Gaudeamus igitur, czyli polska nauka bez reform stoi w miejscu

Prof. Leszek PACHOLSKI

Profesor zwyczajny nauk matematycznych, logik, informatyk. W latach 2005–2008 rektor Uniwersytetu Wrocławskiego.

zobacz inne teksty autora

Nie słyszałem pochodzących ze środowiska akademickiego głosów refleksji na temat tego, że nie zdobywamy grantów ERC. Mało kogo interesuje niska pozycja naszych uczelni w międzynarodowych rankingach. O ile wiem, akademickie senaty i rady wydziałów nie podejmują prób zrozumienia przyczyn braku międzynarodowych sukcesów czy wkraczania prokuratorów na uczelnie

.Od ostatnich dni września 2016 roku przez cały tydzień w uczelnianych aulach rozbrzmiewały radosne śpiewy. W stallach zasiadali kolorowo ubrani profesorowie, okryci gronostajami rektorzy w uroczystych przemowach chwalili osiągnięcia swoje lub swoich poprzedników, wręczali nagrody i medale kolegom oraz indeksy nowo przyjętym studentom. Zapewniali, że będzie tak, jak było, tylko jeszcze lepiej. Krzesła w pierwszych rzędach na widowni wypełniali dostojni przedstawiciele władz państwowych i samorządowych, biskupi i lokalni celebryci. Ich Magnificencje kończący swoje drugie kadencje przekazywali rektorskie insygnia, berła i pierścienie. W znakomitej większości władza na uczelniach pozostawała w rękach tego samego stronnictwa, jeśli więc rektor po dwóch kadencjach musiał odejść, jego miejsce zajmował jeden z jego najbliższych współpracowników. Wszędzie zgodnie z wieloletnią tradycją panowała pełna harmonia i zadowolenie. To nie był czas na krytykę. Gaudeamus.

W połowie sierpnia opublikowany został ranking szanghajski, lista pięciuset uniwersytetów sklasyfikowanych na podstawie danych bibliograficznych i informacji o najbardziej prestiżowych nagrodach. Zaskoczeń nie było. Uniwersytety Warszawski i Jagielloński, jedyne polskie uczelnie pojawiające się w tym rankingu, spadły do ostatniej setki. Miesiąc później ukazał się kolejny ranking, opracowany przez „Times Higher Education” (THE). Tu też nie było rewelacji. Wśród 980 uczelni z całego świata pojawiło się wprawdzie aż 9 z Polski, ale żadna nie zmieściła się w gronie 500 najlepszych. W drugim tygodniu września ogłoszono wyniki prestiżowego konkursu ERC (Europejskiej Rady do Spraw Badań Naukowych) na granty dla młodych badaczy (starting grants). Uczeni z Polski odnieśli sukces — uzyskali w sumie trzy granty. Niestety, nie jest to wynik imponujący. Jeden mały, istniejący niecałe 9 lat, instytut IST Austria uzyskał 4 granty, Politechnika w Lozannie (EPFL — uczelnia w gronie „młodych”, przed pięćdziesiątką) — 5. Ostatniego września pojawiły się wyniki kolejnego konkursu ERC na „proof of concept” — przygotowanie do wdrożenia wcześniej osiągniętych wyników badawczych. Tu grantów przyznano znacznie mniej. Żaden nie trafił do Polski, dwa trafiły do EPFL i jeden do IST Austria.

We wrześniu prokuratura zatrzymała byłego prorektora Politechniki Wrocławskiej, który wcześniej był poważnym kandydatem na rektora. W marcu CBA aresztowała prorektora Wojskowej Akademii Technicznej, a w pierwszych dniach października byłego rektora tej uczelni, który zaledwie kilka dni wcześniej przekazał insygnia rektorskie swojemu następcy. Podobnych przykładów jest więcej. O części, choć nie o wszystkich, pisały media. Tu oszukiwano na fakturach za badania naukowe, tam płacono za zajęcia, których nie było. Tu plagiat, tam molestowanie studentek.

Nawet jeśli wiadomo było, że kandydat na rektora jest pod lupą prokuratury, nie znalazł się nikt, kto by publicznie stwierdził, że wybór takiej osoby na fotel rektorski może być groźny dla reputacji uczelni.

