
Powrót niemieckiej siły
Jeśli Niemcy rzeczywiście przeznaczą 5 proc. swojego PKB na zbrojenia, będzie to nie tylko największy wysiłek od czasów zimnej wojny, ale i punkt zwrotny dla układu sił w Europie – pisze Mateusz MORAWIECKI
.Ostatnio polska dyskusja o Niemczech toczy się pod wpływem dwóch zjawisk: intensywnego przerzucania przez niemiecką policję nielegalnych imigrantów na teren Polski oraz słusznie oburzającego polską opinię publiczną tzw. upamiętnienia w Berlinie polskich ofiar wojny. W obu tych sprawach obecny polski rząd całkowicie skapitulował. Żeby jednak lepiej zrozumieć to, co dzieje się w Niemczech, warto sięgnąć do książki Kaput Wolfganga Münchaua. To przenikliwa diagnoza rozpadu niemieckiego modelu gospodarczego. Autor trafnie punktuje iluzje, na których opierała się niemiecka potęga: tania energia z Rosji, eksport do Chin, tradycyjny przemysł, dogmatyczny fiskalizm. Wszystkie te refleksje są ważne. Ale czy nie przychodzą zbyt późno – w momencie, gdy Niemcy już realizują nowy plan gospodarczy?
Gdy czytałem analizę Münchaua, towarzyszyła mi pewna myśl – skądinąd także zakorzeniona w niemieckiej tradycji intelektualnej. „Sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu” – pisał Hegel. Mądrość przychodzi po fakcie, dopiero wtedy, gdy zjawisko, nad którym się zastanawiamy, dobiega końca. Mam wrażenie, że tak jest z Kaput. Książka ta trafnie opisuje świat, który właśnie odchodzi w przeszłość. Tymczasem na naszych oczach zaczyna się coś nowego: przebudzenie przemysłowe Niemiec, a wraz z nim – co jeszcze ważniejsze – przebudzenie militarne. Berlin wychodzi z dekad zbrojeniowego minimalizmu i szykuje się do roli realnej siły. Tym razem to nie są symboliczne gesty ani zagrywki wizerunkowe – lecz systemowa zmiana, którą trzeba śledzić uważnie. I rozumieć, zanim znów będzie za późno.
Od bierności do kontrofensywy
.Wojna na Ukrainie zmusiła europejskie rządy do głębokiej refleksji nad ich zdolnościami obronnymi. Coraz mocniej się zbroimy, próbując jak najszybciej odrobić zaniedbania minionych kilku dekad. Samo postrzeganie kwestii militarnej uległo znaczącej zmianie – dziś panuje dużo większa zgoda społeczna, aby państwa zwiększały swój potencjał obronny. Łatwiej nam zrozumieć, że w obliczu ogromnego zagrożenia, jakie stanowią Rosja oraz Chiny, inwestowanie w przemysł zbrojeniowy i wojsko stanowi jedyny możliwy mechanizm odparcia agresji. Nawet społeczeństwa przez lata uważające się za pacyfistyczne prezentują otwarcie zmianę kierunku. W takiej sytuacji najmniejsze drgania mogą wywołać lawinę zmian, podważając fundamenty wzajemnego zaufania.
