Imigranci mogą zdecydować o wyborach prezydenckich we Francji 2027?

Ilustracja do tego tekstu — zgodnie z linią „zwykłe teksty Francja 2027” — powinna wyglądać następująco: Jean-Luc Mélenchon na pierwszym planie, lekko z profilu, w półcieniu, z poważnym wyrazem twarzy. W tle wielkomiejska Francja przedmieść: blokowiska Saint-Denis lub La Courneuve, tłum ludzi różnego pochodzenia etnicznego, ale pokazany subtelnie i realistycznie, bez propagandowości i bez komiksowego efektu. Nad tłumem pojedyncze czerwone flagi LFI i kilka francuskich flag częściowo rozmytych przez ruch. Atmosfera napięcia społecznego i politycznego przed wyborami 2027. Kolorystyka chłodna: granaty, grafity, stalowe błękity z lekkimi czerwonymi akcentami. Światło bardziej reporterskie niż filmowe. Bez zachodzącego słońca, bo to tekst zwykły. Styl wysokiej klasy opiniotwórczego tygodnika, pomiędzy The Economist, Le Point i L’Express. Bardzo wysoki CTR, ale bez tabloidowości. Format 16:9.

Zbliżające się wybory prezydenckie we Francji w 2027 roku coraz wyraźniej stają się nie tylko rywalizacją Jordana Bardelli, Marine Le Pen, Édouarda Philippe’a, Gabriela Attala i Jean-Luka Mélenchona. Stają się także pytaniem o to, jak zmieniła się sama Francja. Po raz pierwszy w tak dużej skali jednym z najważniejszych czynników kampanii może być elektorat wywodzący się z imigracji, zwłaszcza z imigracji pozaeuropejskiej i muzułmańskiej.

.Nicolas Pouvreau-Monti, dyrektor Observatoire de l’immigration et de la démographie, w rozmowie z „Le Figaro” podaje liczbę, która może stać się jedną z najważniejszych danych politycznych tej kampanii: „We Francji żyje dziś około 7,5 miliona potencjalnych wyborców będących imigrantami lub potomkami imigrantów drugiego pokolenia: 2,6 miliona naturalizowanych imigrantów oraz blisko 5 milionów pełnoletnich potomków imigrantów”. To nie jest jednolity blok wyborczy. Ale jest to już siła społeczna, której nie można traktować jako marginesu. W systemie, w którym Jean-Luc Mélenchon w 2022 roku nie wszedł do drugiej tury różnicą około 421 tysięcy głosów, taka rezerwa wyborcza nabiera znaczenia strategicznego.

Pouvreau-Monti mówi o tym bardzo precyzyjnie. Jego zdaniem imigranci i ich potomkowie podzielają wiele trosk wspólnych dla wszystkich Francuzów, takich jak siła nabywcza, mieszkalnictwo, dostęp do opieki zdrowotnej czy bezpieczeństwo. Ale jednocześnie istnieją tematy, które mają dla nich specyficzne znaczenie. Pierwszym jest polityka migracyjna. Część tych wyborców zachowuje więzi rodzinne lub emocjonalne z krajem pochodzenia, a także z bliskimi, którzy są obywatelami innych państw, mieszkają już we Francji albo mogliby do niej przyjechać. Obietnice złagodzenia polityki migracyjnej nie są więc abstrakcyjnym hasłem ideologicznym. Dla części tego elektoratu mogą mieć wymiar rodzinny, społeczny i praktyczny.

Drugim polem są kwestie kulturowe i religijne. Pouvreau-Monti wskazuje tutaj wprost na La France insoumise, partię Jean-Luka Mélenchona, która broni bardziej liberalnego podejścia do obecności islamu w przestrzeni publicznej i nadaje centralne znaczenie pojęciu „islamofobii”. W ten sposób, jak mówi, LFI upolitycznia poczucie dyskryminacji lub wykluczenia odczuwane przez część tego elektoratu. To jedna z najważniejszych zmian w polityce francuskiej ostatnich lat. Lewica, która dawniej mówiła językiem klasowym i republikańskim, coraz częściej mówi językiem uznania tożsamości, doświadczenia migracyjnego i religijnego.

