Mateusz MORAWIECKI: Wyzwania dla nas wszystkich na 2026

Wyzwania dla nas wszystkich na 2026

Photo of Mateusz MORAWIECKI

Mateusz MORAWIECKI

Premier Rzeczpospolitej w latach 2017–2023. Wiceprezes Prawa i Sprawiedliwości, poseł na Sejm RP. Przewodniczący Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Był członkiem zespołu, który negocjował warunki przystąpienia Polski do UE. Ukończył historię na Uniwersytecie Wrocławskim, studia Business Administration na Politechnice Wrocławskiej i Central Connecticut State University.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Jakie działania należy pilnie podjąć, aby w coraz bardziej przedmiotowej Europie uczynić Polskę coraz bardziej podmiotową? Trudne, ale nie niemożliwe – pisze Mateusz MORAWIECKI

.W ostatnich latach zewsząd dobiegają kasandryczne głosy na temat pogłębiającego się kryzysu (a raczej kompleksu kryzysów) Unii Europejskiej i całej Europy. Nawet ze strony zdecydowanych do niedawna euroentuzjastów słychać wypowiedzi pełne rezygnacji, sprowadzające się do sformułowanej przed rokiem przez prezydenta Macrona ponurej prognozy: w perspektywie dwóch, trzech lat „Unia Europejska może umrzeć”. A były premier Włoch, Enrico Letta, jakby w uzupełnieniu zażartował, że wkrótce najważniejszym problemem Unii może być kwestia wyboru, czy lepiej być kolonią Stanów Zjednoczonych czy komunistycznych Chin.

Liderzy europejscy, którzy przez całe lata byli głusi na liczne ostrzeżenia adresowane do nich przez polityków szeroko rozumianego nurtu republikańskiego, prawicowego, nagle uświadomili sobie, że sprawy idą w złą stronę, że Europa wpada z impetem w ślepy zaułek. Niewątpliwie kluczową rolę odegrał w tym procesie otrzeźwienia zimny prysznic, jakim okazał się Raport Draghiego. Ten obszerny dokument, zawierający miażdżącą diagnozę zapaści Unii Europejskiej, powstał przecież na zamówienie przewodniczącej Komisji Europejskiej, Ursuli von der Leyen, a sygnował go polityk z samego jądra „starej” Europy – były prezes Europejskiego Banku Centralnego i były premier Włoch. Przede wszystkim jednak zwykła obserwacja, dostępna każdemu obywatelowi państw europejskich, pozwala na skonstatowanie, że Unia Europejska coraz wyraźniej nie nadąża za gwałtownie rozwijającymi się potęgami – głównie oczywiście Stanami Zjednoczonymi i Chinami.

.Głosy ubolewania nad kryzysem Europy i jego konsekwencjami łączą się w chór, co prawda donośny, ale równocześnie odzwierciedlający smutną prawdę o braku woli przeprowadzenia radykalnych zmian naprawczych. „Chórzyści”, tak jak w teatrze greckim i w operze, gromko wykrzykują: „Robimy!”, „Idziemy!”, „Walczymy!”, a w rzeczywistości stoją w miejscu i jedynie przykrywają okrzykami swoją bierność, brak rozwiązań, a przede wszystkim brak odwagi. Oczywiście spoglądają z nadzieją, że któryś z nich wyjdzie z szeregu i rzeczywiście podejmie konkretne działania. Wtedy w razie pomyślnych efektów dołączą do niego i będą się określali jako współautorzy sukcesu, ale w sytuacji porażki uczynią z niego kozła ofiarnego. To mechanizm dobrze znany z historii i życia.

Śpiewanie w chórze jest komfortowe, bo redukuje odpowiedzialność, ale okoliczności, w których dzisiaj żyjemy, są tak bardzo niepokojące i niebezpieczne, że uciekanie od odpowiedzialności za bieg spraw jest małostkowością i kunktatorstwem.

Stanisław Jerzy Lec wzywał: „Gdy trzeba dzwonić na trwogę, dzwoń, choćbyś nie był na etacie dzwonnika!”. Potrzebne jest dzwonienie na trwogę, niezależnie od roli, jaką aktualnie pełnimy, potrzebna jest debata, potrzebne jest szukanie racjonalnych i efektywnych sposobów ratunku.

