Maciej ŚWIRSKI: Sprawcy Katynia, czyli kto?

Sprawcy Katynia, czyli kto?

Photo of Maciej ŚWIRSKI

Maciej ŚWIRSKI

Założyciel Reduty Dobrego Imienia. B. członek zarządu PAP (2006-2009) i przewodniczący rady nadzorczej PAP (2017-2022). W latach 2022-2025 przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Ryc. Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Katyń to nie tylko mord, ale dekapitacja przyszłości. Równoległa niemiecka AB–Aktion likwidowała polską inteligencję w Generalnym Gubernatorstwie. Obaj okupanci jednocześnie amputowali narodowi przyszłość z dwóch stron – pisze Maciej ŚWIRSKI

Znamy zbrodnię, nie znamy morderców

Katyń istnieje w polskiej świadomości jako abstrakcja. Rozkaz Stalina, podpis Berii, dół w lesie. Dwadzieścia dwa tysiące zamordowanych, trzy miejsca straceń, pół wieku kłamstwa. To są fakty, które znamy. Ale konkretni ludzie, ci, którzy przygotowywali listy, prowadzili przesłuchania–selekcje, osobiście pociągali za spust, pozostają w Polsce praktycznie nieznani. Nie mają twarzy. Nie mają biografii. Nie mają nawet poprawnie zapisanych nazwisk w polskich podręcznikach.

I nie jest to przypadek. Gdy na początku lat dziewięćdziesiątych otwierały się rosyjskie archiwa, rządząca w Polsce postkomunistyczna lewica nie miała interesu w tym, żeby iść dalej niż rytualne opłakiwanie ofiar.

Uogólnieni „Sowieci” byli wygodni. Wskazanie bezpośrednich sprawców, a było ich co najmniej stu dwudziestu pięciu, nagrodzonych rozkazem Berii nr 001365 za „pomyślne wykonanie zadania specjalnego”, groziło tym, że ich życiorysy mogłyby się okazać splecione z życiorysami ojców ówcześnie rządzących. Szkoła NKWD w Kujbyszewie, szkoła w Smoleńsku, podległość wywiadu PRL pod NKWD i GRU, kursy KGB w Moskwie i Leningradzie aż do końca PRL, kadry dyplomacji kształtowane pod nadzorem Moskwy – wszędzie tam biegła niebezpieczna nitka, która mogła doprowadzić do nazwisk, których nikt nie chciał ujawniać.

Więc pozwolono narodowi opłakiwać ofiary i rytualnie wznosić okrzyki przeciwko komunie, ale nic więcej. Jeśli nawet Stany Zjednoczone w szczycie zimnej wojny, gdy amerykańskich jeńców mordowano metodą katyńską w Korei, cenzurowały Józefa Czapskiego w Voice of America i nie pozwalały mu wymówić słowa „Katyń”, to tym bardziej w Polsce potomkowie ludzi, którzy instalowali komunizm, chcieli osłabić potencjalny efekt wybuchowy, jakim dla Polaków byłoby pełne ujawnienie sprawców.

Sam Jaruzelski, któremu Gorbaczow wręczał dokumenty katyńskie w 1990 roku, był z pokolenia utrwalaczy władzy ludowej i sam wiedział, dokąd mogą poprowadzić nitki. Główna Prokuratura Wojskowa Rosji ustaliła nazwiska katów, ale nałożyła na nie klauzulę tajności, tłumacząc, że „żyją ich dzieci i wnuki, byłaby to trauma dla tych rodzin”.

Rozkaz Berii nr 001365 z października 1940 roku, przyznający nagrody pieniężne stu dwudziestu pięciu funkcjonariuszom za „pomyślne wykonanie zadania specjalnego”, czyli za zamordowanie polskich jeńców, opracował dopiero Nikita Pietrow z Memoriału i opublikował w 2011 roku. Polskie tłumaczenie jego książki „Psy Stalina” ukazało się rok później. Siedemdziesiąt dwa lata po zbrodni.

Wymowna jest historia Olega Zakirowa, majora KGB ze Smoleńska, który w latach 1989–1991 na własną rękę dotarł do bezpośrednich świadków i wykonawców zbrodni, spisał ich zeznania i część dokumentacji przekazał stronie polskiej. Wyrzucono go z KGB, dwukrotnie próbowano go zabić. W 1998 roku uciekł z rodziną do Polski. Według niego, czołowy polski dyplomata, później minister, obiecywał mu mieszkanie, stopień wojskowy, przyzwoitą pracę. Zakirow dostał budowę i ulicę. Żebrał. Człowiek, który znał twarze katów, w kraju ofiar nie był nikomu potrzebny. W 1998 roku rządził SLD. Katyń miał wykonawców, ludzi z imionami, stopniami, procedurami i nagrodami. Historycy o nich pisali. Zabrakło jednak szerszej refleksji, bo arendtowska banalność zła ma tu swoją rosyjską twarz, której nikt dotąd nie opisał z należytą uwagą.

Piotr Soprunienko – biurokrata śmierci

Major, później generał–major NKWD, urodzony pod Kijowem. Szef Zarządu ds. Jeńców Wojennych i Internowanych, instytucji utworzonej na rozkaz Berii we wrześniu 1939 roku, natychmiast po inwazji na Polskę. To Soprunienko kierował całym aparatem administracyjnym operacji katyńskiej.

Listy skazanych na śmierć miały być przygotowywane i podpisywane przez niego osobiście. Pierwszego kwietnia 1940 roku Soprunienko zaczął dzwonić do komendantów obozów specjalnych, dyktując im listy egzekucyjne. Telefon do Korolewa w Kozielsku, do Bieriezkowa w Starobielsku, do Borisowca w Ostaszkowie. Po tych trzech rozmowach maszyna ruszyła.

Soprunienko nie strzelał. Nie widział trupów. Nie schodził do piwnic. Ale bez niego nikt by nie strzelał, bo nikt by nie wiedział, do kogo strzelać. To on zamieniał podpis Berii w transport bydlęcymi wagonami, i w tym sensie jego rola jest porównywalna ze strukturalną rolą Eichmanna, choć sam nigdy nie widział końcowego efektu własnej pracy.