Pomimo swojej początkowej bierności po wybuchu wojny na Ukrainie, pomimo haniebnego oczekiwania na upadek Kijowa i powrót do „business as usual” obecnie taką właśnie strategię przyjęła niemiecka elita, podejmując kroki zmierzające do odbudowania armii, a przez to znacznego zwiększenia swojej pozycji w Europie i w strukturach sojuszu NATO. Po II wojnie światowej, starając się wyraźnie odciąć od swojej zbrodniczej przeszłości, nasi zachodni sąsiedzi przedstawiali się jako kraj o pacyfistycznym nastawieniu, co miało na celu odbudowę międzynarodowego wizerunku, który nie polega już na zbrojeniach i wzmacnianiu siły niemieckiej armii. Ten stan rzeczy ulega jednak bardzo istotnej zmianie. Ostatnie badania wskazują, że aż 76 proc. Niemcówopowiada się za zwiększeniem finansowania Bundeswehry i wzrostem wydatków na obronność. Częściowo wynika to z braku wiary w potencjalne wsparcie militarne ze strony USA, na co wskakuje aż 74 proc. badanych. Każdy powód jest dobry. Z drugiej strony obecne realia sprawiły, że Niemcy dostrzegają konieczność utrzymania swojej pozycji, wpływów oraz zwiększenia siły gospodarczej. W obliczu coraz bardziej widocznych problemów niemieckiego przemysłu samochodowego w niemieckiej klasie politycznej i w niemieckim biznesie trwa ożywiona dyskusja nad odbudową potęgi przemysłowej.
Tezy Kaput o upadku niemieckiego modelu rozwoju mocno rezonują w polskiej debacie. Ale nie dajmy się zwieść przekonaniu, że mimo swoich trudności nasi zachodni sąsiedzi to państwo słabe lub tracące zdolność do walki o swoje interesy. Niemcy nadal należą bowiem do grona najpotężniejszych graczy na scenie polityki europejskiej i światowej, nawet jeśli obecna kondycja ich armii jest skutkiem wieloletnich zaniedbań. Dziś jednak z determinacją podejmują wysiłki, by jak najszybciej odwrócić negatywne skutki przeszłości.
Początkowo, poniekąd z przymusu, Niemcy przyjęły teorię Fukuyamy o końcu historii, konsekwentnie rozbrajając swoją armię od końca zimnej wojny. Korzystały z renty pokojowej i znaczną część swojego budżetu przekierowały na wzmocnienie modelu państwa dobrobytu. Jednocześnie zmniejszane były środki finansowe przeznaczone na utrzymanie i modernizację wojska. Doprowadziło to do znacznego wieloobszarowego osłabienia Bundeswehry. Dziś szacuje się, że liczba żołnierzy w niemieckiej armii oscyluje w okolicach 180 tysięcy, podczas gdy w 1988 r. liczba żołnierzy w służbie czynnej wynosiła 490 tysięcy.
Warto przypomnieć, że jeszcze w 2014 roku Angela Merkel twierdziła, że Niemcy nie potrzebują większych wydatków na obronność i że zasoby Bundeswehry są wystarczające. Wydatki te wynosiły wówczas ok. 1,3 proc. PKB (ok. 35 mld euro, czyli mniej, niż Polska przeznaczała na zbrojenia w 2023 r.), a strategia Berlina zakładała zmniejszanie liczebności armii przy jednoczesnym jej specjalizowaniu. Nawet budżet na 2020 r. przewidywał tylko nieznaczny wzrost nakładów, a później ich spadek do 1,25 proc. PKB w 2023 r. A wszystko to pomimo ustalonego na szczycie NATO w Walii w 2014 r. celu przeznaczania przynajmniej 2 proc. PKB na obronność. Kulminacją tej bierności była reakcja na wojnę na Ukrainie – Berlin zaproponował Kijowowi symboliczne 5 tys. hełmów i oczekiwał na kapitulację Ukrainy. Mamy dziś wiele tego dowodów. Tamten gest pozostanie jedną z największych niemieckich kompromitacji XXI wieku. Sytuację Bundeswehry pogarszały też biurokracja, niesprawny system zamówień i słaba komunikacja wewnętrzna, co razem z wieloma innymi czynnikami doprowadziło armię do stanu dalekiego od gotowości bojowej.
