Jan ŚLIWA: „Nasza demokracja” a demos

„Nasza demokracja” a demos

Photo of Jan ŚLIWA

Jan ŚLIWA

Pasjonat języków i kultury. Informatyk. Publikuje na tematy związane z ochroną danych, badaniami medycznymi, etyką i społecznymi aspektami technologii. Mieszka i pracuje w Szwajcarii.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

W dyskusji o demokracji pojawiają się standardowe frazesy, które są irytujące, o ile je w potoku drewnianego języka w ogóle dostrzegamy. Są to np.: „autorytaryzm” i „prawicowy populizm / nacjonalizm / tradycjonalizm / katolicyzm”. Słowo „prawica” jest tu negatywne, jak gdyby Europa nie doznała lewicowej dyktatury oraz lewicowego terroryzmu. Do słowa „prawica” można dodać „skrajna”, bez precyzowania, czym się różni od mniej skrajnej – pisze Jan ŚLIWA

.Uwaga: piszę to w dużej mierze z perspektywy niemieckiej, jako że Niemcy to kraj wciąż najsilniejszy w Unii oraz najwięcej się tam dzieje. Seria wyborów regionalnych (najbliższe – patrz: „Wybory w Berlinie i Meklemburgii-Pomorzu Przednim 2026 pokażą przyszłość Niemiec”.) mocno wstrząsa stabilną dotąd strukturą. Jak to często bywa, wstrząsy w Niemczech będą miały konsekwencje dla całej Unii. Wiele krajów, zwłaszcza Europy Środkowo-Wschodniej, ma silne związki gospodarcze z Niemcami, niejeden rząd ma tam swojego sponsora. Teraz może się to wszystko poprzewracać jak kamyki w kalejdoskopie. Wygrają kraje, które mają stabilną sytuację wewnętrzną i kompetentny rząd, który potrafi przejść przez ten sztorm, dbając o narodowe interesy. Nie ma takich krajów wiele. Najgorzej wyjdą na tym kraje posiadające dwuwładzę z dwoma zaciekle zwalczającymi się ośrodkami. Ale to przecież wszyscy wiemy co najmniej od XVIII wieku.

Demos contra populus, czyli Afrodyta piękniejsza od Wenus

.Z punktu widzenia lingwistycznego dyskusja o populizmie i demokracji zaczyna się od pomieszania pojęć. Ponieważ grecki demos to łaciński populus (podobnie jak Afrodyta to Wenus), rozróżnianie między jednym a drugim nie ma sensu. Populizm to po pierwsze dbałość o dobro ludu, co jest obowiązkiem każdego polityka. Pamiętajmy: polityk jest urzędnikiem wynajętym i opłacanym przez lud. Termin ten używany w sensie negatywnym oznacza oszukiwanie ludu, czyli demagogię. Zlepienie tych znaczeń pozwala na sugestię, że każdy, kto twierdzi, że dla polepszenia sytuacji ludu da się coś zrobić, jest demagogiem, oszustem.

Zaawansowani rozróżniają greckie pojęcia laos (lud, zwłaszcza powiązany etnicznie), demos (świadomy naród) oraz ochlos (łatwy do manipulacji motłoch). „Demokraci”, walczący z populizmem, sugerują, że to oni reprezentują ten świadomy i wykształcony demos, a demagogią zajmują się populiści. Można by to przyjąć, ale trzeba by było na spokojnie określić, kto jest kim. Tymczasem „demokraci” określają się tak sami i uważają, że to wystarczy. Jeżeli głosuję na partię, której zwolennicy to „młodzi, wykształceni z wielkich miast”, to ubędzie mi w ten sposób lat, przybędzie dyplomów, a za oknem pojawi się panorama Manhattanu.

Pomieszanie pojęć jest chytrą metodą prowadzenia dyskusji, a kto kontroluje pojęcia, ten kontroluje sposób myślenia, a posiadając szkoły i dominujące media, może wciskać do głów, co dusza zapragnie. Podpisałby się pod tym Stalin, wielki językoznawca. Ale z bezsensu można wywieść wszystko (i o to chodzi). Prawo Dunsa Scotusa powiada: Ex falso quodlibet, czyli „Z fałszu wynika cokolwiek”. Jeżeli zaczniemy „rozumowanie” od sprzeczności, możemy „udowodnić” cokolwiek, nawet feministyczną glacjologię (istnieje naprawdę; Carey i Jackson, 2016).