Przesłuchiwany po 1990 roku, twierdził, że o masakrze dowiedział się dopiero przy okazji wizyty Jaruzelskiego w Moskwie. Zaprzeczał własnemu podpisowi. Twierdził, że od końca marca do końca maja 1940 przebywał w Wyborgu, a kiedy wrócił do Moskwy, jeńcy „po prostu zniknęli” i „w tamtych czasach nie można było pytać”.

W 1991 roku Naczelna Prokuratura Wojskowa ZSRR wszczęła postępowanie przeciwko niemu. Miał wtedy 83 lata, był prawie niewidomy, dochodził do siebie po operacji onkologicznej. Zmarł rok później, zanim postawiono mu zarzuty. Nikt nigdy nie odpowiedział za Katyń przed żadnym sądem. Ten sam mechanizm, ta sama obrona procesowa, ten sam typ psychologiczny co u Eichmanna: zarządzanie listami i transportami, nieprzenikniona obojętność wobec końcowego efektu, a wreszcie twierdzenie, że nic się nie wiedziało. Arendtowska banalność zła w czystej, biurokratycznej postaci.

Wasilij Zarubin – selekcjoner z Waszyngtonu

Wasilij Zarubin jest w Polsce praktycznie nieznany, a jego biografia łączy Katyń z zimną wojną w sposób, który powinien być w każdym podręczniku.

Od października 1939 do lutego 1940 roku Wasilij Zarubin, oficer NKWD, prowadził przesłuchania polskich jeńców wojennych w obozie w Kozielsku. Jeńcy sądzili, że zostaną wkrótce zwolnieni. Nie wiedzieli, że przesłuchania są w istocie procesem selekcji: kto przeżyje, kto zginie. Jeśli jeńca nie dało się nakłonić do postawy prosowieckiej, był klasyfikowany jako „zatwardziały i bezkompromisowy wróg władzy sowieckiej”. Ten zapis oznaczał wyrok śmierci.

Zarubin patrzył im w oczy. Rozmawiał z nimi. Oceniał ich postawy, poglądy, przydatność. Wyróżniał się spośród załogi obozu – posługiwał się kilkoma językami, z Polakami rozmawiał po francusku, prezentował maniery człowieka światowego. Przywiózł do obozu podręczną bibliotekę złożoną z pięciuset tomów w czterech językach, w tym Światowy kryzys Churchilla, i udostępnił książki jeńcom. Sprawiał tak korzystne wrażenie, że z polecenia generała Henryka Minkiewicza jako jedynemu z enkawudzistów jeńcy salutowali. A gdy Minkiewicz zapytał go, co zamierzają z nimi zrobić, Zarubin odpowiedział: „Lepiej, abyście nie wiedzieli, co chcemy z wami zrobić.” Miał rację. Pół roku później Minkiewicz zginął od strzału w tył głowy. A obok jego nazwiska na liście Zarubina stała adnotacja, która go na to skazała.

Po zakończeniu selekcji i wymordowaniu większości jeńców Zarubin został przeniesiony do innych zadań. Wiosną 1941 podjął misję w Chinach, gdzie ponoć zdobył informacje o planach Hitlera dotyczących ataku na ZSRR. A w październiku 1941, dokładnie wtedy, gdy Niemcy stali pod Moskwą, Stalin wysłał go do Waszyngtonu jako rezydenta NKWD z zadaniem budowania siatki agentów wpływu w rządzie USA.

Sam ten fakt wymaga namysłu. Zarubin był uczestnikiem zbrodni, która miała pozostać tajemnicą na wieki – dwadzieścia dwa tysiące zamordowanych, ciała zakopane w lesie, akta pod klauzulą najwyższej tajności. Człowiek z taką wiedzą jest z natury rzeczy zagrożeniem dla systemu, który go wysyła za granicę: jeden akt dezercji, jedno zeznanie przed amerykańskim kongresmenanem i cała konstrukcja kłamstwa katyńskiego rozsypuje się w ciągu jednej konferencji prasowej. A mimo to Stalin go wypuścił. Wypuścił go nie byle gdzie, lecz do Waszyngtonu, w sam środek wrogiego imperium, gdzie sowieccy dyplomaci żyli pod stałą obserwacją FBI. To znaczy, że Zarubin musiał być człowiekiem absolutnego zaufania, sprawdzonym nie raz i nie dwa, lecz przez całą karierę operacyjną – od lat dwudziestych, przez rezydentury w Europie, aż po Kozielsk. Moskwa wiedziała, że nie ucieknie, nie zdradzi, nie pęknie. Pobyt w Ameryce był więc podwójny w swojej naturze: z jednej strony najważniejsza misja wywiadowcza dekady, z drugiej – nagroda, przywilej, który w stalinowskim systemie dostawali tylko ci, co udowodnili bezwzględną lojalność. A lojalność Zarubina została właśnie udowodniona w Kozielsku, nad listami ludzi przeznaczonych do rozstrzelania.

Jest w tym jeszcze drugi wymiar, chłodniejszy. Wysyłając do Waszyngtonu człowieka obciążonego tajemnicą Katynia, Moskwa zakładała coś, co okazało się trafne: że los zamordowanych polskich oficerów nikogo w Ameryce nie zainteresuje na tyle, by stanowił realne zagrożenie operacyjne. Nawet gdyby Zarubin został zdemaskowany, nawet gdyby ktoś połączył jego nazwisko z obozem w Kozielsku, Waszyngton nie miałby interesu w ciągnięciu tej sprawy, bo w 1941 roku Stalin był sojusznikiem, a nie wrogiem. Polacy w tej kalkulacji po prostu się nie liczyli. Katyń był prawdą, która nikomu nie była potrzebna.

