Prof. Jacek KORONACKI: Inteligent i katolik w Polsce AD 2022. Tekst osobisty, politycznie niepoprawny

Inteligent i katolik w Polsce AD 2022.
Tekst osobisty, politycznie niepoprawny

Photo of Prof. Jacek KORONACKI

Prof. Jacek KORONACKI

Profesor nauk technicznych, doktor habilitowany nauk matematycznych, publikował m.in. w „Arcanach”, „Teologii Politycznej co Tydzień” i „Rzeczpospolitej”. Wydał zbiór miniesejów o amerykańskim konserwatyzmie na progu XXI w.

zobacz inne teksty Autora

Kilka lat temu zdumiała nas siła rewolucji antykatolickiej w Irlandii. Ten wcześniej katolicki kraj stanął w awangardzie państw z ustawodawstwem promującym nihilizm i umysłowy paraliż – pisze prof. Jacek KORONACKI

Prymas Tysiąclecia zapisywał w swoich notatkach duchowych z roku 1952, co przypominam, zaglądając do tomiku pt. Kardynał Stefan Wyszyński pióra ks. prof. Waldemara Chrostowskiego, że „katolicyzm inteligencji polskiej jest z Palmowej Niedzieli. Musi stać się katolicyzmem Drogi Krzyżowej – aż do Zmartwychwstania. Nie wystarczy nastrój religijny; konieczne jest życie religijne”.

To były inne czasy. Jak to krótko ujął ksiądz profesor, „kiedy represje wobec Kościoła coraz bardziej się nasilały, Ksiądz Prymas własną postawą ukazał, czym jest katolicyzm Drogi Krzyżowej”.

To były inne czasy. I inna była inteligencja katolicka. Jaka jest inteligencja polska – widziana en bloc, katolicka czy nie – dzisiaj? To najlepiej opisał ostatnio prof. Aleksander Nalaskowski w książce pt. Bankructwo polskiej inteligencji. Jak na tym ogólnym tle sytuuje się jej katolicka część? Nie wiem, czy są po temu jakieś dane statystyczne, wiem to tylko, co sam widzę (notabene, zwykle owe dane jeno doprecyzowują, co krytyczny obserwator sam gołym okiem i bez kłopotu dostrzega).

Mamy mniejszość żądającą wierności Tradycji i temu – jedynemu prawdziwemu – depozytowi wiary, którego strzegł przez wieki Urząd Nauczycielski Kościoła aż do obecnego pontyfikatu papieża Franciszka. Ta mniejszość myśli i działa w trudnych okolicznościach czasu obecnego najlepiej, jak to jest możliwe. Jest marginalizowana i pozbawiona należnego jej wpływu na całość Kościoła. Utrudnia się jej żywot na Uniwersytecie, ponieważ odmawia się finansowania jej badań oraz zatrudniania badaczy skłonnych tę myśl rozwijać – nad całością polityki naukowej kontrolę sprawuje establishment wrogi czemukolwiek, co mogłoby służyć tradycyjnej kulturze łacińskiej (jedynej, jaką Zachód ma – póki ją jeszcze ma). I jest większość, wśród której nie potrafię rozróżnić między tymi, którzy mają się nadal za praktykujących katolików, i tymi, którzy religijność pozostawili za sobą, ale nadal widzą się jako część społeczności katolickiej. Najczęściej łączy ich akceptacja tego – albo bierne pogodzenie się z tym – co współczesny Zachód oferuje pod hasłami tolerancji, wolności dla każdego (byle nie ograniczał wolności innych jednostek) oraz praktycznej akceptacji poglądu, iż każdy ma swoją prawdę, tyle samo wartą, co każda inna. Łączy ich także pochwała – albo brak protestu wobec – nowego stylu i treści duszpasterzowania papieża Franciszka, które najlepiej streszcza hasło nowego paradygmatu katolickości. Ów paradygmat ma w nowy sposób uobecniać katolików we współczesnym świecie[1].

Dziś katolikom wiernym Tradycji i wielowiekowemu depozytowi wiary nie grozi uwięzienie albo terror fizyczny. Ale też nie mogę pojąć zgody wspomnianej większości na traktowanie czasu obecnego jako okresu zwykłego w epoce Zachodu. Ta większość nie ma najmniejszego zamiaru dostrzec, że uleganie współcześnie dominującym prądom obyczajowym i umysłowym oznacza zgodę na koniec Zachodu – uśmiercenie jeszcze ciągle żywej kultury łacińskiej, która tu panowała od rozkwitu Średniowiecza. To nie jest czas na katolicyzm Niedzieli Palmowej, lecz czas postępowania Drogą Krzyżową, jeśli chce się, by zachodni katolicyzm nadal trwał.

Spojrzenie na Zachód sprzed parunastu lat

Właściwie dwa spojrzenia, które spisywałem 11 lat temu na łamach „Arcanów”[2] i teraz je powtarzam, przywołując artykuł Claude’a Polina (emerytowanego profesora Sorbony IV) w miesięczniku „Chronicles” oraz esej Roberta Koonsa (profesora Uniwersytetu Teksasu w Austin) w kwartalniku „Modern Age”. Podobnych tekstów – albo i całych książek – można by zacytować dziesiątki, ale te dwa są ich wszystkich reprezentatywnymi przykładami.

Claude Polin zaczął swój artykuł o demokracji liberalnej od stwierdzenia oczywistości – że spekulacje na temat zmierzchu Zachodu trwały nieprzerwanie praktycznie od początku ubiegłego wieku, „zwłaszcza jeśli za ich początek przyjąć rozważania Spenglera i Valéry’ego”. Ale natychmiast dodawał: „Przez całą historię nowożytną społeczeństwa Zachodu karmiły w swoich łonach zarazki zdolne te społeczeństwa z czasem zabić, z reguły przy tym uznając owe zarazki za nasiona, których kultywacja przyniesie spełnienie przez Zachód odwiecznych marzeń ludzkości”.

Druga połowa XX wieku świadczy jedynie, że zmierzch się zaczął. Zachód przyciąga imigrantów swoim bogactwem materialnym, ale nie ma w sobie nic z magnesu kulturalnego, przeciwnie, większość przybyszów jest do tradycji zachodnich nastawiona wrogo. Zachód, ciągle przedstawiany jako dominujący, jeśli nie despotyczny, w rzeczywistości „coraz chętniej kłania się tym, których kiedyś podbił”.