Europa w labiryncie

.W powodzi tekstów na temat kryzysu Europy charakteryzowane są liczne jego symptomy i stawiane są najróżniejsze diagnozy. Pragnę skupić się na kilku, w moim przekonaniu najważniejszych, przejawach kryzysowego syndromu, by następnie wyprowadzić z nich wnioski przydatne w wyartykułowaniu planu niezbędnych i pilnych działań, dzięki którym stanie się możliwe odwrócenie procesu degradacji Europy.

Czym miała być Unia Europejska? I czym jest? Projekt zwany Unią Europejską da się sprowadzić do trzech głównych segmentów. Są nimi: regulacje, redystrybucja i tzw. wartości europejskie. Jeśli chodzi o te ostatnie, to we współczesnych realiach nie mam wobec nich żadnych złudzeń. Służą zwykle jako narzędzia dla unijnej „arystokracji” i silniejszych państw do walki politycznej z mniej pokornymi państwami Unii. Prawdziwe wartości europejskie, ukształtowane przez chrześcijaństwo, zostały odrzucone w szczególności w ostatnich dekadach. To, co dziś się określa mianem „wartości” europejskich, jest w istocie zestawem postoświeceniowych, zwykle liberalno-lewicowych poglądów na świat i życie.

Redystrybucja, rozumiana jako transfer środków z państw bogatszych do uboższych, była ważna dla Polski i dla innych państw Europy Środkowej jeszcze piętnaście, a nawet dziesięć lat temu, obecnie jednak korzyści wynikające dla nas z redystrybucji są malejące.

I wreszcie regulacje. One były kiedyś siłą Unii Europejskiej, teraz wyraźnie stają się jej słabością i kulą u nogi. Skomplikowany system regulacji – rozporządzeń, dyrektyw, decyzji, zaleceń, opinii – przypomina kreteński labirynt, zbudowany przez genialnego Dedala po to, by ukryć w nim potwora Minotaura, symbolizującego mroczne, zwierzęce, dzikie aspekty ludzkiej natury. Gąszcz unijnego prawa miał być przestrzenią, w której skutecznie zostanie schowana obecna w dziejach Europy skłonność do brutalności, agresji, zapamiętanie w niszczeniu przeciwników i wiele innych negatywnych cech, które nie przynoszą chluby części krajów europejskich. Chodzi oczywiście o te państwa, które w różnych okresach (myślę głównie o historii ostatnich ok. 300 lat) zakładały kostiumy liderów Europy oraz wszem wobec ogłaszały, że „Europa to my!”. Nietrudno zgadnąć, że w tym gronie szczególną pozycję zajmowały Niemcy w kilku swoich wariantach ustrojowych. Tę spotworniałą twarz Europy dosadnie zdefiniował nasz wielki Norwid, pisząc w 1882 roku, że „Europa jest to stara wariatka i pijaczka, która co kilka lat robi rzezie i mordy bez żadnego rezultatu ni cywilizacyjnego, ni moralnego. Nic postawić nie umie – głupia jak but, zarozumiała, pyszna i lekkomyślna”.

Przemyślany we wszystkich szczegółach labirynt prawa unijnego miał skutecznie i ostatecznie ukryć i zneutralizować to negatywne oblicze Europy. Tyle że konstrukcja labiryntu okazała się na tyle skomplikowana, że unijni liderzy sami utknęli w jego korytarzach i nie potrafią odnaleźć drogi prowadzącej ku wyjściu. Obecnie regulacje potęgują chaos, dławią innowacyjność i w rezultacie osłabiają potencjał gospodarczy państw Unii, a tym samym niebezpiecznie powiększają dystans nie tylko do gospodarek USA i Chin, ale również do innych dynamicznie rozwijających się regionów. Według raportu MFW faktyczne bariery w handlu towarami przełożyć można na cła w wysokości 45 proc., a w handlu usługami aż na 110 proc.! Zamiast integracji rynku wewnętrznego mamy coraz więcej zawoalowanych form protekcjonizmu. Polscy przedsiębiorcy, którzy chcą sprzedawać swoje produkty na zachodzie Europy lub przejąć tam swojego konkurenta, wiedzą o tym aż za dobrze.