Zarubin i jego żona Elżbieta, kapitan NKWD, uruchomili sowiecką operację penetracji Projektu Manhattan. Ten sam człowiek, który jesienią 1939 patrzył polskim oficerom w oczy i klasyfikował ich do egzekucji, dwa lata później siedział w waszyngtońskiej ambasadzie jako trzeci sekretarz, budując sowiecką siatkę szpiegowską w samym środku zachodniego imperium. Rezydentury kierowane przez Zarubina i jego żonę koordynowały sowiecki wysiłek wywiadowczy wymierzony w amerykański program atomowy, w tym budowę siatki agentów wokół Los Alamos

W sierpniu 1943 roku J. Edgar Hoover otrzymał anonimowy list, pisany po rosyjsku, który wymieniał Zarubina i dziesięciu innych oficerów NKWD działających w Stanach Zjednoczonych. List oskarżał Zarubina o udział w masakrze katyńskiej: miał „przesłuchiwać i rozstrzeliwać Polaków w Kozielsku”. FBI uznało list za autentyczny. Projekt Venona później odszyfrował depeszę NKWD, w której sam Zarubin potwierdzał swój udział: w lipcu 1943 raportował do Moskwy, że podejrzewa inwigilację i spekulował, że ktoś mógł odkryć jego służbę z 1940 roku w jednym z obozów, w których trzymano Polaków. Ze strony USA nie było żadnej reakcji. Przewidywania Stalina okazało się prawdą. Zarubin wiedział, że Katyń jest jego słabym punktem. Zachód go mimo to gościł. Autorem anonimowego listu był Wasilij Mironow, oficer NKWD, który sam też uczestniczył w przesłuchaniach w obozie w Starobielsku i egzekucjach w Charkowie.

Wasilij Błochin – kat

Główny egzekutor NKWD, wybrany osobiście przez Stalina w 1926 roku. Człowiek, który osobiście zabił około siedmiu tysięcy polskich jeńców wojennych podczas masakry katyńskiej wiosną 1940 roku, kat o największej udokumentowanej liczbie ofiar w historii.

Egzekucje w Kalininie trwały dwadzieścia osiem kolejnych nocy, w specjalnie do tego celu przebudowanej piwnicy w siedzibie NKWD. Trzystu ludzi na noc – taki limit wyznaczył sobie Błochin. Więźnia prowadzono najpierw do małego przedpokoju pomalowanego na czerwono, który nazywano „pokojem leninowskim”; tam sprawdzano tożsamość, po czym związywano z tyłu ręcei i wypychano do sąsiedniego pomieszczenia.

Błochin czekał za drzwiami. Skórzany rzeźniczy fartuch, skórzana czapka, rękawice po ramiona. Niemiecki Walther Model 2 kaliber 6,35 mm ACP – Błochin przyniósł całą aktówkę własnych Waltherów, bo nie ufał niezawodności sowieckiego TT–30 przy tak intensywnym użyciu. Użycie pistoletu niemieckiej produkcji dawało też możliwość wyparcia się autorstwa, gdyby ciała zostały odkryte.

Jeden strzał w potylicę. Ciało wywlekano, podłogę spłukiwano, wprowadzano następnego. Trzysta razy w ciągu nocy, dwadzieścia osiem nocy z rzędu.

W przeciwieństwie do większości katów NKWD, którzy radzili sobie z traumą za pomocą alkoholu, Błochin był abstynentem. Nie pił przed egzekucjami. Pił ciepłą słodką herbatę. Jego pogodne usposobienie czyniło go popularnym wśród kolegów z aparatu. Za swoją pracę otrzymał Order Czerwonego Sztandaru. Po śmierci Stalina został zdegradowany, popadł w alkoholizm i choroby psychiczne. Zmarł w 1955 roku, oficjalnie przez samobójstwo. W późnych latach sześćdziesiątych przywrócono mu ordery i zrehabilitowano. Kilkaset metrów od jego grobu na moskiewskim Cmentarzu Dońskim leży Wspólna Mogiła nr 1, miejsce, gdzie NKWD składało skremowane szczątki jego ofiar.

Oba systemy zaczynały od obozów i od strzelania – Sowieci byli pierwsi

Hannah Arendt w Eichmann w Jerozolimie opisała banalność zła jako system, w którym morderca nie musi nienawidzić swoich ofiar, ani ich nawet znać – wystarczy, że jest częścią procedury. Katyń odsłania jednak coś, czego Arendt nie opisała, i ta różnica zasługuje na osobną uwagę. Różne mechanizmy zła dgoriom wypracowanym na materiale niemieckim.

Gułag istniał przed Dachau. Sołowki działały od 1923 roku, dziesięć lat zanim Niemcy otworzyli pierwszy obóz koncentracyjny. Oba systemy totalne zaczynały od izolacji, potem przechodziły do masowego mordu wykonywanego ręcznie: strzał w tył głowy, doły w lasach, ciała zasypywane ziemią. Sowieci robili to masowo już podczas tak zwanej wojny domowej i komunizmu wojennego, co wstrząsająco pokazał Aleksandr Rogożkin w filmie „Czekista” nakręconym w 1992 roku, w okresie krótkiej jelcynowskiej pieredyszki. A potem, już w latach trzydziestych, setki tysięcy rozstrzelanych w Wielkiej Czystce, ręcznie, w piwnicach i lasach. Niemcy zaczęli jesienią 1939 roku: rozstrzeliwania Polaków w Palmirach, Piaśnicy, mordy Selbstschutzu na polskiej inteligencji w Bydgoszczy i Wielkopolsce. Einsatzgruppen na froncie wschodnim od 1941, żandarmeria polowa, 101 Rezerwowy Batalion Policji z Hamburga,

Christopher Browning opisał ten batalion w Zwykłych ludziach: policjanci z klasy robotniczej, nie ideologiczni fanatycy, strzelali Żydom w tył głowy z bliskiej odległości w Józefowie na Lubelszczyźnie i w innych miejscach na “Wschodzie” w sumie zabili 40 tysięcy Żydów. Wielu tych policjantów wymiotowało, piło, dostawało załamań nerwowych. Dowódca Trapp płakał. Część odmówiła i nie ponosili za to konsekwencji. Ale teza o wrażliwości niemieckiego systemu upada, gdy się wie, że w Józefowie dla żon policjantów 101 batalionu zastawiono stoły sto metrów od dołów śmierci – ucztowały, gdy ich mężowie mordowali. Jedna z nich poszła strzelać do Żydów. Mordowanie nie było ukryte, było normą, wokół której toczyło się życie towarzyskie. W winnicy masowej egzekucji dokonywanej przez mordercę z Ensatzguppe C przypatrywali sie żołnierze Luftwaffe z pobliskiego lotniska. Przyszli zobaczyć widowisko.