„Dane demograficzne pokazują, że zachodnie populacje nie mają ochoty się odnawiać [podkreślenie – J.K.]; jakkolwiek pławią się w przyjemnościach i dostatku, to najwyraźniej nie chcą przekazać tych dóbr następnym pokoleniom. […] Tak zwana elita Zachodu zaparła się siebie i powierzyła swoją duszę obcym, entuzjazmując się obcymi kulturami, sztuką, egzotyką obcych religii […]. Na polu polityki i ekonomii echem takiego podejścia jest uzależnianie się od zagranicznych zasobów naturalnych i siły roboczej pod pozorem budowania społeczeństwa globalnego i światowego rynku, nie wspominając o utracie miejsc pracy na Zachodzie na rzecz niewolniczej pracy w krajach Trzeciego Świata. […] Współcześni Europejczycy nie mają wrogów, by tak rzec, z definicji – mają tylko »partnerów«, którzy co prawda bywają uciążliwi i trzeba im niekiedy zapłacić po cichu okup za to lub owo”.

Objawów zaparcia się siebie jest znacznie więcej, co dzień spotykamy ich opisy w mediach, jak choćby te mówiące o wsparciu dla zabijania nienarodzonych dzieci, ponieważ tego chce matka, czy przyznawaniu prawa do adopcji parom homoseksualnym.

Co sprawia, że na Zachodzie zapanowało pragnienie śmierci[3]? Ważne jest zarazem, by dostrzec, że pragnienia tego nie można już przypisać li tylko kręgom opiniotwórczym, które przewodzą zachodniemu pędowi do własnej śmierci. Infekcja musi sięgać szerzej, gdy mówić o jej społecznym zasięgu, i musiała sięgnąć głębiej w społeczną tkankę, niżby to mogła w krótkim czasie uczynić nawet najbardziej skuteczna propaganda. Zachodnia współczesność ma swojego bożka, a jest nim demokracja, oczywiście demokracja liberalna, widziana jako instancja ostateczna i najwyższa – jako Bóg – pisze słusznie prof. Polin, chociaż jest ta demokracja, razem z jej hasłami wolności, równości i braterstwa, niszczącym idolem.

Bożek demokracji uczynił z indywidualnej wolności jednostki, ograniczonej jedynie wolnością innych jednostek, rzekomy fundament społecznego ładu, w istocie popadając w sprzeczność i proponując niemożliwe – problem w tym, że demokratyczny organizm polityczny przestaje być demokratyczny w chwili, gdy postanawia narzucić obywatelom jakiekolwiek więzy, których ci nie mogliby odrzucić, gdy tylko przyjdzie im na to ochota, a nie ma organizmu łączącego wielość w jedność bez jakichś więzów. „Prosić obywatela, by bronił systemu politycznego, którego jedynym fundamentem jest wolność obywateli do odmowy bycia częścią tego systemu, jest podobne do proszenia go o to, by tak umarł, żeby nadal żył. […] Prawdziwą naturą suwerennego członka prawdziwie demokratycznego organizmu politycznego jest bycie kosmopolitą, obywatelem świata. I jak taki człowiek miałby być wrogi tak zwanej imigracji? Na świecie nie ma imigrantów, legalnych czy nielegalnych, ponieważ wszyscy urodzili się wędrowcami, w wolności przemierzającymi cały świat”.

Powiada się dalej, że w demokracji wszyscy obywatele są równi i przeto konieczne jest zapewnienie jej panowania. Uznano, pisał Polin, że „wszystkie nierówności mają swoje źródło w uznaniu nierównej godności osób, gdy tymczasem […] wszystkim należy się taki sam szacunek jako osobom, jako jednostkom, których wartość tkwi w tym, kim są. […] Zrezygnowawszy z szarej uniformizacji niesionej przez ściśle pojmowany socjalizm, spełnienie postulatu równości wszystkich odnaleziono w społeczeństwie, w którym nikt nie musi się stosować do żadnych norm poza jedną – by innym również pozwolić być sobą”.

Ale jak ma bożek demokracji przydać człowiekowi godności? Gdy odmówić pojęciu godności zakorzenienia w osobowym Bogu Stworzycielu, jego znaczenie staje się co najmniej niejasne, a konsekwencją „bycia sobą” staje się pochwała pełnego permisywizmu, walka z wszelkimi postaciami „wykluczenia”, słowem społeczeństwo „otwarte”, czytaj: otwarte na wszelkie absurdy (kto godny pochwały ład społeczny widzi inaczej, ten jest „faszystą”).

Profesor Polin tak kończył swój esej, przyznając zarazem, że są jeszcze ludzie, którzy nie zgubili swoich duchowych kompasów oraz boleją nad znikaniem Zachodu, jaki znała historia[4]: „Nowożytny świat Zachodu płaci dziś cenę za swój grzech: zrodzony został z wiary, że człowiek może być bogiem dla ludzi (Spinoza), że rodzaj ludzki potrafi o własnych siłach rozwiązać wszelkie problemy, jakie może przynieść obrany przezeń sposób życia (Marks), że człowiek może opanować tajemnice przyrody, korzystając jedynie ze swego rozumu (Kartezjusz). I oto mamy dzień rozrachunku, gdy przychodzi temu światu zapłacić za otwarty lub ukryty ateizm, który od początku był rdzeniem jego filozofii. Zachodnia dusza zmierza ku samobójstwu, jako jedynej ucieczce od nędzy świata, który stał się absurdalny dla tych, którzy wczoraj żyli dla niego, a dziś powoli umierają przez niego”.

Aby ten bożek demokracji mógł na Zachodzie zapanować i mogło upowszechnić się naszkicowane uśmiercanie kultury (i populacji zachodniej), nade wszystko potrzebna była odpowiednio pomyślana edukacja wyższa – trzeba było wykształcić kadry, które szkolić będą nauczycieli szkolnych i całą inteligencję, by nieść „postęp” w społeczeństwa.

Robert Koons przyjrzał się nauczaniu humanistyki na uniwersytetach USA. Przyjął za swoje – rozwijając je, gdy tego wymagał upływ czasu – tezy Irvinga Babbitta z jego opublikowanej w roku 1908 książki pt. Literature and the American College.