„Nowa Francja” Mélenchona

Najważniejsza teza rozmowy z Nicolasem Pouvreau-Montim dotyczy strategii La France insoumise. LFI osiągała bardzo dobre wyniki w miastach o wysokim poziomie imigracji, takich jak Saint-Denis, Creil, Vaulx-en-Velin czy La Courneuve. Zdaniem dyrektora Observatoire de l’immigration et de la démographie nie jest to przypadek, lecz skutek długofalowej strategii wyborczej.

Pouvreau-Monti mówi, że LFI otwarcie zwraca się dziś do tego, co nazywa „Nową Francją”. To pojęcie odnosi się do wielu przemian społecznych, ale jego podstawowym tłem pozostają zmiany demograficzne wywołane przez przepływy migracyjne. Nie jest to strategia wymyślona przez Jean-Luka Mélenchona od zera. Już Terra Nova w 2011 roku pisała o „nowym elektoracie lewicy” i „Francji jutra”. Różnica polega na tym, że LFI doprowadziła tę logikę do najbardziej zaawansowanej postaci.

Z perspektywy wyborów 2027 jest to sprawa kluczowa. Jean-Luc Mélenchon potwierdził, że zamierza po raz czwarty walczyć o Pałac Elizejski. „Wszystko co Najważniejsze” pisało, że po raz czwarty liczy on na powtórzenie dynamiki kampanii z 2017 i 2022 roku, gdy korzystał z efektu „użytecznego głosu” na lewicy, a w 2022 roku zdobył blisko 22 proc. głosów i zabrakło mu około 420 tysięcy głosów do drugiej tury. 

To właśnie tutaj elektorat wywodzący się z imigracji nabiera znaczenia strategicznego. Pouvreau-Monti podkreśla, że rezerwa istnieje, choć nie jest automatycznie mobilizowalna. Dla LFI stawką nie jest wyłącznie przekonanie wyborców, lecz przede wszystkim skłonienie ich do udziału w głosowaniu. Wybory prezydenckie mobilizują bardziej niż inne elekcje, ale sama obecność potencjalnej rezerwy nie oznacza jeszcze jej pełnego politycznego wykorzystania.

Najmocniej przemawiają jednak liczby. Badanie Ifop-Hexagone z maja 2025 roku, przywołane przez Pouvreau-Montiego, pokazuje, że 37 proc. wyborców, których oboje rodzice pochodzą spoza Europy, rozważa głosowanie na Jean-Luka Mélenchona w 2027 roku. Wśród osób mających jednego rodzica pochodzenia pozaeuropejskiego jest to 28 proc. Dla porównania, w całym elektoracie odsetek ten wynosi 10 proc. Jeszcze wyraźniej wygląda to wśród wyborców muzułmańskich: 51 proc. deklaruje możliwość głosowania na Mélenchona. To dane, które zmieniają sposób patrzenia na francuską kampanię. Nie chodzi już wyłącznie o klasyczne pytanie, czy lewica będzie zjednoczona, czy socjaliści wystawią własnego kandydata, czy Zieloni będą osłabiać Mélenchona, ani czy François Ruffin zbuduje osobną drogę. Chodzi także o to, czy LFI potrafi zmobilizować elektorat, który głosuje inaczej niż średnia francuska i którego znaczenie rośnie wraz ze zmianami demograficznymi.

Muzułmanie na lewicę, katolicy na prawicę

W tym miejscu szczególne znaczenie ma tekst Nathaniela Garstecka opublikowany we „Wszystko co Najważniejsze’ pod tytułem „Katolicy na prawicę, muzułmanie na lewicę. Jak głosuje Francja?”. Autor przypomina, że statystyki etniczne są we Francji zakazane, ale statystyki religijne już nie, dlatego instytuty sondażowe regularnie badają zachowania wyborcze wiernych różnych religii. 

