowej. Oznajmił w nim swój plan działania podczas „wojny” przeciw temu niewidzialnemu wrogowi. Jak wielokrotnie przedtem, również tym razem zaserwował swoim słuchaczom wyzute z treści frazesy: iż decydować tu musi nauka i tylko nauka, a prawda jest najsilniejszą bronią w rękach Amerykanów pod jego przywództwem. Symptomatyczne jest to, że tę szlachetnie brzmiącą zasadę z miejsca złamał – w tym samym przemówieniu.

Biden nie potrafił przyznać, że działania jego administracji w tym zakresie stanowią nawiązanie do udanych działań administracji poprzedniej; że to, iż obecnie zatwierdzone są trzy szczepionki przeciw COVID-19, produkowane na masową skalę, w coraz większych ilościach, a w maju liczba dostępnych dawek będzie wystarczająca dla zaszczepienia wszystkich dorosłych Amerykanów, zawdzięcza w pierwszej kolejności „Operation Warp Speed”, którą w 2020 roku zainicjował jego poprzednik, a która była realizowana pod bezpośrednim kierownictwem Trumpa na drodze bezprecedensowego współdziałania instytucji rządowych i sektora prywatnego.

Po stronie republikańskiej widoczne jest narastające rozgoryczenie stylem, w jakim Biden sprawuje swój urząd w kontekście deklarowanego zjednoczenia narodu. Jednocześnie dostrzec można bezradność republikanów. Czy powinni podejmować próby znalezienia kompromisu i wspólnej przestrzeni z demokratami wszędzie tam, gdzie to tylko możliwe? Czy przeciwnie, należy raczej okopać się na swoich pozycjach, przygotowując w ten sposób grunt pod kolejne wyborcze potyczki? Przy tym pod znakiem zapytania pozostaje to, w jakim stanie będzie wówczas amerykańska demokracja, ponieważ projekt ordynacji wyborczej, uchwalony niedawno przez Izbę Reprezentantów, którego nie poparł ani jeden republikanin, a który teraz trafi do Senatu, taką obawę jedynie potwierdza.

Czy Stany Zjednoczone nadal będą „Shining City on the Hill” – miastem na wzgórzu, olśniewającym świat swoimi ideałami? Czy też jego miejsce zajmie „Nowa Ameryka” – zmieniona od fundamentów nie do poznania – będąca rezultatem realizacji działań przedstawicieli ideologii progresywistycznej, którzy dziś sprawują władzę?

Z jednej strony wydaje się, że republikanie stosują dziś strategię zgodną z rozsądnymi spostrzeżeniami, jakie na temat amerykańskiej demokracji poczynił de Tocqueville. Demokracja może dochodzić do prawdy jedynie poprzez doświadczenie opierające się na faktach, czyli ma zachować zdolność niepodlegania żadnemu z góry ustanowionemu systemowi ideowemu, bez względu na to, jak poprawny, uniwersalny i niepodważalny wydaje się jego zwolennikom.

W społeczeństwie demokratycznym nie można polityki pojmować inaczej, jak tylko poprzez pewną hipotezę, która musi być nieustannie korygowana w procesie otwartej, nigdy niekończącej się dyskusji. Jej zasadniczym elementem są wybory, w wyniku których musi być możliwość przekazywania władzy z rąk jednej grupy polityków w ręce innych – którzy wygrali wybory dzięki temu, że postawili inną, lepszą i w danej chwili politycznie mocniejszą hipotezę.

W tym sensie możemy już dziś dostrzec republikańską kontrofensywę, która opiera się na faktycznych konsekwencjach decyzji politycznych Bidena. Chodzi tu o kilka spraw, które momentalnie stały się przedmiotem ostrej debaty publicznej. W pierwszej kolejności mowa o sytuacji na południowej granicy, którą szturmuje coraz liczniejsza rzesza nielegalnych imigrantów. Ich nadejście oznacza olbrzymie obciążenie zarówno dla organów kontroli granicznej, jak i wszystkich innych instytucji federalnych, stanowych i lokalnych, w których kompetencji leży zajmowanie się tą problematyką. Problem stanowią przede wszystkim nieletni, przybywający do Stanów Zjednoczonych bez swoich rodziców, którzy za ich przeszmuglowanie płacą gangom przemytników horrendalne sumy. Dochodzi też do absurdalnej sytuacji, w której obostrzenia, narzucone obywatelom amerykańskim w celu walki z pandemią koronawirusa, nie obowiązują osób nielegalnie przekraczających granicę lub ściślej: nie są egzekwowane.