W dyskusji o demokracji pojawiają się standardowe frazesy, które są irytujące, o ile je w potoku drewnianego języka w ogóle dostrzegamy. Są to np.: „autorytaryzm” i „prawicowy populizm / nacjonalizm / tradycjonalizm / katolicyzm”. Słowo „prawica” jest tu negatywne, jak gdyby Europa nie doznała lewicowej dyktatury oraz lewicowego terroryzmu. Do słowa „prawica” można dodać „skrajna”, bez precyzowania, czym się różni od mniej skrajnej. Jest też słowo „reakcyjny” (réactionnaire) – skamielina z czasów stalinizmu, zachowała się głównie we Francji, przypomina mi młodość moich Rodziców. Często pojawia się „obóz demokratyczny” i oznacza „nas”, nawet jeżeli jego celem jest wyeliminowanie połowy wyborców z życia publicznego. Obserwowałem mimikę tak mówiących – naprawdę nie widzą tu hipokryzji. Wszystko im się zgadza, ponieważ mówią o „naszej demokracji”, czyli ich własnej. No i oczywiście wszechobecni panowie: Hitler i Putin. Przy wszystkich tych słowach słuchaczowi powinna się zapalać czerwona lampka.

Stan dyskusji – co (już) wolno powiedzieć

.Co jakiś czas pojawiają się książki o upadku demokracji i zagrożeniu populizmem. Klasykiem jest książka Anne Applebaum o autokracji, ale podobnych jest wiele. Zagrożenie w nich pojawia się z faszyzującej prawej strony. Autokraci niszczą instytucje demokratyczne, prześladują niezależne media, przejmują sądownictwo i jako kleptokraci rozkradają majątek narodowy. Ich wyborcy są prostaccy i niewykształceni, piją piwo, oglądają sport w telewizji i chodzą do kościoła albo na siłownię. Boją się wszystkiego, co obce, łatwo w nich wzbudzić nienawiść. Wyciągają wtedy bejsbola i idą na pogrom. Są brudni i nieogoleni. Roznoszą też tyfus… wróć! Tyfus roznosili inni, równie znienawidzeni.

Połowa z tych książek przedstawia na okładce zagniewanego i aroganckiego Donalda Trumpa. Lista szwarccharakterów jest dość stała, przy czym Viktor Orbán występuje częściej niż Jarosław Kaczyński, jako że ma prostsze nazwisko. Czasem Polska się jednak pojawia. Dla mnie to papierek lakmusowy. Jeżeli widzę upadek demokracji w Polsce po 2015, a jej przywracanie po 2023 roku, to mam już swoje zdanie (ktoś inny może mieć przeciwne). Jeżeli Pascal Boniface, francuski guru geopolityki, w kontekście wyboru Karola Nawrockiego pisze, że to powrót skrajnej prawicy, to nie muszę dalej czytać. Może on jednak mieć sensowne poglądy na inne tematy, kto wie? Niemniej są to wariacje na temat, w dość wąskim i przewidywalnym zakresie. Jeżeli więc planowaliście, Drodzy Czytelnicy, nabyć któreś z tych dzieł, to wszystko już o nich wiecie, zaoszczędziliście sporo pieniędzy.