Babbitt zaczynał od pytania o właściwą definicję humanizmu i humanistyki. Dostrzegł trzy różne typy humanizmu: humanizm naukowy, mający za swojego ojca Franciszka Bacona, humanizm sentymentalny, biorący się od Jana Jakuba Rousseau, i humanizm klasyczny, zapoczątkowany przez greckie szkoły filozoficzne, od Sokratesa począwszy, rozwijany później przez średniowieczne uniwersytety i przez niewielu uprawiany do dzisiaj. Dwa pierwsze typy wolał nazywać typami humanitaryzmu, pojęcie humanizmu rezerwując tylko dla typu trzeciego. Przez ostatnie dwa stulecia utarło się scjentystyczny utylitaryzm (i redukcjonizm) przeciwstawiać romantycznemu i estetycznemu sentymentalizmowi. Na przykład jeden humanitaryzm proponuje prowadzić analizę zachowania ludzkiego metodami ilościowymi, gdy drugi marzy o coraz swobodniejszym oddawaniu się kaprysowi i spontanicznemu impulsowi. Jeden proponuje niemający końca postęp, ze stale rosnącym zakresem technicznego panowania nad naturą (włączając w to naturę człowieka), drugi etykę entuzjazmu, która w miejsce troski osoby o spełnienie ograniczonych obowiązków wobec bliźniego i jej lojalność wobec konkretnej wspólnoty podstawia nieznającą granic filantropię. Różnice między nimi są zasadnicze i głębokie.

Ale Babbitt widział pod powierzchnią widocznej opozycji jednego nurtu humanitaryzmu wobec nurtu drugiego ich fundamentalne przymierze przeciw tradycji klasycznej. Obydwa łączy odrzucenie teleologicznie zorganizowanego kosmosu tradycji klasycznej z jej skończonym i uniwersalnym celem, jakim jest szczęście osiągane przez samoograniczenie (eudajmonia). U Bacona widać libido sciendi, nieokiełznaną żądzę wiedzy encyklopedycznej, mającej zastąpić klasyczne poszukiwanie mądrości (sophia) pojmowanej jako skończona, zrównoważona, spójna i harmonijna całość, osiągalna dla człowieka. W przeciwieństwie do mądrości uniwersalna i encyklopedyczna wiedza poszukiwana przez Bacona i jego uczniów (jak Diderot i d’Alembert) przekracza zdolności każdego człowieka czy każdego pokolenia. Rousseau jest według Babbitta jakby wskrzeszeniem starożytnych greckich sofistów. I dodaje, że Platon w swojej „Republice”, gdy analizował osobowość demokratyczną, właściwie proroczo opisywał Jana Jakuba Rousseau – demokratyczną duszą rządzi ideał doskonałej równości, każdy impuls i każdy kaprys mają równe prawo do oddania mu przez człowieka jego czasu i energii.

Program nauczania, jaki daje się wywieść z połączenia obu typów humanitaryzmu, może jedynie oznaczać całkowite zerwanie z ideą uniwersytetu średniowiecznego, która, jakkolwiek odmieniona, ponieważ poddana rygorom sekularyzacji, żyła – co jest wręcz zadziwiające, wziąwszy pod uwagę napór nowożytności – aż po wiek XX. Właściwy cel ówczesnego uniwersytetu miał charakter etyczny – uniwersytet miał formować w młodym człowieku cnoty samodyscypliny i roztropności. Środkiem do tego były dogłębne studia praktycznie niezmiennego kanonu dzieł klasycznych, które – jak pisał Babbitt – ujmują w jedną całość doświadczenie ludzkie sprawdzone i potwierdzone przez wieki. Lektury wzbogacał czas wspólnej refleksji nad obranymi zagadnieniami, rozciągający się nawet na lata[5]. Uniwersytet pomagał studentowi kształcić się w mądrości i cnotach.

Kiedy Babbitt pisał na Harwardzie przywoływaną tu jego książkę, ówczesny prezydent tego słynnego uniwersytetu, Charles William Eliot, właśnie rewolucjonizował szkolnictwo wyższe. Prezydent dokonał rewolucji tylko na swojej uczelni, ale dziś jego pomysł przyjęty jest wszędzie. Rewolucja dotyczyła przede wszystkim nauk humanistycznych. „Twarde” nauki ścisłe i przyrodnicze nie istniałyby już w ogóle, gdyby ideał prezydenta Harwardu przyjęto na tych polach badań z tym samym zapałem, z jakim uczynili to humaniści. A rewolucja polegała na zastąpieniu stałego curriculum systemem, w ramach którego student, po zapoznaniu się ze wstępem do kilku przedmiotów podstawowych, sam wybiera sobie przedmioty, których będzie się uczyć aż do uzyskania magisterium czy doktoratu. Absurdalność systemu jest jasna, ponieważ trafnego wyboru może świadomie dokonać tylko osoba już wszechstronnie wykształcona, ale to nikomu nie przeszkadzało.

Mieszanka odbierająca uniwersyteckiemu nauczaniu wymiar moralny i ogólniej mądrościowy, gonitwa za wiedzą encyklopedyczną, coraz bardziej wyspecjalizowaną (uczenie się coraz więcej o czymś coraz mniej istotnym i coraz węższym), do tego jeszcze rewolucja Charlesa Eliota ułatwiająca wykładowcom tworzenie pseudodyscyplin naukowych i prowadzenie pseudobadań (wystarczy znaleźć paru adeptów danej pseudonauki), wreszcie rodem z Jana Jakuba Rousseau kult spontaniczności i entuzjazmu – okazały się dla uniwersytetu trucizną śmiertelną. Czym lepsza jest filozofia, historia czy filologia klasyczna od, dajmy na to, hotelarstwa – pytał prof. Koons – jeśli tym pierwszym odmówiło się zdolności uszlachetnienia człowieka?[6]

Koons miał rację pisząc, że jego zdaniem dla współczesnego uniwersytetu nie ma już ratunku. Pisał, że jest ciałem chorym śmiertelnie, podtrzymywanym sztucznie przy życiu przez wsparcie państwa i prywatnych darczyńców oraz to, że jego absolwenci są społecznie przydatni (w tym ostatnim przypadku mylnie sądzi się, że to uniwersytet, a nie ich własne zdolności i pracowitość, chęć sprawdzenia się w życiu czynią z nich tych, kim są).

