Dali nie był zwykłym człowiekiem!

Dali nie był zwykłym człowiekiem!

Photo of Nathaniel GARSTECKA

Nathaniel GARSTECKA

Redaktor „Wszystko co Najważniejsze". Francuz urodzony w Paryżu, z polsko-żydowskimi korzeniami. Pasjonuje się historią i kulturą Polski, Francji i narodu żydowskiego. Mieszka w Warszawie.

zobacz inne teksty Autora

Rzadko zdarza się, by artysta otwierał poświęcone mu muzea za życia, ale Dali nie był zwykłym człowiekiem! – mówi BOŻENNA, malarka. Urodzona w Polsce, osiedliła się w Paryżu w latach 70. po zamieszkaniu we Włoszech. Wystawiała około 150 razy we Francji i za granicą, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Japonii i Izraelu. Zdobyła liczne nagrody i wyróżnienia.

Nathaniel GARSTECKA: – Salvador Dali urodził się 11 maja 1904 r., 120 lat temu. Dobrze go Pani znała. Jak się poznaliście?

BOŻENNA: – Całkiem przypadkowo, ok. 1980 lub 1981 roku. Tego dnia byłam z Eugène’em Ionesco. Szliśmy bulwarem Saint-Germain w Paryżu, kiedy zauważyliśmy tłum przed galerią sztuki. Odbywała się tam wystawa z oświetleniem, telewizją, radiem itp. Ionesco powiedział mi, że wystawia jeden z jego przyjaciół, i weszliśmy do galerii, a następnie na zaplecze. Tam Salvador Dali siedział w fotelu, trzymając laskę, w królewskiej postawie. Kiedy zobaczył Eugène’a, wstał i uściskał go energicznie. Zostałam przedstawiona, od razu się polubiliśmy i wymieniliśmy dane kontaktowe. To był wzruszający moment, którego nigdy nie zapomnę.

W tamtym czasie nie zdawałam sobie sprawy ze społecznej i kulturowej wartości moich relacji z Ionesco, Dalim i wieloma innymi.

Jak często się spotykaliście?

– Dali zawsze przebywał w hotelu Meurice, w samym sercu Paryża. Miał tam apartament, najpiękniejszy w całym hotelu. Za każdym razem, gdy przyjeżdżał do Paryża, kontaktował się ze mną lub zlecał swojemu prywatnemu sekretarzowi, Enriquemu Sabaterowi, zorganizowanie wspólnej kolacji, zawsze w Maxim’s, jednej z najbardziej prestiżowych restauracji w mieście. Myślę, że robił to częściowo dlatego, że myślał, że jestem kochanką Ionesco (śmiech), czemu Ionesco nigdy nie zaprzeczył!

Zawsze działało to w ten sam sposób: przyjeżdżałam do hotelu Meurice i szłam prosto do apartamentu, gdzie czekali na mnie Dali i Sabater. Następnie we trójkę szliśmy do Maxim’s, gdzie zawsze mieliśmy ten sam stolik, czasem z innymi ludźmi. Chodziliśmy tam pieszo, co było wspaniałym doświadczeniem, ponieważ Dali poruszał się w podniosły, królewski, a przez to bardzo rozpoznawalny sposób, zwłaszcza że zawsze nosił niezwykłe ubrania. Z pewnością nie pozostawaliśmy niezauważeni (śmiech)! W restauracji Sabater nigdy z nami nie siedział, miał swój oddzielny stolik.

O czym rozmawialiście? Pani też maluje, więc czy wasze dyskusje skupiały się wyłącznie na malarstwie, czy też poruszaliście inne tematy?

– W rzeczywistości nie wyglądało to jak dyskusje. Dali był niczym papież, to on przemawiał. Mówiłam jakieś zdanie, rozpoczynałam temat, on go podchwycał i zaczynał się jego monolog (śmiech)! To było coś spektakularnego. Zwykle siedziałam osłupiała, słuchając, jak mówi, chłonąc jego słowa. Byłam zafascynowana jego imponującym charakterem, jego obecnością i aurą. Przy nim byłam nikim, pyłem. Był wspaniały, imponujący, niezwykły.

Wśród naszych ulubionych tematów były oczywiście malarstwo i jego upodobanie do onanizmu, ale także poświęcone Dalemu muzea. Kilka lat wcześniej otworzył jedno w Figueras w Hiszpanii, a także jedno w Stanach Zjednoczonych, na Florydzie. Rzadko zdarza się, by artysta otwierał poświęcone mu muzea za życia, ale Dali nie był zwykłym człowiekiem!