To ważne uzupełnienie rozmowy z Pouvreau-Montim. Garstecka pokazuje bowiem, że religia stała się jednym z narzędzi pozwalających zrozumieć polityczne przesunięcia we Francji. W tytule jego tekstu zawarta jest główna intuicja tej zmiany: katolicy coraz wyraźniej ciążą ku prawicy, a muzułmanie ku lewicy. Nie oznacza to, że wszystkie wybory można sprowadzić do religii. Oznacza jednak, że religia, pochodzenie migracyjne i stosunek do francuskiej tożsamości republikańskiej coraz częściej splatają się z decyzjami wyborczymi.

Pouvreau-Monti pokazuje to w danych Ifop-Hexagone. Wśród muzułmanów z wyższych kategorii społeczno-zawodowych 59 proc. deklaruje chęć głosowania na Jean-Luka Mélenchona w 2027 roku. Wśród muzułmanów z niższych kategorii społecznych jest to 58 proc. Oznacza to, że wyjaśnienie wyłącznie ekonomiczne nie wystarcza. Gdy różnica między kategoriami społecznymi jest tak niewielka, większego znaczenia nabierają inne zmienne: pochodzenie migracyjne, religia, poczucie dyskryminacji, stosunek do islamu w przestrzeni publicznej, narracja o „islamofobii” oraz identyfikacja z obozem, który przedstawia się jako obrońca mniejszości.

To właśnie dlatego rola LFI jest tak istotna. Mélenchon nie próbuje jedynie przejąć dawnych wyborców socjalistów. On próbuje zbudować nowy typ koalicji wyborczej, w której tradycyjny elektorat lewicowy zostaje połączony z mieszkańcami wielkich metropolii, młodzieżą, środowiskami imigracyjnymi i częścią wyborców muzułmańskich. Taka strategia może dawać bardzo wysoką mobilizację w wybranych miastach i dzielnicach. Może jednak także wywoływać opór wśród wyborców umiarkowanych, wśród części dawnej lewicy laickiej oraz wśród Francuzów, którzy oczekują raczej ograniczenia imigracji niż jej liberalizacji. Sam Pouvreau-Monti mówi, że strategia LFI ma granice, ponieważ aspiracje większości kraju zmierzają raczej ku restrykcyjniejszej polityce migracyjnej.

Elektorat, który nie jest blokiem, ale zmienia równowagę

Najważniejsze w analizie Pouvreau-Montiego jest zastrzeżenie, że imigranci i ich potomkowie nie stanowią jednolitego bloku. Różne grupy zachowują się inaczej. Francuzi pochodzenia subsaharyjskiego lub maghrebskiego zdecydowanie częściej ciążą ku lewicy. Pouvreau-Monti przywołuje badania Vincenta Tiberja z analizy Terra Nova z 2011 roku, według których w tych środowiskach stosunek sił był bardzo korzystny dla lewicy, „rzędu 80–20, a nawet 90–10”, przy czym w drugim pokoleniu tendencja ta miała się wzmacniać o około 10 punktów.

Inaczej jest w przypadku wyborców wywodzących się z imigracji europejskiej. Ich zachowania wyborcze są znacznie bardziej zbliżone do średniej krajowej. Według danych przywołanych w rozmowie 29 proc. wyborców mających jednego rodzica pochodzącego z Francji i drugiego z innego kraju europejskiego głosowałoby na Bardellę, a 10 proc. na Mélenchona.

Ta różnica ma ogromne znaczenie dla analizy francuskiej polityki. Pokazuje, że nie istnieje jeden „głos imigrantów”. Istnieją natomiast różne trajektorie integracji, różne relacje z religią, różne doświadczenia społeczne i różne pamięci historyczne. Imigracja włoska, polska czy hiszpańska XX wieku nie stworzyła takiego samego układu politycznego jak dzisiejsze elektoraty pochodzenia maghrebskiego, subsaharyjskiego czy muzułmańskiego.

