Prof. Kazimierz DADAK: Dryf strategiczny amerykańskiej polityki

Dryf strategiczny amerykańskiej polityki

Photo of Prof. Kazimierz DADAK

Prof. Kazimierz DADAK

Profesor ekonomii w Hollins University w stanie Wirginia w USA.

Politykę zagraniczną USA cechuje brak strategicznej wizji, określenia nadrzędnych celów. Waszyngton głównie reaguje na pojawiające się międzynarodowe wyzwania, które są drugorzędne z punktu widzenia rywalizacji z Chinami. W zakresie stosunków międzynarodowych polityka amerykańska dryfuje – pisze prof. Kazimierz DADAK

.Narodowa Strategia Obronna Stanów Zjednoczonych (National Defense Strategy – NDS) ze stycznia 2012 r. określiła obszar Indo-Pacyfiku jako kluczowe pole zmagań o utrzymanie przez USA przewodniej roli w świecie. Stąd prezydent Obama ogłosił „zwrot ku Azji”. Amerykańskie zaangażowanie w Europie i na Bliskim Wschodzie miało się zmniejszyć, a uwaga miała być skupiona na, mówiąc oględnie, powstrzymywaniu Chin. W wielkim łuku od północnego Pacyfiku, poprzez południowo-wschodnią Azję, do zachodnich rubieży Oceanu Indyjskiego leżą cztery z pięciu najludniejszych państw świata (Chiny, Indie, Indonezja i Pakistan). Jak można dowiedzieć się ze strony internetowej amerykańskiej CIA (The World Factbook), także z gospodarczego punktu widzenia region ten ma pierwszorzędne znaczenie. W realnych wartościach (PKB według parytetu siły nabywczej) cztery z pięciu największych gospodarek świata (Chiny, Indie, Rosja i Japonia) także tam się znajdują. W obu powyższych przypadkach jedynym państwem spoza tego regionu są Stany Zjednoczone. Każdy kolejny raport NDS powtarzał postulat „zwrotu ku Azji”, ale jak do tej pory, niewiele z tego wyszło.

Pierwsza kadencja Trumpa rokowała nadzieje, że Stany Zjednoczone przechodzą do ofensywy na tym odcinku. Wojna handlowa z Chinami była tego dobitnym dowodem. Podpisanie porozumienia z afgańskimi talibami było kolejnym krokiem uwalniającym Waszyngton od uciążliwego i mało istotnego zaangażowania. Ale na tym się skończyło. Kadencja Joe Bidena upłynęła pod znakiem porażek i chybionych decyzji. Sprawy ideologiczne, skupienie uwagi na kwestiach wewnętrznych i promowanie skrajnie lewicowych pomysłów zajęło zbyt wiele sił i środków, natomiast stosunki międzynarodowe – z wyjątkiem Ukrainy – zeszły na dalszy plan.

Nieudolność w kończeniu obecności wojskowej w Afganistanie dała przedsmak tego, czego świat był świadkiem przez resztę tej prezydentury.

Z punktu widzenia Polski wsparcie udzielone Ukrainie stanowi jasny punkt, aczkolwiek na ten temat można mieć różne poglądy. Faktem jest, że Putin nie najechał Ukrainy w czasach pierwszej kadencji Trumpa, i jest wysoce prawdopodobne, że do tego by nie doszło, gdyby Trump wygrał wybory w 2020 r. Natomiast w styczniu 2025 r. wojna już trwała niemal trzy lata i pomimo buńczucznych zapewnień nie dało się jej w takiej sytuacji zakończyć w ciągu 24 godzin. Trump natrafił na węzeł gordyjski i niestety jego ekipa też nie wypracowała strategii wyjścia z tego konfliktu. Zamiast tego mamy do czynienia z osobliwą sytuacją – pomoc wojskowa nadal dociera nad Dniepr (w ramach programu jeszcze uchwalonego w czasach Bidena), ale trudno sobie wyobrazić, żeby Trump mógł zmienić stanowisko o 180 stopni i samemu wystąpić o kolejny pakiet pomocowy. Pomysł, żeby Europa w całości wzięła na siebie ciężar pomocy Ukrainie, jest teoretycznie pociągający, ale będzie go trudno wcielić w życie. Europa nie jest w stanie sama wytworzyć potrzebnych materiałów wojennych, natomiast idea, żeby uzbrojenie kupować w USA, jest mało nośna po tej stronie Atlantyku.