Czy prywatnie był równie żywiołowy, jak publicznie?

– Był po prostu sobą, czyli hiperboliczny. Zwykłam mu to powtarzać. Był żywiołowy, błyskotliwy, ogromny, doskonale zdawał sobie z tego sprawę i dawał temu wyraz! Zwykle nie znoszę ludzi, którzy traktują siebie jako wielkich, nie znoszę tego. Montesquieu powiedział, że powaga jest pancerzem głupców. Całkowicie się z tym zgadzam, ale jedyną osobą, której mogłem to wybaczyć, był Dali. Traktował siebie poważnie, w bardzo poważny hiszpański sposób (śmiech)!

Dlaczego taki był? Czy to dlatego, że odniósł już sukces na scenie artystycznej, czy była to po prostu jego cecha charakteru?

– Myślę, że to była po prostu jego wewnętrzna natura. Jego hiszpańskie pochodzenie było może jednym z czynników, a przede wszystkim jego sława. Myślę też, że jego żona Gala miała z tym coś wspólnego, ponieważ to ona go ukształtowała, sprawiła, że stał się tym, kim się stał.

Nawiasem mówiąc, znałam też Galę. W rzeczywistości nazywała się Jelena Djakonowa; rosyjska imigrantka, starsza od niego o dziesięć lat. Był w niej szaleńczo zakochany, a ona była manipulantką, wyrachowaną, przebiegłą i zimną. Zanim go poznała, była żoną wielkiego poety Paula Eluarda, który naprawdę nazywał się Eugène Grindel. Eluard i Djakonowa poznali się w sanatorium w Szwajcarii, gdzie Eluard leczył się na gruźlicę. Celowała w wyławianiu wielkich talentów. Gala zdradzała Paula Eluarda z Maxem Ernstem, który również był wielkim artystą, a kiedy poznała Dalego, bardzo szybko zdała sobie sprawę, z jaką skarbnicą talentu ma do czynienia. Więc być może zasługuje na uznanie za stworzenie Dalego.

Nie mogłam jej znieść. Niewiele się komunikowałyśmy. Przechodziła obok nas jak ponure widmo. Trudno mi było zrozumieć naturę ich związku, poza ambicją Gali. Byli dziwną parą, ponieważ ona była nimfomanką, a on impotentem (śmiech)!

Salvador Dali opuścił Hiszpanię w czasie wojny domowej. Czy kiedykolwiek rozmawiała Pani z nim o polityce?

– Nie, raczej nie. Nie pamiętam wszystkich naszych rozmów. Nie skupialiśmy się na żadnych konkretnych tematach, rozmawialiśmy o wszystkim i przechodziliśmy od jednego tematu do drugiego.

W tym czasie zaczęła Pani zdobywać sławę na paryskiej scenie artystycznej. Czy Dali kiedykolwiek zetknął się z Pani obrazami? Czy kiedykolwiek je skomentował?

– To nieodpowiednie pytanie, ponieważ nigdy nie pozwoliłabym sobie na pokazanie mu tego, co robię, i spytanie go o opinię. W trakcie niektórych rozmów pokazywałam mu, owszem, fotografie i uważał je za interesujące, ale nie wiem, czy było to z grzeczności, czy po to, by mnie zadowolić.

Czy Dali interesował się sceną artystyczną w Paryżu? Czy chodził na wystawy innych artystów?

– Nie, wcale. Był przyzwyczajony do hołdów składanych jemu. Czasami jednak rozmawialiśmy o innych artystach, takich jak Garcia Lorca, który był jego przyjacielem, czy Louis Bunuel, który również był jego przyjacielem i którego bardzo cenił. Rozmawiał ze mną również o Mondrianie, którego nienawidził, a ja całkowicie się z tym zgadzałam. Rozmawialiśmy o twórczości Nietzschego, którym się wspólnie interesowaliśmy. Rozmawialiśmy o Leonor Fini, której płynny sposób malowania doceniał.