Pouvreau-Monti zwraca uwagę, że dawniej partie polityczne, zwłaszcza Francuska Partia Komunistyczna, pełniły wobec imigrantów rolę integracyjną. Robotnicy pochodzenia włoskiego mogli głosować liczniej na komunistów, ale głosowali podobnie jak znaczna część klasy robotniczej. Różnica wobec dzisiejszej sytuacji polega na tym, że dawni imigranci nie byli traktowani przez główną siłę polityczną jako osobna klientela wyborcza, której należy przedstawić szczególną ofertę odpowiadającą jej odrębnym żądaniom. To zdanie można odczytać jako jedną z najważniejszych diagnoz współczesnej Francji. Wybory 2027 mogą pokazać, czy republikański model integracji nadal działa, czy też Francja wchodzi w epokę coraz bardziej segmentowanej polityki wyborczej, w której poszczególne grupy społeczne, religijne i pochodzeniowe otrzymują osobne komunikaty polityczne.

Dlaczego to może zdecydować o 2027 roku?

„Wszystko co Najważniejsze” pisało już, że wybory prezydenckie we Francji w 2027 roku mogą być najbardziej nieprzewidywalne od dekad, a ich wynik może rozstrzygnąć się różnicą kilku punktów procentowych. Po raz pierwszy od lat w wyścigu nie bierze udziału Emmanuel Macron, a scena polityczna ulega głębokiej przebudowie. 

W takim układzie znaczenie każdego dużego segmentu elektoratu rośnie. Jeśli Jordan Bardella utrzyma pozycję lidera po stronie narodowej prawicy, jeśli Édouard Philippe pozostanie głównym kandydatem centrum, a Mélenchon spróbuje po raz kolejny podporządkować sobie lewicę, to o wejściu do drugiej tury mogą zdecydować właśnie zdolności mobilizacyjne. Nie tylko program. Nie tylko debaty telewizyjne. Nie tylko sondaże ogólnokrajowe. Także zdolność dotarcia do tych grup, które w poprzednich wyborach były niedostatecznie zmobilizowane albo głosowały w sposób szczególnie skoncentrowany terytorialnie.

Pouvreau-Monti podaje dane, które pokazują, jak silna jest asymetria między LFI a RN w elektoratach muzułmańskich i pozaeuropejskich. Zjednoczenie Narodowe osiąga tam wyniki wyraźnie poniżej średniej. Według badania Ifop-Hexagone na RN głosowałoby 9 proc. wyborców muzułmańskich i 13 proc. wyborców, których rodzice pochodzą spoza Europy, wobec 33 proc. w średniej ogólnej. To oznacza, że zmienna migracyjna jednych kandydatów wzmacnia, a innych osłabia.

Dla Mélenchona jest to szansa, ale także pułapka. Szansa, ponieważ przy tak wyrównanej walce o wejście do drugiej tury nawet częściowa mobilizacja 7,5 miliona potencjalnych wyborców wywodzących się z imigracji może mieć ogromne znaczenie. Pułapka, ponieważ strategia skoncentrowana na „Nowej Francji” może pogłębić nieufność wyborców umiarkowanych, laickich republikanów i części lewicy, która obawia się komunitaryzacji życia publicznego.

Właśnie dlatego wybory 2027 będą testem nie tylko dla Mélenchona, lecz także dla całego francuskiego modelu politycznego. Jeżeli LFI uzna elektoraty pochodzenia migracyjnego i muzułmańskiego za główną rezerwę głosów, kampania może jeszcze mocniej przesunąć się w stronę sporu o islam, imigrację, „islamofobię”, laickość i tożsamość republiki. Jeżeli prawica i centrum uznają tę strategię za zagrożenie, odpowiedzą jeszcze ostrzejszym językiem bezpieczeństwa, granic i integracji.

.W ten sposób rola imigrantów w wyborach 2027 nie będzie jedynie kwestią socjologiczną. Stanie się jednym z głównych punktów sporu o definicję Francji. Czy jest ona nadal republiką obywateli, których różnice pochodzenia zacierają się w politycznej wspólnocie? Czy też staje się państwem, w którym partie coraz wyraźniej przemawiają do osobnych grup, osobnych pamięci i osobnych tożsamości?

To może być najważniejsze pytanie francuskiej kampanii. Nie tylko kto wygra wybory, ale jaka Francja zostanie po tych wyborach zdefiniowana.

Arkadiusz Jordan
Paryż

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 20 maja 2026