Zarazem odrodzenie tradycji klasycznej, wierzył Koons, jest możliwe, tyle że nie przyjdzie z dzisiejszego uniwersytetu. Przyjdzie, gdy najbardziej zdolni… go opuszczą, w efekcie czego obecny system nauczania humanistyki w końcu upadnie. „Ameryka przeżyła już kilka razy odrodzenie tradycji. Rekonstrukcja cywilizacji zacznie się – pisze Koons – dzięki małym plutonom Burke’a, które zapełnią przestrzeń opuszczoną przez coraz bardziej jałową nowoczesność”[7].

To, co pisał prof. Koons 12 lat temu, dotyczyło całego Zachodu. I miejmy nadzieję, że pozostaje prawdą również dzisiaj, w 2022 roku. Ale odrodzenie tradycji, jeśli się dokona, wymagać będzie wysiłku pokoleń.

Jeszcze słowo o tym, co 22 i… 172 lata temu

Proces niszczenia łacińskiej kultury Zachodu, wyżej zasygnalizowany od początku XX wieku, trwa dłużej, to oczywiste, ale nie będziemy się nad tym zatrzymywać.

Ten proces przyspieszył w drugiej połowie ubiegłego wieku i odtąd już stale przyspiesza. W 2000 roku Sąd Najwyższy USA orzekł rzekomą niekonstytucyjność ustaw stanowych pozwalających na późną aborcję jedynie wtedy, gdy zagrożone jest życie matki, jako nadmiernie ingerujących w prawa tej matki. Wybitny amerykański komentator katolicki śp. Joseph Sobran przestrzegał wówczas, że był to ostatni moment na postawienie w stan oskarżenia (impeachment) sędziów SN, jeśli chce się np. uniknąć legalizacji tzw. małżeństw homoseksualnych. Do czego doszło w roku 2015, a dziś pary homoseksualne mogą adoptować dzieci w USA i 19 państwach Europy.

Alexis de Tocqueville, o czym już wspomniałem, proroczo charakteryzował demokrację już w latach 30. XIX w., jakkolwiek za wcześnie jeszcze było, by mógł już wówczas pisać o zmierzchu Zachodu. Nie poświęcił też dość uwagi katolickiemu fundamentowi kultury i cywilizacji Zachodu – nie potrafił dostrzec, że cywilizacja Zachodu to w istocie cywilizacja katolicka. Genialnie to dostrzegł Juan Donoso Cortés i przedstawił w trzech wielkich mowach wygłoszonych w Kortezach w latach 1849–1850 oraz w dziele z 1851 roku pt. Szkic o katolicyzmie, liberalizmie i socjalizmie, rozważanych w swoich zasadach fundamentalnych – patrz ich omówienie pióra wybitnego polskiego historyka idei Jacka Bartyzela [tu link do jego omówienia trzech mów oraz Szkicu]. W tym miejscu zacytuję tylko tyle z prof. Bartyzela omówienia Szkicu:

„Myśl przewodnią swojej apologetyki autor wyraził już w pierwszym zdaniu tego dzieła: dnie »Na każdej wielkiej kwestii politycznej leży zawsze jakaś wielka kwestia teologiczna«. Dowody zależności pojęć politycznych od pojęć religijnych znajduje Donoso Cortés w całej historii społeczeństw cywilizowanych […].

Chrześcijaństwo przemieniło zarówno społeczeństwo cywilne (przede wszystkim rodzinę, w której ojciec przestał być tyranem dla niewolnicy-żony i niewolników-dzieci), jak społeczeństwo polityczne, zamieniając pogańskie panowanie siły na pojęcie władzy jako publicznej służby bożej: »Królowie poczęli panować w imię Boże, narody poczęły słuchać książąt jako piastunów władzy pochodzącej od Boga«. Co najważniejsze, odejmując z jednej strony władcom doczesnym nienależny im atrybut boskości, a z drugiej strony wyprowadzając legitymizację ich władzy z autorytetu boskiego, chrześcijaństwo odebrało raz na zawsze jakiekolwiek usprawiedliwienie obu politycznym przejawom grzechu pychy – tyranii panujących i rewolucji poddanych. Chrześcijaństwo nie mogłoby jednak mieć tak dobroczynnego wpływu, gdyby Kościół katolicki nie był instytucją o pochodzeniu nadprzyrodzonym. Bez pierwiastka nadnaturalnego, bez działania łaski, w cywilizacji widzi się tylko skutki, a nie przyczyny. Kościół zatem nie jest jednym tylko ze składników cywilizacji europejskiej, ale jest samą tą cywilizacją, ponieważ dał jej to, co czyni ją jednością, co stanowi jej istotę. Cywilizacja europejska jest po prostu cywilizacją katolicką”.

Zachód połowy XIX wieku, z jego awangardą odwróconą od Boga (i zwłaszcza katolicyzmu), nie zwrócił się ku Niemu na powrót, przeciwnie, i dziś ta awangarda popadła w obłęd (który tak charakteryzowałem [LINK]).

Spojrzenie (osobiste) na Kościół dzisiaj

Bodaj w roku 1960 – czyli mając 15 lat – wstąpiłem do warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej. Poznałem to środowisko bardzo dobrze. Byłem członkiem sekcji młodych (szefem jej był chyba Andrzej Wielowieyski), czytałem wszystko, co z tego środowiska – i krakowskiego – wychodziło („Więź”, „Znak”, „Tygodnik Powszechny”, książki, np. z Warszawy ceniłem Annę Morawską, Tadeusza Mazowieckiego, Andrzeja Micewskiego, oczywiście ceniłem panią Stanisławę Grabską – teologa).

Po kilku latach członkostwa zorientowałem się, że z KIK-iem niezupełnie mi po drodze. Od Vaticanum secundum coraz bardziej byłem po stronie Prymasa Tysiąclecia, a nie inteligenckiego katolicyzmu w KIK-owskim stylu. Coraz lepiej dostrzegałem meandry personalizmu „otwartego” Mouniera. Szybko zorientowałem się, że posoborowy Kościół zmierza w niektórych krajach w złą stronę, a KIK był tym marszem zachwycony. W 1968 r. zdecydowanie nie zgadzałem się z krytycznym stosunkiem całego tego środowiska inteligencji katolickiej do encykliki Humanae vitae.