Na konferencji Wannsee w styczniu 1942 roku Heydrich zgromadził piętnastu uczestników. Wśród nich byli jednocześnie Adolf Eichmann, biurokrata, który widział jedną egzekucję pod Mińskiem i niemal zemdlał, oraz Rudolf Lange, dowódca Einsatzkommando 2, który nadzorował rozstrzelanie dwudziestu czterech tysięcy Żydów z getta ryskiego. Heydrich celowo zaprosił Langego, potrzebował świadka wykonalności. Cała logika tej konferencji polegała na tym, że metoda Langego nie skalowała się na jedenaście milionów. Nie z powodów moralnych, bo Józefów i inne miejsca udowodnły, że moralne hamulce nie działają. Powodem była  logistyka mordu: amunicja, czas, organizacja transportu ciał.

Rozwidlenie: Niemcy odpowiedzieli technologią, Sowieci ludźmi

Niemiecki system przeszedł do modelu przemysłowego ze względu na skalę: jedenastu milionów ludzi nie da się rozstrzelać ręcznie w akceptowalnym dla aparatu czasie. Obóz zagłady działa jak fabryka – surowiec, transport, selekcja na rampie, komora gazowa, krematorium. System wymaga podziału pracy na każdym etapie. Eichmann nie widział trupów, widział harmonogram i rozkłady jazdy Reichsbahn

Sowieci nigdy nie dokonali tego przejścia. I nie dlatego, że skala była mniejsza, bo nie była. Wielka Czystka 1937–1938 to setki tysięcy rozstrzelanych w samej tylko operacji 00447, tajnym rozkazie Jeżowa z 30 lipca 1937 roku, który wyznaczał regionalne limity egzekucji na „byłych kułaków, kryminalistów i inne elementy antysowieckie” – z góry ustalone kontyngenty ludzi do rozstrzelania i ludzi do łagru, rozdzielone jak plany produkcyjne na każdą republikę i każdy obwód. Planowano 76 tysięcy egzekucji, ale lokalni szefowie NKWD, rywalizując o gorliwość, sami prosili o podwyższenie limitów, a Jeżow je zatwierdzał.

Do końca 1938 roku w ramach tej jednej operacji rozstrzelano niemal 387 tysięcy ludzi, a dalsze 380 tysięcy wysłano do łagrów. Wyroki wydawały trójki – trzyosobowe pozasądowe ciała, które w ciągu pół dnia rozpatrywały po kilkaset spraw, bez obecności oskarżonych, bez obrony, bez odwołania. A stalinowski terror lat trzydziestych jako całość to miliony ofiar. Porównanie z Holokaustem dotyczy tu wyłącznie skali liczbowej i metod zabijania, nie hierarchii cierpienia, której nie sposób ustalić i która nie jest przedmiotem tego tekstu. Sowieci operowali na porównywalnej skali i zrobili to bez żadnej technologii przemysłowej. Bez komór gazowych, bez Zyklon B, bez krematoriów. Piwnice, pistolety, doły w lasach. Ręcznie.

Nie potrzebowali fabryk śmierci, bo ich system produkował dostateczną liczbę ludzi gotowych strzelać trzysta razy w ciągu nocy, dwadzieścia osiem nocy z rzędu, bez wódki, bez załamania, bez protestu. Błochin nie zemdlał jak Eichmann pod Mińskiem. Nie pił przed robotą jak większość katów NKWD. Pił herbatę.

Amon Göth, komendant obozu Płaszów, człowiek który strzelał do więźniów z balkonu swojej willi , był pewengo rodzaj anomalią w niemieckim systemie. Sadysta, alkoholik, aresztowany przez własny aparat SS za korupcję. System go odrzucił, bo jego osobista brutalność odsłaniała prawdę, którą system wolał zakryć komorami gazowymi. Göth to Błochin, którego jego własny system uznał za patologię. A Błochin to Göth, którego jego system uczynił generałem. W tym rozróżnieniu kryje się coś zasadniczego: Niemcy zbudowali maszynę do zabijania, a Sowieci zbudowali ludzi do zabijania. Model niemiecki jest technologiczny i zawodzi, gdy zawodzi infrastruktura. Model sowiecki jest antropologiczny i zawodzi tylko wtedy, gdy zabraknie ludzi gotowych strzelać. A tych nigdy nie brakowało.

Trzeci model: Syberia, czyli zbrodnia bez zbrodniarza

Sowiecki system miał jeszcze trzecią metodę, i ona jest najstraszniejsza, bo nie wymaga ani technologii, ani katów. Wymaga tylko geografii i biurokracji.

Deportacja 1,2 miliona Polaków w latach 1940–1941. Deportacje Czeczenów, Tatarów krymskich, Niemców nadwołżańskich, Koreańczyków, Inguszów – całe narody załadowane w bydlęce wagony i wysłane w miejsce, gdzie mróz, głód i odległość wykonują robotę za kata. Z Kresów do Irkucka jest ponad 8 tysięcy kilometrów. Strzelano wprawdzie – „szag lewo, szag prawa, budu strielat” przy próbie uczieczki – ale nie trzeba było strzelać do wielu – kto będzie uciekał gdy w wagonie zostaje jego żona i dzieci, a dookoła śmiertelny mróz?. Wystarczyło załadować ludzi w wagony i czekać. Dzieci w transporcie, starcy wyrzucani z wagonów wprost na step przy torowisku w Kazachstanie, przy minus czterdziestu stopniach. Ludzie umierali w drodze i na miejscu, z zimna, z głodu, z chorób, z wyczerpania. 