Wielu jednak – podobnie jak ja – czuje, że w tym prostym obrazie czegoś brakuje. Powstaje pytanie, czy to inni się mylą, czy może to ja jestem szalony. Podobnie jest, jeżeli na autostradzie krytykuję wjeżdżających na mnie kierowców, ale faktycznie to ja jadę pod prąd. Ale nie jestem sam. Od jakiegoś czasu pojawiają się prace przedstawiające niedoskonałości demokracji liberalnej i demaskujące demagogiczne chwyty antypopulistów. Ważnym takim chwytem jest zawstydzanie. Antypopuliści stoją z boku i definiują populistów tak, by łatwiej było w nich uderzyć – klasyczne budowanie chochoła. Obserwują populistów jak zwierzęta w zoo albo ludy prymitywne w dżungli amazońskiej. Samych populistów o nic nie pytają, jako że są to ludzie głupi i źli, wobec czego nie wolno im dawać platformy. Gdy się to ostatnio kilka razy zdarzyło w Niemczech, podniosła się wielka wrzawa. Sprawcą tego byli niezależni publicyści internetowi. Dając niefiltrowany przekaz, naruszają zasady wolności słowa, „naszej” wolności słowa. Zabierze się za nich Komisja Europejska, zwłaszcza przed przyszłoroczną serią wyborów. Jak powiedział klasyk: miała być demokracja, ale nie żeby każdy gadał co chce.

Niemniej jednak coraz więcej książek opiera się temu jednolitemu frontowi. Są to prace poważnych socjologów, choć od dyplomów ważniejszy jest dla mnie rozsądek. Forma książkowa pozwala na systematyczne i spokojne przedstawienie tematu. Zebrałem na końcu artykułu sporą ich listę, jest ona istotną jego częścią. Owszem, można autorów zamilczeć i wykluczyć, tworzą oni już jednak sporą siłę, a myślę tu o sile intelektu, a nie o liczebności.

Zadania demokracji

.Podstawowymi zadaniami demokracji są:

  • realizacja woli ludu,

  • rozwiązywanie problemów w wyniku rzeczowej dyskusji,

  • korekta błędów, zanim doprowadzą do katastrofy,

  • pokojowe przekazywanie władzy.

To ostatnie różni demokrację od dyktatury. W dyktaturze dyktator nie może opuścić swego stanowiska żywy. Dlatego morduje swoich rywali (prawdziwych i wyimaginowanych), aż oni zamordują jego. Tak jest w mafii, tak było w Cesarstwie Rzymskim, tak było za Stalina. Co ciekawe, w obecnych demokracjach liberalnych przekazanie władzy komu innemu wydaje się zadaniem ponad siły. Co jeszcze ciekawsze, oddanie władzy przez autorytarnych prawicowych populistów dwukrotnie (Polska i Węgry) odbyło się dość gładko. No, nie licząc późniejszej fali represji.

W najważniejszych krajach Zachodu rządy sprawują od dekad te same lub podobne siły. Dało im to przekonanie, że nie ma dla nich alternatywy (po niemiecku: Alternativlosigkeit). Dla tego tak prowokacyjna jest nazwa „Alternatywa dla Niemiec”. Za Adenauera hasłem wyborczym było „Żadnych eksperymentów”. I słusznie – nie po to zwyciężył postęp, żeby coś przy nim majstrować. To oczywiście ironia. Dynastia rządząca Niemcami, czyli dom CDU-SPD, tak się przyzwyczaiła do władzy, że demokrację nazywa czule „naszą demokracją”. Nic jednak nie zrobiono z głosowaniami, licząc na trwałą sympatię ludu, a ta wygląda obecnie dla rządzących katastrofalnie. UE ma zamiar wprowadzić kilka instytucji dla „zabezpieczenia demokracji” i „walki z dezinformacją”, co być może rozwiąże ten problem. W tej chwili jednak partia 18-procentowa chce partię 44-procentową otoczyć kordonem sanitarnym. Głupio to wygląda, bo nie wiadomo, kto kogo otacza. Jeszcze dziwniej wyglądają propozycje delegalizacji nowej partii ludowej przez przemijającą partię niszową. Zobaczymy, jak rozwiążą ten problem.

Świadomy demos jako podstawa demokracji

.Przed laty mądre wypracowania zaczynały się od słów: Już starożytni Rzymianie (lub Grecy)… A więc już starożytni Grecy wprowadzili demokrację, ale również oni mieli do niej stosunek krytyczny. W tych czasach demokracja nie dotyczyła oczywiście wszystkich, lecz tylko mężczyzn, do tego wolnych. Platon i Arystoteles wiedzieli, że demokracja jest systemem niestabilnym. Może się z jednej strony przerodzić w tyranię, a z drugiej w rządy motłochu, ochlokrację. Demokracja ma sens jedynie wtedy, gdy mamy prawdziwy demos, uważający się za wspólnotę połączoną wspólnymi celami, przynajmniej w ogólnym zarysie. Demos powinien być zdolny ocenić rozmaite warianty i opierając się na doświadczeniu, po merytorycznej dyskusji wybrać najlepszy.