Micewski dobrze opisał historię KIK-u – i PAX-u – we Współrządzić czy nie kłamać. Trzeba docenić to, że KIK nie kłamał. Bardzo to szanowałem. Ale to nie był krąg „mojej” inteligencji. Na początku lat 70. XX w. widziałem już bardzo wyraźnie, że to była inteligencja zbyt otwarta na lewicujący ogląd świata. Ta inteligencja katolicka była za „Wielką Odnową” Kościoła, ja byłem jej przeciwny. Wielka Odnowa chciała zerwania z Tradycją i wiernością depozytowi wiary, na której straży stał Urząd Nauczycielski Kościoła. Jak już mniej więcej wówczas pisał Leszek Kołakowski, Kościół ma stać na straży prawd wiecznych, wykładać je w sposób spójny, a nie ulegać modom i nastrojom społecznym danej chwili.

Niedawno temu uczciwie naszkicował program owej Wielkiej Odnowy sędziwy już Andrzej Wielowieyski [tu link]. Tak tam pisze Wielowieyski, odnosząc się do sporu, który toczył się nim jeszcze Paweł VI ogłosił Humanae vitae, i w tym kontekście do stanowiska księdza abp. Karola Wojtyły w tej materii:

„Był [Wojtyła – przyp. J.K.] żywo zaangażowany w odnowę soborową, jak żaden inny polski biskup. Niestety, w jednej sprawie był uparty – w sprawie antykoncepcji. W rozmowach z przyjaciółmi – z prof. Tarnowskim, a także ze mną – stwierdzał, że hołubił od dawna swoją wizję fizycznego współżycia w małżeństwie jako współdziałania ze Stwórcą, więc sztuczne metody były dla niego nie do przyjęcia”.

No właśnie, a przecież mieliśmy już rok 1968, gdy encyklika została ogłoszona i jasne już było dla „wszystkich”, że ład moralny może sobie człowiek ustalać sam i działać wedle swojej woli bez oglądania się na Stwórcę. Humanae vitae była jak papierek lakmusowy, który ujawniał, kto jest po stronie antropologii chrześcijańskiej – wywodzonej z prawa naturalnego i Objawienia, wykładanej przez Urząd Nauczycielski – a kto widzi tę antropologię jako po części chrześcijańską i po części kreowaną przez samego człowieka, niezależnie od woli Stwórcy. Już wtedy trwał konflikt fundamentalny między dwoma spojrzeniami na nauczanie Kościoła – wedle zasad od wieków ustalonych i znanych, czy jak to zostanie później nazwane, wedle nowego paradygmatu katolickości.

U podstaw chodziło tu i chodzi o spór między dwiema wspomnianymi antropologiami. Nie tylko w kontekście encykliki Humanae vitae, ale także ogólnie i dając znakomity, szeroki oraz dogłębny wykład historyczno-teologiczny, istotę tego sporu przedstawił Michał Gierycz [LINK]. Oto jedno z lapidarnych ujęć sedna różnicy między tymi dwiema antropologiami, w którym Gierycz posłużył się cytatem z Jeana Guittona, wyjaśniającym, iż metoda właściwie i spójnie rozumianej antropologii chrześcijańskiej „polega na ustaleniu najpierw i przede wszystkim tradycji (która jest w sumie historią tożsamości prawdy), żeby ją dobrze posiąść i dobrze zrozumieć […], a dopiero potem na zwróceniu się ku myśli świata, […w celu] wyróżnienia w niej tego, co w niej jest zgodne, i tego, co w niej jest przeciwstawne duchowi tradycji – wychwalając pierwszy element, który jest treściwy, a odrzucając drugi, który jest zepsuty. Druga metoda polega na ustaleniu najpierw i przede wszystkim aktualnej myśli, na przyswojeniu sobie jej języka, na wykarmieniu się jej zasadami, na przeniknięciu się jej duchem, a dopiero potem na zwróceniu się ku tradycji, wreszcie na odrzuceniu tego wszystkiego [z tradycji], co w niej jawi się jako sprzeczne z myślą aktualną i przyjęciu reszty”.

Łatwo dostrzec, że podczas gdy metoda pierwsza jest metodą dedukcyjną, to druga jest metodą indukcyjną. Jak pisze Gierycz, analizując myśl teologiczną, która już w latach 60. XX w. stała u podstaw Wielkiej Odnowy, „metoda dedukcyjna zaczynała być, w ramach „nowych” nurtów teologii moralnej, równoprawna lub wręcz podporządkowana metodzie indukcyjnej. O ile ta pierwsza za punkt odniesienia dla dyrektyw działania przyjmuje Objawienie i Boże Prawo, o tyle ta druga wychodzi [cytując prof. Emilię Palladino z Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego – przyp. J.K.] »od refleksji nad rzeczywistością, aby zrozumieć, w jakim się jest stanie, czego się potrzebuje, i aby potem według tego postępować«”.

Metoda indukcyjna, charakterystyczna dla nauk społecznych, jak zauważył ks. prof. Piotr Mazurkiewicz (w tekście z 2017 roku), „stawia Kościół wobec poważnej pokusy dostosowania teologii do potrzeb socjologii”. Koniecznie trzeba tu dodać, że zacytowane słowa prof. Palladino pochodzą z jej wprowadzenia do wykładów na temat nowego odczytania Humanae vitae, zorganizowanych przez nią z okazji 50. rocznicy ogłoszenia encykliki. Myślą przewodnią wykładów było odwołanie się „do metody indukcyjnej, którą stosuje papież Franciszek w Amoris laetitia”.

Tak było w roku 2018. Dziś mamy przygotowania do synodu „Ku Kościołowi synodalnemu”. I oto nowy paradygmat katolickości oraz papieska metoda indukcyjna grożą Kościołowi przyjęciem rozwiązań sprzecznych z doktryną katolicką. Kto nie wierzy, niechaj sam przeczyta Dokument Roboczy ogłoszony przez Sekretariat Generalny Synodu 27 października 2022. Jeśli nie ma na to czasu, niech przeczyta nader obiektywną i rzetelną ocenę dokumentu pióra o. Geralda E. Murraya w „The Catholic Thing” [LINK].