Łagry i praca przymusowa o głodzie, przy “strojkach socjalizma”. To była maszynka do mielenia ludzi, ale o innym charakterze niż niemieckie obozy koncentracyjne – kacety. We Flossenburgu, Gusen czy Auschwitz I – najbardziej morderczych dla więźniów politycznych – praca przymusowa była traktowana przez Niemców jako element tortury i eksterminacji. Przez Rosjan Gułag był elementem infrastruktury gospodarczej całego państwa. W Niemczech i okupowanej Europie praca więźniów kacetów dopiero w drugiej połowie wojny stała sie istotnym elementem gospodarczym do produkcji broni i materiałów wybuchowych – Zakłady Monowitz, Dora, fabryka samolotów Focke–Wulf w Malborku, czyli Marienburgu – to tylko przykłady

W modelu sowieckim – Syberia, mróz, step, tajga, albo łagier – sprawca znika całkowicie. Nie ma Błochina w fartuchu. Nie ma komory gazowej. Nie ma nawet listy egzekucyjnej, jest lista deportacyjna, decyzja administracyjna, rozkaz przesiedlenia, wkaźnik wydajności przy wyrębie tajgi. Biurokrata podpisuje dokument, pociąg odjeżdża, a za trzy miesiące połowa transportu nie żyje. Kto zabił? Mróz. Tyfus. Brak jedzenia. Praca ponad siły by wyrobić normę. Nikt nie pociągnął za spust. Syberia jest najdoskonalszym instrumentem sowieckiego ludobójstwa, bo realizuje mord bez mordercy. A system, który potrafi mordować bez mordercy, nigdy nie stanie przed trybunałem, bo trybunał nie ma kogo osądzić.

Istnieją więc trzy odrębne modele ludobójczego działania. Niemiecki, technologiczny: fabryka śmierci, komora gazowa, krematorium, Zyklon B, sprawca ukryty za maszyną, zabija infrastruktura. Sowiecki rzemieślniczy, katyński: piwnica, pistolet, człowiek w skórzanym fartuchu, sprawca bezpośredni, zabija ręka. I wreszcie sowiecki systemowy, syberyjski: wagon bydlęcy, tajga, minus pięćdziesiąt stopni, sprawca nieistniejący, bo zabija geografia, a państwo jedynie umieszcza ludzi w warunkach, w których umieranie jest statystyczną pewnością, po czym twierdzi, że to nie było zabijanie, lecz przesiedlenie.

Zachód miał Norymbergę dla twórców systemu przemysłowego zabijania, ale zimna wojna uratowała większość operatorów fabryk śmierci, bo byli potrzebni do konfrontacji z Moskwą, a RFN chroniła ich systemowo – denazyfikacja okazała się w fikcją. Nawet pobieżna kwerenda ostatnio ujawnionych archiwów akt członków NSDAP i SS pokazuje, że większość zbrodniarzy uniknęła kary. Zachód zsyntetyzował to doświadczenie myślą Arendt o banalności zła. Dla Syberii nie ma nic, bo Syberia jest zbrodnią, która udaje klimat.

Rosja jako potwór, który sam siebie nie rozpoznaje

Głupi pseudopatriotyzm, pod pretekstem miłości do narodu, chce go trzymać na drodze narodowego egoizmu – czyli życzyć mu zła i śmierci. To napisał Władimir Sołowiow, jedyny rosyjski myśliciel XIX wieku, który próbował Rosję ostrzec przed nią samą. Filozof, którego wpływ na rosyjską myśl porównywano z wpływem Newmana na myśl anglosaską, bliski przyjaciel Dostojewskiego, człowiek, którego wielokrotnie przywoływał Jan Paweł II. Nacjonalizm, pisał Sołowiow, jest dla narodów tym, czym egoizm dla jednostki. To nie była metafora. To była diagnoza strukturalna – czym jest Rosja. Rosja w jego wizji miała misję uniwersalną: zjednoczyć chrześcijaństwo, przekroczyć fragmentację, stać się pomostem między Wschodem a Zachodem. Ale warunkiem tej misji było wyrzeczenie się narodowego egoizmu. Rosja tego nie zrobiła. Sołowiow został zapomniany, a raczej przywłaszczony przez tych, przed którymi ostrzegał.

Rosja nie wyrzekła się narodowego egoizmu. Zrobiła coś sprytniejszego: nadała mu nazwę internacjonalizmu, dokładnie tak, jak w operacjach środków aktywnych zamienia się znaczenia słów, żeby ukryć prawdziwe intencje. „Wyzwolenie narodów” znaczyło podbój. „Braterstwo ludów” znaczyło podległość. „Internacjonalizm” znaczył imperializm rosyjski w nowym opakowaniu. Problem nie leży w nacjonalizmie jako takim, bo patriotyzm i troska o własny naród są naturalne i konieczne. Problem leży w konkretnym typie nacjonalizmu, który Feliks Koneczny nazwał cywilizacją turańską: cywilizacją obozu wojskowego, w której państwo jest właścicielem ludzi, a nie ich narzędziem.

Rosyjski i niemiecki nacjonalizm wywodzą się z tego samego źródła, z cywilizacji, która nie zna pojęcia osoby jako podmiotu praw. W przypadku Niemiec, a ściślej Prus, które podbiły całe Niemcy, ta turańska osnowa została częściowo wypolerowana przez kulturę łacińską. Turańskość prusactwa może się wywodzić ze sposobu, w jaki powstało to państwo: poprzez eksterminację rdzennej ludności, w Brandenburgii słowiańskiej, a na wschodzie bałtyckich Prusów. W przypadku Rosji turańska osnowa nie została wypolerowana nigdy. Sołowiow to widział. Ale widział też coś głębszego, coś, co wykracza poza politykę i sięga do samej struktury rosyjskiej duchowości. Prawosławny cezaropapizm, system, w którym władza świecka i duchowa zlewają się w jedno, produkuje specyficzny fatalizm moralny. Jeśli car jest namiestnikiem Boga, to rozkaz cara jest wolą Bożą. A jeśli rozkaz jest wolą Bożą, to wykonawca nie ponosi osobistej odpowiedzialności. Wina zostaje oddzielona od osoby: nie ja zrobiłem, lecz tak się stało. Po rosyjsku jest na to jedno słowo: słuczyłos’. „Stało się.” Nie: zrobiłem. Nie: zabiłem. Stało się, jak deszcz, jak powódź, jak pożar. Błochin nie „zamordował siedmiu tysięcy ludzi”. Słuczyłos’. Wykonał zadanie specjalne. Soprunienko nie „podpisał listy śmierci”. Słuczyłos’. Wypełnił rozkaz.