Przełom w niemieckiej polityce obronnej nastąpił wraz z objęciem teki ministra obrony przez Borisa Pistoriusa z SPD w styczniu 2023 roku. Wbrew krytyce – także wewnątrz własnej partii – zaproponował on reformę Bundeswehry i powrót do obowiązkowej służby wojskowej. Pomysł ten wywołał debatę – m.in. z powodu braków infrastrukturalnych i niechęci młodych Niemców do poboru. Mimo kontrowersji powołano specjalną grupę ds. personalnych, której celem jest zwiększenie liczebności armii – w pierwszym kroku do 203 tys. żołnierzy. Równolegle rosną wydatki na obronność – z 1,37 proc. PKB w 2022 r. do 2 proc. w 2024 r. oraz dzięki funduszowi 100 mld euro utworzonemu jeszcze w 2022 r. W 2024 r. Bundestag zatwierdził 97 kontraktów zbrojeniowych o wartości 45 mld euro, a całkowite wydatki wojskowe Niemiec wyniosły 88,5 mld dolarów – o 28 proc. więcej niż rok wcześniej. To jednak dopiero początek niemieckiej ofensywy zbrojeniowej.
Berlin zdejmuje kotwicę
.Na zakończonym niedawno szczycie NATO w Hadze państwa członkowskie ogłosiły nowy cel wydatków obronnych – 5 proc. PKB. To bez wątpienia historyczna deklaracja. Ale tyleż historyczna, co – na tym etapie – papierowa. W przeszłości widzieliśmy już, jak łatwo polityczne cele zbrojeniowe da się osiągnąć za pomocą kreatywnej księgowości: doliczanie emerytur wojskowych czy kosztów administracji, byleby tylko domknąć procent w budżecie. Jedno jest jednak pewne: jeśli Niemcy rzeczywiście przeznaczą 5 proc. swojego PKB na zbrojenia, będzie to nie tylko największy wysiłek od czasów zimnej wojny, ale i punkt zwrotny dla układu sił w Europie. A powrót niemieckiej siły militarnej przestanie być hipotezą – będzie kwestią czasu.
I właśnie na tę możliwość Niemcy konsekwentnie się przygotowują – krok po kroku znosząc ograniczenia budżetowe, uruchamiając fundusze specjalne i przekształcając struktury państwa w tryb wojennej mobilizacji gospodarczej.
W marcu bieżącego roku Bundestag przyjął poprawkę do konstytucji, która umożliwiła zniesienie konstytucyjnych ograniczeń zadłużenia w zakresie wydatków na obronność. Uczyniono to, wprowadzając specjalne wyjątki od tzw. „kotwicy budżetowej” – mechanizmu ograniczającego deficyt i kontrolującego wydatki publiczne. System ten został wpisany do niemieckiej ustawy zasadniczej po kryzysie finansowym, kiedy to rząd federalny uruchomił wielomiliardowe programy ratunkowe, znacząco obciążając budżet państwa i zwiększając poziom zadłużenia. I te „święte” zasady właśnie zostały całkowicie zrewidowane.
Istotną zmianą było umożliwienie zaciągania długu także krajom związkowym – wcześniej przywilej ten przysługiwał wyłącznie rządowi federalnemu. Kluczowe znaczenie miała jednak poprawka, która pozwoliła rządowi federalnemu na zaciąganie kredytów prowadzących do przekroczenia dotychczasowego limitu deficytu, wynoszącego 0,35 proc. dochodu narodowego brutto – restrykcyjnego progu obowiązującego wcześniej. Dla porównania warto przypomnieć, że unijny limit deficytu to 3 proc. W praktyce oznacza to, że wydatki na bezpieczeństwo przekraczające 1 proc. PKB mogą być finansowane z kredytów i nie podlegają ograniczeniom budżetowym, co otworzyło Niemcom drogę do znaczącego zwiększenia nakładów na obronność w najbliższych latach.