.Pojawiające się niemal co tydzień niepokojące wiadomości odbijają się jednak od dostojnych murów polskich uczelni. Nie słyszałem pochodzących ze środowiska akademickiego głosów refleksji na temat tego, że nie zdobywamy grantów ERC. Mało kogo interesuje niska pozycja naszych uczelni w międzynarodowych rankingach. O ile wiem, akademickie senaty i rady wydziałów nie podejmują prób zrozumienia przyczyn braku międzynarodowych sukcesów czy wkraczania prokuratorów na uczelnie. Przeprowadzone na wiosnę 2016 roku wybory rektorskie mogły być okazją do refleksji na ten temat — ale nie były. Przedwyborcze dyskusje miały na ogół charakter kurtuazyjny, a gdy zdarzało się, że wyciągano sprawy nieprzyjemne, natychmiast pojawiały się gromkie głosy potępiające „publiczne pranie brudów”. Nawet jeśli wiadomo było, że kandydat na rektora jest pod lupą prokuratury, nie znalazł się nikt, kto by publicznie stwierdził, że wybór takiej osoby na fotel rektorski może być groźny dla reputacji uczelni. Podpisane imieniem i nazwiskiem listy do elektorów, stawiające kandydatów w złym świetle, nie miały wpływu na wynik wyborów i były odbierane jako wyraz frustracji przegrywających. W zasadzie wszyscy byli zadowoleni. Ewentualne elementy krytyki lub postulaty zmian dotyczyły drobnych problemów organizacyjnych lub kadrowych. Zresztą zainteresowanie wyborami było niewielkie, podobnie jak zainteresowanie zapowiadanymi przez rząd reformami.

We wrześniu „wSieci” opublikowało wywiad braci Karnowskich z Jarosławem Gowinem, Wicepremierem i Ministrem Nauki i Szkolnictwa Wyższego, pod wiele mówiącym tytułem „Tak dalej być nie może”, zapowiadający „gruntowny remont” wyższych uczelni. Co kilka dni w różnych miejscach pojawiają się informacje o planach Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego dotyczących zmian w prawie i zasadach finansowania polskiej nauki i szkolnictwa wyższego. Powołana została Rada Narodowego Kongresu Nauki, która ma przedstawić propozycje reform, korzystając z ekspertyz przygotowanych przez trzy wyłonione w konkursie zespoły.

Mało kto wierzy, że reformy zostaną wprowadzone. Nie słychać o gorączkowych przygotowaniach uczelni do funkcjonowania w zmienionych realiach finansowych. W mediach nie pojawiają się teksty starające się wpływać na kształt przyszłych regulacji prawnych. Nie widać przerażenia tych, którym reformy mogłyby i powinny utrudnić łatwą egzystencję, nie znam też wielu, którzy niecierpliwie oczekują na „dobrą zmianę”.

W debacie publicznej jako jeden z głównych argumentów za wprowadzeniem reform podaje się niską pozycję polskich uczelni w rankingach. Byłoby jednak niedobrze, gdyby awans w rankingach stał się głównym celem reform. Po pierwsze, przyłączenie Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego do Uniwersytetu Warszawskiego natychmiast podniosłoby jego pozycję i mogłoby skutkować entuzjazmem z powodu osiągniętego sukcesu i rezygnacją z potrzebnych reform. Po drugie, rankingi stosunkowo łatwo zmanipulować — szczególnie jeśli ma się na to środki. Można na przykład skorzystać z doświadczeń Arabii Saudyjskiej, której cztery uczelnie zostały uwzględnione w ostatnim rankingu szanghajskim, w tym dwie w drugiej setce. Uniwersytet Króla Abdulaziza od 2002 roku awansuje tak szybko, że za rok będzie pewnie w pierwszej setce. Już teraz zajmuje piąte miejsce w naukach technicznych oraz szóste w matematyce, zatrudniając 17 „często cytowanych” matematyków — ponad dwa razy więcej niż kolejny pod tym względem Uniwersytet Stanforda, który ma ich tylko siedmiu. Ta wysoka pozycja Uniwersytetu Króla Abdulaziza całkowicie rozmija się z opinią o tej uczelni w środowisku akademickim. Nie radziłbym młodemu człowiekowi studiowania na tym uniwersytecie ani biznesmenowi poszukiwania tam konsultantów. Natomiast można się tam dowiedzieć, jak skutecznie wykorzystać fundusze do poprawy pozycji w rankingach.

Nie widać w polskiej nauce przerażenia tych, którym reformy mogłyby i powinny utrudnić łatwą egzystencję.

