Prof. Adam TOOZE: Nowy porządek świata

Nowy porządek świata

Photo of Prof. Adam TOOZE

Prof. Adam TOOZE

Historyk, dyrektor Instytutu Europejskiego Columbia University.

zobacz inne teksty Autora

Pandemia stała się końcem ery neoliberalnej zapoczątkowanej pod koniec lat 70. XX wieku – pisze prof. Adam TOOZE

.Rok 2020 unaocznił nam zależność ekonomii od stabilności środowiska naturalnego, gdy niewielki wirus zagroził gospodarce całego świata. Przekonaliśmy się również, jak w obliczu katastrofy cały system monetarny i światowa finansjera potrafią skierować swoje wysiłki na wspieranie rynków i utrzymanie dostępu do środków do życia. Obydwa wstrząsy skruszyły fundamentalne dla ekonomii politycznej ostatniego półwiecza podziały, naruszyły granicę oddzielającą gospodarkę od przyrody, ekonomię od polityki społecznej i od polityki per se. Do tego doszła jeszcze trzecia sprawa, która w 2020 roku ostatecznie położyła kres założeniom ery neoliberalizmu: Chiny stały się potęgą.

Zgodnie z najlepszą dostępną wiedzą naukową nie było zaskoczeniem, że wirus został wykryty w Chinach. Ta odzwierzęca mutacja była możliwą do przewidzenia wypadkową warunków biologicznych, społecznych i ekonomicznych panujących w prowincji Hubei. Jednak nie brakuje osób, które w tej sprawie szukają drugiego dna.

Jedną z bardziej prawdopodobnych alternatywnych teorii był pogląd, że wirus wydostał się z chińskiego ośrodka badań biologicznych. Gdyby tak było, mielibyśmy do czynienia z incydentem porównywalnym z katastrofą w Czarnobylu – tylko na globalną skalę i lepiej zatuszowaną. Bardziej alarmistycznie brzmi hipoteza mówiąca, że wirus powstał w ramach programu tworzenia broni biologicznej i Pekin umyślnie zezwolił na rozprzestrzenianie się go celem destabilizacji społeczeństw zachodnich. Pekin nie ukrócił tych spekulacji, odrzucając wszelkie próby przeprowadzenia niezależnego międzynarodowego śledztwa i godząc się na to, by konspiracyjne kontrnarracje zataczały coraz szersze kręgi.

Niezależnie od przyjętej hipotezy o pochodzeniu wirusa, warto skupić się na tym, co z nim się wiąże: globalizacji i rozwoju Chin. I umieścić to we właściwym kontekście. W 2005 roku Tony Blair szydził z krytyków globalizacji. Drwił z ich lęków, przeciwstawiając je afirmatywnej energii narodów azjatyckich, którym globalizacja zapewniała dobrą przyszłość. Zagrożeniami dla globalnego bezpieczeństwa były według Blaira terroryzm muzułmański i broń masowego rażenia w rękach Saddama Husajna. Już wtedy widać było symptomy rabunkowej globalizacji, ale mimo to nikt nie żywił nadziei na zmianę status quo. Zmieniło się to dopiero kilka lat później. W ciągu dekady od kryzysu 2008 roku zaufanie do solidności globalnego status quo zaczęło się wyraźnie kruszyć.

Jako pierwsza geopolityczną niewinność globalizacji zdemaskowała Rosja, pokrzepiona wtedy wysokimi cenami ropy i gazu na globalnych rynkach. Próba sił zorganizowana przez Moskwę była ograniczona. Pekinu – już nie. W reakcji administracja Baracka Obamy dokonała w 2011 roku „zwrotu ku Azji”, a w grudniu 2017 roku Stany Zjednoczone przedstawiły nową strategię bezpieczeństwa narodowego, która jako pierwsza wskazała Indo-Pacyfik jako decydującą arenę rywalizacji wielkich mocarstw. W marcu 2019 r. Unia Europejska wydała pokrewny dokument strategiczny. W 2020 roku ich śladem poszły francuskie i niemieckie ministerstwa spraw zagranicznych. W międzyczasie Zjednoczone Królestwo dokonało niespotykanego zwrotu o 180 stopni; w 2015 roku świętowało początek nowej „złotej ery” w stosunkach chińsko-brytyjskich, by pięć lat później wysłać lotniskowiec na Morze Południowochińskie.