W konsekwencji wprowadzonych zmian Niemcy ogłosiły także utworzenie specjalnego funduszu w wysokości 500 miliardów euro, który w ciągu najbliższej dekady ma zostać przeznaczony na inwestycje w obronność i infrastrukturę. Jego celem jest nadrabianie zaległości w sektorze wojskowym oraz znaczące wzmocnienie potencjału obronnego kraju. Wpłynie to też na odbudowę przemysłu RFN w nowym kształcie. Jak podkreślają niemieccy politycy, głównym celem funduszu jest nadrobienie wieloletnich zaległości inwestycyjnych w sektorze wojskowym. To największy w historii zjednoczonych ponownie Niemiec program zbrojeniowy, zapewniający średnio dodatkowe 50 miliardów euro rocznie na modernizację sił zbrojnych – więcej niż cały tegoroczny budżet Polski na obronność.
Nie ulega wątpliwości, że Niemcy dążą do zbudowania armii światowego formatu, stanowiącej jedną z największych sił Starego Kontynentu. Ogrom środków, które zamierzają przeznaczyć na szeroko rozumianą rozbudowę sektora obronnego, nakazuje wskazać, że mówimy raczej o dekadzie niż dekadach. Albo, jeśli rząd federalny podejmie odpowiednie decyzje, nawet szybciej. Berlin w jasny sposób artykułuje wolę zwiększenia swojej roli w strukturach NATO oraz chęć wzięcia odpowiedzialności za bezpieczeństwo Europy, zwłaszcza Mitteleuropy. Utrzymanie przez Niemcy obranego kierunku może fundamentalnie zmienić geopolityczną układankę bezpieczeństwa w Europie.
Choć działania te mogą przyczynić się do poprawy bezpieczeństwa Europy i budowy wspólnoty obronnej, nie należy ich postrzegać jako działań bezinteresownych. W pierwszej kolejności służą one interesom Niemiec – ich gospodarce, przemysłowi i długofalowym celom strategicznym. Także celom politycznym. Z niemieckiej perspektywy warto zwrócić uwagę na dwa kluczowe aspekty: zapewnienie finansowania modernizacji sił zbrojnych dzięki stabilnemu wzrostowi gospodarczemu oraz ambicje budowy wspólnego, europejskiego systemu obronnego, w tym także budowę armii europejskiej. Fundamentem obu celów jest silny przemysł zbrojeniowy – jeden z najpotężniejszych w Europie.
Liderem tego sektora pozostaje Rheinmetall, znany z produkcji czołgów Leopard 2, amunicji i systemów obrony powietrznej. Firma dynamicznie zwiększa moce produkcyjne – w 2025 roku zainwestuje 600 mln euro, by wytwarzać 350 tys. pocisków artyleryjskich rocznie. W 2024 roku osiągnęła rekordowe zyski i portfel zamówień wart 55 mld euro. Warto odnotować, że Rheinmetall nawiązał właśnie współpracę z amerykańskim Andurilem – symbolem nowego paradygmatu zbrojeń opartego na AI i automatyzacji – co, niejako wbrew tezom Münchaua, pokazuje, że Niemcy nie tylko nie rezygnują z ambicji, ale próbują przeskoczyć do technologicznej awangardy. Tymczasem na mapach decydentów w Warszawie takie firmy jak Anduril czy Palantir wciąż właściwie nie istnieją.
Obok Rheinmetalla działają inne znaczące firmy: TKMS (okręty wojenne), Hensoldt (radary i sensory pola walki), intensywnie przyglądająca się zmianom na polu walki na Ukrainie, oraz Diehl Defence (systemy obrony powietrznej i uzbrojenie precyzyjne). Skala publicznych inwestycji przekłada się na konkretne korzyści – jak pokazano, każdy wydany 1 mld euro to 1,23 mld euro wzrostu produkcji, a sektor zatrudnia już blisko 400 tys. osób. Niemiecki eksport broni osiągnął w 2024 roku rekordowe 13,2 mld euro.