Tu oczywiście dochodzimy do pytania, czy wszyscy powinni mieć równe prawa, czy optymalny jest system „one man/woman, one vote”. Ale stosowanie kryteriów uczestnictwa wymaga ustalenia, kto je definiuje i kontroluje, a więc prowadzi do demokracji „ulepszonej” – liberalnej, walczącej lub socjalistycznej. Wychowany w tej ostatniej mam awersję do takich pomysłów. Jestem zwolennikiem demokracji bezprzymiotnikowej. Optimum to wariant podstawowy, ustawienia fabryczne. Faktem jednak jest, że to nie działa, gdy grupy społeczne się nienawidzą. Gdy w kraju arabskim (70 proc. szyitów, 30 proc. sunnitów) wprowadzimy wolne wybory, to zawsze wygrają szyici, a potem wymordują lub zniewolą sunnitów.

Czyli znowu – niezbędny jest świadomy demos. Gdy państwo coś niepotrzebnego rozdaje i wygląda to na rozrzutność (np. trzydniowy tydzień pracy), tacy Szwajcarzy sami odrzucą to w referendum. Wiedzą bowiem, że państwo niczego nie daje, i to oni będą musieli za to zapłacić, a najpierw na to zapracować. W poczytnej ostatnio książce Justusa Bendera Niemcy 2033, straszącej rządami „ekstremalnych prawicowych populistów”, referenda są symbolem zła i degeneracji, ponieważ pozwalają na wyzwalanie w masach najniższych uczuć – nienawiści, chciwości i politycznej głupoty. Niemcy to jednak młoda demokracja. Budowa demosu to długotrwały proces, naruszenie go brutalną siłą niszczy wzajemne zaufanie i obraca go wniwecz. Dlatego ten, kto świadomie sieje nienawiść i ogłupia lud, winien jest najwyższej kary. Serio, to nie są puste słowa.

Wyłączone sprzężenie zwrotne

.Wieczne rządy tych samych ludzi ułatwiają unikanie przez dekady rozwiązywania narastających problemów. Rządzący „nie grają o swoją skórę” (no skin in the game). Nie ponoszą odpowiedzialności za swoje czyny – ani karnej, ani politycznej. Stanowią zasoby kadrowe systemu. Tak działała komunistyczna nomenklatura: nie sprawdził się w przemyśle, rzucimy do kultury albo sportu. Ale jest nasz. A materialne konsekwencje ich decyzji dochodzą do nich dopiero, gdy naprawdę wszystko się zawali. Można do końca siedzieć w Führerbunkrze, planować kontrofensywy i czekać na Wunderwaffe. Gigantyczny dług odezwie się po latach, zastąpienie narodu wielokulturową mieszanką później, a zniszczenie edukacji i stworzenie pokolenia półanalfabetów dopiero po dekadach. A twórcy takiej polityki odczują jej skutki na końcu, o ile w ogóle. Na jakąkolwiek korektę będzie oczywiście za późno. By te błędy korygować wcześniej, przydałaby się wolność słowa. Ale jak na razie, gdy ktoś marudzi, tego usłużne media zwyzywają go od populistów, a on zawstydzony pójdzie do kąta. Teraz jednak lud się budzi, bo konsekwencje przestają być teoretyczne.

Walka klas

.Wychowałem się w kraju, gdzie na półkach bibliotek straszyły wielotomowe wydania dzieł Marksa i Lenina, a w poprzek ulic wisiały transparenty głoszące „Idee Lenina wiecznie żywe” oraz „Sojusz z ZSRR gwarancją pokoju”. W zasadzie zostawiłem to za sobą. Ale pytanie, kto na kogo pracuje, kto czerpie zyski bez żadnej odpowiedzialności, a kto zarabia (?) na chleb tym, że się mądrzy i okazuje pogardę uboższym, jest uzasadnione. Czy nazwiemy to walką klas, ma mniejsze znaczenie. Używając terminologii marksistowskiej, można powiedzieć, że najbardziej pasjonuje nas kulturowa nadbudowa, ale w istocie zacząć trzeba od bazy ekonomicznej.