.Komisja Europejska stale popełnia elementarny błąd. Najpierw tworzy regulacje dotyczące jakiegoś innowacyjnego sektora, a następnie wypatruje kreatywności i innowacji. Stany Zjednoczone postępują odwrotnie – najpierw dopuszczają i inspirują innowacje, a dopiero później wprowadzają regulacje. Ten unijny model naginania innowacji do wcześniej przyjętych regulacji, przypominający prokrustowe łoże, nie pozwala na szybkie reagowanie na dynamicznie zmieniającą się rzeczywistość gospodarczo-polityczną, ponieważ zanim wprowadzi się potrzebne modyfikacje w systemie regulacji, świat (w znaczeniu najpotężniejszych gospodarek) zdąży uciec i znaleźć się w zupełnie nowym miejscu.

Bardzo ważne dziedziny gospodarcze, które mogą podnieść konkurencyjność naszego kontynentu, utknęły na etapie koncepcji i apeli o wdrożenie. Unia bankowa, która miała zostać zrealizowana po kryzysie finansowym lat 2007–2008, znajduje się w powijakach. Unia rynków kapitałowych dyskutowana jest od 15 lat, lecz wciąż nie widać realnego postępu. W ten sposób prawie 8 bilionów euro, które mogłyby pracować na rzecz gospodarki, stanowi relatywnie „bezczynną” część systemu finansowego. Każdy, kto wczyta się w raporty Draghiego, Letty czy MFW, dojdzie do wniosku, że integracja rynków usług, zamiast pogłębiać się, znajduje się w regresie. Ten wielki rezerwuar produktywności jest częściowo niewykorzystany. Podobny proces zachodzi w obszarze akceptacji i certyfikowania poszczególnych zawodów, co mogłoby wzmocnić konkurencyjność kontynentu.

To tylko niektóre projekty, które utknęły w unijnym gąszczu sprzecznych interesów. Ta lista jest długa. Ale typowa dla instytucji unijnych indolencja ustępuje miejsca nadzwyczajnemu dynamizmowi, kiedy „trzeba” pokazać któremuś z państw członkowskich jego miejsce w szeregu. Takie prawne ADHD przejawiały Komisja Europejska i Parlament Europejski w okresie rządów Zjednoczonej Prawicy. Obrady Parlamentu Europejskiego, poświęcone piętnowaniu polskiego rządu z powodu rzekomego łamania praworządności w naszym kraju, odbywały się z imponującą częstotliwością. Podobne działania „dyscyplinujące” podjęła Komisja Europejska wobec Węgier, a ostatnio także wobec Słowacji. Tym sposobem Unia, rządzona od dekad przez lewicowo-liberalny establishment, traci energię, potrzebną do konstruowania odważnych i ambitnych projektów prorozwojowych, na intrygi i kompromitujące gierki.

Bolesne przebudzenie Europy

.Instytucje europejskie w ostatnim ćwierćwieczu coraz mocniej nastawione były autotelicznie, na same siebie, na własne struktury. De facto oznaczało to wzmocnienie silnych członków wspólnoty i osłabienie słabych, chociaż jej liderzy mieli nieustannie usta pełne haseł apoteozujących demokrację, zrównoważony rozwój i solidarność europejską. W sposób mniej lub bardziej skrywany sugerowano, że przyszłość Unii należy upatrywać w jak najdalej posuniętej integracji, czyli w przekształceniu jej w federalne (czytaj: scentralizowane) państwo. Marzenie o europejskim państwie, inspirowane koncepcją Pan-Europy Richarda Coudenhove-Kalergiego oraz wizją Mitteleuropy zaproponowaną przez Partscha i Naumanna, jest stale obecne w dyskursie o przyszłości Europy. Prominentni politycy unijni z państw „starej” Unii nie tylko nie ukrywają, że zależy im na spełnieniu tego marzenia („Moim celem są Stany Zjednoczone Europy” – zadeklarowała jakiś czas temu Ursula van der Leyen), ale także podejmują wiele działań, które w krótkiej perspektywie czasowej mają doprowadzić do centralizacji Unii Europejskiej.