.Tymczasem Rosja już dawno otrząsnęła się po niepowodzeniach pierwszego roku zmagań, przestawiła gospodarkę na tryb wojenny i odzyskała inicjatywę. Dysproporcja sił pomiędzy walczącymi stronami jest ogromna i Moskwa przyjęła taktykę zmagań, która w takich warunkach jest dla niej najlepsza – wojnę na wyniszczenie. Stąd można postawić tezę, że bez bezpośredniego zaangażowania sił NATO po stronie Kijowa nie sposób sobie wyobrazić zmiany sytuacji. Niebawem Trump może stanąć wobec wyboru – albo przejść do historii jako prezydent, który „stracił” Ukrainę, albo zagrać va banque i rzucić na szalę całą potęgę USA. Z polskiego punktu widzenia ani jedna, ani druga opcja nie jest pociągająca. Posiadanie słabiutkiego buforu na południowo-wschodniej rubieży, być może państwa niezdolnego do sprawnego działania (failed state), postawiłoby Warszawę wobec ogromnych wyzwań. Natomiast przerodzenie się wojny rosyjsko-ukraińskiej w otwarte starcie Rosja-NATO groziłoby wręcz nieobliczalnymi konsekwencjami.

Prasa na ogół skupia uwagę na wysokości strat Rosji, a milczeniem pomija ukraińskie koszty, które według niezależnych ośrodków są ogromne. Belfer Center przy Uniwersytecie Harvarda oblicza, że do tej pory Ukraina straciła 769 tys. zabitych. Ponadto naukowcy z tego ośrodka podają, że można przypuszczać, że tyle samo co zabitych jest rannych, którzy zostają ciężkimi kalekami do końca życia. Wygląda więc na to, że dotychczasowe całkowite straty Ukrainy wynoszą ok. 1,5 miliona ludzi. Na ten niesłychany upust krwi nakłada się wielomilionowa emigracja, głównie kobiet w sile wieku. Biorąc pod uwagę coraz większy zakres zniszczenia infrastruktury i zakładów pracy, proces odbudowy kraju będzie trudny. Uprzednie doświadczenia w spełnianiu obietnic przez państwa Zachodu w zakresie udzielania pomocy nie napawają optymizmem. Można oczekiwać, że po zakończeniu działań wojennych mężczyźni raczej będą łączyć się z rodzinami mieszkającymi w UE, niż wracać do ojczyzny. Borykająca się z ogromnymi kłopotami, prawdopodobnie okrojona ze wschodnich rubieży Ukraina nie jest w polskim interesie narodowym, ale wielkiego wpływu na rozwój sytuacji nie mamy.

Wróćmy do Stanów Zjednoczonych – napaść Hamasu na Izrael w dniu 7 października 2023 r. była dla Waszyngtonu zupełnym zaskoczeniem. W ciągu kilku godzin obszar, który uznawano za spokojny, przeistoczył się w pierwszoplanowy teatr działań wojennych. Ku zaskoczeniu USA i Izraela zmagania z Hamasem trwają po dziś dzień. Drakońskie metody, jakie stosuje Tel Awiw, nie przysparzają Izraelowi i udzielającym mu wszechstronnej pomocy Stanom Zjednoczonym przyjaciół wśród państw tak zwanego Globalnego Południa. A przecież bez choćby cichego wsparcia ze strony wielu członków tego ugrupowania wygranie starcia z Chinami nie będzie łatwe. Donald Trump jako kandydat apelował do Izraela, aby zakończył wojnę z Hamasem i tym samym uchronił się przed uszczerbkiem na swym wizerunku, ale jako prezydent udziela praktycznie nieograniczonego wsparcia Tel Awiwowi.

