Jean-Luc MÉLENCHON chce wyprowadzić Francję z NATO i zbliżyć ją do Rosji i Chin

Jean-Luc Mélenchon NATO

Jean-Luc Mélenchon proponuje jedną z najbardziej radykalnych zmian francuskiej polityki zagranicznej od dziesięcioleci. Lider La France insoumise chce wyprowadzenia Francji z NATO, odrzucenia logiki konfrontacji z Chinami oraz odbudowy dialogu z Rosją po zakończeniu wojny na Ukrainie. W kampanii prezydenckiej 2027 roku może to stać się jedną z najważniejszych osi sporu o miejsce Francji w świecie. Nie będzie to tylko kandydatura radykalnej lewicy. Będzie to także kandydatura radykalnej zmiany francuskiej polityki zagranicznej.

.To właśnie dlatego Jean-Luc Mélenchon pozostaje jedną z najważniejszych postaci kampanii prezydenckiej we Francji 2027 roku, nawet jeśli jego droga do Pałacu Elizejskiego wydaje się dziś bardzo trudna. Jest politykiem głęboko odrzucanym przez znaczną część opinii publicznej, a zarazem jednym z niewielu przywódców francuskiej lewicy zdolnych do narzucenia własnych tematów całemu obozowi. Jak pisaliśmy już na „Wszystko co Najważniejsze”, Mélenchon nie chce być tylko kandydatem socjalnym, trybunem klas ludowych i rzecznikiem protestu. Próbuje przedstawić własną definicję Francji, jej historii, jej narodu i jej miejsca w świecie.

Najnowsze wypowiedzi lidera La France insoumise pokazują, że ta definicja obejmuje również zerwanie z atlantycką osią francuskiej polityki bezpieczeństwa. Mélenchon mówi wprost, że Francja nie powinna pozostać członkiem NATO. Nie chce też, aby Paryż wchodził w nowe koalicje wojskowe tworzone z myślą o rywalizacji w regionie Azji i Pacyfiku. W jego wizji Francja nie powinna ani podporządkowywać się Stanom Zjednoczonym, ani uczestniczyć w logice konfrontacji z Chinami, ani uznawać obecnego Zachodu za naturalne centrum polityki światowej.

Mélenchon i koniec Francji atlantyckiej

Hasło wyjścia Francji z NATO nie jest w przypadku Mélenchona nowością. Jest jednym z najtrwalszych elementów jego politycznego imaginarium. Katarzyna Stańko pisała na łamach „Wszystko co Najważniejsze”, że Mélenchon jest politykiem antyestablishmentowym, alterglobalistycznym, krytycznym wobec Stanów Zjednoczonych, Unii Europejskiej w jej obecnym kształcie i sojuszu atlantyckiego, który postrzega przede wszystkim jako narzędzie amerykańskiej dominacji.

W tym sensie jego obecne stanowisko nie jest nagłym zwrotem, lecz konsekwencją dawno ukształtowanej doktryny. Mélenchon uważa, że Francja utraciła część swojej suwerenności, przyjmując logikę amerykańskiego przywództwa nad Zachodem. Jego zdaniem prawdziwa niezależność Francji wymaga nie tylko mocnego państwa społecznego, ale także zerwania z wojskowym porządkiem, który powstał po II wojnie światowej i został utrwalony w czasach zimnej wojny.

To ważne, ponieważ w kampanii prezydenckiej 2027 roku Mélenchon będzie mógł przeciwstawić się nie tylko Emmanuelowi Macronowi i jego następcom z centrum, ale również tym kandydatom prawicy, którzy mówią o suwerenności Francji, lecz nie proponują wyjścia z zachodniego systemu bezpieczeństwa. Dla lidera LFI suwerenność nie oznacza jedynie większej kontroli nad granicami, przemysłem czy budżetem. Oznacza wyjście z logiki, w której Francja jest jednym z państw obozu zachodniego kierowanego przez Waszyngton.