Uporczywe lekceważenie narastających zagrożeń zewnętrznych musiało w końcu przynieść dramatyczny wstrząs. Pandemia koronawirusa, szantaż gazowy, kryzys inflacyjny, wzrost potęgi Chin, gwałtowny rozwój technologii i wybuch wojny na Ukrainie to najbardziej spektakularne wydarzenia, które uzmysłowiły elitom europejskim ich rosnącą bezradność. Koncept Fukuyamy o końcu historii po upadku komunizmu oraz o demokracji liberalnej i wolnym rynku jako najdoskonalszym systemie politycznym stał się niepisanym założeniem teorii i praktyki Unii. Łączy się ono z zachłyśnięciem się wizją homogenizującej globalizacji, dającej nadzieję na przeprowadzenie konwergencji, która zniweluje różnice i zredukuje potencjalne zarzewia konfliktów, co z kolei pozwoli na budowanie społeczeństwa dobrobytu, skupiającego się na nieograniczonej konsumpcji. Utopia, która doprowadziła Europę na skraj przepaści.

Światowa pandemia i jej wieloaspektowe konsekwencje wykazały papierowość idei globalistycznych. Zamiast globalizmu coraz wyraźniejsze są tendencje deglobalistyczne. Obserwujemy powrót merkantylizmu, brutalny protekcjonizm, nakładanie wysokich ceł, wojny handlowe, zerwanie łańcuchów dostaw. W szybko zmieniającym się świecie liczą się interesy państw, wygrywa szybszy, mocniejszy; „zasady praworządności”, dyrektywy i rekomendacje są dla słabych, natomiast silni gracze (wewnątrz UE i potęgi zewnętrzne) mogą nad nimi przechodzić do porządku dziennego. Utopijne wyobrażenie, którym elity europejskie przez całe dziesięciolecia karmiły obywateli państw europejskich, rozpadło się jak domek z kart, kiedy boleśnie się przekonano, że mozolnie konstruowane regulacje, które miały pełnić rolę swoistych bezpieczników, nie spełniają funkcji w nie wpisanych.

.Agresja Rosji na Ukrainę bezlitośnie uprzytomniła aktualność znanej antycznej paremii o konieczności nieustannego przygotowywania się do wojny, jeśli pragnie się utrzymania pokoju. Instytucje Unii hołdowały przekonaniu, że po 1989 roku wojna w Europie jest czymś niemożliwym dzięki istnieniu licznych bezpieczników i sieci powiązań. Fałszywe przeświadczenie, że żadnej wojny w Europie już nigdy nie będzie (zlekceważono nawet tragiczną lekcję płynącą z serii krwawych wojen w byłej Jugosławii w latach 90. minionego wieku), przyniosło zatrute owoce w postaci drastycznej redukcji wydatków budżetowych na obronność. Wiele krajów europejskich bezmyślnie cięło środki finansowe na wojsko. Wśród tych państw była również niestety Polska. Rząd Donalda Tuska w latach 2007–2014 nie tylko zawiesił powszechny pobór (aby przypodobać się młodym wyborcom), ale likwidował liczne jednostki wojskowe, zwłaszcza w centralnej i wschodniej części Polski. Jeszcze krótko przed lutym 2022 roku niektórzy politycy obecnej koalicji rządowej głosili pogląd, że duża i silna armia jest nam niepotrzebna, więc lepiej środki finansowe przeznaczone na obronność przenieść do innych „szufladek” budżetu. W dodatku istniało niefrasobliwe przekonanie – zarówno na prawicy, jak i na lewicy – że szkoda pieniędzy na rozbudowywanie i wzmacnianie armii, skoro Polska jest członkiem NATO, mamy art. 5 traktatu waszyngtońskiego, więc nie ma się co martwić. W razie czego NATO przyjdzie nam z pomocą.