.Reformy są potrzebne dlatego, że uczelnie budują kapitał ludzki niezbędny do poprawy kondycji państwa, kształcą i wychowują studentów. Absolwenci uniwersytetów i politechnik uczą nasze dzieci, tworzą prawo, projektują mosty i dostarczają rozrywki. To oni mogą wyprowadzić Polskę z pułapki średniego wzrostu. Z grona ludzi z wyższym wykształceniem wyłaniana jest znakomita większość osób kierujących państwem, samorządami, kulturą, gospodarką.

Byłoby dobrze, gdyby studenci mieli dobre wzorce uczciwości i rzetelności intelektualnej oraz solidnego wykonywania obowiązków. Jednak daleko nie wszyscy mają przywilej studiowania pod opieką osób godnych naśladowania. Skala patologii w niektórych środowiskach jest porażająca. Młodzi ludzie widzą, że nie wszyscy nauczyciele mają wysokie kwalifikacje moralne i merytoryczne. Często jednak to nie najlepsi narzucają ton i decydują o sprawach ważnych w swoim otoczeniu.

Trzeba zdawać sobie sprawę, że patologią jest nie tylko to, co staje się przedmiotem zainteresowania prokuratorów. To także plagiaty, zakładanie czasopism, których nikt nie będzie czytał, a za które będą punkty, to pisanie artykułów do takich czasopism, to utrącanie dobrych a niepokornych młodych uczonych oraz budowanie swoich wpływów poprzez nieuczciwą pomoc koleżeńską w zdobywaniu grantów i zaszczytów.

Spodziewam się, że niektórzy przedstawiciele środowiska akademickiego postawią mi zarzut, że moje opinie są przesadzone, że być może zdarzają się czarne owce, ale są to przypadki bardzo rzadkie. Na pewno są enklawy, w których nie ma patologii. Uczeni, którzy w nich żyją, na ogół nie zdają sobie sprawy z tego, co się dzieje tuż za rogiem. Reakcje na mój tekst „Prokurator nas nie wyręczy” [LINK] przekonały mnie jednak o tym, że patologie są poważnym problemem w wielu instytucjach, ale część uczonych ich nie dostrzega, są bowiem zajęci swoimi sprawami i nie mają czasu na „plotki”.

Oczywiście nawet w najbardziej skorumpowanych instytucjach są ludzie uczciwi, którzy dali się tak uwikłać, że nie potrafią reagować, albo nie są dostatecznie silni, żeby walczyć ze spółdzielnią. Bywa, że widzą zło, ale potrzebne im są głosy w zbliżających się wyborach. Bywa też, że wprawdzie mogliby sobie pozwolić na starcie ze spółdzielnią, ale zdają sobie sprawę, że bez pomocy prokuratora wiele oszustw trudno udowodnić oraz że ktoś wyżej może zechce zamieść problem pod dywan, by nie psuć opinii o środowisku uczonych. A poza tym sprzątanie stajni Augiasza jest zajęciem czasochłonnym i zabierze czas potrzebny na badania naukowe.

Środowisko akademickie funkcjonujące w systemie demokratycznej biurokracji, bez odpowiedzialności jednostek za podejmowane decyzje i ze szczegółowymi regulacjami, które w zamierzeniu mają służyć kontroli jakości, nie poradzi sobie z patologiami. Potrzebne są dobrze przemyślane i daleko idące zmiany.

Środowisko akademickie funkcjonujące w systemie demokratycznej biurokracji – nie poradzi sobie z patologiami.

.Po 1990 roku znacznie wzrosła liczba studentów w Polsce. Współczynnik skolaryzacji netto, czyli proporcja studentów w wieku 19-24 lat do wszystkich osób w tym wieku, wzrósł z 10% do ponad 40%. Często słychać opinie, że studentów jest zbyt dużo, że to masowość odpowiada za obniżenie poziomu wykształcenia wyższego. Owszem, w Niemczech i we Francji ten współczynnik jest niższy, natomiast w Korei Południowej, Finlandii i USA studentów jest jeszcze więcej.