Właśnie tu Mélenchon różni się zarówno od nurtu liberalno-prezydenckiego, jak i od części prawicy narodowej. Emmanuel Macron mówił przez lata o „strategicznej autonomii Europy”, ale nie wyprowadził Francji z NATO. Jordan Bardella i Marine Le Pen mówią o francuskiej suwerenności, lecz ich obecna strategia wymaga wiarygodności państwowej i ostrożniejszego języka w sprawach bezpieczeństwa. Mélenchon idzie dalej. Proponuje nie korektę, lecz zmianę osi.

Rosja jako najtrudniejszy punkt programu Mélenchona

Największym ciężarem tej doktryny pozostaje Rosja. Przed rosyjską agresją na Ukrainę Mélenchon wielokrotnie przedstawiał Stany Zjednoczone i NATO jako główne źródła napięć w Europie. Po wybuchu wojny jego obóz nadal domagał się negocjacji, mówił o potrzebie neutralności, konferencji pokojowej i gwarancji bezpieczeństwa, ale robił to w sposób, który dla wielu obserwatorów oznaczał relatywizowanie odpowiedzialności Moskwy.

W najnowszym wystąpieniu Mélenchon ponownie mówi o konieczności rozmów z Rosją po jej wycofaniu się z inwazji na Ukrainę. Chce wzajemnych gwarancji dotyczących dalszego rozwoju wydarzeń. Zarazem, mówiąc o ewentualnym porozumieniu pokojowym, nie wyklucza zmian przebiegu granic, pod warunkiem że dokonywałyby się one za zgodą zainteresowanych społeczności. To sformułowanie może brzmieć proceduralnie, ale w kontekście wojny rosyjsko-ukraińskiej ma ogromny ciężar polityczny.

Dla Polski, Europy Środkowej i państw bałtyckich jest to jeden z najbardziej niepokojących elementów programu Mélenchona. W regionie, który zna doświadczenie Jałty, okupacji, stref wpływów i przemocy imperialnej, mówienie o zmianach granic w czasie wojny nie jest neutralnym językiem dyplomatycznym. Jest sygnałem, że w imię pokoju można dopuścić rozwiązania, które agresor mógłby przedstawić jako polityczne zwycięstwo.

Mélenchon próbuje oczywiście ująć to w język prawa narodów i zgody mieszkańców. Problem polega jednak na tym, że w warunkach okupacji, przymusu, deportacji, propagandy i wojny pojęcie „zgody ludności” staje się wyjątkowo kruche. To dlatego jego wypowiedzi o Ukrainie budzą tak duże emocje. Nie chodzi wyłącznie o spór o tempo zakończenia wojny. Chodzi o pytanie, czy Francja pod rządami Mélenchona uznałaby nienaruszalność europejskiego porządku granic za zasadę, czy raczej za jeden z elementów możliwego kompromisu z Moskwą.

Chiny jako alternatywa wobec Zachodu

Drugim kluczowym punktem tej doktryny są Chiny. Mélenchon coraz wyraźniej przedstawia Pekin nie jako systemowego rywala, lecz jako partnera, z którym Francja powinna wejść w politykę zacieśnionej współpracy. Wcześniejsze wypowiedzi lidera LFI o Tajwanie, Chinach i ryzyku konfliktu w Azji pokazywały już ten kierunek. Jak pisaliśmy na „Wszystko co Najważniejsze”, Mélenchon stwierdzał, że „Tajwan to Chiny”, a Francja nie powinna angażować się w konflikt przeciw Pekinowi.

Obecne wystąpienie idzie jeszcze dalej, ponieważ wpisuje Chiny w całościową wizję francuskiego niezaangażowania. Mélenchon mówi o „niezaangażowaniu współpracującym”, czyli o postawie, która ma odrzucać logikę bloków, a zarazem otwierać Francję na intensywny dialog z państwami, z którymi Zachód pozostaje w sporze. W praktyce oznacza to odmowę przyjęcia amerykańskiej diagnozy, według której XXI wiek będzie przede wszystkim czasem rywalizacji demokracji liberalnych z autorytarnymi mocarstwami.