Za wielkimi słowami o humanitarnej polityce, o potrzebie „empatii” wobec imigrantów – którzy wprawdzie łamią prawo amerykańskie poprzez to, w jaki sposób przybywają do kraju, ale jednocześnie mają powody, chociażby egzystencjalne, do wnioskowania o azyl i potrzebują pomocy w swojej beznadziejnej sytuacji – skrywają się fakty wywołujące poważne wątpliwości co do słuszności decyzji Bidena. Nawet dla osób go popierających staje się jasne, że konieczna jest natychmiastowa korekta takiej polityki – osiągalna jedynie drogą dialogu i konstruktywnych negocjacji wszystkich stron, których tak czy owak kwestia ta dotyczy: na poziomie lokalnym, stanowym, federalnym i międzynarodowym.

Spraw, w których w ten sposób ideologia zderza się z realiami – z jednej strony pewna bliżej nieokreślona progresywistyczna wizja przyszłości, z drugiej strony rzeczywistość doświadczana przez tych, którzy żyją w niej – jest cały szereg, a ich szczegółowy opis wykracza poza ramy tego tekstu. Wydaje mi się jednak, że chodzi wciąż o jedno i to samo. Niezależnie – czy mówić będziemy o możliwościach rozwoju zawodowego obywateli amerykańskich, na które bezpośrednio wpływa „zielona polityka” nowej administracji, poprzez debatę, jak w odpowiedzialny sposób w warunkach wygasającej pandemii ponownie otworzyć amerykańskie szkolnictwo, czyniąc to nie tylko zgodnie z zaleceniami ekspertów, lecz jednocześnie uwzględniając pozostałe punkty widzenia i argumenty, aż po pozostałe kwestie, nurtujące wielorasowe i wielokulturowe, obarczone licznymi doświadczeniami historycznymi wzajemnego resentymentu społeczeństwo amerykańskie, stojące dziś w obliczu globalnych wyzwań. Pod tym względem istnieją dwie podstawowe możliwości: forsowanie swojego stanowiska ze stachanowskim przekonaniem, wynikającym z wiary w jakąś „świetlaną przyszłość” wraz z potrzebą radykalnej zmiany sposobu życia ludzkiego, albo pokorne powrócenie do dialogu ze wszystkimi jego uprawnionymi uczestnikami oraz do uczciwego poszukiwania dalszej drogi. Dla republikanów oznacza to możliwość, jak od nowa przemyśleć, redefiniować i rewitalizować politykę konserwatywną, to jest zakorzenioną w przeszłości unikalnego amerykańskiego eksperymentu, i na tej podstawie przedstawić społeczeństwu amerykańskiemu swoją wizję przyszłości.

Jednocześnie prawda jest taka, że republikanie nie są całkowicie wolni od pokusy popadnięcia w bezkrytyczne kultywowanie własnej ideologii. Niebezpieczeństwo to wyszło na jaw podczas pierwszego ważnego zgromadzenia konserwatystów po zakończeniu kadencji Trumpa, czyli na Conservative Political Action Conference (CPAC), która odbyła się na początku marca 2021 w Orlando na Florydzie, gdzie gwiazdą był, jak można się spodziewać, były prezydent. Wypowiedzi zaproszonych mówców – bazujących oczywiście na własnych doświadczeniach, mówiących ze swojej własnej perspektywy oraz prezentujących swoją osobliwą retorykę – składały się w intrygujący i inspirujący sposób w koherentną całość, zrozumiały program polityczny, z którym Partia Republikańska mogłaby wystartować w kolejnych wyborach i właśnie dzięki swej aideologiczności, pragmatyzmowi i akcentowi położonemu na „zdrowy ludzki rozum” (common sense) cieszyć się wyraźną perspektywą wygranej.

CPAC 2021 jednakowoż potwierdziła także podstawowe fakty na temat terytorium, na którym poruszają się obecnie politycy republikańscy. Osobistością, na którą miliony republikańskich wyborców nadal kierują wzrok jako na swojego przywódcę i oczekują decydującego słowa, którędy wspólnie iść dalej, nadal jest i najwidoczniej w najbliższych latach pozostanie Donald Trump.