Problemem nie jest liczba studentów, lecz struktura szkół pomaturalnych i sposób kształcenia. W USA najlepsze uniwersytety dają mocno przebranej młodzieży możliwość kontaktu z twórcami najnowszych odkryć naukowych, ale większość studiuje na uczelniach, na których nie pracują nobliści. Ponadto dużą część osób po maturze kształcą dwuletnie koledże (community college), bardzo dobrze przygotowujące mniej ambitne osoby do funkcjonowania we współczesnym społeczeństwie. W USA przy wyborze uczelni bierze się pod uwagę wyniki rankingu przygotowywanego przez portal PayScale, szeregującego uczelnie według mediany wynagrodzenia absolwentów. W jego czołówce najlepsze uczelnie badawcze są równomiernie przemieszane z koledżami, których nie ma na liście filadelfijskiej, o których nikt w Polsce nie słyszał, a które cieszą się szacunkiem kandydatów na studia i ich rodziców, gdyż oferują wykształcenie gwarantujące dobrze płatną pracę. W Polsce jednak z pogardą mówi się o uczelniach bez ambicji badawczych, nazywając je wyższymi szkołami gotowania na gazie. Badania przeprowadzone przez amerykański urząd statystyczny (US Bureau of Labor Statistics) wykazały, że przez ostatnie 40 lat wynagrodzenia 25% najgorzej zarabiających absolwentów uniwersytetów były na poziomie wynagrodzeń osób bez wyższego wykształcenia, podczas gdy absolwenci pomaturalnych szkół zawodowych (vocational) łatwiej znajdowali pracę i uzyskiwali wyższe wynagrodzenie.

Znakomita większość słuchaczy studiów pierwszego stopnia w USA studiuje na uczelni, a nie na kierunku, mając do wyboru ofertę ze wszystkich wydziałów, co powoduje, że absolwent takich studiów może mieć bardzo szerokie horyzonty. Natomiast w Polsce większość uczelni oferuje wąskie dziedziny akademickie. Student jest przywiązany do wydziału, a czasem wręcz do instytutu lub katedry. Absolwenci studiów w Polsce często nie potrafią porozumieć się z innymi specjalistami. Dodatkowo często wybierają jednoczesne studia na kilku kierunkach, aby pogodzić niepraktyczne pasje ze zdobywaniem wykształcenia dającego szanse na atrakcyjną pracę. W innych krajach, tam gdzie student nie jest przywiązany do wydziału, studiowanie na kilku kierunkach jest praktycznie nieznane.

Podsumowując, to nie masowość wpływa na obniżenie poziomu wykształcenia, lecz brak dobrej, zróżnicowanej oferty i dla ambitnych, i dla tych, którzy chcą po prostu zdobyć zawód. Bez reform systemu kształcenia uczelnie tego nie zapewnią.

Zaawansowana gospodarka oprócz osób dobrze wykształconych, zdolnych do wykonywania pracy wymagającej wiedzy i pewnej sprawności umysłowej potrzebuje także twórców — ludzi utalentowanych o unikalnych kompetencjach, umiejących rozwiązywać trudne problemy. Od dawna Stany Zjednoczone ściągają specjalistów z całego świata. Część z nich stara się o pracę w renomowanych firmach, ale najlepsi nigdzie nie muszą aplikować, to firmy na nich polują. Od osób wykonujących mniej lub bardziej rutynowe prace oczekuje się wiedzy, komunikatywności i umiejętności pracy w grupie. Twórcy o unikalnych kompetencjach mogą być nerdami z syndromem Aspergera — ważne, żeby umieli rozwiązać problem, znaleźć związek chemiczny lub zbudować urządzenie, którego inni zbudować nie potrafią.

Hans-Peter Seidel, profesor grafiki komputerowej w Instytucie Informatyki im. Maxa Plancka, wypromował około 70 doktorów. Chyba tylko jeden z jego wychowanków wciąż pracuje w tym samym mieście. Wszyscy pozostali rozjechali się po świecie.