Autorzy używają różnych terminów – mówią o klasie managerskiej, nadprodukcji elit itp. Niemiecki socjolog Helmut Schelsky już w 1975 (pół wieku temu!) opublikował książkę Robotę wykonują inni. Walka klas i władza kapłańska intelektualistów. Pisze on o władzy politycznej i władzy kapłańskiej, a zwłaszcza o władzy „elity refleksyjnej” (Reflexionselite), czyli tych, którzy mają władzę nad językiem i pojęciami, nadają światu sens i przekazują te struktury myślowe społeczeństwu. Istotny jest konflikt między wytwórcami sensu i wytwórcami produktów materialnych. Jak mówi tytuł: robotę wykonują inni, często pogardzani i poniżani. Prości ludzie odczuwają system jako opresyjny. Kradnie się im historię i tradycję, wbija w nich poczucie winy i pogardę dla flagi. Wszystko przychodzi z góry, zmiany kulturowe są narzucone i wymuszone. Nie można być po prostu sobą. Używane wobec nich słownictwo (szarańcza, robactwo, wcielone zło) kojarzy się z III Rzeszą. W zdrowym społeczeństwie pielęgnowane są takie cechy, jak poczucie obowiązku, lojalność, odwaga. Młodzi ludzie mają być wychowywani na obywateli, którzy będą kształtować świat i społeczeństwo. Współczesne szkolnictwo tworzy jednak raczej masę wyalienowanych, samotnych pacjentów psychiatrycznych.

A na górze są fachowcy, eksperci – może wykształceni, ale grający w swojej własnej drużynie. Nazwijmy te klasy wyższe umownie „elitami”, choć słowo to oznacza wybranych i sugeruje, że są lepsi. W jakim sensie lepsi? Wyżej wykształceni, sprawniejsi umysłowo, lepiej rozumiejący zachodzące procesy, znajdujący lepsze rozwiązania – w domyśle: dla dobre wspólnego. Nie tylko lepiej wykształceni, to pewnie mądrzejsi, a więc uczciwsi, jako że prawdziwa mądrość prowadzi do szlachetności. Tak by pewnie powiedział Sokrates. Ale my widzimy, że świat jest inny. I zawsze był, przecież tacy wybrańcy kazali Sokratesowi wypić cykutę. „Ci na górze” to raczej po prostu klasy panujące. Wiemy więc, o czym myślimy, ale dla uproszczenia pozostańmy przy „elitach”.

Proces zawłaszczania władzy przez niewybieralne elity występuje we wszystkich krajach. Również w USA oprócz stanowisk wybieralnych istnieją liczne agencje rządowe, tworzące przepisy istotnie wpływające na życie ludzi. Oczywiście argument merytokracji i rządu fachowców ma sens. Ale rozumowanie to się załamuje, jeżeli do instytucji wymagających fachowości wciska się pociotków i popleczników po linii partyjnej i rodzinnej. Często stanowiska w spółkach skarbu państwa traktuje się jako lenna przyznawane wiernym towarzyszom. Słyszy się, że szwagier X-a z partii A dostał taką fuchę. Ale inaczej dostałby ją kuzyn Y-a z partii B. Problem jest strukturalny – dla czego stanowiska, gdzie się mało robi, a dużo „zarabia”, w ogóle istnieją? Otóż istnieją, ponieważ feudalizm wciąż trwa i ma się dobrze.

