Jan ROKITA: Dziura Domańskiego

Dziura Domańskiego

Photo of Jan ROKITA

Jan ROKITA

Filozof polityki. Absolwent prawa UJ. Działacz opozycji solidarnościowej, poseł na Sejm w latach 1989-2007, były przewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej. Wykładowca akademicki. Autor felietonów "Luksus własnego zdania", które ukazują się w każdą sobotę we "Wszystko co Najważniejsze".

Ryc.: Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

Deficyt budżetu za rok 2025 wyniósł 7,3 proc. i był najwyższy w dziejach Polski odrodzonej, a prognoza na rok obecny wynosi 6,8 proc., zatem pogarsza się w stosunku do tego, co koalicja Donalda Tuska wpisała do tegorocznej ustawy budżetowej – pisze Jan ROKITA

.Ten tytuł to – dla średniego i starszego pokolenia – oczywiste nawiązanie do sławetnej „dziury Bauca”, czyli wstrząsu, jaki wywołała w 2001 roku prognoza deficytu budżetowego przedłożona przez ówczesnego ministra finansów. Raz jeden w dziejach odrodzonej Polski stało się wówczas tak, że formacja rządząca – AWS – znalazła się po wyborach poza sejmem, a ocalić mandatu posła ze Śląska nie udało się nawet premierowi Jerzemu Buzkowi.

Aż dziw zdać sobie sprawę, że w owym roku alarmistycznej „dziury Bauca” deficyt polskiego budżetu sięgnął poziomu 4,5 proc. PKB, a w roku następnym (którego dotyczyła przerażająca prognoza ministra Jarosława Bauca) aż 5,1 proc. PKB. Taka nierównowaga finansów państwa niepokoiła wówczas nie tylko ekonomistów, ale również biznes, media, a w konsekwencji opinię publiczną, która pamiętała jeszcze czasy hiperinflacji przełomu lat 80. i 90. XX wieku. Wszyscy widzieliśmy w tamtej rosnącej nierównowadze groźbę dla polskiego cudu gospodarczego i baliśmy się lekkomyślnego zmarnowania zbiorowego wysiłku narodu, który ciężką pracą ówczesnego pokolenia wyrywał się właśnie z nędzy czasu dyktatury Jaruzelskiego.

.Przypomniałem sobie pełną obaw o przyszłość atmosferę tamtego czasu, czytając właśnie najnowsze dane unijnego Eurostatu na temat polskich finansów publicznych. Za rok 2025 wiadomo już, że deficyt budżetu wyniósł 7,3 proc. i był najwyższy w dziejach Polski odrodzonej, a prognoza na rok obecny wynosi 6,8 proc., zatem pogarsza się w stosunku do tego, co koalicja Donalda Tuska wpisała do tegorocznej ustawy budżetowej.

Oczywiście, od „dziury Bauca” minęło ćwierć wieku, a moda w dzisiejszym świecie jest taka, iż – przynajmniej w Europie – strach przed nierównowagą finansów państwa zmalał, nawet w tak konserwatywnych dotąd, gdy idzie o finanse, Niemczech, które za sprawą kanclerza Friedricha Merza zaciągają wielki dług na cele zbrojeń niemieckiej armii.

Niemniej muszę przyznać, że zadziwia mnie ów brak w Polsce niepokoju o to, co dalej stanie się z polskim cudem gospodarczym, który trwa już na dobrą sprawę trzy i pół dekady (a więc niemal czas dwóch pokoleń), a nie jest przecież dany nam z nieba raz na zawsze. Tymczasem mam wrażenie, że w Polsce jest dziś atmosfera taka, jakby niemal powszechnie uznano, iż budżetowe pieniądze na wszystko mają po prostu być, a jak ich pod dostatkiem nie ma, to znaczy, że władza nie umie rządzić albo wręcz świadomie i zdradziecko działa w jakimś obcym i nieprzyjaznym interesie. Być może żydowskim albo niemieckim.

Tak, to jasne, że to długie rządy prawicy skłoniły nas do przyjęcia za pewnik, iż wydatki państwa, zwłaszcza na cele społeczne, mogą rosnąć cały czas i bez ograniczeń. Tyle tylko że dużo mniej chętnie pamiętamy o tym, że zwłaszcza rząd Mateusza Morawieckiego mógł sobie pozwolić, przynajmniej do jakiegoś czasu, na taką politykę, gdyż dzięki sprawnemu przeciwstawieniu się rozpasanym mafiom podatkowym radykalnie podniósł ściągalność podatków i w ten sposób zabezpieczył Polskę przed nadmiernym deficytem. Dziś rząd Donalda Tuska nie tylko nie potrafiłby niczego takiego zrobić, ale co gorsza – nawet gdyby hipotetycznie potrafił, to i tak nie miałby na to realnej szansy. Radykalnej poprawy ściągalności podatków można dokonać przecież tylko raz, potem najwyżej można jej nie psuć na powrót. I to jest dziś szczyt możliwości tuskowego ministra finansów Andrzeja Domańskiego.