Długoterminowe kontrakty i stabilne finansowanie gwarantują każdej z wymienionych firm możliwość wieloletniego planowania inwestycji oraz realizacji zaawansowanych projektów, zwłaszcza w obszarze nowych technologii. Przełoży się to na wzrost liczby miejsc pracy oraz wyższe dochody zarówno dla krajów związkowych, jak i budżetu federalnego dzięki zwiększonym wpływom podatkowym. Wzmocni to również konkurencyjność niemieckich przedsiębiorstw na rynku europejskim, istotnie podnosząc popyt na ich różne produkty przemysłowe.
Niemcy doskonale rozumieją, że modernizacja obronności napędza ich gospodarkę, że dobra podwójnego użytku (dual-use) mogą być kołem zamachowym wzrostu ekonomicznego, a stabilne kontrakty i rosnący eksport wzmacniają konkurencyjność niemieckich firm na rynku europejskim. W dłuższej perspektywie Berlin będzie jeszcze aktywniej kształtować unijną politykę obronną – nie tylko poprzez działania dyplomatyczne, ale także poprzez intensywny lobbing w instytucjach UE. Już dziś Niemcy skutecznie promują rozwiązania korzystne dla swojego przemysłu, np. w zakresie certyfikacji produktów obronnych, zamówień publicznych czy standardów technicznych. Skala tych działań z pewnością będzie rosła, a pod pozorem działania w interesie wspólnoty Berlin konsekwentnie umacnia pozycję niemieckiego przemysłu w centrum europejskiego systemu bezpieczeństwa.
NATO-bis?
.Dysponując silnym przemysłem zbrojeniowym oraz modernizowaną armią, Niemcy z rosnącą determinacją mogą forsować ideę stworzenia europejskich sił zbrojnych – swoistego „NATO-bis”. Choć projekt ten przedstawiany jest jako odpowiedź na potrzeby wspólnoty, w rzeczywistości jego realizacja wzmacniałaby polityczną dominację Berlina (oraz Paryża), marginalizując rolę mniejszych państw członkowskich. Analogii nie trzeba szukać daleko – podobną dynamikę obserwowaliśmy przy wprowadzaniu wspólnej waluty, z której Niemcy odniosły największe korzyści. To bardzo niebezpieczny dla Polski i państw Międzymorza proces. Nie ulega wątpliwości, że koncepcja europejskiej armii zakłada dominującą rolę osi Berlin-Paryż, podczas gdy pozostałe państwa członkowskie miałyby odgrywać rolę drugo- lub trzecioplanową. Już samo to powinno włączyć dzwonek alarmowy w Warszawie, Wilnie, w Pradze i w Bukareszcie.
Obecnie Berlin nie dysponuje jeszcze odpowiednimi zdolnościami przemysłowymi, by w pełni zrealizować taki projekt. Carbon leakage i deindustrializacja, ściśle powiązane z błędami Energiewende i Zielonego Ładu, zdziesiątkowały niemiecki przemysł i zaczynają uderzać w fundament niemieckiego ordoliberalizmu – Mittelstand.Jednak kierunek jest jasny – budowa struktury zależności, która uczyniłaby inne państwa Europy w pełni podłączone pod niemiecki system dostaw, decyzji i zdolności obronnych. W razie osłabienia zaangażowania USA i utworzenia armii europejskiej dałoby to Niemcom realny wpływ na rozmieszczanie sojuszniczych wojsk Europy, podejmowanie decyzji o interwencji czy kształtowanie europejskiej polityki bezpieczeństwa. Rymuje się to niestety z polityką obecnego rządu polskiego, który raczej wypycha i wyprasza USA z Europy, niż dąży do realnego wzmocnienia więzi transatlantyckich.