I to jest moim zdaniem właśnie ten przysłowiowy węzeł gordyjski, który Partia Republikańska będzie musiała jak najprędzej przeciąć. Jak oddzielić od pierwotnego głosiciela trumpizm, czyli konserwatywny program polityczny, z którym politycy republikańscy nadal się utożsamiają – America First (kto czuje się oburzony, już słysząc to hasło, niechaj przeczyta sławną „Mowę pożegnalną” George’a Washingtona z 1796 r. wraz z komentarzem de Tocqueville’a), prawo i praworządność (law and order), nacisk na wolność słowa (pierwsza poprawka amerykańskiej konstytucji), prawo do posiadania broni (druga poprawka tejże), nacisk na wolność działalności gospodarczej oraz minimalizację interwencjonizmu państwowego?

Jak odeprzeć niebezpieczeństwo zmiany wizji, którą Donald Trump realizował podczas swojego urzędowania w Białym Domu, w ideologię, a jego samego – w głównego ideologa Partii Republikańskiej, wyposażonego w kompetencje autorytarnego decydowania o tym, kto jest prawdziwym republikaninem, a kto jako „rino” (republican in name only) już nim nie jest? Jaka będzie rola Trumpa w kontekście wyborów w 2022 roku? (Tutaj ważna uwaga: czy styczniowej porażki w walce o dwa mandaty senackie w Georgii, w wyniku której republikanie stracili kontrolę nad Senatem, nie należy zapisać na konto jego nieobliczalnego sposobu występowania?).

Jak zachowa się Trump w wyborach prezydenckich w 2024 roku? Czy będzie ponownie kandydować? Czy dojdzie do wniosku, oczywiście rozsądniejszego, że zamiast kandydować i znów wchodzić w rolę polaryzatora amerykańskiego społeczeństwa, którym był przez ostatnie cztery lata, lepiej będzie pozostać w cieniu jako „king-maker”?

Czy w ogóle jest w stanie oprzeć się pokusie królowania i oceniania wszystkich polityków republikańskich w zależności od ich chęci stania się dworzanami w jego królewskim pałacu, czy to świadomie, czy też tylko oportunistycznie realizującymi jego, jak okazywało się w przeszłości, często dość chybione decyzje?

Pozwolę sobie ten pisany w pierwszej połowie marca 2021 roku tekst zakończyć optymistyczną oraz nierealistyczną i dość groteskową hipotezą – zwłaszcza dla zwolenników makiawelistycznej szkoły realizmu politycznego. Istnieje bowiem obszar, w którym trwała polaryzacja amerykańskiego społeczeństwa wydaje się mieć mniejszy wpływ, a który może być postrzegany jako pewna pozytywna przesłanka na przyszłość. Ten obszar to polityka zagraniczna i stosunki międzynarodowe. Uświadomiłem sobie to już w lutym, podczas tegorocznej edycji konferencji „State of the World” na Florida International University, gdzie obecnie pracuję. Występowali zarówno zagorzali krytycy Trumpa, jak i byli pracownicy jego administracji. Jedni i drudzy mimo wszystko potrafili prowadzić merytoryczny, ekspercki dialog, cechujący się elementarnym wzajemnym zrozumieniem.

Oczywiście każda kolejna administracja, również ta Bidena, musi zdefiniować swoje priorytety, swoje cele i strategie umożliwiające ich osiągnięcie. Jednak wyraźnie widać, że mimo zwrotu, który przyniosła, wszyscy uświadamiali sobie, że konieczne jest zachowanie ciągłości amerykańskiej polityki zagranicznej; że jej nowi rozgrywający będą grać na planszy odziedziczonej po poprzednikach i po prostu muszą kontynuować to, co usiłowali osiągnąć i co osiągnęli poprzednicy.