Najbardziej uderzające jest jednak to, że Mélenchon nie przedstawia Chin jako problemu strategicznego, lecz jako przeciwwagę dla Stanów Zjednoczonych. W jego opowieści Pekin nie jest zagrożeniem imperialnym, lecz wielkim mocarstwem gospodarczym, które nie miało powielać praktyk amerykańskiego imperializmu. Ta teza będzie jednym z najbardziej spornych punktów jego programu, ponieważ pomija pytania o Tajwan, Morze Południowochińskie, presję gospodarczą, prawa człowieka, zależności technologiczne i globalną ekspansję wpływów chińskich.

Z perspektywy kampanii prezydenckiej jest to jednak ruch logiczny. Mélenchon chce mówić do wyborców, którzy nie ufają Zachodowi liberalnemu, są zmęczeni językiem wojny, odrzucają amerykańską dominację, uważają globalizację za system niesprawiedliwości i widzą w Chinach nie tyle zagrożenie, ile dowód, że świat nie musi być urządzony według reguł Waszyngtonu, Brukseli i rynków finansowych. To jest geopolityczny odpowiednik jego programu społecznego. Tam, gdzie w gospodarce Mélenchon chce ukrócić władzę kapitału, w polityce światowej chce ukrócić władzę Zachodu.

Nowa Francja i nowy świat

Wcześniej analizowaliśmy na „Wszystko co Najważniejsze”, że Mélenchon buduje własną opowieść o „Nowej Francji”. Nie jest to już wyłącznie Francja robotnicza, przemysłowa, związkowa, zakorzeniona w klasycznym konflikcie klasowym. To Francja metropolii, usług, logistyki, młodszych pokoleń, wielokulturowych przedmieść, nowych form pracy i nowych tożsamości społecznych.

Do tej opowieści dochodzi teraz „nowy świat” Mélenchona. Jeśli Nowa Francja nie mieści się już w dawnym społecznym porządku V Republiki, to nowy świat nie mieści się w dawnym porządku atlantyckim. Mélenchon łączy więc dwa bunty. Bunt wewnętrzny przeciw elitom, bogactwu, nierównościom, policji, technokracji i instytucjom V Republiki. Oraz bunt zewnętrzny przeciw Stanom Zjednoczonym, NATO, zachodnim koalicjom wojskowym i dyplomacji zamkniętych klubów.

W tym sensie jego projekt jest znacznie głębszy niż suma pojedynczych kontrowersji. Nie chodzi wyłącznie o NATO. Nie chodzi wyłącznie o Rosję. Nie chodzi wyłącznie o Chiny. Chodzi o całościową próbę przekonania Francuzów, że stary porządek polityczny, społeczny i międzynarodowy wyczerpał się jednocześnie.

Tak należy rozumieć jego krytykę G7 i G20, jego wezwania do odnowienia ONZ, jego niechęć do koalicji wojskowych w Azji i jego pochwałę rozmowy z tymi, z którymi Zachód rozmawia niechętnie. Mélenchon chce występować jako kandydat tych, którzy uważają, że Francja nie może być jedynie częścią zachodniego obozu. Ma być osobnym biegunem, zdolnym do rozmowy z Pekinem, Moskwą, globalnym Południem i wszystkimi tymi, którzy czują się wypchnięci poza liberalny porządek świata.

Ryzyko francuskiego niezaangażowania

W tym miejscu zaczyna się jednak zasadniczy problem. Francja jest mocarstwem nuklearnym, stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ, jednym z najważniejszych państw Unii Europejskiej i krajem, którego decyzje strategiczne wpływają na całą Europę. Wyjście Francji z NATO nie byłoby więc wyłącznie francuską sprawą wewnętrzną. Byłoby trzęsieniem ziemi dla europejskiego systemu bezpieczeństwa.

Po pierwsze, osłabiłoby spójność Zachodu w momencie, gdy Rosja pokazała gotowość do użycia pełnoskalowej wojny przeciw państwu europejskiemu. Po drugie, postawiłoby pod znakiem zapytania zdolność Unii Europejskiej do prowadzenia wspólnej polityki wobec Ukrainy, Rosji i wschodniej flanki. Po trzecie, stworzyłoby nowy podział między Francją a państwami Europy Środkowej, dla których NATO nie jest symbolem amerykańskiej dominacji, lecz podstawową gwarancją bezpieczeństwa.