Wydatki obronne Niemiec rosną w błyskawicznym tempie, lokując to państwo na pozycji lidera w Europie Zachodniej. Pytanie brzmi: jak szybko uda się Niemcom dorównać realnym zdolnościom bojowym Francji czy Wielkiej Brytanii? Sądzę, że bardzo szybko. Jak szybko Niemcy mogą te kraje przegonić i stać się na powrót państwem potężnym militarnie? Przy takiej determinacji, jaką zaczynam dostrzegać w niemieckiej klasie politycznej – w ciągu dekady. To długofalowy cel – i punkt zwrotny dla równowagi sił na kontynencie. Tymczasem globalny ład może się w każdej chwili załamać, a silna armia – niezależnie od tego, kto ją posiada – może wówczas posłużyć nie tylko do obrony, lecz także jako narzędzie nacisku politycznego lub gospodarczego.
Europa zbyt długo żyła w przekonaniu, że demokracja to stan trwały. Pod presją kryzysów, dezinformacji i społecznych niepokojów łatwo może dojść do jej załamania. Rosnące napięcia, manipulacja opinią publiczną oraz działalność zewnętrznych aktorów i grup interesu mogą radykalnie zmienić bieg historii. W takim świecie sojusze nie są dane raz na zawsze, a przeciwnik nie musi być wspólny. Pamiętajmy słowa premiera Wielkiej Brytanii, lorda Palmerstona: „Nie ma wiecznych wrogów i wiecznych przyjaciół. Wieczne są tylko interesy królestwa”.
Historia, która nie może się powtórzyć
.Sprzętu wojskowego nie kupuje się po to, żeby się kurzył w magazynach. Taka skala inwestycji – zarówno publicznych, jak i prywatnych – to nie jest działanie asekuracyjne. To zapowiedź projekcji siły. Pytanie tylko: jaka to będzie siła? Kto będzie z niej korzystał i w czyim interesie?
Historia uczy, że potencjał przemysłowo-militarny bywa równie łatwo narzędziem obrony, jak i środkiem nacisku – wewnętrznego lub zewnętrznego. Niemiecki przemysł zbrojeniowy, odbudowywany od niedawna z takim rozmachem, nie rozwija się w próżni. Przeciwnie – dojrzewa w atmosferze politycznego rozedrgania i rosnącego poparcia dla ugrupowań kontestujących powojenny konsensus. Alternatywa dla Niemiec (AfD), coraz silniejsza na wschodzie kraju i prowadząca w sondażach w niektórych landach, otwarcie kwestionuje filary dotychczasowej polityki Berlina – zarówno wobec Rosji, wobec UE, jak również wobec NATO czy USA.
Nie sposób nie dostrzec niepokojącej paraleli z początkiem lat 30. XX wieku. W powszechnej świadomości dojście Hitlera do władzy funkcjonuje jako „wybór narodu”, symboliczna cezura roku 1933. W rzeczywistości był to jednak oligarchiczny przewrót, zrealizowany rękami elit, przemysłu ciężkiego i banków, które uznały NSDAP za użyteczne narzędzie w walce z komunizmem i ówczesnym rozkładem państwa. Symbolicznym dokumentem tego procesu pozostaje książka Porządek dnia Érica Vuillarda, opowiadająca o uzgodnieniach Hitlera z niemieckimi przemysłowcami, niemiecką burżuazją i częścią arystokracji, czyli znaczną częścią ówczesnych elit. Biznes miał wspomóc marsz brunatnych koszul do władzy. Reszta, jak dobrze wiemy, jest historią – ale historią, która nie może się powtórzyć.
Dlatego niepokoi dziś rosnące przyzwolenie elit gospodarczych na flirt z radykalizmem. Duże niemieckie firmy nie wykluczają współpracy z AfD. Równolegle wzmacniane są struktury państwowe, które mogą w przyszłości znaleźć się pod kontrolą sił skrajnych. Tym bardziej że społeczne zmęczenie, rosnące nierówności i niepokój geopolityczny tworzą dziś podobny grunt jak sto lat temu.
