Iran zrywa rozmowy z USA, jak się okazało tylko na chwilę

Jak poinformował w dniu 7 kwietnia 2026 r. amerykański dziennik „Wall Street Journal”, Iran zrywa rozmowy z USA. Decyzja ta nastąpiła tego samego dnia rano po tym, gdy prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Donald Trump zagroził, iż doprowadzi do zniszczenia całej cywilizacji Iranu. Szybko jednak okazało się – tylko na chwilę.
Iran zrywa rozmowy z USA, ale tylko na chwilę
.Dziennik powołał się na urzędników z państw Bliskiego Wschodu, nie podając szczegółów. „WSJ” przekazał, że ruch ten ma tymczasowo utrudnić dążenie do porozumienia, ale nie zakończył rozmów. Jeden z rozmówców gazety powiedział, że Iran chciał w ten sposób wysłać sygnał dezaprobaty i sprzeciwu. W negocjacjach uczestniczą Pakistan, Egipt i Turcja.
Tej nocy zginie cała cywilizacja i nigdy się nie odrodzi – zapowiedział wcześniej 7 kwietnia 2026 r. prezydent USA Donald Trump, odnosząc się do swojej groźby ataków na irańską infrastrukturę. Zaznaczył jednak, że tego nie chce i przyznał, że wciąż możliwe jest uniknięcie takiego scenariusza.
„Cała cywilizacja umrze dziś w nocy i nigdy się nie odrodzi. Nie chcę, żeby tak się stało, ale prawdopodobnie tak się stanie” – napisał Donald Trump w porannym (czasu waszyngtońskiego) wpisie na Truth Social. „Jednak teraz, gdy mamy totalną i całkowitą zmianę reżimu, gdzie górują inne, mądrzejsze i mniej radykalne umysły, może wydarzy się coś rewolucyjnie wspaniałego, KTO WIE? Dowiemy się tego dziś wieczorem, w jednym z najważniejszych momentów w długiej i złożonej historii świata” – dodał. Donald Trump zapowiedział, że skończy się „47 lat wymuszeń, korupcji i śmierci”. „Niech Bóg błogosławi Wielki Naród Iranu!” – zakończył.
Negocjacje przyniosły efekt już po kilkunastu godzinach – ogłoszono rozejm.
Infrastruktura, głupcze
.Na najważniejszym spotkaniu świata energetyki – CERAWeek w Houston, skąd właśnie wracam – Bliski Wschód był obecny w niemal każdej rozmowie. Jednak w sposób paradoksalny. Omawiany jako operacyjny problem – ryzyko dla szlaków dostaw, infrastruktury, kontraktów i decyzji inwestycyjnych – oczywiście tak. Ale nie jako problem egzystencjalny dla amerykańskich producentów – pisze Michał KURTYKA
Iwłaśnie w tym kontekście warto spojrzeć na to, co wydarzyło się w ostatnich tygodniach, gdy w cieśninie Ormuz zamilkły silniki statków, a na rynkach finansowych wracały dobrze znane demony: panika inwestorów, nagłówki o „najpoważniejszym kryzysie od dekad” i pytania o to, czy ropa znów stanie się bronią masowego rażenia gospodarek. Co istotne, jeszcze niedawno scenariusz realnej blokady Ormuzu uchodził za skrajnie mało prawdopodobny (na tyle, że nawet instytucje takie jak EIA nie traktowały go jako bazowego wariantu w swoich analizach).
Zaskoczeniem nie był sam szok – Ormuz to przecież od pół wieku jedno z najbardziej wrażliwych „wąskich gardeł” światowej gospodarki. Zaskoczeniem było co innego: świat nie zatrzymał się…, a przynajmniej nie cały świat, czego symbolem może być nieco zdystansowany stosunek amerykańskich producentów, dla których większym wyzwaniem była raczej ocena skutków geopolitycznych niż sama dostępność surowca. Dlaczego? Odpowiedź można streścić w jednym słowie: infrastruktura.
Cieśnina Ormuz przez dekady była symbolem strukturalnej słabości światowego rynku ropy. To przez nią przepływała nawet jedna piąta światowego handlu ropą, a każde napięcie w Zatoce Perskiej natychmiast przekładało się na rachunki za paliwo w Europie, Azji i Ameryce. Kryzysy ze stycznia 1974 roku, sierpnia 1990 oraz wstrząsy związane z rosyjską inwazją na Ukrainę w 2022 roku pokazały, jak cienka bywa granica między „normalnością” a szokiem podażowym.
Dziś jednak krajobraz jest inny. Pierwsza różnica między dzisiejszym kryzysem a poprzednimi polega na strukturze samego rynku naftowego. Większa liczba dostawców i geograficzna dywersyfikacja wydobycia sprawiają, że Bliski Wschód i cieśnina Ormuz nie są już jedynym centrum grawitacji rynku. Brazylia wydobywa już więcej ropy niż Zjednoczone Emiraty Arabskie, Gujana w ekspresowym tempie awansowała do grona poważnych eksporterów, a Wenezuela – choć daleka od dawnej świetności – stopniowo wraca do globalnej mapy dostaw.
.Jeszcze ważniejszą zmianą jest jednak pozycja Stanów Zjednoczonych, które z importera stały się jednym z kluczowych eksporterów ropy i gazu – a w przypadku LNG największym na świecie. Oznacza to, że Ameryka nie tylko uniezależniła się od bezpośrednich zakłóceń w Ormuz, ale również stała się globalnym „dostawcą ostatniej instancji”.
PAP/MJ