.Co pewien czas dostaję telefon od zaprzyjaźnionego biznesmena, który poszukuje jednej lub kilku osób o określonych, unikalnych kompetencjach. Na ogół takich osób nie potrafię wskazać, bo nie ma ich nie tylko w najbliższym moim otoczeniu, ale także w całej Polsce. Nie ma, bo nie ma kto ich wykształcić. W artykule „Strategiczne błędy blokują polską naukę” [LINK] pisałem o tym, że nowa wiedza i nowe technologie powstają w kilku miejscach na świecie. Młodzi ludzie, którzy uzyskali tam doktoraty, rozjeżdżają się po świecie. Część z nich zostaje profesorami i przekazuje swoją unikalną wiedzę studentom. W Polsce osób z zagranicy w zasadzie na stanowiskach nauczycieli akademickich się nie zatrudnia. Między innymi dlatego, że brakuje miejsc pracy dla własnych doktorów. Niedawno rozmawiałem z kolegami z bardzo dobrego wydziału, zmartwionymi przyszłością kolejnych osób, które wkrótce uzyskają bardzo dobre doktoraty. Koledzy obawiają się, że nie zdobędą etatów dla wszystkich zdolnych uczniów. Takich problemów nie mają koledzy z Niemiec. Nie dlatego, że tworzy się tam etat dla każdego wypromowanego doktora. Hans-Peter Seidel, profesor grafiki komputerowej w Instytucie Informatyki im. Maxa Plancka, wypromował około 70 doktorów. Chyba tylko jeden z jego wychowanków wciąż pracuje w tym samym mieście. Wszyscy pozostali rozjechali się po świecie. Około 40 zajmuje stanowiska profesorskie na uczelniach i w instytutach naukowych w Wielkiej Brytanii, Francji, Holandii, Szwecji, Belgii, Japonii, Hongkongu, Indiach, Finlandii, Czechach i oczywiście w Niemczech. Kiedy 10 lat temu brałem udział w ocenie wniosków w niemieckiej Excellence Initiative, Uniwersytet w Bonn przedstawił mapę Europy z zaznaczonymi uniwersytetami, w których matematyki uczą profesorowie z habilitacją uzyskaną w Bonn. Oznaczone były uniwersytety we wszystkich państwach starej Europy, a w Niemczech chyba wszystkie.

W Polsce uczeni są przywiązani do swoich „macierzystych” uczelni. Młodzi ludzie nie opuszczają ich po uzyskaniu doktoratu, nawet jeśli specjalistów o podobnych lub wręcz takich samych kompetencjach jest już zbyt wielu, a na innych uczelniach ich brakuje. Jedne uczelnie duszą się od nadmiaru, inne mają kłopoty z minimum kadrowym. Tu brakuje specjalistów w jednej dziedzinie, a jest nadmiar w drugiej, a tam jest odwrotnie. Nie ma przepływu kompetencji nawet w kraju. I nikt nie potrafi choćby trochę zamieszać.

Pomijając to, że największe odkrycia powstają na styku dyscyplin, warto pamiętać o studentach, którzy w monokulturowych ośrodkach otrzymają niepełne, ułomne wykształcenie. Bez reform uczeni się nie ruszą, nie odejdą do innych miejsc ci, których jest nadmiar, i nie przyjdą inni na ich miejsce. I dalej nie będzie miał kto kształcić studentów w poszukiwanych przez gospodarkę unikalnych specjalnościach.

Brak mobilności dotyczy także studentów. Znam kilka dobrych uczelni w Europie, z których po ukończeniu licencjatu odchodzi co najmniej połowa studentów informatyki. Na ogół do gospodarki. Nie oznacza to, że studentów po licencjacie na studiach magisterskich jest mniej. Jest ich często więcej, gdyż na ich miejsce przychodzą absolwenci studiów licencjackich z innych ośrodków. Młodzi ludzie po ukończeniu studiów pierwszego stopnia i zdobyciu ogólnie dostępnej, podstawowej wiedzy akademickiej wyruszają w poszukiwaniu specjalistów w atrakcyjnych, ważnych rynkowo i dynamicznie rozwijających się nowych dziedzinach. Uznani uczeni, współtworzący te dziedziny, są magnesem dla najambitniejszych studentów kierowanych ciekawością lub chęcią zdobycia bardzo atrakcyjnej pracy. Selekcja na takie studia jest niezwykle ostra, bywa czasem ostrzejsza niż na studia doktoranckie na tych samych uczelniach.

W Polsce tego zjawiska nie widać. Owszem, są uczelnie przyjmujące na studia drugiego stopnia absolwentów szkół bez uprawnień magisterskich, ale nie wybierają one najlepszych.

Niestety, zmiany w polskiej nauce są wciąż zbyt małe i zbyt wolne.

.Od 1990 roku w polskim szkolnictwie wyższym zaszły poważne zmiany. Powstało wiele dobrych zespołów, wielu uczonych zdobywa uznanie na świecie. Są wspaniali młodzi uczeni i szkoły wyższe, które na niektórych kierunkach dobrze kształcą. Niestety, zmiany w polskiej nauce są wciąż zbyt małe i zbyt wolne. Świat nie stoi w miejscu, a w tych dziedzinach, które są ważne dla rozwoju gospodarki, dystans między nami a najlepszymi się powiększa. Mamy bardzo zdolną, pracowitą i ambitną młodzież, ale granice są otwarte. Coraz częściej uzdolnieni młodzi ludzie wybierają studia na najlepszych uczelniach na świecie. I rzadko po studiach wracają. Wspierają gospodarki Stanów Zjednoczonych, Niemiec, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii.

