Wszystko Co Najważniejsze

Kim Pan jest, Panie Trump?

    Ryc.: Fabien Clairefond
    Szef polskiego oddziału waszyngtońskiego think-thanku Atlantic Council. W latach 2012-13 redaktor naczelny tygodnika "Wprost". Wcześniej dziennikarz finansowy "Gazety Wyborczej", z-ca red. naczelnego "Pulsu Biznesu". Od 2005 r. kierował polską edycją "Forbes", od 2006 r. red. naczelny "Newsweek Polska", od 2009 r. red. naczelny "Dziennika Gazety Prawnej".
    wszystkie teksty autora

    Po niespełna stu dniach od inauguracji odbywamy przyspieszony kurs „trumpologii” – pisze Michał KOBOSKO

    .Przyjaciel Putina czy wódz Ameryki asertywnej wobec Kremla? Najostrzejszy krytyk Chin czy też polityk skłonny układać się z Pekinem w imię wspólnych interesów? Izolacjonista czy gracz globalny, który angażuje się w najodleglejszych punktach świata? Wreszcie: lider racjonalny i przewidywalny versus egocentryk działający pod wpływem chwili, rodziny, emocji?

    Poranek 7 kwietnia 2017 roku przyniósł światu spore zaskoczenie. Blisko 60 amerykańskich pocisków wystrzelonych nad ranem z okrętów stacjonujących na Morzu Śródziemnym spadło na bazę lotniczą syryjskiego reżimu. Pierwsze zdjęcia pokazały sporą skalę zniszczeń, pierwsze analizy — niewielkie znaczenie militarne ataku. Znaczenie polityczne było jednak ogromne, cały czas je odkrywamy. Atak Tomahawków pozwolił Trumpowi osiągnąć wiele celów jednocześnie. Asad dostał przekaz najprostszy: nie waż się nigdy więcej użyć broni chemicznej przeciw cywilom. Swoje zobaczył prezydent Chin Xi Jinping, który właśnie odbywał z Trumpem sesję przezwyciężania nieufności na Florydzie. Wiele do myślenia dostali też ci Rosjanie, którzy od listopada sądzili, że mają Trumpa odczytanego i odkodowanego. Nic z tego — Trump nie będzie Kremlowi jeść z ręki, nie da się go łatwo ograć i okiełznać. Tym większa złość na Kremlu, tym silniejsze były wyrazy potępienia „bezpodstawnego i bezprawnego” ataku na „suwerenne państwo”. I tym bardziej lodowate przyjęcie Rexa Tillersona w Moskwie.

    Najciekawsze były reakcje w samej Ameryce. Tylko najwierniejsza część elektoratu Trumpa miała do niego pretensje za atak na prorosyjski reżim Syrii. Znacząca większość polityków, ekspertów, dziennikarzy — w tym chyba cały mainstream, najwięksi krytycy nowej administracji — pospieszyła z pochwałami. Ludzie, którzy uważali i uważają Trumpa za najbardziej nieprzygotowanego i niepasującego do roli prezydenta, nagle zaczęli bić mu brawa.

    Trump zrobił bowiem to, co w tej sytuacji należało. I to, na co Obama wielokrotnie się nie zdobył. Zagrał ostro, wojowniczo — ale właśnie tego Amerykanie chcą się spodziewać po swoim wodzu w sytuacjach moralnie jednoznacznych. A za taką uznano użycie śmiercionośnego sarinu przeciw ludności. Sondaże szybko potwierdziły, że większość Amerykanów poparła atak rakietowy. Ale jednocześnie poziom ogólnej aprobaty dla działań Trumpa, rekordowo niski, nie drgnął specjalnie w górę.