Natomiast nawet sprawne instytucje mają skłonność do wiary we własną nieomylność i traktują obywateli jako zło konieczne, jak brzęczące komary przeszkadzające w pracy. Ekstremalnym przykładem jest Unia Europejska. Arogancja eurokratów jest proporcjonalna do ich niekompetencji. Jeżeli mają ochotę na przywileje, to je sobie po prostu biorą. Zmierzają do wprowadzania klauzuli praworządności przy rozdzielaniu funduszy jako zasady. Można w ten sposób ręcznie sterować krajami członkowskimi. Zadziałało to w Polsce, warto kontynuować. Tak to działało do niedawna. Ale lud się budzi, a po wyborach w Niemczech poczuł krew. Trwa wyścig między administracyjnym przekształceniem Unii w Związek Sowiecki 2.0 a parciem ludu do wolności. Kto wygra? Elity są przerażone, mogą spróbować państwa policyjnego. Celem by było niedopuszczenie „populistów” do władzy i totalna inwigilacja. Niestety, takie państwo nie jest konkurencyjne i w końcu przegrywa. Czasem koniec jest krwawy.

Nie jestem entuzjastą gilotyny, ale lubię czasem posłuchać pieśni Ah! ça ira! (Uda się!), najlepiej w mocnym wykonaniu Édith Piaf:

Voilà trois cents ans qu’on nous écrase,

Assez de mensonges et de phrases,

On ne veut plus mourir de faim!

Ah, ça ira, ça ira, ça ira!

Les aristocrates à la lanterne!

(Przez trzysta lat nas uciskają,

Dość kłamstw i pustych obietnic,

Nie chcemy już głodować!

Ach, uda się, uda się, uda się!

Arystokraci na latarnię!)

Z latarni bym zrezygnował, a reszta – czemu nie?

Liberalny altruizm

.Liberałowie przekonani są o swojej wyższości moralnej. Charakterystycznym tematem jest tu stosunek do migrantów. Gotowi są otwierać dla nich granice, ponieważ „żaden człowiek nie jest nielegalny”. Szczególnie mocne jest to w Niemczech, bo różnicowanie ludzi źle się kojarzy. To dziwne, bo przecież inaczej traktujemy ludzi w zależności od dyplomu uczelni, kategorii prawa jazdy czy pozwolenia na broń. W efekcie przy rozdawaniu przywilejów przyjezdni (przejezdni) stoją na pierwszym miejscu, a dla tych, którzy na to całe życie pracowali, zostają resztki. Reakcja jest łatwa do przewidzenia.

Altruizm elit wobec elit nie jest niewinny. Nie jest to „samo-bójcza empatia”, bo koszt ponoszą inni. W ekstremalnym przypadku koszty te obejmują zamachy nożowników i gwałty na nieletnich. Ofiary z ludzi dla bożka różnorodności składane są z przedstawicieli warstw niższych, otoczonych przez „elity” pogardą, fizyczną odrazą lub wręcz nienawiścią. Przerażające są teksty pisane bez skrępowania i cienia refleksji. Kiedyś był to najazd Hunów na obszary przy Bałtyku; ostatnio wylewano żale, że „kiedyś pływali tacy ludzie jak Osiecka, dziś każdy cham może za 200 zeta wynająć jacht”. Ludzie ci, czytając Katarynkę Prusa, dziwiliby się, że bohater (prawnik!) opłacał kataryniarza dla niewidomej dziewczynki, zamiast ją wyeksmitować z atrakcyjnego mieszkania. Analogiczne były reakcje na to, że człowiek z blokowiska ośmielił się zrobić coś sensownego ze swoim życiem. Pani Dulska wciąż żyje – na liberalnej lewicy. Jakbym słyszał (zaktualizowaną) modlitwę faryzeusza patrzącego na celnika z Ewangelii św. Łukasza: „Jakie to szczęście, że nie jestem jak te prymitywy z Podlasia, co słuchają księdza i się boją obcych. Głosuję na Lewicę, czytam Krytykę Polityczną, nie jem mięsa, daję jeden procent na WOŚP”.