.Ambicją tego felietonu nie jest jakaś twarda krytyka polityki budżetowej Domańskiego. Choć trudno nie zauważyć, iż dalsze rozdymanie socjalu przez obecny rząd (np. sześć miliardów na „babciowe”, uprzywilejowujące pracujących rodziców) w dzisiejszych okolicznościach nie jest raczej świadectwem politycznej roztropności. Ale mnie idzie raczej o atmosferę, jaka w Polsce panuje wokół rosnącego z roku na rok deficytu. O to, że nikogo niemal tak naprawdę on już nie niepokoi. A jak słusznie piszą komentatorzy ekonomiczni – istnieje nawet swego rodzaju „konsensus polityczny” co do tego, iż zastanawianie się nad cięciami wydatków byłoby niepotrzebną nikomu głupotą, niosącą tylko ryzyko polityczne. Jeśli nawet opozycja, dla której zasadą jest odrzucać wszystko, co robi rząd, wspomina również o „katastrofalnym zadłużeniu kraju”, to przecież nie po to, aby postulować jakieś kroki przywracające równowagę finansów, ale jedynie by podbijać retoryczny bębenek antyrządowej propagandy.

I co mnie najbardziej niepokoi – to głosy ekspertów, którzy w dzisiejszych czasach mogą uchodzić za kompetentnych i rozsądnych.

Na poważnym portalu Interia czytam informacje o alarmujących danych Eurostatu na temat „dziury Domańskiego”, opatrzone komentarzem eksperta tzw. „Polskiej Sieci Ekonomii”, który uczy studentów w warszawskiej Akademii Koźmińskiego i ma też doświadczenie w poważnej i efektywnej instytucji, jaką w czasach rządu Mateusza Morawieckiego był Polski Fundusz Rozwoju. Ów ekspert twierdzi, ni mniej, ni więcej, że „utrzymanie deficytu na poziomie 5,7 proc., 10 proc. PKB czy jakiejkolwiek innej liczby – to tylko pewne ustalenie polityczne”. Tak umówiliśmy się po prostu w dobrych czasach – mówi ekspert, ale dziś są gorsze czasy, więc możemy się na nowo umówić, jak chcemy, bo to wszystko tylko kwestia konwencjonalnych liczb. Nie przytaczam nazwiska owego eksperta z premedytacją, bo uważam ten rodzaj dezynwoltury co do finansów państwa za intelektualną kompromitację. A nie idzie mi o to, by kogoś kompromitować, lecz raczej chcę się obywatelsko zatroskać nad stanem ducha rodaków.

To, co mówi ów ekspert, jest skrajnością i zapewne wielu ekonomistów, i w ogóle rozsądnych ludzi, nie zgodziłoby się z tezą, iż pieniędzy to rząd może pożyczać, ile chce, aż do chwili, gdy wierzyciele stracą cierpliwość, a cena polskiego długu nagle załamie się na rynku, tak jak przydarzyło się to swego czasu Grekom czy Włochom. Ale nawet jeśli ów pogląd jest ciągle jeszcze myślowym ekstremizmem, to w praktyce jest on dziś nie tak znów odległy od tego, co nazwałbym tu „polityczno-ekspercko-ludowym mainstreamem”. Oczywiście są wyjątki, a najbardziej odważnym wyjątkiem na scenie publicznej są Konfederaci, a przynajmniej libertariański nurt tej formacji, skupiony wokół Sławomira Mentzena. Jeszcze nie tak dawno w sejmie Mentzen wyrażał przekonanie, iż „nie chce brać udziału w tej sztafecie doprowadzania Polski do bankructwa”, gdyż jego zdaniem – „rekordowy deficyt nie jest spowodowany przez wydatki na zbrojenia, tylko przez wymknięcie się spod kontroli wszystkich wydatków”.

.A ja przynajmniej w jednej sprawie nie mam dziś wątpliwości: że co do „dziury Domańskiego” – to głos wołającego na puszczy Mentzena zasługuje na uwagę znacznie bardziej niźli budżetowa dezynwoltura modnych dzisiaj ekspertów.

Jan Rokita

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 24 kwietnia 2026
Fot. Jacek SZYDŁOWSKI / Forum