    I nic dziwnego. Tak Ameryka, jak i cały świat czekają na moment, w którym działania prezydenta ułożą się w jakąś logiczną całość. W strategię, która stanie się doktryną, będzie stanowiła znak rozpoznawalny Trumpa, coś, co po nim zostanie. Na razie jeszcze „doktryny Trumpa” nie widać. Jeden atak na siły Asada nic nie zmienia w pokomplikowanym obrazie wojny w Syrii, a także w globalnej wojnie przeciw ISIS. Bezprecedensowe zrzucenie „matki wszystkich bomb” na jaskinie dżihadystów w Afganistanie też nie odegra znaczącej roli w skali globalnej. Nawet skierowanie tak potężnej floty w pobliże Półwyspu Koreańskiego, wizyta wiceprezydenta Pence’a, szumnie ogłoszony koniec ery „cierpliwości strategicznej” — nie oznaczają jeszcze, że rząd amerykański ma pomysł na zastopowanie agresywnych ambicji Kim Dzong Una. To wszystko jeszcze przed nami.

    Ale coś już jednak wiemy. Wbrew ocenom wielu analityków i zapowiedziom samego kandydata z kampanii — Donald Trump nie zamierza odpuścić wiodącej roli Ameryki na świecie ani troski o jej globalne interesy. Nie będzie czekał miesiącami i latami, aż antagoniści siądą do rozmów, negocjacji pokojowych, traktatów kończących wojny i zabijanie. Będzie interweniował — w stylu, który słusznie może się kojarzyć z działaniami wielu jego poprzedników z XX wieku. Gdy uzna to za właściwe, zaryzykuje lokalne wojny, zaangażuje amerykańskie wojska, pójdzie na zwarcie. To niezwykle ważny sygnał dla Moskwy, Pekinu, Teheranu, Pjongjangu, także dla świętującego referendalny sukces sułtana Erdogana. W wielu miejscach świata Trump będzie za to znienawidzony. Ale w równie wielu może być uwielbiany, a przynajmniej szanowany.

    Administracja Trumpa jest inna od wielu poprzednich. Choćby przez to, że tak dużej władzy oddanej w Waszyngtonie rodzinie, córce, zięciowi prezydenta, jeszcze dotąd nie było. Nasuwa to porównania do krajów, w których nie ma sprawnej administracji, rządzą familia i nepotyzm. Ale Trump uczy się i wyciąga wnioski. Po okresie fascynacji ograniczył rolę swojego wiernego ideologa Steve’a Bannona. Pozbył się po zaledwie 25 dniach gen. Michaela Flynna, który miał utrzymywać niebezpiecznie bliskie związki z Rosjanami. Prezydent zaczął wreszcie ufać swoim najbliższym współpracownikom: sekretarzom stanu, handlu, szefowi Pentagonu, doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego. Drużyna Trumpa zaczęła się cementować — jako drużyna, a nie jako peleton pedałujący daleko za liderem.

    .Prezydent nie stał się nagle kimś innym. Nadal najbardziej i z wzajemnością kocha samego siebie. Nadal jest przekonany o wielkim sukcesie swojej prezydentury (Amerykanie nie są). Nadal obciąża winą wszystkie media, które nie jedzą mu z ręki, nazywając je łgarskimi („fake media”). Nadal nie może pogodzić się z faktem, że Kongres ogranicza zakres jego władzy i kompetencji. I wciąż mówi rzeczy trudne do zaakceptowania: jak wtedy, gdy z dnia na dzień kompletnie zmienia opinię o sojuszu NATO, ponieważ… NATO miało już zmienić się na lepsze pod wpływem jego krytyki. A jednak Donald Trump staje się w szybkim tempie bardziej prezydencki niż człowiek, który tuż po ślubowaniu 20 stycznia wygłaszał obraźliwą i dzielącą Amerykanów mowę inauguracyjną. W tym nadzieja wolnego świata.

     Michał Kobosko

    Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
    Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.
    18 kwietnia 2017
    • Zaraz po ataku media doniosly ze Amerykanie przed atakiem uprzedzili Rosjan a ci, Syryjczykow.
      Jak wiec interpretowac ten atak?