Eryk MISTEWICZ: Pan Andrzej

Pan Andrzej

Photo of Eryk MISTEWICZ

Eryk MISTEWICZ

Prezes Instytutu Nowych Mediów, wydawcy "Wszystko co Najważniejsze".  www.erykmistewicz.pl

Ryc.: Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

To był telefon, który zmieniał bieg spraw – nie tylko osobistych, lecz także politycznych. Zmarłego 25 kwietnia 2026 r. Andrzeja Olechowskiego wspomina Eryk MISTEWICZ. Opowieść o momencie narodzin projektu, który miał „nie być partią”, o napięciach, ambicjach i wyborach, które z czasem ukształtowały jedną z najważniejszych formacji politycznych w Polsce.

.„Panie Eryku, taka sprawa. Z kolegami mamy pomysł: zakładamy stowarzyszenie, ponad podziałami, mamy już tego wszystkiego trochę dość. Wszyscy mają dość. No tak. Trochę żeby się policzyć, robimy spotkanie w Oliwii. Dzwonię, czy mógłby Pan pomóc” – telefon wyrwał mnie późnym popołudniem. Pan Andrzej nie dzwonił rano.

„I jeszcze jedno: to nie będzie partia. Takie stowarzyszenie, żeby się policzyć. Z Maciejem to robię i z Donaldem. Nazwaliśmy to stowarzyszenie trochę śmiesznie, zupełnie nie jak partia, aby podkreślić ponadpartyjność: Platforma Obywatelska. Pomoże Pan?”.

To był telefon w dobrym momencie. Po ośmiu latach w redakcji, której szef przechodził silny proces zmian osobowości, i po nałożeniu się na to problemów finansowych wydawnictwa dwa razy na kolegium redakcyjne przyjeżdżała ekipa medyczna, zabierając erką kierowników działów, którzy nie wytrzymywali tego, co dziś nazywa się mobbingiem.

Może nie chciałem być następnym wynoszonym z kolegium na noszach. A może po pozbawieniu premierostwa ówczesnego premiera w wyniku mojego tekstu o InterAms, rozwaleniu serią tekstów koalicji rządzącej PSL/SLD, kierowaniu działem, uhonorowaniu mojej pracy polskim Pulitzerem, Nagrodą Wolności Słowa SDP i jednocześnie w tym samym roku najwyższą nagrodą rywalizującego z SDP stowarzyszenia nieco bardziej lewicowego, czułem, że w tym miejscu osiągnąłem maksimum. Postanowiłem przyjąć propozycję Pana Andrzeja.

Znałem go jeszcze od czasów rządu Jana Olszewskiego, w którym był ministrem finansów, a ja w tym rządzie wspierałem prof. Stefana Kozłowskiego, ministra ochrony środowiska, jako jego rzecznik prasowy i szef biura prasowego. 

Pierwsze spotkania z Panem Andrzejem były spotkaniami na kontrze. Dziś już wiem, że podobne napięcie przynależy zawsze do rozmów ministra finansów z ministrem środowiska – pod każdą szerokością geograficzną. Wówczas jednak, wiosną 1992 roku, tego jeszcze nie wiedziałem. Nasze ekologiczne postulaty, postulaty polskiego rządu, które jednakże prezydent Lech Wałęsa miał nam zaakceptować przed Szczytem Ziemi w Rio de Janeiro, były torpedowane właśnie przez ministra finansów Andrzeja Olechowskiego.

Stanowisko, z którym Polska pojechała na Szczyt Ziemi, było kompromisem daleko idącym. Premier Jan Olszewski musiał ważyć racje. Pamiętam wielkie niezadowolenie naszej – ekologicznej – strony.

Tym, co już wówczas mi się w Panu Andrzeju spodobało, był rodzaj arystokratycznego noszenia się, które we Francji widziałem wcześniej na każdym kroku. „Panie Andrzeju, Panie Eryku”. Może także dlatego z ciekawością przyglądałem się jego kampanii prezydenckiej w 2000 roku. Noc wyborcza w jego sztabie. Świetny wynik i drugie miejsce nie pozwoliły mu jednak wówczas rozegrać tego inaczej, większość głosów zdobył Aleksander Kwaśniewski, drugiej tury nie było.