Kierowanie się w polityce logiką wojskową nie jest niczym nowym. Wszystkie wielkie mocarstwa są rywalami, a przynajmniej tak wynika z logiki. Natomiast w przypadku Chin doszedł dodatkowy czynnik w postaci ideologii. Pekin nie ukrywa swojego przywiązania do ideologicznego dziedzictwa, któremu początek nadali Marks i Engels, a które kontynuowali Lenin, Stalin i Mao. Komunistyczna Partia Chin celebrowała w 2021 r. 100-lecie swego istnienia – Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego to się nigdy nie udało. W tym sensie „nowa” zimna wojna to w rzeczywistości wskrzeszenie „starej” – azjatyckiego rozdziału zimnej wojny Zachód nigdy nie wygrał.

Są jednak dwie spektakularne różnice dzielące te dwa etapy zimnej wojny. Pierwszą z nich jest gospodarka. Chiny stanowią zagrożenie, ponieważ gospodarka tego kraju doświadczyła największego boomu gospodarczego w historii świata. Zaszkodziło to niektórym sektorom przemysłowym na Zachodzie, ale też wiele firm i konsumentów na całym świecie mocno skorzystało na rozwoju Chin. To stworzyło dylemat. Ożywiona zimna wojna z Pekinem ma sens z każdego punktu widzenia – z wyjątkiem tego, co zwykło się określać słowami „gospodarka, głupcze!”.

Drugą kluczową różnicę stanowi globalny problem z ochroną środowiska i rola wzrostu gospodarczego w przyspieszeniu zmian klimatycznych. Kiedy globalna polityka klimatyczna miała swój początek w nowoczesnej formie w latach 90., był to teatr jednego aktora. Największym i najbardziej opornym trucicielem były Stany Zjednoczone, Chiny były biedne, ich emisje nikły w ogromie pozostałych. A jednak do 2020 roku Chiny zdołały wyemitować więcej dwutlenku węgla niż Stany Zjednoczone i Europa razem wzięte. Tę różnicę chcą pogłębiać przez co najmniej kolejną dekadę. Tak jak nie można wyobrazić sobie rozwiązania problemu klimatycznego bez Chin, tak też nie można wyobrazić sobie bez Chin odpowiedzi na ryzyko pojawienia się kolejnych pandemii. Chiny są najpotężniejszym inkubatorem obu problemów.

Zieloni modernizatorzy UE rozwiązali ten problem w swoich dokumentach strategicznych, definiując Chiny jednocześnie jako systemowego rywala, strategicznego konkurenta i partnera w walce ze zmianami klimatu. Z kolei administracja Trumpa ułatwiła sobie życie, zaprzeczając istnieniu problemu klimatycznego. Lecz Waszyngton również zapędził się w kozi róg pod względem tego ekonomicznego dylematu – bo choć dążył do ideologicznego potępienia Pekinu, nie tracił z oczu strategicznych kalkulacji długoterminowych inwestycji korporacyjnych, a prezydent pragnął szybko zawrzeć porozumienie. To była niestabilna konstrukcja, która w 2020 roku runęła. Pomimo wstępnej umowy handlowej interes gospodarczy przezwyciężyły strategiczna rywalizacja i ideologiczne potępienie. Chiny zostały zdefiniowane jako zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych, zarówno pod względem strategicznym, jak i gospodarczym. Prowadzona przez nie polityka gospodarcza doprowadzała do likwidacji milionów miejsc pracy w USA. Na to nakładało się nielegalne przywłaszczanie sobie amerykańskiej własności intelektualnej wartej miliardy dolarów. W odpowiedzi służby wywiadowcze i bezpieczeństwa wraz z amerykańskim sądownictwem wypowiedziały Chinom wojnę gospodarczą.

Do tej eskalacji doszło w pewnym stopniu przypadkowo. Wzrost gospodarczy Chin stanowił długoterminową, światową zmianę historyczną, z którą w końcu wszyscy na świecie musieliby się zmierzyć. Ale sukcesy Pekinu w zwalczaniu koronawirusa i ich asertywność były sygnałem ostrzegawczym dla administracji Trumpa. Dodatkowo rozgrzana do czerwoności atmosfera amerykańskich wyborów prezydenckich w 2020 r. wytworzyła potężne efekty wzmacniające i indukujące. Drużyna Trumpa nie tylko obwiniała Chiny za wirusa, ale przeniosła wojnę kulturową, którą rozpętała w kraju, na amerykańskich współpracowników Chin. Wobec czego od lata 2020 coraz bardziej nie można było zaprzeczyć temu, że w tle działo się coś innego. Że z Ameryką działo się coś bardzo niedobrego.