W miesiącach poprzedzających agresję Rosji na Ukrainę, kiedy nie było już wątpliwości, że wojna jest kwestią czasu, Angela Merkel i Emmanuel Macron próbowali zaprosić prezydenta Putina na posiedzenie Rady Europejskiej, by dyskutować o Nord Stream 1 i 2 i wzmocnieniu współpracy z Moskwą. Nie doszło do tego wyłącznie ze względu na stanowczy opór z mojej strony i ze strony państw bałtyckich.

Natomiast już po rozpoczęciu rosyjskiej agresji zapanowały w państwach Unii konsternacja, a także przeświadczenie, że „to” będzie krótko trwało (dwa, trzy dni), że Ukraina padnie, że nie ma szans. Dobrze pamiętam moją wizytę w Berlinie dwa dni po inwazji Kremla czy posiedzenie Rady Europejskiej w Wersalu dwa tygodnie po rozpoczęciu się wojny. Większość państw zachodniej Europy szykowała się do powrotu do „business as usual” z Rosją. W Paryżu, Wiedniu, Berlinie czy w Brukseli nikt nie wierzył w możliwość przetrwania Ukrainy.

W tamtych gorących dniach polski rząd przyjął rolę koordynatora walki przeciw imperialnym planom Rosji. Doprowadziliśmy do zbudowania w ramach Unii Europejskiej (i szerzej – całej Europy) solidarnego i spójnego frontu, zdolnego do hamowania Putina za pomocą sankcji, przekazywania broni Ukrainie, śpieszenia z pomocą uchodźcom wojennym itp.

Do problemów na wschodzie doszło szaleństwo zapraszania imigrantów do Europy. Potężne fale migracyjne naruszyły i nadal naruszają fundamenty europejskiego gmachu. Polityka „Herzlich Willkommen” niszczy spójność społeczną nie tylko w Niemczech, lecz także w wielu innych krajach Europy. Napór migrantów sprawił, że w ciągu kilkunastu lat Europa zmieniła się nie do poznania. Oczywiście na niekorzyść. Państwa, które ochoczo przyjmowały migrantów muzułmańskich, chcą obecnie pozbyć się licznych kłopotów, wynikających z ich obecności, dzieląc się nimi z innymi krajami europejskimi. Pakt migracyjny wisi jak miecz Damoklesa m.in. nad Polską. Przedstawiciele obecnego polskiego rządu na wyścigi zapewniają, że konsekwencje uregulowań dotyczących relokacji migrantów nie obejmą Polski. Ale nawet internetowe narzędzie testujące prawdomówność polityków wykazało, że Donald Tusk i jego ministrowie mijają się z prawdą. Skutki paktu migracyjnego dosięgną nas wcześniej czy później, doprowadzając do ogromnego zaburzenia rozwoju Polski we wszystkich dziedzinach. A warto w tym kontekście przypomnieć posiedzenie Rady Europejskiej z czerwca 2018 r., kiedy premierzy Węgier, Czech i Polski skutecznie zablokowali na ponad 5 lat pakt migracyjny 1.0.

.Utopijność programów unijnych widać chyba najwyraźniej w zakresie walki o ochronę klimatu. Idea European Green Deal, której nadrzędnym celem jest osiągnięcie neutralności klimatycznej do 2050 roku, jawi się jako klasyczna mrzonka, czyli wizja uszczęśliwiania społeczeństw na siłę poprzez narzucanie im oderwanych od życia rozwiązań (ETS 1, ETS 2 i planowane ETS 3). Ceną tych polityk, co wielokrotnie wskazywałem na posiedzeniach Rady Europejskiej (potwierdzają to protokoły, stenogramy, dokumenty), będzie drastyczne zubożenie, masowe bankructwa i zahamowanie rozwoju Europy. Beneficjentami tego skoku Europy na głowę do basenu bez wody są już wielcy gracze globalni, zwłaszcza Chiny. Państwo Środka nie zamierzało dokonywać samobójstwa i skrzętnie wykorzystało politykę UE: za pieniądze europejskich podatników powstały całe nowe branże – elektrolizery, auta elektryczne, turbiny, PV, baterie elektryczne. Ale nie w Europie, lecz właśnie w Chinach. Mimo klęski polityki klimatycznej „zielonoładowa” ideologia wciąż ma się dobrze, instytucje europejskie przy – de facto – aprobacie obecnego rządu zwiększyły wymogi redukcji emisji CO2 do… 90 proc.