W grudniu 2021 w moim liście do Sekretariatu Synodu Archidiecezji Warszawskiej pisałem, że widzę papieża Franciszka „jako namiestnika Chrystusa, którego gorąca wiara kieruje jego samego i jego owieczki wprost ku Chrystusowi, ale którego pasterzowanie sieje w Kościele również zamęt i zagubienie. To pasterz, który kocha każdego bliźniego, ale kocha jakby ślepo, ponieważ w każdym szukając tego tylko, czego się można od tego bliźniego nauczyć, podążając blisko obok tego bliźniego, zgadza się podążać ze swoim stadem drogami współczesności. Nie widać, by chciał być znakiem sprzeciwu wobec tej współczesności. A jest to współczesność wymagająca leczenia – nawrócenia ku Chrystusowi, który i to powiedział: »Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz« (Mt 10,34), choćby w obronie zasad prawa naturalnego. Jest to współczesność, która wymaga jedności całego Kościoła, szczególnej jasności wykładu świętego depozytu wiary. »Zadanie autentycznej interpretacji słowa Bożego, spisanego czy przekazanego przez Tradycję, powierzone zostało samemu tylko żywemu Urzędowi Nauczycielskiemu Kościoła, który autorytatywnie działa w imieniu Jezusa Chrystusa« (konstytucja dogmatyczna Dei verbum, 10, oraz Katechizm, n. 85). Powtarzam, zwłaszcza dziś cały Kościół potrzebuje jednego i jasnego wykładu świętego depozytu wiary oraz jasnej rady, jak służyć współczesnym wspólnotom wnioskami z tego wykładu” [LINK].

Jestem rad, że debata przedsynodalna ma być przedłużona, ale nie wierzę, by Watykan zszedł z obranej, złej drogi. Papież nie chce tego, ale zdaje się kierować Kościół ku schizmie. Na najbliższych pomocników wybrał sobie rzeczników Wielkiej Odnowy, a dziś widać to już z całą pewnością, że ci są rzecznikami zadekretowania nieładu moralnego jako składnika obowiązującego nauczania w Kościele. Wypowiedzi wielu kardynałów coraz jawniej i bardziej stanowczo sprzeciwiają się obowiązującej doktrynie – różnym elementom świętego depozytu wiary. Nie martwi to polskich rzeczników Wielkiej Odnowy skupionych wokół KIK i „Tygodnika Powszechnego” (i nie tylko tam), którzy coraz bardziej agresywnie atakują hierarchów wiernych Tradycji i nauczaniu poprzednich papieży oraz protestującym przeciw ekscesom zwolenników moralnego nieładu albo wręcz nihilizmu. I którzy coraz łatwiej przyjmują postawy antypaństwowe. Ale tych smutnych faktów nie chcę już relacjonować. Chcę natomiast zaznaczyć, że doceniam wrażliwość społeczną wielu wspólnot tego – jak się go nazywa – Kościoła otwartego, ich chęć stania przy biednych i opuszczonych, niesienia im pomocy. Tak jak doceniam to w przypadku papieża Franciszka.

Droga Krzyżowa

Spójrzmy prawdzie w oczy. Polska jest tragicznie podzielona na dwa wrogie sobie kraje. Debata polityczna jest niemożliwa, głównie za sprawą opozycji totalnej, której cały program polityczny ogranicza się do chęci usunięcia obecnej, demokratycznie wybranej władzy państwowej środkami parlamentarnymi albo siłowymi oraz – najchętniej – osadzenia obecnej władzy w więzieniach. Głównie za sprawą tej opozycji debatę zastąpiły seanse nienawiści oraz popisy chamstwa i prymitywizmu niemające precedensu w świecie cywilizowanym.

W naszej ojczyźnie tradycyjna myśl katolicka jest spychana do nisz i nie dociera do szerokich rzesz katolików. Komisja Episkopatu Polski dawno już temu praktycznie zamilkła i niejako abdykowała – przestała pełnić rolę nauczyciela narodu – od dawna wewnętrznie podzielona na dwa obozy. „Uniwersytetem” XXI wieku są media, które mają wielokrotnie więcej „studentów” niż wszystkie polskie uczelnie razem wzięte.

Kilka lat temu zdumiała nas siła rewolucji antykatolickiej w Irlandii. Ten wcześniej katolicki kraj stanął w awangardzie państw z ustawodawstwem promującym nihilizm i umysłowy paraliż. Nie wszystkich to zdziwiło. Jak kiedyś pisał na łamach tygodnika „Idziemy” jego redaktor naczelny ks. Henryk Zieliński, pewien obserwator życia irlandzkiego powiedział był mu dawno temu, że Irlandia zmieni się nie do poznania w ciągu około 25 lat od przejęcia mediów irlandzkich przez obce koncerny. Tam chodziło o koncerny brytyjskie…

W Polsce w 1989 roku warszawski KIK stanął po stronie środowiska „Gazety Wyborczej”. To samo uczynił „Tygodnik Powszechny”, a z nim Czesław Miłosz oraz wybitny, ale naiwny ks. prof. Tischner (co nie znaczy, że dziś nie czytam jego wykładów z filozofii poznania – niedawno temu pięknie opracowanych przez Zbigniewa Stawrowskiego, któremu chwała za jego dzieło jako szefa Instytutu Myśli Józefa Tischnera). Wszyscy pamiętamy żal o to Jana Pawła II, wyrażony przez niego w liście do Jerzego Turowicza na 50-lecie „Tygodnika” [LINK]. Środowiska te wyrządziły Polsce wielką krzywdę i miały wielki udział w wyeliminowaniu głosu Kościoła z debat publicznych. A to był tylko wstęp. Potem przyszły zagraniczne koncerny medialne…

Spójrzmy prawdzie w oczy. Strajki kobiet w 2016 i zwłaszcza w 2020 roku miały charakter masowy. Przypomnijmy sobie, ile nauczycielek szkolnych przypięło sobie znak błyskawicy. Kto z nas przewidział wściekłość, powszechność oraz sukces protestów przeciw wprowadzeniu do szkół podręcznika do historii i teraźniejszości prof. Wojciecha Roszkowskiego? Chociaż były to protesty, których znakiem rozpoznawczym były zwykłe kłamstwa. To prawda, że protesty te zostały zorganizowane i były prowadzone przez garstkę (dodajmy, inteligentów, ponieważ dziś tym mianem wypada opatrywać wszystkie osoby z wyższym wykształceniem i zwłaszcza nauczycieli). Ale czy nie była jeszcze mniejszą garstka obrońców dobrego imienia prof. Wojciecha Roszkowskiego i samego podręcznika? I czy środowiska atakujące podręcznik oraz jego autora nie odniosły sukcesu – masowego sukcesu?

Spór wokół podręcznika prof. Roszkowskiego był sporem o to, czy jest w polskich szkołach miejsce dla zachodniego w tradycyjnym sensie widzenia spraw ludzkich[8]. Był to zatem spór o znaczeniu fundamentalnym, w którym polska inteligencja nie potrafiła, czy nie chciała, wystąpić w obronie tego miejsca. Tak została ta inteligencja – w jej młodszej części – uformowana w polskiej szkole i na polskiej uczelni.