Jak właściwie zrozumieć podstawowe przesłanie, które nowy prezydent kieruje do świata, mianowicie, że Ameryka wróciła? Czy dla wszystkich jej partnerów na polu międzynarodowym – łącznie z tymi po drugiej stronie Atlantyku, a więc również Czech – nie stanowi wyzwania i szansy możliwość swoistego zaangażowania się w jakże spolaryzowaną politykę amerykańską? Oczywiście także administracja Bidena będzie musiała dobrze przemyśleć, jak skutecznie reagować na zmieniającą się konstelację sił w świecie, jak w obecnej sytuacji definiować „amerykański interes narodowy” i bronić go, jak w tym celu budować koalicje podobnie myślących państw, to jest takich, które za swoje fundamentalne wartości uznają wolność i szacunek dla niezbywalnych praw człowieka, a demokrację – za formę ustroju państwowego gwarantującego obronę tych wartości.

Ponieważ partnerstwo jest zawsze kwestią dwustronną, pozwalam sobie twierdzić, że właśnie tutaj dla światowej wspólnoty demokracji pojawia się szansa wejścia w przestrzeń amerykańskiej polityki wewnętrznej i przyczynienia się do jej jakże potrzebnej depolaryzacji. Przecież w obecnej polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych nie chodzi tylko o współpracę z sojusznikami w dziedzinie bezpieczeństwa i gospodarki, to jest tam, gdzie główną rolę odgrywają geopolityka, realistyczne pojęcie stosunków międzynarodowych oraz strategiczne „interesy narodowe”.

Kluczowym zadaniem pozostaje znalezienie wspólnego języka i stworzenie wspólnej strategii dla obrony demokracji i praw człowieka, wspólne wymaganie wypełniania zobowiązań międzynarodowych w tej dziedzinie oraz wspólne egzekwowanie zasady międzynarodowoprawnej odpowiedzialności za ich łamanie; wspólne wyrażanie solidarności z tymi, którzy domagają się ich respektowania w krajach autorytarnych; efektywna współpraca w celu skierowania tych krajów na drogę do otwarcia swych społeczeństw i ich demokratyzacji.

Jestem świadomy, że to, co napisałem powyżej, może się wielu osobom wydawać szaleństwem, które zasadniczo rozmija się z polityczną rzeczywistością. Jaki wpływ może wywrzeć polityka zagraniczna, powierzona dyplomatom i innym profesjonalistom, na kształt dyskusji politycznej wewnątrz państwa, zwłaszcza USA? Co wraz z nimi mogą uczynić przykładowo ich europejscy partnerzy? Czy sojusznicy mogą mieszać się do ich spraw wewnętrznych? Z jakim rezultatem?

Mam świadomość, że ingerowanie w sprawy wewnętrzne innych państw jest zgodnie z Kartą Narodów Zjednoczonych niedopuszczalne. Ale nie mogę się powstrzymać i muszę w swoich rozważaniach o współczesnej polityce ciągle od nowa – w tym tekście o aktualnym stanie amerykańskiej demokracji – powracać do słów medytacji, które w usta Zaratustry włożył Fryderyk Nietzsche, cytowany na początku. Weźmy pod uwagę to, że „myśli, co na gołębich przychodzą nóżkach, światem kierują”; że pod powierzchnią polityki, i to nie tylko amerykańskiej, o której tu piszę, ale rozumianej ogólnie, zachodzą istotne zmiany. Przypomnijmy sobie, co Platon mówił o swym państwie: że to człowiek pisany wielkimi literami – i odnieśmy tę metaforę do aktualnych wydarzeń na świecie.

.Czy to właśnie nie tutaj, w kontekście globalnym, przekraczającym granice każdego państwa narodowego, jest miejsce, gdzie należy wyostrzyć uwagę na naszą aktualną sytuację dziejową? Czy nie pojawia się tu jakaś nowa szansa, którą miał na myśli na przykład Jan Patočka, gdy mówił o „solidarności zachwianych”? Czyż nie zależy to od nas wszystkich, którzy życzą sobie i żywią nadzieję, aby amerykańska demokracja zdała jak najlepiej obecny egzamin, bez względu na zwycięzcę kolejnych wyborów, abyśmy właśnie te na pozór niedostrzegalne zmiany dotyczące nie tylko Amerykanów, ale i nas samych dostrzegali i brali pod uwagę, abyśmy znaleźli dla nich potrzebną przestrzeń i uczynili je drogowskazem także dla naszych własnych poczynań?

Tekst został opublikowany również w dziale „Nová Orientace” czeskiego dziennika FORUM 24.

Martin Palouš

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 14 kwietnia 2021
Fot. Kevin LAMARQUE / Reuters / Forum