Wielka Francja, ale kiedy? Przemysł wraca do centrum wyborów 2027

Francja wchodzi w kampanię prezydencką 2027 roku z pytaniem głębszym niż tylko pytanie o nazwisko przyszłego prezydenta. Czy kraj, który przez dziesięciolecia uważał się za jedno z centrów europejskiej potęgi, potrafi jeszcze produkować, inwestować, eksportować i budować swoją niezależność gospodarczą? Artykuł Albana Magro opublikowany w „Journal du Dimanche” pokazuje, że deindustrializacja nie jest już we Francji jedynie tematem ekonomistów. Stała się jednym z najważniejszych pytań politycznych przed wyborami prezydenckimi 2027 roku.
Francuski problem nie jest już abstrakcją
Alban Magro rozpoczyna od diagnozy brutalnej, ale trudnej do ominięcia. „Nasz przemysłowy regres nie jest nieuchronnym losem. Jest przede wszystkim rezultatem francuskiej odpowiedzialności” – pisze, wskazując, że udział przemysłu przetwórczego w PKB Francji spadł do około 9,6 proc., podczas gdy w Niemczech wynosi blisko 18 proc., we Włoszech 15 proc., a w Szwecji 13 proc.
To zdanie ma znaczenie większe niż zwykła statystyka. Przez lata francuska debata publiczna tłumaczyła osłabienie przemysłu globalizacją, presją Chin, regułami jednolitego rynku, niemiecką przewagą eksportową i kosztami transformacji energetycznej. Wszystkie te czynniki są realne. Magro nie neguje ich znaczenia. Pisze jednak, że nie mogą one już służyć jako wygodne alibi. Skoro inne kraje europejskie, działające w tym samym świecie, potrafiły zachować silniejszą bazę produkcyjną, problem Francji jest także problemem francuskich wyborów, francuskich zaniechań i francuskiego modelu państwa.
Najmocniejszy fragment tekstu dotyczy Chin. „Gdy wysoko subsydiowane produkty trafiają do Europy po cenach, z którymi nasze przedsiębiorstwa nie są w stanie konkurować, nie mamy już do czynienia z uczciwą rywalizacją. To wojna przemysłowa prowadzona innymi środkami” – pisze Magro. To sformułowanie dobrze oddaje zmianę epoki. Przemysł nie jest dziś już tylko działem gospodarki. Stał się narzędziem siły państwowej. Kto kontroluje produkcję baterii, paneli słonecznych, leków, półprzewodników, maszyn, infrastruktury energetycznej i kluczowych technologii, ten kontroluje część suwerenności.
Właśnie dlatego temat deindustrializacji jest ważnym tekstem w naszej linii tekstów „Francja 2027”. Mówi o tym, czy Francja potrafi jeszcze być mocarstwem.
Kiedy produkcja staje się pytaniem o potęgę
Magro szczególnie ostro opisuje francuskie podatki od produkcji. „Próba odbudowy przemysłu z takim ciężarem u nogi jest bardziej przejawem krótkowzroczności niż przemyślanej strategii” – stwierdza. W jego ujęciu Francja zbyt długo karała samo wytwarzanie: maszyny, grunty, zatrudnienie, inwestycje, skalę działania. Państwo chciało mieć przemysł, ale jednocześnie obciążało go systemem, który utrudniał rozwój.
To jest punkt, w którym tekst Magro przestaje być analizą techniczną, a staje się komentarzem do kondycji V Republiki. Francja lubi mówić o wielkości, suwerenności, niezależności i wyjątkowej roli w Europie. Ale wielkość nie utrzymuje się samą retoryką. Nie wystarczy Pałac Elizejski, miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, broń jądrowa, lotniskowiec Charles de Gaulle i pamięć o de Gaulle’u. Potęga wymaga materialnej podstawy. Wymaga fabryk, inżynierów, energii, technologii, firm średniej wielkości, szkolnictwa zawodowego, kapitału i przewidywalnego państwa.
Dlatego w kampanii wyborczej przed wyborami prezydenckimi 2027 roku pytanie o przemysł będzie pytaniem o realność wszystkich wielkich obietnic. Jordan Bardella może mówić o suwerenności. Marine Le Pen może mówić o produkowaniu we Francji. Bruno Retailleau może mówić o odbudowie przedsiębiorczości i zmniejszeniu ciężaru państwa. Édouard Philippe może mówić o modernizacji. Gabriel Attal może mówić o bezpieczeństwie, energii i technologii. Jean-Luc Mélenchon może mówić o planowaniu państwowym i ekologicznej transformacji. Ale wszyscy będą musieli odpowiedzieć na to samo pytanie: kto stworzy warunki, w których Francja znów będzie krajem produkującym, a nie tylko konsumującym własną dawną chwałę?