Ten mechanizm nie jest historyczny, jest żywy. W 2022 i 2023 roku, gdy w internecie pojawiły się filmy z przesłuchań rosyjskich żołnierzy w ukraińskiej niewoli, świat usłyszał dokładnie to samo słowo. Dlaczego strzelałeś do cywilów? Słuczyłos’. Dlaczego wszedłeś do cudzego domu? Był rozkaz. Dlaczego zabiłeś? Nie ja zabiłem, tak się stało.

Niemieckie „ja tylko wykonywałem rozkazy” brzmi podobnie, ale jest czymś zupełnie innym. Niemiecka obrona opiera się na biurokratycznej hierarchii: nie jestem winny, bo byłem trybikiem w maszynie. To jest alibi proceduralne. W rosyjskiej mentalności mechanizm sięga głębiej: metafizyczną winę zaciąga ten, kto wydaje rozkaz, a wykonawca jest czysty, bo wina naprawdę nie jest jego, została bowiem przeniesiona na wyższą instancję w momencie wydania rozkazu. Wykonawca heroicznie poddaje się wyrokom Opatrzności, Pierwszego Sekretarza albo Putina – i jest w tym akcie posłuszeństwa czysty.

Dlatego rosyjski żołnierz może z tobą pić wódkę i traktować cię jak brata, a potem strzelić ci w tył głowy, bo nie ma tu koniunkcji między czynem a winą. Czyn jest jego, wina nie. To nie jest cynizm, to jest struktura poznawcza, w której sumienie indywidualne zostało zastąpione przez posłuszeństwo wobec instancji – cara, partii, państwa. A gdy go spytać dlaczego to zrobił odpowie – słuczyłos’ ja był nie w duchie – nie byłem w nastroju. Zarubin pożyczał polskim oficerom książki Churchilla i rozmawiał z nimi po francusku, a potem klasyfikował ich do śmierci, i nie widział w tym sprzeczności, bo sprzeczności nie było. Rozkaz przyszedł z góry. Wina poszła z rozkazem.

Sołowiow chciał tę strukturę rozbić. Chciał, żeby Rosja uznała jednostkę za podmiot odpowiedzialności, tak jak robi to cywilizacja łacińska, w której sumienie jest indywidualne, a wina osobista. Rosja tego nie zrobiła. I dlatego może produkować Błochinów, ludzi, którzy strzelają trzysta razy w ciągu nocy i nie czują winy, bo wina nie jest ich, jest systemu, a system jest wolą wyższej instancji, a wyższa instancja jest Rosją, a Rosja jest misją. Dlatego Rosja może wysyłać morderców z polonem na Zachód, albo bombardować ukraińskie szkoły – pilot samolotu nie zaciąga winy osobistej.

Sołowiow przewidział to w Opowieści o Antychryście z 1900 roku: świat, w którym pozorne dobro – humanitaryzm, pokój, ekumenizm – jest narzędziem zła, bo służy człowiekowi, który odmawia uznania czegokolwiek wyższego od siebie.

Katyń jest produktem tego samego mechanizmu, który Sołowiow zdiagnozował 40 lat wcześniej. Rosja, która uważa się za naród-mesjasza, nie może zaakceptować istnienia innego narodu z własną tożsamością duchową i militarną. Polscy oficerowie nie byli groźni wojskowo, lecz ontologicznie: stanowili dowód, że można być narodem z elitą, kulturą i pamięcią bez Rosji i wbrew Rosji. Dlatego musieli zginąć jako zagrożenie dla rosyjskiego wyobrażenia Rosji o sobie samej.

Sołowiow zaciekle sprzeciwiał się poczuciu narodowej wyjątkowości, a mimo to, a raczej właśnie dlatego, został przywłaszczony przez tych, którym się sprzeciwiał. Jego uczniowie odwrócili jego przesłanie: z krytyki rosyjskiego egoizmu zrobili uzasadnienie rosyjskiego mesjanizmu. Samokrytyka została przetworzona w reinterpretację, a reinterpretacja w sakralizację tego, co miało być potępione – ideologiczna matrioszka, której każda kolejna warstwa odwraca sens poprzedniej.

Rosja Sołowiowa to nie kraj, który świadomie wybrał zło. To kraj, który utracił zdolność rozpoznania zła w sobie, bo przekształcił je w misję. Błochin nie jest potworem mimo rosyjskiej kultury. Błochin jest możliwy dzięki niej, dzięki systemowi, w którym służba imperium uświęca każdy akt, łącznie z masowym mordem.

Konflikt między Rosją a Polską jest w tym sensie nieunikniony i strukturalny, i nie sposób go rozwiązać negocjacjami, bo jego źródłem nie jest sprzeczność interesów gospodarczych czy terytorialnych. Źródłem jest różnica w sposobie rozumienia tego, czym jest człowiek wobec władzy, i sięga ona głębiej niż Iwan Groźny, choć to on nadał jej formę państwową.

Moskwa jest produktem dwustu pięćdziesięciu lat posłuszeństwa chanowi. Książęta ruscy, by utrzymać władzę, pielgrzymowali do Saraju nad Wołgą, stolicy Złotej Ordy, gdzie musieli przebierać się w mongolski strój, przechodzić między płomieniami, klęczeć i błagać o jarłyk, czyli pozwolenie na rządzenie we własnym księstwie. Jarłyki dostawali ci, którzy obiecali największą daninę i dawali najlepsze gwarancje trzymania ludności w ryzach. Jak pisał Karamzin, najwyższą cnotą polityczną stała się „nikczemna przebiegłość niewolników”. Trwała selekcja naturalna: przeżywali najwięksi oportuniści i okrutnicy. Reszta ginęła.