Często rozmawialiśmy o Mojżeszu Kislingu. Byłam dobrą przyjaciółką Jeana Kislinga, syna Mojżesza. Dali nazywał Kislinga „amatorem”. Mojżesz Kisling, ten wielki i znany malarz, był traktowany przez Dalego jak amator (śmiech)! Jean, który zmarł niedawno, powiedział mi, że spotkał Dalego, gdy był młody, i Dali zapytał go: „Czy jesteś synem tego faceta, który próbuje malować?”.

Czy malarstwo Dalego miało jakiś wpływ na Panią?

– Nie, nie sądzę. Byłam absolutną wielbicielką jego twórczości, która bez wątpienia jest najgenialniejsza w XX wieku, ale na tym to się kończy. Nigdy nie chciałam nikogo kopiować ani naśladować. Jeśli któryś z moich projektów zbliża się, przypadkowo, do tego, co zrobił już inny artysta, porzucam go. Zdarzyło mi się to już na przykład z obrazem Magritte’a. Wracając do Dalego, nigdy nie malowałam miękkich przedmiotów ani zwierząt z zapałkowymi nogami. To był jego własny styl i nie zamierzam go naśladować. Mimo to często słyszę, że jestem pod jego wpływem, zwłaszcza od ludzi, którzy wiedzą, że go znałam. Często słyszę, jak mówią o moich obrazach: „Wyglądają jak Dali”, i to mnie denerwuje. Nigdy nie pozwoliłabym sobie na kopiowanie kogokolwiek.

Jako geniusz malarstwa z pewnością odcisnął piętno na sztuce i artystach.

– Oczywiście, odcisnął niezatarte piętno na światowej sztuce. Ale przede wszystkim pozostawił po sobie mnóstwo naśladowców, a tego nie mogę znieść. Wśród nich są znani mi malarze, którzy nie robią praktycznie nic poza kopiowaniem obrazów Dalego. Oczywiście w historii zawsze byli malarze, którzy naśladowali innych, ale to nie jest mój przypadek, ponieważ doceniam pracę i oryginalną twórczość każdego artysty.

Polski pisarz i podróżnik Andrzej Banach wiedział o mojej przyjaźni z Dalim i zamówił dla mnie w Krakowie broszkę w kształcie jednej z jego rzeźb, oka ze złotem, opalami i perłami.

Które z obrazów Dalego wywarły na Pani największe wrażenie?

– To trudne pytanie, bo musiałabym przypomnieć sobie wszystko. Praktycznie wszystkie, nawet te wczesne. Gdybym miała wymienić tylko kilka, byłyby to Dworzec Perpignan i Chrystus na krzyżu, które należą do jego najbardziej znanych obrazów. Przedstawiona perspektywa jest po prostu niewiarygodna.

Poza jego obrazami największy wpływ wywarły na mnie nasze rozmowy. Dali często rozmawiał ze mną o swojej metodzie „krytycznej paranoidalnej”, a następnie zagłębiał się w filozofię i psychologię, opowiadając o swoich wizjach i fantazjach w szczególnie egzotycznym słownictwie i z melodyjnym akcentem.

Czy Dali miał inne zainteresowania poza malarstwem?

– Myślę, że malarstwo było jego życiem, było dla niego niezbędne. Jego centrum zainteresowania? Gala, oczywiście. Była jego muzą, przynajmniej na początku ich związku, bo potem się pobrali i to ona stała się organizatorką jego działalności artystycznej. Zajmowała się wszystkim: podróżami, wystawami, reklamą, kontaktami z mediami, politykami itd. Była siłą napędową jego sukcesu. Jednak przez piętnaście lat Dali miał inną muzę, Amandę Lear.

Czy malował przez ostatnie lata swojego życia?

– Malował tak długo, jak Gala go do tego zmuszała, ponieważ zawsze potrzebowała pieniędzy na utrzymanie swoich kochanków. Zdradzała go, tak jak zdradzała Paula Eluarda. Kupiła nawet willę w Kalifornii dla jednego ze swoich kochanków. Niemniej jednak malarstwo było jego życiem, więc nawet po śmierci Gali kontynuował, ale z innym, spokojniejszym stanem umysłu.

Czy Dali był świadomy tego, co robiła jego żona?

– Oczywiście, i mówił o tym niektórym przyjaciołom, na przykład Ionesco. Śmierć Gali w 1982 roku, oficjalnie będąca wynikiem upadku ze schodów, była dla niego swego rodzaju wybawieniem.

Jakie były relacje między Salvadorem Dalim a Enriquem Sabaterem?