Słabość Europy, jej nienadążanie za najdynamiczniej rozwijającymi się gospodarkami świata widoczne są szczególnie w sferze, która ma decydujący wpływ na przyszłość. Chodzi o sferę edukacji. Kiedy przyjrzymy się najnowszemu rankingowi szanghajskiemu (ARWU) za rok akademicki 2024/2025, uświadomimy sobie, że kraje europejskie są w tym wyścigu głównie w środku peletonu. Szpica należy do innych. W pierwszej dziesiątce uniwersytetów znalazło się aż osiem uczelni amerykańskich (z Harvardem i Stanfordem na pierwszych dwóch miejscach) i dwa uniwersytety brytyjskie (Cambridge i Oxford). W drugiej dziesiątce pojawia się wreszcie uczelnia z państwa należącego do Unii Europejskiej (Paris-Saclay University na 12. miejscu), ale jest jedynie tłem dla kolejnych ośmiu uniwersytetów ze Stanów Zjednoczonych. Ciekawa jest trzecia dziesiątka, w której obok trzech uczelni amerykańskich znalazły się aż trzy uniwersytety chińskie, a także jeden szwajcarski, jeden japoński, jeden kanadyjski oraz jeden duński (a więc z terenu UE). Pierwsza trzydziestka rankingu świadczy dowodnie o tym, że Stany Zjednoczone są hegemonem w sferze badań naukowych i edukacji, ale Chiny wdzierają się do czołówki.

Słabość Europy widać w sposobie reakcji na trudne wyzwania gospodarcze. Wysokie cła nakładane przez prezydenta Trumpa, gospodarczy szantaż ze strony Chin (metale ziem rzadkich) itp. – to metody z dawno nieużywanego w relacjach międzynarodowych arsenału. Unia Europejska odpowiada niemrawo, niepewnie, trwożliwie. Zamiast budować strategię odpowiedzi na nowe okoliczności, podjąć walkę z potęgami tego świata, Bruksela, ramię w ramię z najsilniejszymi państwami Unii kontynuuje wdrażanie reguł prowadzących do eksploatowania słabszych państw przez silniejsze gospodarczo. Jednak już nie tylko Chiny i USA, ale także inne państwa, jak Indie, stają się coraz silniejsze wobec UE. Wymowny był przykład ostatnich rozmów handlowych z Nowym Delhi. Członkowie Parlamentu Europejskiego otrzymali od delegacji indyjskiej listę 73 ukrytych barier handlowych. Poproszono o ich wyeliminowanie, gdyż – jak to w innych okolicznościach powiedział minister spraw zagranicznych Indii, Jaishankar – Europa musi przywyknąć do tego, że problemy Europy nie są problemami świata, ale problemy świata są problemami Europy. Nowa rzeczywistość.

Rola Polski

.Jerzy Giedroyc wyraził w okresie przedwojennym przekonanie, że albo Polska stanie się lokalnym imperium, albo jej nie będzie. Pozwolę sobie strawestować ten paradoks, dostosowując go do obecnej sytuacji Europy. Albo Polska stanie się liderem Międzymorza, albo sama się skaże na marginalizację i uprzedmiotowienie, a tym samym na wyzbycie się suwerenności (a być może także niepodległości). Moment dziejowy dla Polski wciąż jeszcze trwa, okno możliwości jest nadal otwarte, jest czas na spełnienie naszych „snów o potędze”. Ale wkrótce moment dziejowy się zakończy, okno z hukiem się zamknie, skończy się nasz czas.

Rzadko mamy do czynienia z takimi momentami w dziejach jak rok 2026. Polska może podnieść swoją pozycję, prestiż, status, może wzmocnić się finansowo i dodać sił naszej gospodarce. Ale może również zacząć staczać się po równi pochyłej pod ciężarem wewnętrznych problemów, fatalnej demografii, nadmiernej polaryzacji i presji zewnętrznej.