Trzeba to zmienić, mimo że może to być dla niektórych bolesne, a innych oderwie od pracy badawczej oraz zakłóci rytm uniwersyteckich zajęć. Reformy są jednak konieczne. Bez nich Polska nie przestanie być rezerwuarem taniej siły roboczej.

Oczywiście reformy muszą być mądre. Patrzmy politykom na ręce. Podsuwajmy dobre pomysły i odważnie krytykujmy głupie. Musi się udać.

Leszek Pacholski

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Chcę otrzymywać powiadomienia o najnowszych tekstach.

  • Konrad

    Jak zawsze interesujący materiał, ale wydaje się, że pan profesor patrzy na jednostki naukowe w oderwaniu od otaczającej je rzeczywistości. Załóżmy, ze przeprowadziliśmy reformy, ot tak, teraz. Świetnie. Skąd wziąć tych super uczonych? Znam sporo uczelni, które choćby miały i stosy złota w ofercie i tak takiego kandydata (praktyka!) w PL nie znajdą. A z zagranicy takiego z kilku powodów nie ściągną. To tylko początek praktycznych przeszkód i obostrzeń. Zmiany muszą iść nie od poziomu uczelni, ale podstawówek, o czym mówi coraz więcej osób działających na styku nauki i biznesu. Cały model kształcenia, wraz z kształcącymi, jest do wymiany.

    Pytanie: kto ma takie zmiany przeprowadzić? Rewolucja zjada najpierw własne dzieci, kto się poświęci? A może jak to zwykło się mówić nie będzie dobrze w wojsku dopóki na czele będzie stał wojskowy, nie będzie dobrze w lecznictwie, jeśli na czele będzie stał lekarza, nie będzie…?

    W całym artykule brak jest też odniesienia się do szeroko rozumianej administracji uczelni – profesor chyba jednak mylnie zakłada, że to tylko uczeni się muszą zmienić oraz że te zmiany są w stanie przeprowadzić. Znowu – są jednostki naukowe, gdzie to administracja, centra transferu technologii, zrobiły dla jej rozwoju znacznie więcej niż rzesza profesorów, co do których jakości projektów lepiej uprzejmie milczeć. To nacisk ludzi, którym „zależy” ma znaczenie, o ile są oni w stanie poświęcić swoje ego i ambicje, bo będą za swoje podejście i pracę sekowani.

    Zwróciłbym też uwagę p. profesora na jakość podmiotów gospodarczych, ich poziom rozwoju. Nie bez kozery najlepsze rozmowy jakie prowadzimy, to te z firmami opartymi o zasoby kadrowe oraz kapitał podmiotów zagranicznych. Stać ich po prostu na najlepszych managerów. W konsekwencji sprzedaż IPR odbywa się do firm obcych, bo nasze działają w większości na minimalnym progu rentowności, bez szans i często chęci do ryzyka. Generalizuję – ale kraj to nie Warszawa, Kraków czy Wrocław, gdzie tych „ogarniętych” biznesów jest więcej. Uczelni i potrzeb rozwojowych jest znacznie więcej. Gdzie biorcy innowacji, podmioty średnie i duże? Gdzie nasze specjalizacje (IT i bio robią wszyscy)?

    I na koniec prośba, jeśli pan profesor nie jest w stanie wskazać ekspertów dla firm do wykonania z nimi pracy, proszę dać to zadanie swojej spółce celowej lub centrum trasnferu. Nie ma zlecenia nieodpowiedzianego. Nie ma „nie da się”. Bardzo rzadko zdarza się nie znaleźć odpowiednich partnerów dla firmy. Choćby i z zagranicy, jak trzeba. Wynika to z faktu, że kadra naukowa, choćby i na poziomie profesorów, nie ma pojęcia co się dzieje za rogiem i jakie kompetencje mają koledzy i koleżanki z instytutu obok. Proszę mi wierzyć, przećwiczone w praktyce.

Autorzy wszyscy autorzy

A B C D E F G H I J K L M N O P R S T U W Y Z