Mark Lilla opisuje, jak podatni są intelektualiści na tyranofilię, kult przemocy. Podaje przykłady z prawej i lewej strony. Po prawej najbardziej spektakularnym przykładem jest Martin Heidegger i jego zaangażowanie na rzecz nazizmu, w tym „odżydzania” wyższych uczelni. Z drugiej strony mamy Sartre’a i kolegów, pielgrzymujących do Stalina, Fidela Castro, Mao czy nawet Chomeiniego, odwiedzających w komfortowych warunkach potiomkinowskie wioski, zawsze z biletem powrotnym w kieszeni. Również dziś widzimy intelektualistów i celebrytów niepotrafiących się doczekać widoku wszystkich przeciwników za kratami. Jeżeli ktoś z nich jest chory na raka lub ma autystyczne dziecko w domu, to tym lepiej. Zachęcają, by przeciwnikom dowalić (w oryginale: do***lić) pałą, bez dyskusji, bez chrześcijańskiej miłości. Wszystko w imię wolności, równości, pluralizmu i tolerancji. Strach pomyśleć, co by robili, gdyby naprawdę postawiono kacety i gułagi. Ale wszystko przed nami.

Pod presją spadają maski

.W niemieckim wiele jest użytecznych słów, które nie występują w innych językach. Jednym z nich jest „Schönwetterkapitän” – kapitan na piękną pogodę. Podobnie liberalna demokracja funkcjonuje gładko, jeżeli nie ma kataklizmów, panuje pokój społeczny, a dobrobyt się wytwarza „sam z siebie”. Można wtedy komentować upadek Republiki Weimarskiej i cieszyć się życiem. Bywa jednak, że system zgrzyta. Tak jest teraz.

W Europie, a zwłaszcza w Niemczech, staje gospodarka. Z powodu cen energii fabryki przenoszą się do Chin i Ameryki. Tracone są tysiące miejsc pracy. Kiedyś niemieckie uczelnie techniczne były wzorem dla świata. Teraz nie da się tam napisać niezawodnego oprogramowania dla samochodów elektrycznych. Technika przychodzi z Chin. W dawnych, dobrych czasach zbudowano infrastrukturę, ale jak działała, to ją zaniedbano. Teraz sypią się mosty, a internet jest wolniejszy niż w Kabulu. Sprowadzono miliony migrantów, którzy mieli poprawić demografię i podnieść dochód narodowy. Faktycznie przynoszą koszty i przestępczość. Roztrwoniono mnóstwo pieniędzy, Pomyślmy o takim dialogu:

– Niemcy utracili swoje elektrownie atomowe.

– Przyleciała eskadra bombowców?

– Nie, sami wysadzili w powietrze!

Kiedyś byłaby to dobra scenka dla Monty Pythona, dziś jest to smutna rzeczywistość.

.Kontynowanie przez lata błędów, które są widoczne dla wszystkich, ma swoje przyczyny. Pierwszą jest brak dyskusji i stygmatyzowanie każdego sceptyka jako prawicowego radykała. Drugą jest wieloletnia negatywna selekcja. O ważnych sprawach decydują ludzie, którzy nie wiedzą, czym się różni śrubokręt od młotka, ale wiedzą, jak nie urazić transseksualnego Afro-Niemca. Gdy się bliżej przyjrzeć, niemieckie kadry nie są mądrzejsze od polskich.

A ponieważ szalonych decydentów zaczynają dosięgać konsekwencje ich czynów, zaczyna się robić nerwowo. Zapomniano mianowicie zakazać wyborów. Myślano, że intensywną propagandą i stygmatyzowaniem oponentów da się załatwić sprawę. Ale to przestaje działać. Ile razy można straszyć, że jak wygrają „tamci”, to nadejdzie nowe NSDAP, jeżeli się samemu nic nie potrafi? No i obywatele wybierają jak chcą. Jesteśmy po wyborach w Saksonii-Anhalt. AfD brakują trzy mandaty do stworzenia rządu, może się uda wyłuskać z CDU. W niedzielę głosują mianowicie Meklemburgia-Pomorze Przednie i Berlin. Mocne tam są SPD i komuniści z Die Linke, ale CDU zmierza do katastrofy, może nawet wypaść z Landtagu. Posłowie mają więc ochotę na strategię „ratuj się, kto może”. Ale kierownictwo twardo stoi przy kordonie sanitarnym dla AfD. Nie zauważają, że to oni są otoczeni, a każda taka deklaracja przybliża katastrofę. Kanclerz Merz to polityczny zombie, otwarcie się mówi o konieczności wymiany. A on sam wciąż robi groźne miny. Mówi, żeby go nie straszyć „freedom of speech” (po angielsku w oryginale), bo to zgubny wpływ zza Atlantyku. Upadający autokraci to przykry widok.