W tej dżungli geopolitycznej, w którą już weszliśmy, kompetencje, wykorzystywanie swoich (szczupłych) zasobów i właściwe rozpoznanie rzeczywistości będzie różniło zwycięzców od przegranych. Do tego rozpoznania potrzebna jest wiedza, orientacja we współczesnym świecie, odwaga i determinacja. Rząd, którym kierowałem, posiadał te cechy. Czy rząd Donalda Tuska również je przejawia? Gdy się patrzy na mizerną reakcję na wyzwania i brak realnej agendy rozwojowej, odpowiedź nasuwa się sama. Jakie działania należy pilnie podjąć, aby w coraz bardziej przedmiotowej Europie uczynić Polskę coraz bardziej podmiotową? Trudne, ale nie niemożliwe.

.Przede wszystkim trzeba postawić na państwa o podobnym interesie strategicznym do naszego. Czyli państwa Międzymorza. Już Mackinder po I wojnie wyraził opinię, że żaden trwały porządek geopolityczny nie powstanie, jeśli zwycięskie mocarstwa nie zainwestują w utworzenie pasa narodów od Finlandii do Grecji. Jedynie łańcuch silnych państw między Niemcami i Rosją zatrzyma nieuchronne zbliżenie Rosji i Niemiec. Tak jest i dzisiaj.

Koncepcja ta została wyśmiana i odrzucona, ale o jej trafności bardzo szybko przekonali się Europejczycy w 1922 roku (układ w Rapallo), a następnie w 1939 (pakt Ribbentrop-Mołotow i jego realizacja, począwszy od tragicznego września).

Po upadku imperium sowieckiego i po rozpadzie żelaznej kurtyny idea Międzymorza została przypomniana i nadano jej nowe życie. Należy zrobić wszystko, aby tę okoliczność wykorzystać, doprowadzając do rzeczywistej, a nie jedynie udawanej materializacji Międzymorza.

Należy wrócić do ambitnych projektów gospodarczych (gospodarczo-militarnych), które rząd Zjednoczonej Prawicy zaczął wprowadzać w życie. Centralny Port Komunikacyjny (prawdziwy, a nie wykastrowany), elektrownie atomowe, rozbudowa polskich portów, intensywne prace nad AI i wiele innych poważnych inwestycji – to wszystko stanie się atutem Polski, argumentem za wzmocnieniem naszej roli w Europie.

Unia Europejska musi zasadniczo zmienić podejście do dalszych swoich działań. Proponuję powrót do etapu Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. Czyli do czasu sprzed wejścia w życie traktatu z Maastricht. Swoboda przepływu towarów, kapitału, świadczenia usług (obecnie w fatalnym stanie) i przemieszczania się osób plus prawo konkurencji. Tylko tyle i aż tyle. Niech UE będzie unią wielu dróg, Europą strategicznych partnerstw. Trzeba pozwolić państwom członkowskim na integrowanie się w tych obszarach, w których one chcą się integrować (jak na przykład podobnie myślące kraje Międzymorza), natomiast nie należy zmuszać żadnego państwa, aby integrowało się w sferach, w których nie dąży do integracji.

Na przykład w obszarze zielonego ładu. Jeśli Komisja Europejska i jakieś stolice chcą dalej realizować tę agendę, mimo coraz gorszego stanu gospodarki, to niech sobie to robią. Ich sprawa. Ale niech zostawią w spokoju tych, którzy nie chcą tego robić, niech nie próbują narzucać tych projektów innym, niech nie próbują zniewalać innych krajów dyrektywami duszącymi przemysł, energetykę, transport, rolnictwo czy budownictwo.

Analogicznie ma się sprawa z paktem migracyjnym. Te państwa, które zamierzają uczestniczyć w relokacji imigrantów i chcą się poddać rygorom paktu, niech to czynią, ale niechże zostawią w spokoju innych, niech nie meblują cudzych domów.