Magro ujmuje to jeszcze mocniej: „Francuska deindustrializacja nie jest wyłącznie skutkiem działań Chin, decyzji Brukseli czy procesów globalizacyjnych. Jest przede wszystkim konsekwencją naszych własnych zaniechań”.
W wyborach prezydenckich 2027 roku Francja będzie spierała się nie tylko o migrację, bezpieczeństwo, islam, szkołę, dług publiczny czy miejsce w Europie. Będzie spierała się także o to, czy własne słabości można jeszcze naprawić.
Oczywiście, wszyscy chcą więcej przemysłu, więcej inwestycji, więcej niezależności, więcej energii, więcej technologii i więcej bezpieczeństwa. Ale Francja ma coraz mniej przestrzeni fiskalnej. Nie można jednocześnie obiecywać wielkiej odbudowy, utrzymywać kosztownego modelu społecznego, finansować armię, transformację energetyczną i ochronę siły nabywczej bez odpowiedzi na pytanie, kto za to zapłaci.
Energia jest warunkiem przemysłu
Nie da się mówić o reindustrializacji Francji bez energii. Dlatego naturalnym uzupełnieniem tekstu Magro jest wypowiedź Patricka Pouyannégo, prezesa TotalEnergies, przywoływanego na „Wszystko co Najważniejsze” w kontekście konsekwencji rosyjskiej agresji na Ukrainę i potrzeby europejskiego planu awaryjnego. Wojna pokazała, że energia nie jest już wyłącznie rynkiem. Jest warunkiem niezależności, odporności państw i konkurencyjności przemysłu.
Francja ma tu przewagę, której wiele państw europejskich jej zazdrości: energetykę jądrową. Ale przewaga ta przez lata była osłabiana wahaniami politycznymi, opóźnieniami inwestycyjnymi, sporami o transformację ekologiczną i brakiem jasnej strategii. Jeżeli przemysł ma wrócić, energia musi być tania, stabilna i dostępna. Bez niej nie będzie fabryk baterii, hut, zakładów chemicznych, centrów danych, przemysłu obronnego ani wielkiej technologii.
To kolejny powód, dla którego tekst Magro dobrze wpisuje się w linię naszych tekstów „Francja 2027”. Kampania prezydencka nie będzie tylko sporem o ceny prądu. Będzie sporem o model państwa. Czy Francja ma postawić na atom jako podstawę nowej suwerenności przemysłowej? Czy ma przyspieszyć zieloną transformację według logiki planowania ekologicznego? Czy ma chronić wielkie firmy energetyczne jako narzędzia wpływu globalnego? Czy ma dopuścić większą rolę rynku? Kandydaci będą używali różnych słów, ale za tymi słowami kryje się to samo pytanie: czy Francja potrafi jeszcze zapewnić przemysłowi warunki istnienia?
Dziedzictwo Giscarda i problem Europy, która straciła kierunek
W tle tego sporu znajduje się także pytanie europejskie. Valéry Giscard d’Estaing w tekście „Mój pomysł na Europę” publikowanym we „Wszystko co Najważniejsze” przypominał o potrzebie myślenia o Europie jako projekcie politycznym, a nie tylko administracyjnym. W jego ujęciu Europa potrzebowała kierunku, instytucjonalnej odwagi i świadomości celu.
Dziś to pytanie powraca w innej formie. Czy Europa potrafi być kontynentem produkującym, czy pozostanie kontynentem regulującym? Czy potrafi chronić własne sektory strategiczne, czy będzie tylko otwartym rynkiem dla potęg, które rozumieją przemysł jako narzędzie polityki państwowej? Czy francuska ambicja europejska może istnieć bez francuskiej siły przemysłowej?
W tym sensie Magro pisze nie tylko o Francji. Pisze o słabości całej Europy Zachodniej, która przez lata wierzyła, że można przenieść produkcję gdzie indziej, zachowując u siebie projektowanie, finanse, konsumpcję i prestiż. Ta wiara okazała się złudzeniem. Państwo, które traci przemysł, traci część klasy średniej, kompetencji technicznych, równowagi terytorialnej i zdolności strategicznego działania.
Hollande i społeczny wymiar deindustrializacji
Warto w tym miejscu przywołać także François Hollande’a, którego wypowiedzi na temat francuskiej lewicy były omawiane na „Wszystko co Najważniejsze”. Były prezydent zwracał uwagę, że rzeczywistość najniższych klas społecznych nie była wystarczająco brana pod uwagę przez francuską lewicę. To zdanie ma bezpośredni związek z deindustrializacją.