Mélenchon odpowiedziałby zapewne, że właśnie dlatego potrzebna jest inna architektura bezpieczeństwa, oparta na suwerenności Francji, współpracy europejskiej i odnowionym multilateralizmie. Problem polega na tym, że taka architektura wymagałaby czasu, zaufania, zdolności wojskowych, wspólnej woli politycznej i jasnego rozpoznania zagrożeń. Tymczasem wojna na Ukrainie pokazała, że Europa wciąż nie potrafi zastąpić amerykańskiej potęgi wojskowej własnym systemem odstraszania.

W tym sensie propozycja Mélenchona jest bardziej manifestem niż gotowym projektem bezpieczeństwa. Ma wielką siłę mobilizacyjną, ponieważ odpowiada na zmęczenie wojną, nieufność wobec Stanów Zjednoczonych i pragnienie francuskiej wielkości. Ma jednak także wielką słabość, ponieważ nie daje przekonującej odpowiedzi na pytanie, kto i jak zagwarantowałby bezpieczeństwo Europy, gdyby Francja jednostronnie zaczęła demontaż zachodniej architektury wojskowej.

Co to oznacza dla wyborów prezydenckich 2027 roku?

Wybory prezydenckie we Francji 2027 roku coraz mniej przypominają zwykłą rywalizację programów. Stają się sporem o to, czym ma być Francja po epoce Emmanuela Macrona. Jordan Bardella proponuje Francję odzyskującą granice, tożsamość i państwową kontrolę. Édouard Philippe próbuje uosabiać ciągłość, powagę i państwowy rozsądek. Gabriel Attal buduje obraz młodego centrum zdolnego do odnowy macronizmu bez samego Macrona. Bruno Retailleau szuka języka prawicy porządku, prowincji i autorytetu państwa.

Mélenchon proponuje coś innego. Francję, która nie chce już być ani częścią amerykańskiego Zachodu, ani wykonawcą polityki NATO, ani uczestnikiem zimnej wojny z Chinami, ani bezwarunkowym przeciwnikiem Rosji po zakończeniu wojny na Ukrainie. To projekt radykalny, niebezpieczny dla jednych, pociągający dla drugich, ale z pewnością niemożliwy do zignorowania.

Jego znaczenie może być większe niż jego wynik wyborczy. Nawet jeśli Mélenchon nie wejdzie do drugiej tury, będzie zmuszał lewicę, centrum i prawicę do odpowiedzi na pytania, których francuska polityka nie będzie mogła już unikać. Czy Francja ma pozostać filarem NATO? Czy Europa może być naprawdę autonomiczna bez Stanów Zjednoczonych? Czy z Rosją można rozmawiać o pokoju bez nagradzania agresji? Czy Chiny są partnerem, rywalem, czy mocarstwem, wobec którego Francja powinna zachować maksymalną ostrożność?

Dlatego najnowsze wystąpienie Mélenchona należy traktować jako ważny moment kampanii 2027. Nie dlatego, że przesądza ono o wyniku wyborów, lecz dlatego, że odsłania jedną z głównych osi przyszłego sporu. Po raz pierwszy od dawna francuska kampania prezydencka może stać się nie tylko walką o podatki, emerytury, migrację i bezpieczeństwo wewnętrzne, ale także referendum nad miejscem Francji w świecie.

A to oznacza, że pytanie o Jean-Luca Mélenchona jest dziś czymś więcej niż pytaniem o radykalną lewicę. Jest pytaniem o to, czy część Francuzów gotowa jest poprzeć projekt państwa, które odwraca się od NATO, rozmawia z Rosją, zbliża się do Chin i próbuje na nowo wymyślić francuską suwerenność w świecie po Zachodzie.

Arkadiusz Jordan
Paryż

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 29 czerwca 2026