Również w sferze ideowej nie wolno narzucać urawniłowki. Tym państwom, które zapamiętale podważają wartości chrześcijańskie i konserwatywne, nie zabraniamy realizacji tego samobójstwa duchowego, ale nie życzymy sobie, aby ktokolwiek narzucał nam konieczność przeprowadzania rewolucji kulturalnej i fundował marksistowski marsz przez instytucje.

Powinniśmy stać się inicjatorami gospodarczego NATO. Bez powstania takich transatlantyckich więzi Europa w ciągu kilku, najwyżej kilkunastu lat spadnie do statusu gospodarczego skansenu. Trzeba starać się wypracować wspólny mianownik, win-win, porzucić spory o cła i bariery pozataryfowe. Trzeba uciec do przodu. Gospodarcze NATO to strefa wolnego handlu między Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi, a może także Turcją, Wielką Brytanią i Norwegią. Wygenerowałaby ona wzrost konkurencyjności i pozwoliła narzucać innym regionom świata normy, regulacje, platformy i standardy.

.Czas budować nasz model rozwoju – Powered by Poland. Potrzebujemy jako Polska mocnej suwerenności gospodarczej, nawet pewnej formy nacjonalizmu gospodarczego. Nasi partnerzy tak właśnie postępują i bez skrupułów stosują wobec nas przemoc gospodarczą. Żyjemy w świecie coraz brutalniej realizowanych interesów gospodarczych, w świecie ostrej rywalizacji o rentowność, o know-how, o wyższe marże, o innowacje.

Zarysowany przeze mnie na Poznańskim Kongresie Gospodarczym program Powered by Poland oznacza konkretne działania w konkretnych obszarach gospodarki, sektora finansów publicznych i w odniesieniu do rachunku dochodów pierwotnych i wtórnych. To między innymi działania w obszarze zamówień publicznych, dóbr podwójnego zastosowania, dual-use, przetargów w dziedzinie obronności, procedur inwestycyjnych w samorządach i dla przedsiębiorców prywatnych, pozyskiwania kapitału na realizację bardzo ważnych przedsięwzięć infrastrukturalnych i inne mechanizmy gospodarcze.

Na przykład w ostatnich trzech latach niemieckie firmy wygrały przetargi w Polsce na ponad 5 mld zł. W tym samym czasie polscy przedsiębiorcy wygrali przetargi w RFN na kilkaset milionów złotych – w ponad cztery razy większej gospodarce. Taka nierównowaga w nowej epoce to gorzej niż zbrodnia. To błąd.

Powered by Poland to także uczynienie z tego, co jest dla nas problemem (np. konieczność wydawania dużych środków na wyposażenie armii), atutu w postaci zamówień publicznych dla polskich prywatnych przedsiębiorstw. Zagrożenie nie musi być równoznaczne z katastrofą. Przeciwnie, Polska może utworzyć nowy, innowacyjny ekosystem, z wykorzystaniem technologii wojskowych, co uczyni nas bastionem bezpieczeństwa flanki wschodniej i jednocześnie podniesie poziom innowacyjności naszego rynku.

Powered by Poland to również odejście od imitacyjnego modelu gospodarczego. Zamiast imitacji – innowacje. Postawmy na naukę. Polska musi odchodzić od roli podwykonawcy.

Zarysowane przeze mnie problemy są wyzwaniem dla decydentów. Mandat demokratyczny, który daje możliwość tworzenia rządu, zawsze łączy się z odpowiedzialnością zarówno za podejmowane działania, jak i za zaniechania. Jako społeczeństwo mamy prawo wymagać od rządzących strategicznego myślenia i aktywności, która sprawi, że Polska nie utraci ani swej tożsamości, ani szans rozwojowych. Aktywna polityka na rzecz reformy Unii, budowa silnych gospodarczo-militarnych relacji transatlantyckich w ramach gospodarczego NATO oraz utworzenie środkowoeuropejskiego sojuszu państw Międzymorza dają szansę uniknięcia czarnego scenariusza – stania się krajem peryferyjnym, skazanym na zależność od największych państw sąsiednich lub od Chin. Czasu jest mało. Oby obecny rząd to dostrzegał i zaczął działać.

Mateusz Morawiecki

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 9 stycznia 2026