13 czerwca Izrael dokonał zmasowanego nalotu na obiekty wojskowe w Iranie. Jak określił to Richard Haass, emerytowany prezydent Rady ds. Stosunków Zagranicznych, było to działanie prewencyjne, a nie uprzedzające (zbliżający się napad). Według Haassa to drugie jest uznawane za uzasadnione, natomiast to pierwsze nie. Iran od dawna był postrzegany jako zagrożenie dla interesów USA i Izraela, szczególnie jeśli chodzi o program atomowy. Niemniej Iran podpisał układ o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (ang. NPT) i nieustannie głosił, że jego program badań jądrowych ma na celu wyłącznie działania pokojowe. 26 marca 2025 roku Tulsi Gabbard, dyrektor Wywiadu Narodowego (Director of National Intelligence), czyli szefowa amerykańskiej Wspólnoty Wywiadowczej (Intelligence Community), instytucji zrzeszającej wszystkie amerykańskie organizacje wywiadowcze (w sumie osiemnaście), podczas wysłuchań w Izbie Niższej Kongresu – a więc pod przysięgą! – stwierdziła, że Iran nie pracuje nad zbudowaniem broni atomowej. Tym samym potwierdziła to, co owa wspólnota niezmiennie głosi od 2007 r. Wszystkie irańskie jednostki badawcze były pod nieustanną kontrolą Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (ang. IAEA), która potwierdzała stosowanie się Teheranu do wymogów NPT. Jedynie dzień przed izraelskim atakiem IAEA ogłosiła, że Iran nie spełnia wymogów NPT. Iran nie zdążył ustosunkować się do zarzutów przed izraelskim atakiem.

Izraelskie zmagania z Iranem miały świetny początek, ale nie osiągnięto żadnego z zamierzonych celów – ani reżim ajatollahów się nie załamał, ani irański program badań atomowych nie został unicestwiony. Irańskie siły zbrojne otrząsnęły się z pierwszego uderzenia i rozpoczęły ataki odwetowe za pomocą rakiet balistycznych. Mimo potężnej obrony przestrzeni powietrznej, włącznie z amerykańskim systemem THAAD, niektóre pociski zdołały przedrzeć się i dosięgnąć celów. Zapewne Iran poniósł większe straty, ale jest to państwo o dużo większej niż Izrael zdolności do ich ponoszenia. Liczba ludności jest większa prawie dziesięciokrotnie, a powierzchnia niemal osiemdziesiąt razy. USA, najbliższy sojusznik Tel Awiwu, włączył się do akcji i 22 czerwca amerykańskie lotnictwo dokonało ataku na trzy irańskie ośrodki wzbogacania uranu. Użyto najpotężniejszych bomb konwencjonalnych; prezydent Trump niezwłocznie ogłosił, że misja ta zakończyła się całkowitym sukcesem, irańskie instalacje zostały starte z powierzchni ziemi. Jednocześnie prezydent oświadczył, że dalsze ataki nie są planowane.