– Czysto zawodowe, choć przez długi czas Sabater wmawiał ludziom, że łączyła ich prawdziwa przyjaźń. Na przykład w 2012 roku zorganizował wystawę w Paryżu, na której zaprezentował prace, które „zaoferował” mu Dali. W rzeczywistości Dali zaoferował Sabaterowi bardzo niewiele. Nie myślał zbyt pozytywnie o swoim prywatnym sekretarzu.

Jaki był pogląd Dalego na francuską i paryską scenę kulturową i artystyczną w czasie, gdy się spotykaliście?

– Często dokuczaliśmy sobie, ponieważ mieliśmy takie samo zdanie na temat paryskiej sceny artystycznej. Ale to nie przeszkodziło mu mieć kilku bardzo dobrych przyjaciół wśród tych artystów, takich jak Picasso i Juan Miró. To samo dotyczy mnie, Marca Chagalla i wielu innych. Wiedzieliśmy, jak oddzielić nasze profesjonalne opinie od naszych osobistych przyjaźni.

W tamtym czasie było powszechne, i nadal jest, to, że niezliczeni przeciętni ludzie ciągnęli w stronę wielkich malarzy. Na geniusza takiego jak Dali przypadały dziesiątki miernot próbujących pójść w jego ślady. Niektórzy z nich niewątpliwie mieli talent, ale większość kierowała się przede wszystkim dumą i próżnością. Jeśli chodzi o publiczność, to oklaskiwała ich i nadal oklaskuje, ponieważ ludzie boją się, że zostaną uznani za „prostaków”. Miernoty oklaskiwane przez snobów.

Nic z tego nie istniało w przypadku Dalego. Był człowiekiem osobnym. Kochał wielką klasykę, naprawdę wielkich malarzy. W ostatnich kilku dekadach byli to Delvaux, Magritte, Giorgio de Chirico. Na początku był związany z Andrém Bretonem i paryskimi surrealistami, ale wkrótce zerwał z nimi. Był zawsze w porywie intelektualnym, nieklasyfikowalny, obrazoburczy.

Czy lubił szokować?

– Tak, lubił szokować. Pewnego dnia powiedział mi, że miał swego rodzaju pociąg do much. Łapał je, odrywał im skrzydła, maczał w farbie i umieszczał na płótnie lub kartce papieru. Owady poruszały się, pozostawiając ślady farby, a on następnie malował lub rysował na nich.

Mam nagranie z jego głosem, które kupiłam w jego muzeum na Montmartre w Paryżu. Słychać na nim, jak szaleje (śmiech), proponując na przykład, by siedziba ONZ stała się „miejscem przyjemności, czyli burdelem”.

Dali

Przeprowadziła Pani z nim wywiad, który został opublikowany w „Le Monde” i „Polityce”.

– Po raz pierwszy ukazał się w „Polityce” w 1987 r., potem w „Le Monde” w 1989 r., już po śmierci Dalego, w innej wersji. Francuski dziennik usunął na przykład fragment o Polsce i Hiszpanii. Dali mówił: „Hiszpania i Polska to dwa narody rycerzy, których można pokonać, ale nie można zwyciężyć. Rycerze dyskutują ostrzem miecza w imię hasła »Wszystko albo nic«. Tak było w Hiszpanii. A [w Polsce] przecież także jest mocne przekonanie »Wszystko albo nic«”.Polski tygodnik uznał jednak za stosowne dodać na koniec wywiadu „dziękuję za rozmowę”. Jest to coś, co często robią polskie gazety.

Co Dali wniósł do sztuki i światowej kultury?

– Oprócz tego, że był największym malarzem XX wieku, był także rzeźbiarzem, pisarzem i filmowcem. Dużo pisał. Jest prawdziwym diamentem światowej kultury, geniuszem. Diament, który świeci, który oświeca nasze umysły i który będzie nadal świecił ze względu na swoją wyjątkowość.

Jego geniusz niewątpliwie leżał w dużej mierze w jego wybuchowej wyobraźni i fakcie, że był niezwykle dobry w jej reprezentowaniu, aż do najmniejszego szczegółu. Jego technika, jego zdolność do innowacji, każdy punkt, każda linia, każdy kolor, każda perspektywa – był mistrzem perspektywy – wszystko, co wyszło spod jego pióra lub pędzla, stało się arcydziełem sztuki.

Rozmawiał Nathaniel Garstecka

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 10 maja 2024