W latach 90. uważałem, że szansa na odbudowę etosu inteligenckiego leży w oddaniu przez państwo pieniędzy na szkolnictwo podstawowe i średnie rodzicom. Minęło jedno pokolenie i już tak nie uważam. A dokładniej – mieli rację ks. Joseph Ratzinger w roku 1969 i papież Paweł VI krótko przed swoją śmiercią, gdy przepowiadali, że katolicy będą dyskryminowani, ale się ostaną w małych grupach, żyjący po części na marginesie społeczeństw zachodnich (i po części wewnątrz tych społeczeństw, ponieważ nie odwrócą się przecież od współdziałania na rzecz dobra wszystkich). Jak to ujął cytowany wcześniej Robert Koons, myśląc o Ameryce, przetrwają jako małe plutony Edmunda Burke’a, przenosząc dla przyszłych pokoleń to, co najważniejsze z kultury łacińskiej. W Polsce przetrwają jako małe wspólnoty (tradycyjnie) katolickie.

Jak napisałem, będą te wspólnoty żyły po części na marginesie społecznej większości. Wspólnoty te będą musiały w nowy sposób spojrzeć na edukację swoich dzieci. Publiczne szkolnictwo podstawowe i średnie będą musiały te wspólnoty zastąpić albo systematycznie uzupełniać przez kształcenie domowe (ważne będzie, by nie było to uczenie indywidualne, lecz w małych grupach). Dziś z edukacji domowej korzysta zaledwie ok. 20 tysięcy uczniów. Liczba ta szybko rośnie, ale to ciągle tylko przysłowiowy promil wszystkich dzieci w wieku szkolnym. I to będzie się musiało zmienić radykalnie, obejmując także domową edukację ponadpodstawową. W katolickich liceach uczy się obecnie tylko około 21 tysięcy młodych osób i nie ma chyba szans na radykalne zwiększenie tej liczby (wracam do tej kwestii w Dodatku 2., gdzie podaję kilka liczb dotyczących szkolnictwa podstawowego i średniego). Natomiast szkolnictwo publiczne pozostanie, jakie jest – jak się powiada, światopoglądowo neutralne, co w istocie znaczy antykulturalne, ponieważ w najlepszym razie promujące etyczny relatywizm. Nie widzę dziś żadnej szansy na zmianę w tej materii.

Moim zdaniem lepiej wygląda sytuacja szkolnictwa wyższego, przede wszystkim dlatego, że na tym poziomie potrzeba niewiele uczelni nowego typu, by w ciągu dekady czy raczej dwóch wykształcić zalążek elity katolickiej, która urośnie liczebnie na tyle, by zacząć wywierać pozytywny wpływ na cały naród. Określiłem te uczelnie jako „nowego typu”, ponieważ będą one działać poza obecnie panującym systemem, ale powinienem był raczej napisać „dawnego typu” – potrzebujemy wszak prawdziwego Uniwersytetu, takiego, który kształci w mądrości i cnotach. Mam nadzieję, że proces tworzenia takich uczelni już się zaczyna.

Krótko podsumujmy. Polska potrzebuje liczniejszej, prawdziwie kulturalnej elity. Na tyle licznej, by mogła skutecznie przeciwstawić się dziś dominującym siłom niszczącym polską i katolicką tożsamość. To musi zacząć się odnową szkolnictwa, a tę należy zacząć od odnowy szkolnictwa wyższego – by zacząć kształcić nauczycieli, którzy przyniosą szkołom podstawowym i średnim kadrę zdolną dzieci i młodzież uczyć umiłowania Dobra, Prawdy i Piękna.

Przed prawdziwie katolickimi wspólnotami trudna droga. Jeśli nią nie pójdą, Polska przestanie być Polską. A ta praca dla Polski musi również wiązać się z żarliwą modlitwą i gorliwą praktyką religijną każdego z członków tych wspólnot, staraniem każdego z nich o wewnętrzne doskonalenie się. Wspólnoty katolickie muszą być jak wspólnoty apostolskie – wspólnoty świadków Chrystusa.

Jacek Koronacki

Dodatek 1:
Erik Voegelin o nauczaniu uniwersyteckim

Przytaczam tu korespondencję – zamierzoną, ale nie do końca zrealizowaną – między konsultantem jakiejś komisji Kongresu USA Karlem Ettingerem a Voegelinem.

Oto 22 grudnia 1953 ten pierwszy pisał do tego drugiego, iż prosi o opinię, co myśleć o tym, że fundacje współfinansujące wyższe nauczanie chwieją się pod naporem „związków zawodowych uniwersyteckich profesorów”, przekonujących fundacje do opowiedzenia się „po stronie »ilościowych«, a nie »indukcyjnych« nauk społecznych z prawie zupełnym wykluczeniem badań filozoficznych i historycznych”. Rozeźlony Voegelin napisał w odpowiedzi (którą potem zachował dla siebie, a wysłaną ubrał w elegantsze słowa), że chodzi tu o „przekupienie” (cudzysłowami opatruję sformułowania Voegelina) młodych badaczy na rzecz współczesnego pozytywistycznego trendu ograniczenia się do badań ilościowych, czego efektem będzie „skażenie młodych umysłów fałszywą doktryną”, a zatem chodzi tu o „zbrodnię” wyrosłą „z ignorancji, której źródłem jest […] pogarda dla życia intelektualnego i duchowego, będących fundamentem życia ludzkiego i społecznego”. Drogą do tego skażenia jest ideologia „metodologicznej ścisłości”, która skazuje studenta na fałszywą alternatywę pozytywizm vs materializm dialektyczny i „edukacyjne pranie mózgu”. Napisał też, że jeśli prąd ten nie zostanie szybko zatrzymany, czeka nas koniec uniwersytetu.

Dodatek 2:
Liczby dotyczące szkolnictwa podstawowego i średniego

Z szacunkowych danych Ministerstwa Edukacji i Nauki wynika, że w roku szkolnym 2022/2023 w szkołach podstawowych uczyć się będzie nieco ponad 3 miliony uczniów, w szkołach ponadpodstawowych (liceach, technikach, szkołach specjalnych przysposabiających do zawodu i szkołach branżowych I stopnia) uczyć się będzie 1,64 miliona uczniów.