Prawosławie nie przeciwdziałało temu procesowi, było jego częścią. Mongołowie nie tknęli Cerkwi, bo Cerkiew była im potrzebna: piśmienni duchowni przeprowadzali spisy ludności i zbierali daniny. Aleksander Newski, święty rosyjskiej Cerkwi, świadomie wybrał posłuszeństwo Mongołom przeciw łacińskiemu Zachodowi, uznając chana za zło mniejsze od papieża. To nie był kompromis, to był wybór cywilizacyjny, który trwa do dziś. Głęboki mistycyzm ruskich monasterów, niezwykła duchowość starców i tradycja modlitwy hesychastycznej – to wszystko jest prawdziwe. Ale w punkcie, w którym chodzi o władzę, posłuszeństwo i odpowiedzialność za czyn, Rosja pozostała tatarska. Stepowe posłuszeństwo wodzowi przetrwało chrzest, wykorzystał je Piotr Wielki – modernizator Rosji, przetrwało rewolucję, bo bolszewizm odziedziczył po chanatach to, co było mu najpotrzebniejsze: absolutne posłuszeństwo centrum.

Komunizm nałożył na tę strukturę coś, czego brakowało: moralne usprawiedliwienie. Chan nie potrzebował uzasadnienia, brał, bo mógł. Car miał legitymację boską, ale ograniczoną do sfery sakralnej. Komunizm dostarczył coś potężniejszego, walkę o sprawiedliwość społeczną. Teraz posłuszeństwo wodzowi nie było niewolnictwem, było bohaterstwem. Mordowanie nie było zbrodnią, było koniecznością dziejową. Stalin podziwiał Iwana Groźnego i kazał historykom przedstawiać go jako męża stanu troszczącego się o dobro państwa. Linia jest nieprzerwana: od chana przez cara przez sekretarza generalnego po prezydenta. Zmienia się tytuł. Struktura posłuszeństwa pozostaje ta sama.

Polska jest zaprzeczeniem tego modelu i dlatego stanowi dla Rosji zagrożenie nie wojskowe, lecz egzystencjalne. Polska zbudowała się na zasadzie odwrotnej: wolność szlachecka, prawo oporu, Nihil noviliberum veto. W polskim modelu władza pochodzi od wspólnoty i jest ograniczona prawem. W rosyjskim władza pochodzi od wodza i ogranicza prawo. To nie jest spór o granice, lecz o to, czy człowiek jest podmiotem, czy narzędziem. I dlatego Katyń nie był epizodem, był logiczną konsekwencją systemu, w którym dwadzieścia dwa tysiące ludzi można zamordować rozkazem, bo rozkaz jest jedynym prawem, a sumienie indywidualne nie istnieje. I jest Katyń aktualnym ostrzeżeniem, bo Rosja, która go popełniła, nie przestała mordować. Bucza, doły śmierci rozsiane po okupowanej Ukrainie, które dopiero odkryjemy.”

Wasilij Mironow – zdrajca wśród zdrajców

Wasilij Mironow, oficer NKWD, sam uczestniczył w przesłuchaniach jeńców ze Starobielska i w ich egzekucjach w Charkowie. Ale w przeciwieństwie do reszty aparatu, nie potrafił żyć z tym, co zrobił.

W 1943 roku, będąc oficerem NKWD w Stanach Zjednoczonych, napisał anonimowy list do szefa FBI, denuncjując Zarubina i całą sowiecką siatkę szpiegowską. List był częściowo motywowany osobistą nienawiścią do Zarubina, częściowo paranoją, bo Mironow oskarżał też Zarubina o pracę dla Japończyków, a jego żonę o pracę dla Niemców. Ale za paranoją kryło się coś innego: poczucie winy. Mironow sam napisał, że Zarubin „przesłuchiwał i rozstrzeliwał Polaków w Kozielsku, Mironow w Starobielsku”. To było jednoczesne doniesienie i wyznanie.

W sierpniu 1944 Zarubin, jego żona i Mironow zostali odwołani do Moskwy. Śledztwo ustaliło, że zarzuty Mironowa wobec Zarubina są bezzasadne. Mironowa aresztowano za pomówienie. Na procesie uznano go za schizofrenika. Wysłano go do łagru.

W 1945 roku Mironow próbował przemycić z więzienia do ambasady USA w Moskwie dokumenty dotyczące masakry katyńskiej. Złapano go. Osądzono ponownie. Rozstrzelano. Mironow to jedyny znany przypadek, w którym mechanizm zbrodni sam siebie denuncjuje. Człowiek, który próbował powiedzieć prawdę o potworze od wewnątrz, i którego system za to zabił, bo w logice tego systemu ujawnienie mordu jest zbrodnią cięższą niż sam mord.

Dlaczego Polska powinna znać te nazwiska

Katyń to Soprunienko przy telefonie, Zarubin przy przesłuchaniu, Błochin w skórzanym fartuchu. To stu dwudziestu pięciu funkcjonariuszy NKWD, których Nikita Pietrow z Memoriału zidentyfikował po nazwisku na podstawie listy osób nagrodzonych za udział w „operacji specjalnej” w kwietniu 1940 roku. Żaden z nich nie został osądzony.

Dopóki nie rozumiemy, że sowiecki model zła różni się od niemieckiego, że jest to raczej profesjonalizacja niż banalność, raczej rzemiosło i geografia niż fabryka, nie rozumiemy, z czym mamy do czynienia. Putin nie jest „nowym Hitlerem”. Jest kontynuacją sowieckiego modelu, w którym zło jest metafizyczne (nawet dla ateistów), bezpośrednie i dumne z siebie.

Dopóki Rosja nie przejdzie przez to, czego Sołowiow od niej wymagał, wyrzeczenie się narodowego egoizmu, będzie produkowała kolejnych Błochinów, bo nie potrafi rozpoznać zła w sobie.