Powracające wypowiedzi polityków tej partii, które traktują Polskę w sposób czysto instrumentalny, a niekiedy wręcz pozbawiają ją podmiotowości, opierają się wprost na historycznym rewizjonizmie. Już wcześniej pojawiały się sugestie dotyczące „Niemiec Środkowych” w kontekście byłej NRD, co rodzi pytania o to, jak Alice Weidel postrzega tereny położone dalej na wschód. Jeszcze większe zaniepokojenie budzą skandaliczne wypowiedzi Alexandra Gaulanda, który oceniał pakt Ribbentrop-Mołotow jako „słuszną decyzję Stalina”, rzekomo wymuszoną przez politykę Polski w okresie międzywojennym. Takie stanowiska wskazują na realne zagrożenie – powrót do relacji na linii Moskwa-Berlin kosztem Polski i innych państw Międzymorza.
W tle pozostaje także czynnik rosyjski. Siła wzajemnych oddziaływań między Niemcami a Rosją była zawsze znacząca, niezależnie od tego, kto sprawował władzę w Berlinie. Moskwa od dekad skutecznie wpływała na niemiecką politykę przez kanały gospodarcze, medialne i społeczne. Rosyjskie służby potrafiły zainstalować swoje interesy w strategicznych spółkach energetycznych, a dziś aktywnie wspierają narracje mające skłócić Niemcy z USA. Gdyby w Berlinie doszło do przejęcia władzy przez siły prorosyjskie lub ambiwalentne wobec Kremla, cały kontynent znalazłby się w sytuacji zagrożenia.
Niemcy mogą wrócić do ścisłej współpracy z kolonialną, imperialną Rosją. Świadomość, że nadeszły czasy sprawdzania, do jakich granic można się posunąć, musi wybrzmieć w głowie każdego europejskiego polityka, aby nie popełnić tych samych błędów. Tę lekcję historii również doskonale znamy. Silna armia w złych rękach może bowiem stanowić miecz, a nie tarczę. Dlatego pytanie o niemiecką zbrojeniówkę nie jest tylko techniczne czy gospodarcze. To pytanie o przyszłość polityczną Niemiec, o przyszłość polityczną Polski, o przyszłość Europy. O to, kto będzie miał dostęp do siły, którą dziś tak pieczołowicie znów buduje niemieckie państwo. W historii Europy wielokrotnie widzieliśmy, jak dobrze naoliwione machiny wojenne obracały się przeciwko demokracji, przeciwko sąsiadom, przeciwko pokojowi. Zbyt wiele razy byliśmy świadkami tego samego błędu, by dziś pozwolić sobie na naiwność.
Historia uczy pokory wobec tego, co jeszcze wczoraj wydawało się niemożliwe. Niemcy nie są już państwem hołdującym zasadom pacyfizmu. Poczyniły pierwsze milowe kroki w kierunku budowy potęgi militarnej. Kto tego nie widzi, porusza się w sferze iluzji, „chciejstwa” politycznego, w „świecie wczorajszym”, jak niegdyś pisał Stefan Zweig. Współczesna gra toczy się o znacznie więcej niż tradycyjnie pojmowane bezpieczeństwo i suwerenność. To walka o wpływy w gwałtownie zmieniającym się układzie sił międzynarodowych, walka państw średniej wielkości przeciw wracającemu koncertowi mocarstw, walka o siłę nowoczesnego przemysłu i pozycję na arenie międzynarodowej. Parafrazując łacińską maksymę, można powiedzieć: jeśli pragniesz pokoju, musisz być gotów do wojny i nieustannie spoglądać we wszystkich kierunkach.
.Zastanówmy się zatem, czy w interesie Polski leży remilitaryzacja Niemiec – czy budowa potężnej armii za naszą zachodnią granicą, oddziałującej na tak wiele sektorów, jest działaniem, które powinniśmy przyjmować z kronikarskim stoicyzmem? Strategia i polityka państw zaplanowana jest zawsze na dziesiątki lat, a wahadło dziejów wychyla się w cyklach w każdą ze stron.