Po upływie ponad miesiąca można pokusić się o stwierdzenie, że był to wręcz podręcznikowy przykład „escalate to de-escalate”, czyli zwiększenie natężenia konfrontacji w celu obniżenia napięcia. Przywództwo Iranu chyba tak też ten atak potraktowało, bo odwet był bardzo słaby. Podobno za pośrednictwem trzeciej strony wręcz określono jego cel. Natomiast w podstawowych sprawach, czyli zniszczenia programu nuklearnego i zmiany władzy w Teheranie, przełomu chyba nie zanotowano. Nie wiadomo, czy instalacje do badań atomowych zostały unicestwione, a o upadku obecnego systemu politycznego nie słychać. Zatem podstawowym pytaniem staje się to, jak długo Stany Zjednoczone będą bezpośrednio zaangażowane w starcie izraelsko-irańskie. Można wyrazić obawy, że Trump stoi w obliczu rozwoju sytuacji, co do której zarzekał się na wszystkie świętości, że chce jej uniknąć – kolejnej „wojny bez końca”. Tym samym z jednej strony stanąłby w całkowitej opozycji do wielkiego sojusznika, ruchu MAGA, który za podstawowy cel stawia sobie ograniczenie międzynarodowych zaangażowań, a z drugiej utrudnił, jeśli nie uniemożliwił „zwrot ku Azji”, politykę, której jest zagorzałym zwolennikiem i którą prowadził podczas swej pierwszej kadencji.

Trump, ogłaszając pomysł przejęcia kontroli nad Grenlandią i uczynienia z Kanady 51. stanu, dał jasno do zrozumienia, że wielkim celem politycznym staje się konsolidacja kontroli nad Ameryką Północną. Gdyby te cele były łatwe do osiągnięcia czy też już osiągnięte, to potencjalni sojusznicy w zmaganiach z Chinami chętnie przyłączyliby się do antychińskiej koalicji. Tymczasem jest oczywiste, że po pierwsze, te pomysły spotkały się z ogromnym sprzeciwem zainteresowanych stron, a po drugie, zantagonizowały potencjalnych sojuszników (UE i Kanadę). W sumie pierwsze pół roku ponownych rządów Trumpa stanęło pod znakiem dalszego rozpraszania sił i środków oraz odchodzenia od strategii powstrzymywania Chin, które to wyzwanie zostało słusznie rozpoznane jako największe ponad dekadę temu.

.Druga administracja Trumpa rozpoczęła także wojnę celną z praktycznie całym światem. Powodem tych poczynań jest chęć odzyskania utraconej wiodącej roli w wielu dziedzinach gospodarki. Proces deindustrializacji Ameryki trwał kilka dekad i można mieć obawy, że odwrotne zjawisko również potrwa wiele lat. Co więcej, naszym zdaniem same cła nie wystarczą – konieczne będzie usprawnienie systemu szkolnictwa, szczególnie na szczeblu podstawowym i średnim. Zatem jednostronne nakładanie wysokich ceł jest kolejnym krokiem, który zniechęca potencjalnych sojuszników. Co więcej, nie ma żadnej pewności, że polityka ta szybko przyniesie zakładane rezultaty.

Ogólnie rzecz biorąc, od kilkunastu lat Stany Zjednoczone nie są w stanie skupić uwagi na podstawowym wyzwaniu, przed którym stoją – rywalizacji z Chinami. Jest to wynik z jednej strony przecenienia swych sił i możliwości, a z drugiej wypadków losowych. Napaść Hamasu i niezdolność Izraela do pokonania tego przeciwnika zmusiły USA do zwiększenia zaangażowania na Bliskim Wschodzie. Rozszerzenie tych zmagań na Iran jeszcze bardziej skupia uwagę Waszyngtonu na tym obszarze. Administracja Bidena nie zapobiegła napaści Rosji na Ukrainę. Nie użyto ani kija, ani marchewki. Próba naprawy gospodarki i umocnienia strategicznej pozycji poprzez wchłonięcie Kanady i Grenlandii, a także nakładania ogromnych ceł na import z całego świata zniechęca potencjalnych sojuszników, państwa, które czują się zagrożone chińskim ekspansjonizmem.

.Politykę zagraniczną USA cechuje brak strategicznej wizji, określenia nadrzędnych celów. Waszyngton głównie reaguje na pojawiające się międzynarodowe wyzwania, które są drugorzędne z punktu widzenia rywalizacji z Chinami. W zakresie stosunków międzynarodowych polityka amerykańska dryfuje.

Kazimierz Dadak

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 26 lipca 2025