I jeden fakt, który powinien być w każdym polskim podręczniku: Wasilij Zarubin, człowiek który jesienią 1939 roku klasyfikował w Kozielsku polskich oficerów do śmierci, dwa lata później siedział w Waszyngtonie jako rezydent sowieckiego wywiadu, kradnąc sekrety atomowe i budując siatkę agentów wpływu w samym środku zachodniego imperium. Zachód tego nie widział mimo, doniesienia Mironowa, bo widza wymagałaby konsekwencji, a konsekwencje kosztują, a Sowiety były sojusznikiem.

Zarubin po powrocie do Moskwy został zastępcą szefa wywiadu zagranicznego i nielegalnego. Jako legendarny rezydent, który wykradł sekrety atomowe, był żywą ikoną aparatu. Umarł w 1972 roku w swoim łóżku, z orderami. Nikt go nigdy nie zapytał o Kozielsk. A do Moskwy przez dekady przyjeżdżali kadrowi oficerowie wywiadu i bezpieki PRL, na kursy, na tak zwane doskonalenie. Przekazy mówią o lokalach kontaktowych, nie o salach wykładowych. Moskwa ich rozpoznawała, podsuwała kompromaty, uwiązywała w sieci, z której nie było wyjścia. Czy któryś z nich spotkał Zarubina? Nie wiemy. Ale wiemy, że życiorysy ludzi z tego aparatu, splecione z Moskwą na dziesiątki sposobów, były dokładnie tym, czego w latach dziewięćdziesiątych nikt w Polsce nie chciał ciągnąć.

Że nie jest to abstrakcja, świadczy kariera rodziny Sznepfów: porucznik Maksymilian Sznepf uczestniczył w Obławie Augustowskiej, operacji NKWD zwanej „Małym Katyniem”, a potem służył w wywiadzie wojskowym PRL w Zarządzie II Sztabu Generalnego, podległym GRU. Jego żona Alicja była funkcjonariuszką Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, zwalczającą podziemie niepodległościowe. Krewny Oswald jako sędzia wojskowy wydał co najmniej kilkanaście wyroków śmierci na Żołnierzy Wyklętych. Nikt z rodziny nie został ukarany. A syn, Ryszard Schnepf, został ambasadorem III RP w Waszyngtonie.

Jest jeszcze jedna zbieżność, o której polscy historycy, nawet zawodowi, nie piszą. W latach 1951–1952, gdy komisja Maddena w Kongresie USA przesłuchiwała świadków masakry katyńskiej, w tym profesora Stanisława Swianiewicza, jedynego ocalałego z Kozielska, i Józefa Czapskiego, który latami szukał zaginionych oficerów, ambasadorem ZSRR w Waszyngtonie został mianowany Georgi Zarubin. Nie Wasilij, lecz Georgi. Inne imię, to samo nazwisko.

Wasilij Zarubin przesłuchiwał polskich oficerów w Kozielsku i klasyfikował ich do śmierci. Georgi Zarubin, sowiecki dyplomata, siedząc kilka mil od sali przesłuchań komisji Maddena, nazywał Katyń „nazistowską masakrą” i protestował przeciwko wysiłkom kongresmenów. Prezydent Truman, zapytany na konferencji prasowej, dlaczego przyjął nominację Zarubina zanim wyjaśniono jego ewentualny związek z Katyniem, odpowiedział, że to kwestia kurtuazji dyplomatycznej. Czy zbieżność nazwisk była przypadkiem? Czy Moskwa nie wiedziała, jaki efekt wywoła nazwisko „Zarubin” w kontekście zeznań o Katyniu? To pytanie, na które nikt w Polsce nie próbował odpowiedzieć.

Dekapitacja przyszłości

W 1938 roku w całej Polsce było około pięćdziesięciu tysięcy osób z pełnym wyższym wykształceniem. Katyń usunął z tej warstwy niemal połowę. Z dwudziestu dwóch tysięcy zamordowanych większość miała wyższe wykształcenie, bo właśnie to było kryterium selekcji. To nie rangę wojskową sprawdzał Zarubin podczas przesłuchań w Kozielsku. Sprawdzał wykształcenie, zawód, postawę. Inżynier, chemik, lekarz, prawnik, nauczyciel – każdy, kto rozumiał materialne podstawy istnienia państwa, był klasyfikowany jako „zatwardziały wróg władzy sowieckiej”. Ofiary Katynia reprezentowały czterdzieści cztery różne zawody.

Józef Marcinkiewicz, trzydziestoletni matematyk, profesor Uniwersytetu Poznańskiego, publikujący po angielsku i francusku. Jego twierdzenie interpolacyjne jest dziś standardem analizy funkcjonalnej na całym świecie. Stefan Kaczmarz z Politechniki Lwowskiej, twórca algorytmu, który dziś jest podstawą tomografii komputerowej. Specjaliści z Instytutu Technologii Uzbrojenia i Instytutu Przeciwgazowego – ludzie, którzy budowali zdolności obronne państwa, które dopiero co odzyskało niepodległość. Siedemdziesiąt procent jeńców z Kozielska to oficerowie rezerwy z inteligencji – ludzie, którzy w cywilu projektowali mosty, leczyli, uczyli chemii i prowadzili fabryki.

Nie wiemy, czego Polska nie ma, bo nie wiemy, co ci ludzie by zrobili. Marcinkiewicz miał trzydzieści lat – co by zrobił mając pięćdziesiąt? Kaczmarz wynalazł algorytm, który umożliwia tomografię – kto z tych kilkuset inżynierów miał w głowie coś równie ważnego? Nie wiemy. Nigdy się nie dowiemy. To jest właściwy wymiar Katynia: nie tylko mord, ale dekapitacja przyszłości. Równoległa niemiecka AB–Aktion likwidowała polską inteligencję w Generalnym Gubernatorstwie. Obaj okupanci jednocześnie amputowali narodowi przyszłość z dwóch stron.

To nie jest tylko historia. To jest pytanie o dziś. Naród, któremu zabraknie ludzi rozumiejących, jak działa energetyka, przemysł, chemia i obrona, jest narodem bezbronnym, niezależnie od tego, czy tę warstwę usunięto strzałem w tył głowy, czy pozwolono jej wyparować przez zaniedbanie.

Maciej Świrski

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 13 kwietnia 2026