Według danych Rady Szkół Katolickich w roku szkolnym 2021/2022 w Polsce było 487 szkół katolickich, z czego 259 to szkoły podstawowe, 144 to licea ogólnokształcące, 23 szkoły zawodowe (technika i szkoły branżowe) oraz 8 szkół artystycznych (muzycznych i plastycznych). 53 placówki to instytucje adresowane do dzieci i młodzieży ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, a 35 z nich działa w ramach młodzieżowych ośrodków szkolno-wychowawczych lub młodzieżowych ośrodków socjoterapii.

Szkoły podstawowe katolickie to 1,8 proc. wszystkich szkół podstawowych, katolickie licea ogólnokształcące to 3,5 proc. wszystkich szkół tego typu, natomiast katolickie technika to mniej niż 1 proc. wszystkich techników w kraju.

We wszystkich tych szkołach kształci się łącznie ok. 72 tysiące uczniów, z czego ok. 46 tys. w podstawówkach, 21 tys. w liceach, ok. 2 tys. w technikach i ok. 400 uczniów w szkołach branżowych I stopnia. 1,5 tys. to uczniowie różnego typu szkół specjalnych.

Jak z tego wynika, ogółem w szkołach katolickich uczy się ok. 1,55 proc. dzieci w wieku szkolnym, w tym tylko 1,4 proc. młodzieży w szkołach ponadpodstawowych. Nawet zakładając optymistycznie, że we wszystkich tych szkołach nauczanie przedmiotów humanistycznych ma w jakiejś mierze charakter katolicki, to zdecydowanie za mało, by z takiej mniejszości powstała w przyszłości elita dość liczna, by mieć wpływ na etos narodowy[9].

Nie sądzę, by możliwe było radykalne zwiększenie liczby katolickich liceów. Małe wspólnoty katolickie, o których piszę w tym tekście, będą zbyt małe, by ich dzieci mogły zapełnić nowe licea, ewentualnie powstające przy tych wspólnotach. Te nowe licea katolickie musiałyby okazać się atrakcyjne dla szerszych rzesz rodzicielskich. Ale tu popadamy w konflikt interesów. Albo te licea będą rzeczywiście katolickie, formujące młodzież wedle kanonów kultury łacińskiej, albo będą atrakcyjne dla inteligenckiej większości, która dziś, jeśli nie jest już pochrześcijańska, to jest zagubiona i z tej przyczyny ulegająca antykatolickiej propagandzie. No i należy jeszcze odnotować, że część polskiego Kościoła hierarchicznego byłaby przeciwna… ale w tym miejscu zawieszam głos (czyli przestaję stukać w klawiaturę komputera).


[1] Doskonałe omówienie tego „nowego paradygmatu” znajdujemy w rozdziale 10. ważnej książki Michała Gierycza pt. Mała pochwała katolicyzmu. Kościół i polityka w późnej nowoczesności, powtórzonym w TPCT [LINK]. (Mam do książki różne „pretensje”, zwłaszcza dotyczące jej strony redakcyjnej, także zasadnicze do rozdziału 2., ale to zupełnie inna sprawa).

[2] Patrz też mój zbiór miniesejów pt. Amerykański konserwatyzm na progu XXI wieku.

[3] Jeśli ktoś uważa, że mówienie o pragnieniu śmierci jest przesadą, niechaj wyobrazi sobie, iż nagle spełnione zostają wszystkie życzenia zachodnich szermierzy „postępu”.

[4] W cytowanym tu moim artykule nie wspomniałem o proroczym opisie demokracji przez Aleksego de Tocqueville’a (czyniłem to wielokrotnie później). Tocqueville nade wszystko obawiał się, że demokratyczna obsesja równości szans, postulat społecznej równości, w konsekwencji demokratyczny indywidualizm obudzi w ludziach egoizm i ducha materializmu. Powodowani nimi ludzie zwrócą się w końcu do państwa jako ich poplecznika w walce o bogactwo. Ten apel o pomoc doprowadzi do centralizacji władzy, a to z kolei do rządów klasy biurokratów i w końcu paraliżu państwa. Kulminacją demokracji będzie właśnie indywidualizm, i to nie indywidualizm przeżywany przez jednostkę wyposażoną w poczucie szczególnej godności, ponieważ temu sprzeciwiał się ideał równości wszystkich. Będzie to jednostka słaba i bezradna, praktycznie niezdolna do udźwignięcia ciężaru odpowiedzialności za siebie i bliskich, za ich przyszłość.

[5] Notabene, czas refleksji i kontemplacji, duchowego wyciszenia, wolny od jakichkolwiek zajęć, określali starożytni Grecy słowem scholé, łacinnicy słowem schola i stąd wzięła się polska szkoła czy angielska school. Chcąc oddać właściwy sens słowa scholé, prof. Tatarkiewicz pisał „wczasy”, ale dziś umiemy tylko powiedzieć „czas wolny”, z kolei Anglicy „leisure”; por. Josef Pieper, Leisure, the Basis of Culture, Ignatius, 2009, Faber a. Faber, 1952 (w oryginale niemieckojęzycznym „Musse und Kult”) – tytuł tego wielkiego eseju oddaje jego treść.

[6] Cztery i pół dekady po Babbitcie o rewolucji w nauczaniu i uprawianiu nauk społecznych krótko pisał Erik Voegelin – patrz Dodatek 1.

[7] Edmund Burke (1727–1797) tak pisał w Rozważaniach o rewolucji we Francji: „To be attached to the subdivision, to love the little platoon we belong to in society, is the first principle (the germ as it were) of public affections”. Miał na myśli pochwałę małych wspólnot, które żyją, łącząc się harmonijnie w ogół społeczeństwa. Dziś, pisząc o małych plutonach Burke’a, mamy na myśli małe wspólnoty, które są znakiem sprzeciwu i oporu wobec dominującej w społeczeństwie (anty)kultury.

[8] Notabene, 29 września 2022 wysłałem komentarz do – przyznaję, merytorycznej – recenzji podręcznika Roszkowskiego, która się ukazała w „PAUzie Akademickiej”, ale mój komentarz nie został opublikowany [tu link do recenzji i do komentarza]. Nie przypadkiem tytuł komentarza brzmiał: Chrześcijaństwo do skansenu.

[9] Swoją drogą, ciekawe, ile katolickich szkół ponadpodstawowych wybrało podręcznik prof. Roszkowskiego.

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 19 listopada 2022