.Ten wynik w wyborach prezydenckich spowodował, że na Panu Andrzeju skupiło się zainteresowanie: co teraz zrobi, jak zdobyte w kampanii głosy wykorzysta, z kim połączy swoje siły. Pozbieranie sił – dodanie Donalda Tuska, młodego gniewnego i świetnie zapowiadającego się wicemarszałka senatu, który wówczas postanowił dokonać ojcobójstwa na szefach Unii Wolności, Macieja Płażyńskiego, konserwatywnego marszałka sejmu, z wielkotowarowym rolnikiem Arturem Balazsem i jego środowiskiem, wreszcie ludzi rozumiejących geopolitykę i zasady działania służb – było najbardziej logicznym rozwiązaniem. Po złożeniu konceptu należało go już tylko przeprowadzić, w tym opowiedzieć wyborcom.

Macieja Płażyńskiego wcześniej nie znałem. W tworzonym stowarzyszeniu („To nie będzie partia” – powtarzał Pan Andrzej) miałem pracować właśnie z marszałkiem sejmu, drugą osobą w państwie. Dostałem pokój w hotelu sejmowym, na pierwszym piętrze, naprzeciw nocnego sklepiku dziupli dla szczególnie potrzebujących posłów, komórkę po Grzegorzu Miecugowie, który przede mną pełnił tę funkcję przy marszałku.

Maciej Płażyński i Pan Andrzej, a jak szybko miało się okazać, także Donald Tusk, to były inne światy. Marszałek sejmu był człowiekiem zasad, twardych, ale zasad. Silnie osadzonych w nauce społecznej Kościoła, choć bez szczególnego epatowania wiarą. Twardego stawiania spraw pryncypialnych. Dane słowo było danym słowem, reguły były regułami. Polityka nie była warta zaprzeczania sobie.

Stowarzyszenie dopiero powstawało. Jeszcze nie był szczególnie aktywny zbudowany później komisją sejmową Jan Rokita, jeszcze nie było napięć wokół nadobecności Artura Balazsa, Zyta Gilowska jeszcze nie rzucała papierami co drugie posiedzenie, bo „nie do takiej Platformy się zapisywała”, jeszcze Jacek Saryusz-Wolski nie dominował na sztabie tymi swoimi acquis communautaire („Chłopie, czy ty nie możesz (…) mówić po polsku?” – nie krył zniecierpliwienia Donald Tusk).

Pan Andrzej bywał tylko na posiedzeniach zarządu Platformy, sztabu, w życie parlamentarne nie ingerował.

Poza ostrą reprymendą wobec Macieja Płażyńskiego, że jakiekolwiek rozmowy z PiS-em Kaczyńskich nie mają żadnego sensu. Żadnego PO-PiS-u nie potrzeba. Donald ma rację, aby to wysadzić, a za wysadzenie obarczyć Kaczyńskich, którzy chcieli za dużo. A ten „premier z Krakowa”, co to w ogóle za pomysł?

Jeśli miałbym wówczas odpowiedzieć na pytanie, czyja była Platforma – była ona Platformą Pana Marszałka i Pana Andrzeja. To były najważniejsze rozmowy; najważniejszy, strategiczny poziom rozmów. Ten trzeci, czyli Donald, to była logistyka: pieniądze (Paweł Piskorski), media (Maciej Grabowski) i sondaże (Tomek Siemoniak). Z czasem okazało się to właśnie najważniejsze, a miejsce strategii zajęło „po prostu wygrywanie”.

.Gdyby Pan Andrzej pracował trochę więcej, gdyby chciało mu się pospotykać z posłami i senatorami, liderami regionów, może zachowałby więcej wpływu w tym, do czego i mnie, i wielu innych osób zaprosił.

A Platforma, „stowarzyszenie, które ma nie być partią”, szło w górę. Skutecznie wypychając konserwatystów (rozkład sił grał coraz bardziej bezwzględnie na Donalda): Artura Balazsa, Macieja Płażyńskiego, Jana Rokitę, po pewnym czasie także, cóż, Andrzeja Olechowskiego. Od pamiętnej nocy, gdy Maciej Płażyński ogłosił, że rezygnuje z kierowania Klubem Parlamentarnym PO, tego procesu nie dało się już powstrzymać.

Pana Andrzeja spotkałem kilka lat temu w Dolinie Kościeliskiej. Obiecaliśmy sobie dłuższe, serdeczne spotkanie. W końcu to on, ponad ćwierć wieku temu, zaprosił mnie do stowarzyszenia, które założył z kolegami, które – „Panie Eryku, powtórzę raz jeszcze – nie będzie partią”.

Eryk Mistewicz

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 30 kwietnia 2026