Upadek przemysłu nie jest tylko kwestią PKB. Oznacza osłabienie całych regionów, utratę stabilnych miejsc pracy, kryzys awansu społecznego, poczucie porzucenia i gniew terytoriów oddalonych od metropolii. To właśnie tam rodzi się polityczny sprzeciw wobec elit, które mówią językiem reform, ale nie potrafią odpowiedzieć na pytanie o godność pracy. Francuska lewica przez dekady uważała świat pracy za swoje naturalne zaplecze. Dziś znaczna część tego świata głosuje na prawicę narodową albo odwraca się od polityki.
To jeden z kluczy do zrozumienia Jordana Bardelli i Marine Le Pen. Ich siła nie bierze się wyłącznie z tematu migracji. Bierze się także z poczucia, że dawna Francja robotnicza, peryferyjna i przemysłowa została opuszczona przez partie, które miały ją reprezentować. W takim kontekście hasła o reindustrializacji przestają być językiem gospodarczym. Stają się językiem odzyskania szacunku.
Jean-Luc Mélenchon odpowiada na ten kryzys inaczej. Widzi przemysł przez pryzmat planowania, ekologii, redystrybucji i silnego państwa. Ale również on rozumie, że bez odbudowy materialnej podstawy gospodarki nie będzie trwałej polityki społecznej. Francuska lewica stoi więc przed dylematem: czy potrafi jeszcze mówić do świata pracy językiem produkcji, czy pozostanie ruchem wielkomiejskiej mobilizacji ideologicznej.
Wybory 2027 jako spór o materialną podstawę państwa
Na „Wszystko co Najważniejsze” opisywany był już problem francuskiego długu publicznego jako jednego z głównych tematów wyborów 2027. Francja wchodzi w kampanię z zadłużeniem przekraczającym 115 proc. PKB, a więc z coraz mniejszym marginesem błędu.
To ważne, bo przemysł i dług są ze sobą ściśle związane. Kraj, który nie produkuje wystarczająco dużo, trudniej finansuje swój model społeczny. Kraj, który traci konkurencyjność, coraz bardziej opiera się na długu, usługach publicznych i transferach. Kraj, który żyje ponad stan, może przez pewien czas utrzymywać pozór potęgi. Ale w końcu polityka natrafia na rachunek ekonomiczny.
Dlatego spór o przemysł będzie w kampanii 2027 ukrytym sporem o wiarygodność wszystkich kandydatów. Bardella i Le Pen będą musieli pokazać, czy suwerenność gospodarcza może być czymś więcej niż hasłem protekcjonistycznym. Retailleau będzie musiał pokazać, czy prawica republikańska potrafi zaproponować realne odciążenie produkcji, nie rozbijając finansów publicznych. Philippe będzie musiał przekonać, że umiarkowana modernizacja nie oznacza kontynuacji polityki, która nie zatrzymała słabości przemysłowej. Attal będzie musiał udowodnić, że młodość i energia polityczna mogą przełożyć się na poważną strategię gospodarczą. Mélenchon będzie musiał odpowiedzieć, czy państwowe planowanie może stworzyć przemysł konkurencyjny, a nie tylko drogi.
Wszyscy będą mówić o wielkiej Francji. Ale pytanie brzmi: kiedy Francja może znów stać się wielka, jeśli nie odbuduje podstaw własnej siły?
Wielkość nie wróci przez samo wspomnienie
Największa wartość tekstu Magro polega na tym, że przesuwa francuską debatę z poziomu nostalgii na poziom odpowiedzialności. Francja nie utraciła przemysłu wyłącznie dlatego, że świat stał się okrutny. Utraciła go także dlatego, że przez lata godziła się na system podatkowy, administracyjny i regulacyjny, który utrudniał produkcję. Godziła się na niedostateczną robotyzację. Godziła się na słabość firm średniej wielkości. Godziła się na opóźnienia technologiczne. Godziła się na kulturę wielkich zapowiedzi, za którymi nie zawsze szła cierpliwa praca instytucjonalna.
To jest lekcja dla kampanii 2027. Wielka Francja nie wróci przez samo wypowiedzenie słowa „suwerenność”. Nie wróci przez przywoływanie de Gaulle’a. Nie wróci przez obietnicę ochrony granic, choć granice będą jednym z tematów kampanii. Nie wróci przez reformę komunikacji politycznej ani przez kolejny plan ogłaszany z Pałacu Elizejskiego. Może wrócić tylko wtedy, gdy Francja uzna, że potęga zaczyna się od zdolności do produkowania rzeczy potrzebnych sobie i innym.
Dlatego tekst Albana Magro warto czytać nie jako tekst o upadku, ale jako tekst o warunku odbudowy. Francja nie musi pozostać krajem deindustrializacji. Ale nie stanie się ponownie potęgą tylko dlatego, że nadal pamięta, że kiedyś nią była.
Wielka Francja? Być może. Ale najpierw Francja produkująca.
Arkadiusz Jordan
Paryż