Nie pierwszy raz. Podobne wrażenie mogli odnieść Amerykanie pod koniec lat 70., po wybuchu rewolucji irańskiej i drugim kryzysie energetycznym. Jedną z obietnic rewolucji rynkowej lat 80. było to, że „amerykański poranek” Ronalda Reagana wyrwie kraj z zapaści gospodarczej. Wybór Donalda Trumpa, pyszałkowatego imprezowicza z Manhattanu lat 80., na prezydenta stał się uosobieniem smutnej prawdy, że rewolucja rynkowa pozostawiła samej sobie dużą część amerykańskiego społeczeństwa.

Nieprzerwana globalna hegemonia Ameryki w dziedzinie finansów, technologii i potęgi militarnej maskowała fakt, że kraj stał się kolosem na glinianych nogach. Boleśnie obnażyła ten fakt pandemia COVID-19 – amerykański system ochrony zdrowia był w ruinie, a system bezpieczeństwa socjalnego naraził dziesiątki milionów ludzi na ryzyko ubóstwa. Jeśli „chińskie marzenie” Xi przetrwało pandemiczny rok 2020 nietknięte, to nie można tego samego powiedzieć o jego amerykańskim odpowiedniku.

Kryzys neoliberalizmu w 2020 roku ma szczególne i traumatyczne znaczenie dla USA. Wizja amerykańskiego rządu stworzona przez kolejne demokratyczne administracje (począwszy od Woodrowa Wilsona i Franklina Delano Roosevelta) dała amerykańskim liberałom narzędzia do reagowania na wyzwanie koronawirusa. Nawet młode pokolenie amerykańskich radykałów pod przywództwem Alexandrii Ocasio-Cortez mogłoby we wprowadzonym przez Roosevelta Nowym Ładzie znaleźć coś, co mogłoby się im spodobać. Dla kontrastu Partię Republikańską i jej nacjonalistyczno-konserwatywne zaplecze dotknął w 2020 roku kryzys egzystencjalny z głęboko niszczącymi konsekwencjami dla amerykańskiego rządu, ładu konstytucyjnego i stosunków USA z całym światem. Kulminacją tych wydarzeń był wprawiający w osłupienie okres od 3 listopada 2020 r. do 6 stycznia 2021 roku, w trakcie którego Trump odmówił przyznania się do porażki w wyborach prezydenckich, duża część Partii Republikańskiej aktywnie poparła próbę podważenia tych wyborów, aż 6 stycznia 2021 roku nadal urzędujący prezydent i czołowe postacie jego partii zachęcili tłum do inwazji na Kapitol.

Gdy w 2020 roku nadciągały konstytucyjne chmury gradowe, amerykański biznes masowo i otwarcie przeciwstawił się Trumpowi. Najdonośniejsze głosy korporacyjnej Ameryki nie bały się uzasadniać takiego postępowania z punktu widzenia biznesu, poruszając takie kwestie, jak wartość dla akcjonariuszy, problemy związane z prowadzeniem firm z podzieloną politycznie siłą roboczą, znaczenie rządów prawa dla gospodarki czy też (co było dużym zaskoczeniem) spadająca sprzedaż. To połączenie świata pieniędzy z demokracją w Stanach Zjednoczonych w 2020 roku powinno być do pewnego stopnia uspokajające. Ale rozważmy przez chwilę alternatywną rzeczywistość.

Co by się stało, gdyby wirus przybył do Stanów Zjednoczonych kilka tygodni wcześniej, zataczająca coraz szersze kręgi pandemia zgromadziłaby masowe poparcie dla Berniego Sandersa i jego apelu o powszechną opiekę zdrowotną, a w demokratycznych prawyborach z ogromnym poparciem wygrałby zadeklarowany socjalista, a nie Joe Biden? Nietrudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym lwia część amerykańskiego biznesu, z tych samych powodów, przeszłaby na drugą stronę, wspierając Trumpa, aby tylko mieć pewność, że Sanders nie zostanie wybrany. A gdyby Sanders mimo to zdobył większość? Wtedy mielibyśmy prawdziwy test amerykańskiej konstytucji i lojalności najpotężniejszych interesów społecznych wobec niej.

.Postrzeganie roku 2020 jako wszechogarniającego kryzysu ery neoliberalnej – w odniesieniu do jego otoczki środowiskowej, wewnętrznych uwarunkowań społecznych, gospodarczych i politycznych oraz ładu międzynarodowego – pomaga nam odnaleźć historyczne punkty odniesienia. Patrząc w ten sposób, dostrzeżemy, że kryzys koronawirusowy oznacza koniec opowieści, której początki sięgają lat 70. XX wieku.

Adam Tooze
Tekst ukazał się w nr 37 miesięcznika opinii „Wszystko co Najważniejsze” [LINK].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 10 marca 2022