Partie systemowe próbują trików prawnych, niektórzy wciąż mówią o delegalizacji oponentów. Stary system szczerzy kły i pazury. Owszem, w zachodnich landach powinni się utrzymać, tworząc koalicje „wszyscy przeciw AfD”, niezdolne do jakiegokolwiek działania. System może jeszcze gnić przez dłuższy czas, o ile nie runie lawina.

Jakie to będzie miało konsekwencje dla Unii Europejskiej? Niemcy były zawsze jej filarem. Teraz nie będą ani filarem politycznym, ani gospodarczym. Nakładają się na to niemieckie plany gigantycznej militaryzacji (po co, przeciw komu?) i współpracy europejskiej z miliardowymi inwestycjami w tej dziedzinie w programie SAFE. Czy w tym zamieszaniu coś z tego wyjdzie? Osobiście widzę przed nami totalny chaos. Do tego Rosja się rozpycha, aktywuje agenturę, prowadzi właściwie już wojnę, choć na małym płomieniu. Czy jest naprawdę mocna? Co będzie z Ukrainą? A z tyłu czyhają Chiny, może jako czynnik stabilizujący. A może wykorzystają okazję i uderzą na Tajwan. Z kolei Xi Jinping ma swoje lata, podobno jest chory. Tak samo jest z Trumpem i Putinem.

Moja przepowiednia jest prosta i pewna: może się zdarzyć dosłownie wszystko.

A co z tytułową demokracją? Zajmiemy się nią, gdy się trochę uspokoi i zobaczymy, jaki jest realny układ sił.

Jan Śliwa

Literatura
Zagrożenie populizmem
Anne Applebaum „Autocracy, Inc.: the dictators who want to run the world”, 2024
Adam Przeworski „Crises of democracy”, 2019
Edmund Fawcett „Liberalism: the life of an idea”, 2014
Daron Acemoglu „What Happened to Liberal Democracy?”, 2026

Liberalny totalitaryzm
Mathieu Bock-Côté „Le Totalitarisme sans le goulag”, 2023
Jonah Goldberg „Liberal Fascism”, 2009
Matthias Desmet „The Psychology of Totalitarianism”, 2022
Mark Lilla „The Reckless Mind: Intellectuals in Politics”, 2001
Auron MacIntyre „The Total State: How Liberal Democracies Become Tyrannies”, 2024
Jean-Pierre Le Goff „Malaise dans la démocratie”, 2016
Ryszard Legutko „The Demon in Democracy”, 2016
Adrian Pabst „The Demons of Liberal Democracy”, 2019
John Gray „The New Leviathans”, 2023
Ghislain Benhessa „Le totem de l’État de droit”, 2021

Klasa rządząca
Jörg Baberowski „Am Volk vorbei”, 2026
Philip Manow „(Ent-)Demokratisierung der Demokratie”, 2020
Michael Lind „The New Class Wars: Saving Democracy from the Managerial Elite”, 2020

Poniżany plebs
Arlie Russell Hochschild „Stolen Pride”, 2024
Helmut Schelsky „Die Arbeit tun die anderen”, 1975
Frank Furedi „In Defence of Populism”, 2026

Nowe linie podziału
Philip Manow „Spaltungslinien”, 2026
Susanne Schröter „Links, rechts, islamistisch: Die wahren Feinde der Demokratie”, 2026

Mentalna degradacja
Vivek Ramaswamy „Woke, Inc.”, 2021
Helen Pluckrose i James Lindsay „Cynical Theories”, 2020
Nigel Biggar „The New Dark Age: Why Liberals Must Win the Culture Wars”, 2026

Zanik wspólnoty obywatelskiej
Victor Davis Hanson „The Dying Citizen”, 2021
Peter Mair „Ruling the Void”, 2013
Peter Turchin „End Times”, 2023

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 18 września 2026